<?xml version="1.0" encoding="utf-8" standalone="yes"?><rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"><channel><title>Teksty o Kapuścińskim on kapuscinski.info</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/</link><description>Recent content in Teksty o Kapuścińskim on kapuscinski.info</description><generator>Hugo</generator><language>pl-PL</language><lastBuildDate>Tue, 31 Jan 2012 00:00:00 +0000</lastBuildDate><atom:link href="https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/index.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><item><title>Reportaż „Południe” Andrzeja Muszyńskiego – pierwszego laureata stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/reportaz-poludnie-andrzeja-muszynskiego-pierwszego-laureata-stypendium-im-ryszarda-kapuscinskiego/</link><pubDate>Tue, 31 Jan 2012 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/reportaz-poludnie-andrzeja-muszynskiego-pierwszego-laureata-stypendium-im-ryszarda-kapuscinskiego/</guid><description>&lt;p&gt;Podczas uroczystości upamiętniających piątą rocznicę śmierci Ryszarda Kapuścińskiego wręczono pierwsze stypendium Fundacji Herodot dla młodego dziennikarza – otrzymał je Andrzej Muszyński. Poniżej zamieszczamy fragment jego niepublikowanego dotąd reportażu pt. „Południe”.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;[caption id=&amp;ldquo;attachment_2720&amp;rdquo; align=&amp;ldquo;alignleft&amp;rdquo; width=&amp;ldquo;300&amp;rdquo; caption=&amp;ldquo;2008. Andrzej Muszyński kierował ekspedycją „Minkebe”, podczas której 9-osobowy zespół (3 Polaków i 6 Pigmejów) dokonał pierwszego pełnego trawersu puszczy Minkebe w Gabonie. Marsz trwał 21 dni. Ekspedycja wyróżniona ogólnopolskimi nagrodami podróżniczymi. Wyprawa otrzymała rekomendację Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie. Zapis podróży znajdzie się w „Południu” / fot. archiwum prywatne&amp;rdquo;]&lt;a href="http://kapuscinski.info/wp-content/uploads/2012/01/2.jpg"&gt;&lt;img src="https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/images/2-300x200.jpg" alt="2008. Andrzej Muszyński kierował ekspedycją „Minkebe”, podczas której 9-osobowy zespół (3 Polaków i 6 Pigmejów) dokonał pierwszego pełnego trawersu puszczy Minkebe w Gabonie. Marsz trwał 21 dni. Ekspedycja wyróżniona ogólnopolskimi nagrodami podróżniczymi. Wyprawa otrzymała rekomendację Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie. Zapis podróży znajdzie się w „Południu” / fot. archiwum prywatne" title="2008. Andrzej Muszyński kierował ekspedycją „Minkebe”, podczas której 9-osobowy zespół (3 Polaków i 6 Pigmejów) dokonał pierwszego pełnego trawersu puszczy Minkebe w Gabonie. Marsz trwał 21 dni. Ekspedycja wyróżniona ogólnopolskimi nagrodami podróżniczymi. Wyprawa otrzymała rekomendację Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie. Zapis podróży znajdzie się w „Południu” / fot. archiwum prywatne" loading="lazy"&gt;
&lt;/a&gt;[/caption]&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Świat, którego już nie ma</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/swiat-ktorego-juz-nie-ma/</link><pubDate>Wed, 05 Oct 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/swiat-ktorego-juz-nie-ma/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;a href="http://kapuscinski.info/wp-content/uploads/2011/10/terzani_album.jpg"&gt;&lt;img src="https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/images/terzani_album.jpg" alt="" title="terzani_album" loading="lazy"&gt;
&lt;/a&gt;Wydany w zeszłym roku we Włoszech album Tiziano Terzaniego „Un mondo che non esiste più” (Świat, którego już nie ma) oraz zdjęcia Ryszarda Kapuścińskiego w „Ze świata” (Znak, 2008), nie pozostawiają wątpliwości, że ci wielcy reporterzy XX wieku, obok pisania ponadczasowych tekstów, robili niepowtarzalne zdjęcia. Umieli patrzeć.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Współczesną i bliską Kapuścińskiemu duszą reportera był Włoch Tiziano Terzani (1938-2004). To Kapuściński odkrył dla Polaków Terzaniego, reportera tygodnika „Der Spiegel” w Azji, wielokrotnie go przed swoją śmiercią wspominając.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ryszard Kapuściński 1932-2007</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/ryszard-kapuscinski-1932-2007/</link><pubDate>Fri, 12 Aug 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/ryszard-kapuscinski-1932-2007/</guid><description>&lt;p&gt;Oddając hołd Ryszardowi Kapuścińskiemu, dyskretnie milczymy o tym, że znaczną część jego pisarstwa wypchnęliśmy poza przyjęte przez nas dzisiaj kanony politycznej poprawności. A jego poglądy - poza główny nurt publicznej debaty. Ostateczne pożegnania z wielkimi osobowościami, autorytetami i myślicielami, wyrastającymi ponad miarę swoich czasów, mają pewien rytuał. Gdy rozeszła się wiadomość o śmierci Ryszarda Kapuścińskiego, Sejm przerwał obrady, by uczcić jego pamięć. Swój żal po tej stracie wyraził publicznie prezydent, a media przypomniały osiągnięcia pisarza i wspomnienia rozsianych po całym świecie intelektualistów, którzy go znali i podziwiali. Ktoś puścił w obieg określenie cesarz reportażu. Przyjęło się i wszyscy zaczęli je powtarzać, nie dostrzegając w nim paradoksu: oto bowiem cesarzem nazwano twórcę, który był szczególnie daleki od imperialnych póz i właśnie z postaci cesarza uczynił jedną z najbardziej groteskowych figur w swej twórczości!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ryszard Kapuściński. Życie barwniejsze niż książki, które porwały świat.</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/ryszard-kapuscinski-zycie-barwniejsze-niz-ksiazki-ktore-porwaly-swiat/</link><pubDate>Thu, 11 Aug 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/ryszard-kapuscinski-zycie-barwniejsze-niz-ksiazki-ktore-porwaly-swiat/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Agaton Koziński&lt;/strong&gt; http://www.polskatimes.pl&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://kapuscinski.info/wp-content/uploads/2011/08/4b7eaf360bab1_k1.jpg"&gt;&lt;img src="https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/images/4b7eaf360bab1_k1.jpg" alt="" title="4b7eaf360bab1_k1" loading="lazy"&gt;
