Ryszard Kapuściński

Pisarz · Reporter · Poeta 1932–2007 Kim był? Od czego zacząć? Oś czasu
Tekst

Nie spotkałem nigdy człowieka bez wiary

Autor: O. Tomasz Dostatni OP Publikacja: Gazeta Wyborcza

Fragmenty rozdziału przygotowywanej książki o wierze i niewierze Polaków.

Gdy groziła mi śmierć, zawsze się modliłem. Do Matki Boskiej. Mówiłem: jak mnie teraz uratujesz, to przysięgam, że nigdy więcej w taką aferę się nie wpakuję. I oczywiście się nie wywiązywałem z przysięgi. Jestem wielokrotnym krzywoprzysięzcą - mówił w niepublikowanym wywiadzie.

O. Tomasz Dostatni OP: W jednym z rozdziałów “Hebanu” przeczytałem opis spotkania Kapuścińskiego ze Stasiem Gurgulem, dominikaninem. Od kilku lat mieszka w Kamerunie. Jest tam fragment, który był wstępem do naszej rozmowy z Ryszardem Kapuścińskim o wierze:

“Myślenie Afrykańczyków, tych, z którymi się latami stykałem, jest głęboko religijne. - Croyez - vous en Dieu, monsieur? (Czy wierzy Pan w Boga ?). Zawsze czekałem na to pytanie, bo wiedziałem, że padnie, bo mi je zadawano tyle razy. I wiedziałem, że ten, kto mi to pytanie stawia, będzie się w takim momencie uważnie we mnie wpatrywać, śledzić każde drgnienie na mojej twarzy. Zdawałem sobie sprawę z powagi tej chwili, z sensu, jaki w sobie niesie. I przeczuwałem, że sposób, w jaki odpowiem, rozstrzygnie o naszych wzajemnych stosunkach, a już na pewno o stosunku pytającego do mnie. I kiedy mówiłem: - Oui, j’en crois (Tak, wierzę) - widziałem po jego twarzy, jaką to przynosi mu ulgę, jak rozładowuje w nim towarzyszące tej scenie napięcie i trwogę, jak go to ze mną brata, pozwala przełamać bariery koloru skóry, statusu i wieku. Afrykanie cenili sobie i lubili łączyć się z drugim na tej wyższej, duchowej płaszczyźnie kontaktu, która często nie dawała się zwerbalizować i zdefiniować, ale której istnienie i wartość każdy przeczuwał instynktownie i spontanicznie”.

Ja również musiałem na początku naszej rozmowy panu Ryszardowi postawić pytanie o wiarę, ale już w trochę innym kontekście. I usłyszałem odpowiedź:

Ryszard Kapuściński: Wszyscy ludzie są wierzący. Bo wiara jest częścią naszego sposobu reagowania na świat. Naszego sposobu myślenia, odczuwania. Jest częścią naszej osobowości. Nigdy w życiu nie spotkałem człowieka bez wiary. To sprzeczność sama w sobie. Wiara jest wspólna na wszystkich szerokościach geograficznych, dla wszystkich ras, religii, kultur. Możemy przyjąć istnienie wiary w człowieku jako sprawę elementarną.

Są oczywiście różne stopnie wiary. Wiara w nas jest bardzo dynamiczna. Raz jesteśmy bardziej gorliwi, innym razem odczuwamy zawody, rozczarowania. Czasami wiara jest odsuwana na margines naszej psychiki. O wierze nie da się mówić w sposób jeden i ostateczny. Tak jak my sami, jak wszystko w nas, podlega ona stałej ewolucji.

Czy Pan spotkał ludzi, którzy uważali się za niewierzących, z pełnymi tego konsekwencjami?

Jeśli tak, to tylko w obrębie kultury europejskiej. Natomiast w innych cywilizacjach nie.

W Europie na początku XX wieku, ale już w XIX wieku był człowiek wiary, a naprzeciwko niego ateista. Potem nastąpił drugi etap. Ludzie przestali chodzić do kościoła. Miejsce ateisty zajął obojętny.

