Ryszard Kapuściński

Pisarz · Reporter · Poeta 1932–2007 Kim był? Od czego zacząć? Oś czasu

Umawialiśmy się na później - Jagielski o Kapuścińskim

Autor:Wojciech Jagielski
Źródło:Gazeta Wyborcza

Dwie godziny temu, kiedy rozmawiałem z Jego żoną, jeszcze żył. Ledwie miesiąc temu umawialiśmy się na spotkanie, na rozmowę o Afryce, z której właśnie wróciłem, a której On poświęcił połowę swojego życia. I o tej swojej podróży do Ugandy, Sudanu i Konga nie zdążyłem już mu opowiedzieć.

Raz zajęty był On, kiedy indziej ja poddawałem się niewoli innych zobowiązań. Umawialiśmy się na później. Tego bezmyślnego podporządkowania codziennemu zabieganiu nie daruję sobie nigdy. Nie miałem pojęcia, że zostało tak mało czasu. Nawet teraz nie mogę uwierzyć, że tacy ludzie odchodzą tak po prostu.

Kiedy po raz pierwszy spotkałem Kapuścińskiego, miałem 29 lat i stawiałem pierwsze kroki w dziennikarskim fachu. A dziennikarzem zostałem tylko dlatego, że był Kapuściński. Zapisując się na studia dziennikarskie, nie miałem pojęcia, na czym polega ten zawód, a kończąc je, byłem pewien jednego - mogę być każdym, tylko nie dziennikarzem. Chyba że dziennikarzem takim jak Kapuściński. Podróżnikiem, odkrywcą, świadkiem historii, człowiekiem, tak mi się wtedy zdawało, nieograniczenie wolnym.

Byłem wybrańcem losu, bo znałem i spotykałem Ryszarda Kapuścińskiego przez prawie dwadzieścia lat. Nie byłem Jego uczniem, ani On sam nie był moim jedynym mistrzem, ale od lat Go podpatrywałem i uczyłem się od Niego. To zresztą ten obowiązek ciągłego uczenia się, doskonalenia, ciągłego stawiania pytań i niechęć do jednoznacznego i ostatecznego definiowania czegokolwiek był dla mnie najważniejszą może nauką wyniesioną ze spotkań z Kapuścińskim.

Tydzień temu, na jubileusz Kapuścińskiego, napisałem do miesięcznika “Znak”, że czytając jego książki i rozmawiając z Nim, zrozumiałem ulotność, ułudę, a zazwyczaj także żałosną miałkość statystyk, prognoz, komentarzy, oficjalnych oświadczeń i wypowiedzi. Zrozumiałem też potęgę szczegółu, z pozoru nieistotnego zdarzenia, epizodu, a także tego, że przez los pojedynczego człowieka najlepiej widać dzieje świata.

Że opisując spotykanych ludzi i ich kraje, należałoby pamiętać nie tylko o słowach i zdarzeniach, lecz także barwach, zapachach, a nawet trudnej często do uchwycenia i nazwania wyjątkowej atmosferze jakiegoś miejsca. Że pisanie reportażu, książki jest, powinno być, jak malowanie ruchomego, wielowymiarowego obrazu.

I że sama książka różni się od depeszy czy artykułu nie liczbą napisanych słów i zdań, lecz stanowi, powinna stanowić, odrębną, nową całość. Nową, nawet gdyby nie miała być pisana od początku, lecz stanowić zbiór oddzielnych reportaży czy opowiadań. Wreszcie, a może przede wszystkim, że nosząc głowę wysoko, nie sposób dojrzeć szczegółów pod nogami.

“Przyspieszenie i spłycenie informacji we współczesnych mediach jest przez to m.in. niebezpieczne, że upowszechnia stereotypy. Szybko! Szybko! Nie ma czasu na szczegóły, wieloznaczności, różnice, odcienie. Coś jest białe albo czarne i tyle” - ostrzegał Kapuściński w “Lapidariach”. - Reporter zagraniczny jest tłumaczem kultur. Atakuje powszechnie panującą ignorancję, stereotypy, przesądy. Samotność reportera, który jeździ po świecie, do dalekich krajów: pisze o tych, którzy go nie czytają, dla tych, których mało interesują jego bohaterowie. Jest kimś pomiędzy".

Kimś pomiędzy. Kimś, dla kogo nie ma miejsca.

Kapuściński nieustannie mnie zadziwiał. Mimo swojego wieku i towarzyszących mu przypadłości pozostawał, może dzięki tej żarłocznej ciekawości wszystkiego, człowiekiem niezwykle młodym. Do samego końca. Podczas naszych spotkań wypytywał mnie o moje podróże, ale i sam opowiadał o swoich planach wciąż nowych wypraw.
Jeszcze niedawno wybierał się na koniec świata, gdzieś na Nową Gwineę, by po powrocie napisać nową książkę, o kolejnym po Herodocie wędrowcu–badaczu Bronisławie Malinowskim.

Podróżując po Afryce czy Azji, lubiłem spotykać ludzi, którzy przed laty poznali Kapuścińskiego. W Tbilisi, Erewanie, Baku, Delhi, Lagos, Kampali. Lubiłem myśleć, że w ten sposób towarzyszy mi w podróży.

Zabieram też często ze sobą moje ulubione i moim zdaniem najlepsze książki Kapuścińskiego - “Szachinszacha” i “Cesarza”. Czytam je od początku do końca, ale także na chybił trafił, tam gdzie się akurat otworzy. Przewracam kartki jak zdjęcia. “To był mały piesek rasy japońskiej…”. Każdy fragment, każdy akapit jest samoistną opowieścią. Nawet motta otwierające jego książki. Jak modlitwa wodza Grikuasów przed bitwą z Burami w 1876 r. z “Wojny futbolowej”: “Boże! Mimo tylu modlitw do Ciebie ciągle przegrywamy nasze wojny. Jutro znowu będziemy walczyć w bitwie, która jest naprawdę wielka. Ze wszystkich sił potrzebujemy Twojej pomocy i dlatego muszę Ci coś powiedzieć: ta jutrzejsza bitwa to będzie ciężka sprawa. Dlatego proszę Cię, nie przysyłaj nam na pomoc Twojego Syna. Przybądź sam”.

Czasami dzwoniono do mnie z pytaniami, czy Kapuściński zasługiwał na literacką Nagrodę Nobla? I czy ją otrzyma. Dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Bo nagroda, gdyby ją otrzymał, nie uczyniłaby z niego przecież większego pisarza. A to, że mu jej nie zdążono przyznać, i tak w niczym nie pomniejszyło jego wielkości.

źródło: kapuscinski.info