&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Do Kapuścińskiego mam stosunek bardzo osobisty. Dlatego zastanawiam się, czy na pewno chcę go znać takim, jak przedstawia Artur Domosławski w książce &amp;ldquo;Kapuściński. Non-fiction&amp;rdquo;. Ale tę relację trudno tak po prostu odrzucić - pisze Agaton Koziński.&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Chciałem być jak Kapuściński. Przez wiele lat, w miarę jak poznawałem jego kolejne książki, marzyłem, by choć w części móc przeżyć to, co on. W &amp;ldquo;&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/cesarz/"&gt;Cesarzu&lt;/a&gt;&amp;rdquo; uderzyła mnie bliskość, z jaką reporter opisał majestat. Po &amp;ldquo;&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/imperium/"&gt;Imperium&lt;/a&gt;&amp;rdquo; natychmiast chciałem ruszyć w podróż koleją transsyberyjską. Nawet &amp;ldquo;&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/kirgiz-schodzi-z-konia/"&gt;Kirgiz schodzi z konia&lt;/a&gt;&amp;rdquo;, w którym aż roiło się od słownych serwitutów dla ZSRR, sprawiał, że środkowoazjatyckie stepy śniły mi się po nocach.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sprawa Honoru Dywizjon 303 Kościuszkowski Zapomniani Bohaterowie II Wojny Światowej</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/sprawa-honoru-dywizjon-303-kosciuszkowski-zapomniani-bohaterowie-ii-wojny-swiatowej/</link><pubDate>Tue, 09 Aug 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/sprawa-honoru-dywizjon-303-kosciuszkowski-zapomniani-bohaterowie-ii-wojny-swiatowej/</guid><description>&lt;p&gt;Recenzja autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego książki „Sprawa honoru” powinna zostać dołączona do następnych wydań „O książkach, ludziach i sztuce”.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;„Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski: Zapomniani Bohaterowie II Wojny Światowej” napisana przez Lynne Olson i Stanley Cloud została przełożona na język polski w 2004 roku. Książka ukazała się rok wcześniej w USA i Kanadzie pod tytułem „A Question of Honor. The Kosciuszko Squadron: Forgotten Heroes of World War II”; w Wielkiej Brytanii jako „For Your Freedom and Ours. The Kościuszko Squadron: Forgotten Heroes of World War II).&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kult Góry</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kult-gory/</link><pubDate>Wed, 06 Jul 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kult-gory/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Edyta Stępczak&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;“Uprawiaj wspinaczkę. Uprawiaj kult góry” – to nie zachęta do zajęcia się sportami ekstremalnymi, ale wskazówki - profesjonalne i moralne, jakie daje Ryszard Kapuściński w VI, pośmiertnie wydanym &lt;em&gt;&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/lapidarium/"&gt;Lapidarium&lt;/a&gt;&lt;/em&gt;.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nietrudno dostrzec związek między owym &lt;em&gt;credo,&lt;/em&gt; które przyświecało mu do końca, a faktem, że zaszedł tak wysoko. Był zbiorem jednoelementowym, zawsze na czele. O jego bezkonkurencyjności tak pisze w 1978r. Wojciech Giełżyński: “Pośród reporterów, którzy ostro, jak pierwsza liga (ale liga angielska) walczą o prestiżowe lokaty […] można rywalizować o miejsca od drugiego do trzydziestego. Co rok są przetasowania, ale “Kapusta” jest zawsze najwyżej […]” (wywiad-szkic Giełżyńskiego pt.: &lt;em&gt;Czterokrotnie rozstrzelany&lt;/em&gt;, przypomina Sławomir Jankowski w: &lt;em&gt;Udzielmy głosu oskarżonemu&lt;/em&gt;, Studio opinii, 15-03-2010).&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przedszkole im. Ryszarda Kapuścińskiego w Ghanie</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/przedszkole-im-ryszarda-kapuscinskiego-w-ghanie/</link><pubDate>Wed, 08 Jun 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/przedszkole-im-ryszarda-kapuscinskiego-w-ghanie/</guid><description>&lt;p&gt;Od września 2010 do marca 2011 roku przebywałem w Afryce jako wolontariusz w ramach projektu Unii Europejskiej: &amp;ldquo;Youth Together for a better world&amp;rdquo;. Jednym z moich autorskich założeń było wybudowanie małego wiejskiego przedszkola w miejscowości Supuna w Centralnym Regionie Ghany. W związku z tym, że moja przygoda z tym wyjazdem zaczęła się &lt;a href="http://m.in/"&gt;m.in&lt;/a&gt;. od przeczytania książki &amp;ldquo;&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/heban/"&gt;Heban&lt;/a&gt;&amp;rdquo;, której jeden z rozdziałów dotyczy właśnie odradzającego się państwa Ghana, pomyślałem, że przedszkole mogłoby nosić imię nieodżałowanego Ryszarda Kapuścińskiego.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Biografia pisarza i Kapuściński non-fiction. Opinia.