Dzisiaj coraz częstsze jest jeszcze coś innego. Mamy człowieka wiary, a po przeciwnej stronie - człowieka innej wiary. Często religijnego, ale nie przynależącego. Też wierzy, ale jest to “la religion sans Dieu”. Religia bez Boga. Wierzy w transcendencję, ale nie przynależy do Kościoła. Nie powie o sobie: jestem ateistą. Ale żeby go tak poskrobać, też nie powie, że mu to obojętne. Jest przepełniony wiarą, która nie jest uchwycona w żadną formę Kościoła.

Dzisiaj taka postawa szerzy się w skali światowej. Jak się rozmawia z Indianinem w Peru czy w Boliwii, to on nie chodzi do kościoła, bo tam nie ma kościołów. Nie ma księży. Jego religijność przejawia się w tym, że wierzy w Boga. I czasem jeszcze przybiera postać, w związku z jakimś świętym, ludowych festynów. Zabawa, taniec. Różne rytualne gesty.

To jest nowe zjawisko XXI wieku: religijność bez sprecyzowanego Kościoła, bez sprecyzowanego obrazu Boga.

I to jest miejsce, w które wchodzą sekty.

W ludziach jest jakiś niepokój wiary. To na całym świecie jest bardzo wyraźne. Islam znalazł na to odpowiedź. Dlatego jest to tak masowa religia. Muzułmanin musi się pięć razy dziennie modlić. I rzeczywiście się modli. To równocześnie symbol identyfikacji - wierni wyłączają się i modlą się na ulicy.

W innych religiach nie ma tak silnego momentu identyfikacji na co dzień. Jest często tylko odświętność i dobrowolność. W islamie nie ma dobrowolności, jest przymus. Muzułmanin musi się modlić. A u nas człowiek pójdzie do kościoła albo nie pójdzie.

Ale podstawowy problem kryzysów wielkich Kościołów bierze się stąd, że powstały one w skali bardzo małych społeczeństw. I wtedy zostały stworzone prawa kanoniczne, zasady wiary, liturgia. A dzisiaj nie można tych milionów wyznawców zaspokoić.

Zobaczmy, jak to jest w Polsce. Mam ciotecznego brata, który jest wikarym. Dzisiaj jest na parafii koło Tarnowa. On tam jest sam, młody ksiądz, plus jeszcze staruszek proboszcz. Tu, w najbardziej katolickim kraju Europy.

I z tej słabości organizacyjnej Kościoła bierze się - w Ameryce Łacińskiej, w Azji, Afryce - gigantyczny rozwój sekt. Nowe Kościoły, tak to się nazywa. To prosty mechanizm - gigantyczne masy prostych ludzi przyjeżdżają do miast, które rozrastają się straszliwie. Gdy przyjechałem do Meksyku w 1968 r., to miasto miało 8 milionów ludzi. Teraz Meksyk liczy 22 miliony mieszkańców.

Te ogromne masy czują się w miastach zagubione. Nie mają się gdzie podziać, nie mają żadnej opieki. Szukają jakiegoś oparcia, wspólnoty, środowiska dla siebie. I w to miejsce wchodzą sekty. Działają w małych grupach. Tym bardzo biednym ludziom udzielają natychmiast prostej pomocy. Dają na przykład koszulę, kapcie. Organizują naukę w pierwszych klasach szkół.

Jednym słowem sekty zaspokajają podstawowe potrzeby zagubionych ludzi. A tych są miliony, dziesiątki milionów.

Przede wszystkim dają im poczucie wspólnoty. Ludzie mają się gdzie zebrać, dokąd przyjść. To przecież biedota, straszna nędza Trzeciego Świata. Tu Kościół nie ma tak dużego aparatu, ani organizacyjnego, ani finansowego.

Na przykład w Boliwii, gdzie dużo przebywałem wśród naszych misjonarzy, jedyna rzecz, którą ksiądz jeszcze robi, to odprawianie mszy. Już wszystko inne - śluby, chrzty, pogrzeby - spada na osoby świeckie.

Opowiem o tej potrzebie identyfikacji, którą zaspokajają sekty, na swoim przykładzie. Moim kościołem parafialnym jest kościół Zbawiciela w Warszawie. Jak tam pójdę w niedzielę, to nikogo nie znam. Jakiś ksiądz odprawia mszę, są ludzie, których nigdy na oczy nie widziałem. No to idę do Jezuitów, na Rakowiecką, bo tam znam proboszcza ojca Paciuszkiewicza i ojca Opielę. Czuję u siebie w domu. Razem jeździmy na pielgrzymki do Janowa, do Pińska.