</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/biografia-pisarza-i-kapuscinski-non-fiction-opinia/</link><pubDate>Thu, 10 Mar 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/biografia-pisarza-i-kapuscinski-non-fiction-opinia/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;źródło: &lt;a href="http://odra.okis.pl/article.php/1099"&gt;http://odra.okis.pl/article.php/1099&lt;/a&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Od opublikowania książki Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego (początek marca 2010) ciągle jestem pytany, czy gdybyśmy teraz (wraz z Beatą Nowacką) przygotowywali do druku naszą Biografię pisarza (wydaną w listopadzie 2008, a więc półtora roku wcześniej), musielibyśmy poddać ją jakimś istotnym zmianom. Bowiem niektórzy z czytelników tej publikacji, a zwłaszcza nieznający jej świadkowie medialnej burzy przez nią spowodowanej, sądzą, że o Kapuścińskim nie da się już pisać tak jak dotąd.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wędrowanie z Ryszardem K.</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/wedrowanie-z-ryszardem-k/</link><pubDate>Thu, 10 Mar 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/wedrowanie-z-ryszardem-k/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;źródło: &lt;a href="http://odra.okis.pl"&gt;http://odra.okis.pl&lt;/a&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Najwcześniejszym wspomnieniem jest wielka awantura o plagiat. Poeta Bohdan Drozdowski napisał jednoaktówkę &lt;em&gt;Kondukt&lt;/em&gt; bez skrupułów korzystając z tematu i układu dramaturgii jednego z reportaży Ryszarda Kapuścińskiego: &lt;em&gt;Sztywny&lt;/em&gt;. Plagiat. Pojednawcze interwencje w konflikt autorów i orzeczenia specjalnej komisji związkowej ówczesnego prezesa Związku Literatów Polskich Jarosława Iwaszkiewicza przyniosły efekt pseudosalomonowego rozstrzygnięcia. Owszem, Drozdowski skorzystał z cudzego pomysłu, ale nie był to plagiat, tylko&amp;hellip; twórcze rozwinięcie tematu. Pisała o tym prasa literacka i codzienna. Widziałem jedną inscenizację teatralną &lt;em&gt;Konduktu&lt;/em&gt; – i podobała mi się. Czytałem kilka razy &lt;em&gt;Sztywnego&lt;/em&gt;. Nie po to, by konfrontować obie rzeczy, ale by poznać bliżej Ryszarda Kapuścińskiego. A z &lt;em&gt;&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/busz-po-polsku/"&gt;Buszu po polsku&lt;/a&gt;&lt;/em&gt; zapamiętałem jeszcze &lt;em&gt;Wymarsz Piątej Kolumny&lt;/em&gt;, rzecz o flisakach, o paście do zębów, opowiadanie o młodej parze kochanków, gdzie kobieta pozuje artyście przy rzeźbieniu postaci Matki Boskiej, budząc zgorszenie małomiasteczkowej społeczności. No i ten literacki łuk spinający polską prowincję z afrykańskich buszem, gwiazdy jasne na nieboskłonie i zapach nocnego ogniska.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ryszard Kapuściński</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/ryszard-kapuscinski-7/</link><pubDate>Wed, 09 Feb 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/ryszard-kapuscinski-7/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;źródło: &lt;a href="http://owianko.salon24.pl/275287,ryszard-kapuscinski"&gt;http://owianko.salon24.pl/275287,ryszard-kapuscinski&lt;/a&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Czytanie książek pana Ryszarda zacząłem wcześnie. Na długo przed „&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/szachinszach/"&gt;Szachinszachem&lt;/a&gt;”, „&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/imperium/"&gt;Imperium&lt;/a&gt;” czy „&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/wojna-futbolowa/"&gt;Wojną futbolową&lt;/a&gt;”.  Zanim do Polski dotarła międzynarodowa sława jego utworów. W prasie znajdowałem artykuły pisane przez niego z odległych stron. Korespondencje z Indii, Chin, Ameryki Łacińskiej, Afryki, informacje i depesze z miejsc nasiąkniętych ludzką krzywdą, nędzą i niesprawiedliwością. Teksty relacjonujące, komentujące, przedstawiające wielobarwną, egzotyczną  rzeczywistość kraju, z którego je wysyłał. A były one tak niedościgłe, że wkrótce okrzyknięto go „&lt;a href="https://kapuscinski.info/ksiazki/cesarz/"&gt;Cesarzem&lt;/a&gt; reportażu”.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Siedem grzechów Domosławskiego</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/siedem-grzechow-domoslawskiego/</link><pubDate>Mon, 24 Jan 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/siedem-grzechow-domoslawskiego/</guid><description>&lt;h4 id="esej-opublikowany-w-nr-42010"&gt;&lt;strong&gt;Esej opublikowany w nr 4/2010 &amp;ldquo;Znaczeń&amp;rdquo;, półrocznika Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego&lt;/strong&gt;&lt;/h4&gt;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://kapuscinski.info/wp-content/uploads/2011/01/z7596909X.jpg"&gt;![Artur Domosławski &amp;ldquo;Kapuściński non-ficiton&amp;rdquo;](images/z7596909X-198x300.jpg &amp;ldquo;Artur Domosławski &amp;ldquo;Kapuściński non-ficiton&amp;rdquo;&amp;rdquo;)&lt;/a&gt;Książka Artura Domosławskiego była długo zapowiadana. Kilka miesięcy przed publikacją rozeszła się wiadomość, że planowany wydawca odstępuje od kontraktu z autorem. Było to zaskakujące, bo oficyna &amp;ldquo;Znak&amp;rdquo; dobrze radzi sobie z wydawaniem książek budzących spory i nie obawia się reakcji publiczności. Po ukazaniu się zbioru reportaży &amp;ldquo;Wściekły pies&amp;rdquo; Wojciecha Tochmana trudno byłoby uwierzyć, że redaktorzy boją się publikowania tekstów kontrowersyjnych i odważnych obyczajowo. Także publikacja &amp;ldquo;Strachu&amp;rdquo; Jana Tomasza Grossa i negatywna reakcja kardynała Dziwisza pokazały, że &amp;ldquo;Znak&amp;rdquo;, mimo katolickiego rodowodu, ma odwagę drukować książki źle przyjmowane przez kurię . Stawało się jasne, że problem z biografią &amp;ldquo;Kapuściński non fiction&amp;rdquo; leży gdzie indziej, co tym bardziej wzmagało zainteresowanie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Grand Press 2010 dla Dziennikarza Roku a "Dekalog dziennikarza" z "Biblii dziennikarstwa" czyli niskie loty wysokiej nagrody</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/grand-press-2010-dla-dziennikarza-roku-a-dekalog-dziennikarza-z-biblii-dziennikarstwa-czyli-niskie-loty-wysokiej-nagrody/</link><pubDate>Sat, 01 Jan 2011 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/grand-press-2010-dla-dziennikarza-roku-a-dekalog-dziennikarza-z-biblii-dziennikarstwa-czyli-niskie-loty-wysokiej-nagrody/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;a href="http://kapuscinski.info/wp-content/uploads/2011/01/1292407308.jpg"&gt;&lt;img src="https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/images/1292407308.jpg" alt="" title="1292407308" loading="lazy"&gt;
&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&amp;ldquo;&amp;hellip;naiwne było moje myślenie, że Peruwiańczycy głosują na idee. Głosowali /&amp;hellip;/ pod presją obrazów, mitów, uderzeń serca albo niejasnych uczuć czy resentymentów niemających większego związku z rozumem.&amp;rdquo; (Maria Vargas Llosa, &amp;ldquo;Jak ryba w wodzie&amp;rdquo;)&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Umówmy się, gdyby Artur Domosławski napisał biografię &amp;ldquo;Kiełbasiński non-fiction&amp;rdquo;, i to przynajmniej tak znakomitą, jak &amp;ldquo;Kapuściński non-fiction&amp;rdquo; a może nawet znakomitszą, bo niechby i z pominięciem błędów, które wytykają mu co wnikliwsi krytycy, najprawdopodobniej nie zostałby &amp;ldquo;najlepszym dziennikarzem roku&amp;rdquo;. Ergo, głosujący na Grand Press dla najlepszego głosowali w gruncie rzeczy nie na Domosławskiego a na Kapuścińskiego. Zadziałała magia nazwiska. A zatem - śmiem twierdzić - jest to nagroda nie &amp;ldquo;za&amp;rdquo; Kapuścińskiego a &amp;ldquo;dla&amp;rdquo; Kapuścińskiego.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bóg jest czarny</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/bog-jest-czarny/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/bog-jest-czarny/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Ryszard Kapuściński źródło: Gazeta Wyborcza data publikacji: 2007-01-28 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W walce z hałasem chodzi o spokój nerwów, w walce z ciszą chodzi o ludzkie życie&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;* Cisza. Ludzie, którzy piszą historię, zbyt dużo uwagi poświęcają tzw. głośnym momentom, a za mało badają okres ciszy. Jest to brak intuicji tak niezawodnej u każdej matki, kiedy usłyszy, że w pokoju jej dziecka raptem zrobiło się cicho. Matka wie, że ta cisza oznacza coś niedobrego. Że jest to cisza, za którą coś się kryje. Biegnie interweniować, ponieważ czuje, że zło wisi w powietrzu. Tę samą funkcję spełnia cisza w historii i w polityce. Cisza jest sygnałem nieszczęścia i często - przestępstwa. Jest takim samym narzędziem politycznym jak szczęk oręża czy przemówienia na wiecu. Cisza jest potrzebna tyranom i okupantom, którzy dbają, aby ich dziełu towarzyszyło milczenie. Zwróćmy uwagę, jak pielęgnował ciszę każdy kolonializm. Z jaką dyskrecją pracowała Święta Inkwizycja. Jak bardzo unikał reklamy Leonidas Trujillo.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Chciał zrozumieć nasz świat</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/chcial-zrozumiec-nasz-swiat/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/chcial-zrozumiec-nasz-swiat/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Autor: Artur Domosławski źródło: Gazeta Wyborcza data publikacji: 2007-01-24&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Marucha Pachon*: - O Boże! Niech pan powie, że to nieprawda!&amp;hellip; Jestem zdruzgotana. To niepowetowana strata dla literatury i dziennikarstwa na całym świecie. Kochał dziennikarstwo, kochał ludzi i świat, który tak mądrze opisywał. Wiem, że kochał być w podróży, zawsze skupiony na zadaniu i zawsze dostrzegający przede wszystkim ludzi, których spotykał. Sama tego doświadczyłam, gdy kilka lat temu gościliśmy go w Bogocie. Wywarł wrażenie swoim skromnym zachowaniem i osobistą mądrością. A musi pan wiedzieć, że on jest tu wielbiony jak żaden inny dziennikarz zachodni. Nie ma w tym, co mówię, ani trochę przesady.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Co Rysio zostawił w kopercie?</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/co-rysio-zostawil-w-kopercie/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/co-rysio-zostawil-w-kopercie/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Marek Miller, źródło: Tygodnik Powszechny, dodatek do nr 5 data publikacji: 2007-01-29 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jechałem do Ameryki. Był 1986 rok. Miałem poczucie, że grzęźniemy w bagnie i że to bagno nas wchłonie. Byłem początkującym dziennikarzem z Łodzi. Dzień przed wyjazdem przyjechałem do Warszawy na pożegnalne picie wódki. Przyszło mnóstwo ludzi. Przyszedł Rysio. W którymś momencie pociągnął mnie do łazienki. Wyjął z kieszeni 100 dolarów (to była wówczas dobra, miesięczna pensja) i list w zaklejonej kopercie. – Przewożę je tu, przy pasku od spodni – pokazał palcem. A tu masz list. Jak ci wszystko wysiądzie, jak cię okradną i nie będziesz już wiedział, co robić, to otwórz kopertę. Zostałem w łazience na chwilę sam. Trzymałem w ręku 100 dolarów, list i miałem łzy w oczach. Myślałem sobie: „Boże, w jakim kraju my żyjemy? Dlaczego to wszystko tak?