Ale tego mi nie wolno. Bo kościół, gdzie jestem przypisany, to Zbawiciel. Przychodzi po kolędzie ksiądz, którego w ogóle nie znam. Nie mam z nim żadnego wspólnego języka. To jest sformalizowane i zbiurokratyzowane.

W naszych mediach mówi się o walce z sektami, ale brakuje dyskusji, co takiego się dzieje w Kościele, że sekty zyskują zwolenników, wyznawców. Mówił mi Marek Miller, że taka dyskusja ma miejsce u ojca Jana Góry, tam na Jamnej. Ja sam w takich rzeczach brałem udział i to jest wspaniałe. Daje możliwość wspólnego przeżywania wiary, wspólnej rozmowy.

Problemy XXI wieku widziałbym tak. Zagrożenie ateizmem tak naprawdę dziś nie istnieje. Nie istnieje też zagrożenie, poza pewnymi regionami, obojętnością religijną. Rzeczywiście we Frankfurcie w niedziele kościoły są puste. Tam się stało coś, nad czym się warto zastanowić. Ale ci ludzie nie zmienili się wewnętrznie, nie stali się raptem wojującymi ateistami, nie postanowili podpalać kościołów ani urządzać sądów nad księżmi. To ludzie, u których element wiary, religijności istnieje. Jest tylko kwestia, jak go w nowej sytuacji kulturowej odnaleźć, wydobyć, ożywić. I to jest problem i temat. A nie rozpaczanie, że nie chodzą ludzie do kościoła".

Gdy rozmawialiśmy z panem Ryszardem o tej różnorodności, to wróciliśmy mimochodem do Polski międzywojennej, do kraju dzieciństwa. Do Polski na Polesiu. Tej, której już nie ma.

“Moi rodzice byli nauczycielami szkoły powszechnej w Pińsku. Tam się urodziłem i chodziłem do państwowej szkoły. Pińsk był miastem wielokulturowym, wieloreligijnym. Mój ojciec jako nauczyciel musiał z dziećmi chodzić w niedzielę do kościoła, bo dzieci chodziły grupowo. Przed wojną była taka zasada. W sobotę szedł z żydowskimi dziećmi do synagogi. W niedziele szedł na przemian, bo nauczyciele mieli dyżury, albo do naszej katolickiej katedry, albo z prawosławnymi dziećmi do cerkwi. Wszyscy uczyliśmy się w jednej klasie. W ogóle nie mogłem rozpoznać, co to znaczy Żyd, prawosławny, bo dla mnie to były pojęcia niezrozumiałe.

Mój rodzinny dom był bardzo katolicki. Cała moja rodzina taka jest. Było to jednak wszystko bardzo otwarte. Mama pochodzi z Bochni, więc z Małopolski. A tata jest z Kieleckiego. Pojechali do Pińska, ponieważ chcieli uczyć. Po pierwszej wojnie, w ramach akcji polonizacyjnej. W szkolnictwie było bezrobocie i powiedziano im: chcecie mieć pracę, to jedźcie na Kresy.

W czasie wojny byłem ministrantem. Jak ksiądz mówi podczas mszy “Ojcze nasz”, to ja nie potrafię tego powiedzieć po polsku, mówię :“Pater Noster, qui es in caelis: sanctificetur nomen tuum. Adveniat regnum tuum. Fiat voluntas tua, sicut in caelo et in terra. Panem nostrum quotidianum da nobis hodie… I tak mogę mówić do końca.

Polska była wtedy niezwykłym krajem.

Pozostał nam w rozmowie jeszcze jeden wątek. Bardzo osobisty i dramatyczny. Pan przecież w swoim życiu kilkakrotnie otarł się o śmierć.

To nie jest przyjemne. Zawsze się w takich sytuacjach się modliłem. I nigdy się nie wywiązałem ze swojego zobowiązania. Zawsze się modliłem do Matki Boskiej. I mówiłem: jak mnie teraz uratujesz, to przysięgam, że nigdy więcej w taką aferę się nie wpakuję. I oczywiście się z tej przysięgi nie wywiązywałem. Jestem wielokrotnym krzywoprzysięzcą. Ale jak przychodzi co do czego, to się znowu modlę.

źródło: kapuscinski.info