&amp;quot;. W Ameryce nikt mnie nie okradł. Nic mi nie wysiadło i wiedziałem, co robić, a jednak nie mogłem powstrzymać ciekawości i w Nowym Jorku rozerwałem kopertę. Był w niej list polecający do naszego ambasadora przy ONZ Jerzego M. Nowaka, z prośbą, aby zrobił dla mnie wszystko, co tylko jest możliwe. Byłem wtedy jeszcze stosunkowo młodym i głupim człowiekiem. Chciałem po prostu zobaczyć, jak wygląda prawdziwy ambasador. Przyjął mnie i przeczytawszy list, zapytał, co może dla mnie zrobić. Przyznałem się, dlaczego przyszedłem i że mam już bilet lotniczy, i wracam do Polski. Powiedział: „Jeżeli ma pan tu kogokolwiek, to niech pan nie wraca, bo tam wszystko idzie w złą stronę&amp;quot;. To był sympatyczny, życzliwy człowiek, a Rosjanie zestrzelili wówczas koreański samolot pasażerski. Nigdy nie chciałem emigrować z Polski, bo nie był to mój wariant, ale tylko jeden Bóg wie, co działo się w mojej głowie, kiedy wyszedłem od ambasadora i ponad godzinę chodziłem po Central Parku. Wróciłem do Polski i przyznałem się Rysiowi, że otworzyłem kopertę.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czarna niesprawiedliwość</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/czarna-niesprawiedliwosc/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/czarna-niesprawiedliwosc/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Ryszard Kapuściński źródło: Newsweek numer 51-52/03, strona 134 data publikacji: 2003-12-26 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;Pół wieku temu Trzeci Świat odzyskiwał niepodległość i był trendy. Wyzwolenie dawnych kolonii miało być aktem globalnej sprawiedliwości, odkupieniem historycznych grzechów Europejczyków. Dlaczego to się nie udało?&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wiek XX zwykliśmy nazywać stuleciem totalitaryzmów, wojen, holocaustu. Zarazem jednak było to stulecie nadziei, żywionej przez pojedynczych ludzi, całe narody i społeczeństwa. Nadziei - przynajmniej w pewnych okresach - uzasadnionej.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czy to Barbarzyńca?</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/czy-to-barbarzynca/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/czy-to-barbarzynca/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Ryszard Kapuściński źródło: Newsweek Polska numer 15/2006, strona 54 data publikacji: 2006-03-10 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Już Herodot wiedział, że inni są zwierciadłem, w którym się przeglądamy, i że aby zrozumieć siebie, trzeba lepiej zrozumieć innych. Europa przez setki lat nie chciała o tym pamiętać. Określenia: inny, inni można rozumieć na wiele sposobów i używać w różnych znaczeniach i kontekstach, na przykład dla rozróżnienia płci, pokoleń, narodowości, religii itd. W moim wypadku używam tego określenia, aby odróżnić Europejczyków, ludzi Zachodu, białych, od tych, których nazywam Innymi - to znaczy nie-Europejczyków, niebiałych, świadom, że dla tych ostatnich ci pierwsi są również Innymi.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dusza Rosji</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dusza-rosji/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dusza-rosji/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Ryszard Kapuściński źródło: &lt;a href="http://www.digest.com.pl"&gt;http://www.digest.com.pl&lt;/a&gt; data publikacji: 1996-05-01 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;PO TRZECH LATACH znów odwiedziłem Moskwę. Bardzo chciałem zobaczyć, jaki będzie teraz 1 Maja. Obchody tego święta zawsze były tu ważnym wydarzeniem. Ich forma i skala odzwierciedlała sytuację kraju. W poprzednich latach przygotowywano je długo i starannie, przed Mauzoleum Lenina paradowały setki tysięcy, a może miliony ludzi. Wyszedłem rano. Ulice były opustoszałe. Wiele osób rozjechało się już poprzedniego dnia na weekend za miasto. Ci, których spotkałem, całymi rodzinami zbierali się do drogi. Spytałem policjanta, gdzie mają się odbywać obchody, w których ma brać udział prezydent Jelcyn. Zastanawiał się chwilę i z wahaniem powiedział, że nie jest pewien, chyba na Twerskiej.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dwa różne światy</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dwa-rozne-swiaty/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dwa-rozne-swiaty/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Ryszard Kapuściński źródło: &lt;a href="https://www.rzeczpospolita.pl"&gt;www.rzeczpospolita.pl&lt;/a&gt; data publikacji: 2000-06-29 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Koniec ery Gutenberga? To wielkie koncerny medialne głoszą ten koniec, zainteresowane tworzeniem koniunktury na towar, jaki mają do sprzedania. Słyszymy więc: &amp;ldquo;Książki są nieważne&amp;rdquo;, &amp;ldquo;Słowo drukowane jest przeżytkiem&amp;rdquo;, i hasła te napędzić mają nowym mediom większą klientelę. Tymczasem trzeba pamiętać, że dostęp do Internetu ma dziś zaledwie 2 procent ludzkości, a jest nas na świecie 6 miliardów i ta liczba szybko rośnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dwadzieścia</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dwadziescia/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dwadziescia/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Ryszard Kapuściński źródło: &lt;a href="https://www.respublica.onet.pl"&gt;www.respublica.onet.pl&lt;/a&gt; data publikacji: 2001-01-01 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;Dwadzieścia - to podstawowa liczba umożliwiająca zrozumienie relacji między centrum a prowincją we współczesnym świecie.&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Podział świata na centrum i prowincję, żeby nie sięgać za daleko w przeszłość, znajdujemy już w starożytności. W czasach starożytnych podział wyrażało istnienie limes, granicy, która rozcinała świat na obszar cywilizacji i obszar barbarzyństwa. Za granicą rozciągał się świat barbarzyński. Z perspektywy centrum był to świat postrzegany jako niższy, zagrażający i niezrozumiały, posługujący się bełkotliwym, ciemnym językiem. Te trzy elementy: niższość, zagrożenie, niezrozumiałość już na zawsze będą charakteryzowały obraz, jaki dostrzega centrum, patrząc na prowincję. Centrum było i jest obszarem rozwiniętym, przejrzystym i czytelnym. Jest miejscem spokoju.&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dziennikarze i katastrofy</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dziennikarze-i-katastrofy/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/dziennikarze-i-katastrofy/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Ryszard Kapuściński źródło: Gazeta Wyborcza data publikacji: 2005-05-05 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Rzetelne pisanie o katastrofach, pokazujące prawdziwe rozmiary tych nieszczęść i ich przerażające skutki ma dwóch poważnych przeciwników: rządy krajów, na których terenie doszło do katastrofy i międzynarodowe biura turystyczne&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Od szeregu lat jestem reporterem wędrującym po Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej. Każdy, kto pracuje w krajach tzw. Trzeciego Świata i którego zadaniem jest pisać o wydarzeniach i dramatach rozgrywających się na tych kontynentach, musiał zetknąć się i nadal styka się z różnego rodzaju katastrofami, które nawiedzają tamte ziemie i zamieszkujących je ludzi.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>El Clasico Latino</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/el-clasico-latino/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/el-clasico-latino/</guid><description>&lt;p&gt;Autor: Jacek Żakowski źródło: VIVA data publikacji: 2003-03-24 &amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;mdash;&amp;ndash;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Sao Paulo. Koniec października. Zbliża się północ. On jest od trzech miesięcy w podróży. Ja pół godziny temu przyleciałem z Polski. W recepcji czeka karteczka &amp;lsquo;Ryszard is in room 609. Please call&amp;rsquo;. Zadzwoniłem. Siedzimy w pustym hotelowym barze. Schudł. Wygląda na zmęczonego, ale mam wrażenie, że po długiej przerwie chętnie mówi po polsku. W Nowym Jorku miał przez miesiąc spokojnie zbierać materiały do książki. Mało jednak zrobił, bo wciąż ktoś coś od niego chciał. Potem Meksyk. Następnie Argentyna. Jam prowadził warsztat dziennikarski zorganizowany przez Gabriela Garcię Marqueza. Mieli być razem. Marquez się rozchorował. Wszystko spadło na Kapuścińskiego. Od dwóch dni jest w Sao Paulo. Ma promować &amp;lsquo;Heban&amp;rsquo; - drugą swoją książkę wydaną w Brazylii. Gospodarzom postawił tylko jeden warunek: najwyżej dwa wywiady dziennie. Już wiadomo, że trudno im będzie ten warunek spełnić. Teraz jeszcze ja zwaliłem mu się na głowę. Bo następna szansa na dłuższą rozmowę będzie najwcześniej za rok. Jak napisze książkę. Dla Latynosów stał się autorytetem. Ikoną dziennikarstwa. Źródłem interpretacji świata. &amp;lsquo;El Pais&amp;rsquo; napisał, że &amp;lsquo;Kapuściński to mit, który pracuje&amp;rsquo;. Pewnie trudno by było znaleźć dużą latynoską gazetę, która tego zdania nigdy nie zacytowała. -Ryszard, jak Ty się czujesz jako El Classico Latino? Nie masz lepszych pytań? -Nie jesteś tym zmęczony? Czasem potwornie. -Czego Latynosi chcą się od Ciebie dowiedzieć? Dziennikarze często pytają, jak pisać reportaż. Ale przede wszystkim ludzie na tym kontynencie czują wielki głód wzorca, który ich podeprze, umocni, potwierdzi ich opór wobec nacisków komercji. Potrzebują wsparcia w obronie swojej tożsamości. -I jak Ty ich wspierasz? Mówię, że nie można się łatwo poddawać, że słusznie robią, walcząc ze skorumpowaną władzą i że są wspaniali. -Psychoterapia? Potrzebują też odpowiedzi na zasadnicze pytania: co się dzieje na świecie, jaka jest przyszłość ich krajów, kultury, kontynentu. -A Ty znasz odpowiedzi? Staram się je znać. Bardzo dużo czytam, dużo myślę i od 30 lat interesuję się światem latynoskim. -Więc co mówisz Latynosom na temat ich przyszłości? Przede wszystkim mówię, że trzeba myśleć szerszymi kategoriami - regionalnymi i kontynentalnymi. Bo oni - tak jak Polacy - cierpią na parafiańszczyznę. Jak ktoś jest z Salwadoru, to przeważnie interesuje się tylko Salwadorem. Jak z Kolumbii, to mówi głównie o Kolumbii. Ludzie znają tylko własne podwórka. A jak spytać o szerszą perspektywę, choćby ich kontynent, to przeważnie nie mają wiele do powiedzenia, bo niewiele wiedzą. -A Ty wiesz? Ja się zajmuję całym tym kontynentem. Więc tłumaczę, że ludzi globalizacja przygniata, bo nie są w stanie intelektualnie wydostać się ze swoich zamkniętych podwórek. Bossowie globalizacji łatwo uzyskują przewagę, kiedy mają do czynienia ze społeczeństwami parafialnymi, którymi mogą dowolnie manipulować. Ósma rano. Zderzamy się w windzie. On rześki, dawno po śniadaniu. Do pierwszego spotkania zostało mu półtorej godziny. Proponuje spacer na kawę do &amp;rsquo;ludowego&amp;rsquo; baru na rogu ulicy. Trochę sklep, trochę bal; trochę klub towarzyski. Rozstrojony telewizor skrzeczy pod sufitem. Kawa - już posłodzona - z kilkudziesięciolitrowego zbiornika. Czarna i gęsta jak smoła. Dwie kawy kosztują złotówkę. Kapuściński kwitnie. Już go tu rozpoznają. Przypomina sobie portugalskie słówka, których nie używał przez lata. Żartuje z barmanem. -Lepiej się tu czujesz niż w Polsce? A znasz w Polsce takie miejsca? -Ale to chyba nie tylko dlatego. Nie tylko. Latynosi są wspaniali w swojej spontaniczności. Zawsze to podziwiałem. -Ryszard, a czy to jest prawda, że zostałeś korespondentem PAP-u w Ameryce Łacińskiej, nie znając hiszpańskiego ani portugalskiego? Tak było. -Jak to było możliwe? To był 67 rok. Wróciłem z Afryki i trochę beznadziejnie szwendałem się po PAP-ie. Nic nie rozumiałem z tego, co działo się w Polsce. A tu szedł marzec 68. W PAP-ie już trwała walka z &amp;rsquo;elementami inteligenckimi&amp;rsquo;, z &amp;lsquo;kosmopolitami&amp;rsquo; i z &amp;lsquo;rewizjonistami&amp;rsquo;. Tylko ja nic nie wiedziałem, bo głowę miałem jeszcze w Afryce. Aż wezwał mnie Michał Hofman, ówczesny prezes PAP-u, który chyba mnie lubił. Mówi coś takiego, że on nie wie, jak to wszystko się skończy, że chce mnie chronić przed tym, co się stanie, więc &amp;lsquo;czy chcecie jechać na placówkę do Ameryki Południowej?&amp;rsquo; Oczywiście chciałem. -Chociaż nie znałeś języka? Obiecałem, że się szybko nauczę i bez problemu dali mi nominację. -Ale właściwie przed czym Hofman chciał Cię chronić? Od lat nie pisałeś o Polsce, więc walki frakcyjne Cię nie dotyczyły. Nie jesteś Żydem, więc antysemicka nagonka nie była dla Ciebie groźna. Kiedy to nie była tylko antysemicka nagonka. To była wojna przeciwko polskiej inteligencji. Myślę, że Hofman chciał mi oszczędzić życia w strasznej atmosferze, która nadciągała. Może chciał mnie ochronić przed kolejnym wyrzuceniem z pracy i zakazem druku. Dziesiąta wieczorem. Telefon. &amp;lsquo;Może byśmy poszli coś przegryźć&amp;rsquo;. Zastanawiam się, skąd po siódmym krzyży ku można brać tyle siły. Kapuściński tego dnia udzielił dwóch dużych wywiadów. Jeden o &amp;lsquo;Hebanie&amp;rsquo;, drugi o globalizacji. Razem prawie cztery godziny spędzone z dziennikarzami. Poza tym miął spotkanie na uniwersytecie i obiad z wydawcą. Jest zmęczony gadaniem. Nawet nie mys1ę o kontynuowaniu wywiadu. Nie mam odwagi zabrać magnetofonu. Jest upalna brazylijska wiosna. Te- raz jakieś 25 stopni. W dzień było 37. Szwendamy się po okolicznych uliczkach w poszukiwaniu baru. Z tym wyjazdem, to wiesz - kiedy stoimy na światłach, Kapuściński sam wraca do porannej rozmowy - był jeszcze spory szkopuł. Bo PAP już miał placówkę w Meksyku. Ja miałem założyć drugą w Ameryce Łacińskiej. Ale gdzie? Kontynent jest olbrzymi. Ma kilka ważnych krajów. W każdym z nich działy się ważne i ciekawe rzeczy. Trudno się było zdecydować. Więc miałem tę nominację, ale czekałem, zwlekałem. A w Polsce tymczasem robiło się coraz goręcej. Coraz mocniej czuło się oddech Marca. Gdzieś pod koniec 67 roku spotkałem na korytarzu Romę Pańską. Roma była szarą eminencją agencji. Jak mnie zobaczyła, to aż krzyknęła: &amp;lsquo;A co ty tu jeszcze robisz?!&amp;rsquo; Powiedziałem, że zbieram się do wyjazdu. &amp;lsquo;Ty, Rysiek, się nie zbieraj, nie czekaj, nie zwlekaj, tylko się stąd wynoś od razu, bo będzie za późno. Łap bagaże i wyjeżdżaj dzisiaj&amp;rsquo;. Udało mi się zdobyć wizę do Chile, z którym Polska miała akurat bardzo dobre stosunki. Trzy dni później poleciałem przez Londyn do Santiago. Sao Paulo jest wielkim miastem. Jakieś 15 milionów mieszkańców. I ma opinię jednego z bardziej niebezpiecznych na świecie. Jak się chce wieczorem zjeść coś poza hotelem, trzeba znać dobre miejsca. A my ich nie znamy. Idziemy w stronę głównej ulicy - Avenida Paulista. Na Pauliście jest masa eleganckich lokali. Ale eleganckie lokale są wszędzie takie same. Więc Kapuściński wybiera najbardziej tubylczy bar z kilkoma poszczerbionymi plastikowymi stolikami na szerokim chodniku. Pijemy callpirignę - napój z lodu, lenwnów, cukru i cachacy - miejscowego bimbru pędzonego na trzcinowym cukrze. Obok siedzą chłopcy odgwizdujący przechodzące panny. Jemy grzanki z serem. Relaks po ciężkim dniu. Nie mam odwagi zadawać moich pytań. W końcu wracam do jego pierwszej południowoamerykańskiej podróży. -Znałeś już trochę hiszpański, kiedy jechałeś do Chile? Gdzie tam. Nawet nie zacząłem się uczyć. Ale wyjeżdżając dostałem od kierownictwa zgodę, żebym przez pierwsze trzy miesiące nie pisał korespondencji, tylko się uczył języka. W Santiago na szczęście spotkałem Mariana Rawicza. Marian był wspaniałym, niezwykle życzliwym człowiekiem, więc któregoś dnia zebrałem się na odwagę i mówię: &amp;lsquo;Mariano, jestem w beznadziejnej sytuacji. Siedzę w tym Santiago, jestem korespondentem, nawet nie rozumiem, co piszą w gazetach, a za trzy miesiące muszę zacząć wysyłać korespondencje do PAP-u. Ja cię błagam, uczciwie ci zapłacę, ale poświęcić mi przez te trzy miesiące po parę godzin dziennie i naucz mnie hiszpańskiego&amp;rsquo;. Zgodził się nawet chętnie. I dzień w dzień, po kilka godzin, udzielał mi lekcji. A ja kułem po 18 godzin na dobę. Od świtu do nocy gramatyka, słówka, gazety, telewizja. Niczym innym się nie zajmowałem. Dwa i pół miesiąca później w chilijskim Instytucie Spraw Międzynarodowych wygłosiłem po hiszpańsku wykład o sytuacji w Polsce. Widzę, że rozmowa zaczyna się rozwijać i tęsknię za magnetofonem. Wyciągam długopis i zaczynam notować na serwetkach do kanapek z serem: &amp;lsquo;prezes Hofman, Roma Pańska. Marian Rawicz. 18 h, 2,5 miesiąca&amp;hellip; &amp;rsquo; -Mogłeś zacząć pracę. I zacząłem, ale to długo nie trwało. Bo wkrótce na dziennikarskiej giełdzie dostałem wiadomość, że chilijska armia przygotowuje się do zamachu stanu. Chodziło o to, żeby nie dopuścić do wybrania Salvadora Allende na prezydenta Chile. Wtedy w Ameryce Łacińskiej za podanie takiej wiadomości można było wylecieć z placówki. Bardzo się tego bałem, bo wiedziałem, że jak kogoś wyrzucą z jednego kraju, to potem wyrzucają go zewsząd. Dlate- go uważnie się cenzurowałem. -Jak się cenzurowałeś? Pisałem wszystko, co uważałem za ważne, ale depesze, za które mogli mnie wyrzucić, wysyłałem do Polski, zaznaczając, że nie są do druku. Informacja o przygotowaniach do zamachu stanu była oczywiście wyjątkowo groźna. A ja nie chciałem, żeby mnie wyrzucili, więc dałem tej depeszy nagłówek &amp;lsquo;Santiago, PAF; Data, BS&amp;rsquo;. &amp;lsquo;BS&amp;rsquo; znaczyło, że informacja jest tajna i może być umieszczona tylko w &amp;lsquo;Biuletynie Specjalnym&amp;rsquo; przeznaczonym dla małej grupy najważniejszych osób. Gdybym zamiast BS napisał BK, wtedy mogłaby trafić do &amp;lsquo;Biuletynu Krajowego&amp;rsquo;, z którego korzystała prasa. Wysłałem tę depeszę i zająłem się innymi sprawami. A dwa czy trzy dni później dzwoni do mnie polski ambasador Jerzy Witold Dudziński: &amp;lsquo;Jesteście wyrzuceni&amp;rsquo;. -Co się stało? Tego ambasador nie wiedział. Później się okazało, że w Warszawie dyżurnemu PAP-u coś się pomieszało. Zamiast do tajnego &amp;lsquo;BS-u&amp;rsquo; włożył tę depeszę do serwisu dla gazet. I polskie gazety ogłosiły światu, że w Chile szykuje się zamach. Ta informacja kanałami dyplomatycznymi błyskawicznie trafiła do chilijskiego prezydenta Freya i jego ludzie natychmiast postanowili odebrać mi akredytację. Nogi się pode mną ugięły. Co robić? -No i co zrobiłeś? W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, co robić. W Polsce Marzec. Tu jestem persona non grata. Jak mnie wyrzucą z Chile, to żaden kraj latynoski mnie nie akredytuje. Poszedłem do Allende, który był wtedy marszałkiem chilijskiego senatu. Jowialny A1lende klepał mnie po ramieniu, mówił: &amp;lsquo;Nie przejmuj się. Coś zrobimy, jakoś to załatwimy&amp;rsquo;. Gdybym zamiast BS napisał BK, wtedy mogłaby trafić do &amp;lsquo;Biuletynu Krajowego&amp;rsquo;, z którego korzystała prasa. Wysłałem tę depeszę i zająłem się innymi sprawami. A dwa czy trzy dni później dzwoni do mnie polski ambasador Jerzy Witold Dudzinski: &amp;lsquo;Jesteście wyrzuceni&amp;rsquo;. - Co się stało? Tego ambasador nie wiedział. Później się okazało, że w Warszawie dyżurnemu PAP-u coś się pomieszało. Zamiast do tajnego &amp;lsquo;BS-u&amp;rsquo; włożył tę depeszę do serwisu dla gazet. I polskie gazety ogłosiły światu, że w Chile szykuje się zamach. Ta informacja kanałami dyplomatycznymi błyskawicznie trafiła do chilijskiego prezydenta Freya i jego ludzie natychmiast postanowili odebrać mi akredytację. Nogi się pode mną ugięły. Co robić? Na chwilę przerywa. Cisza. Czekam. Kapuściński milczy wpatrzony gdzieś za mnie. &amp;lsquo;Za chwilę się pożrą&amp;rsquo;. Oglądam się odruchowo. Za mną jakaś para całuje się z latynoskim zapałem. Chłopcy obgwizdujący panny głośno kibicują. Frey, Chile i Allende są teraz bardzo daleko. Ale jednak mam szczęście. Po chwili para wstaje i przy aplauzie chłopców znika gdzieś za rogiem. - No i co zrobiłeś? W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, co robić. W Polsce Marzec. Tu jestem persona non grata, Jak mnie wyrzucą z Chile, to żaden kraj latynoski mnie nie akredytuje. Poszedłem do Allende, który był wtedy marszałkiem chilijskiego senatu. Jowialny Allende klepał mnie po ramieniu, mówił: &amp;lsquo;Nie przejmuj się. Coś zrobimy, jakoś to załatwimy. - Nie miał do Ciebie żalu? Skąd. Allende był szczerym liberałem. O wyrzucaniu korespondentów za to, co napisali, myślał pewnie to samo, co ja. To był profesjonalny, demokratyczny polityk. Dorosłe życie spędził w gmchu chilijskiego parlamentu, który miał opinię bardzo praworządnego. Aż do zamachu Augusto Pinocheta Chile było uważane za wzór demokracji. Przewrót Pinocheta był szokiem. Nie tylko ze względu na swoje okrucieństwa, ale przede wszystkim dlatego, że był Chilijczykom kulturowo obcy. To był szok kulturowy! Społeczeństwo chilijskie było praworządne. Zamach był plamą, hańbą dla chilijskiej tradycji, tym bardziej że Allende to nie był Che Guevara. Nie był komunistą. Kiedy nastąpił przewrót, świat się Allendemu zawalił, rozpadała się cała wizja jego chilijskiej ojczyzny. Dlatego popełnił samobójstwo, kiedy wojsko szturmowało pałac prezydencki. - Jak wybitny polityk może tak bardzo mylić się w ocenie własnego kraju? Nie kraju. Jeżeli się pomylił, to tylko w ocenie postawy części generałów. Może, spędzając życie w parlamencie, nie docenił zmian, jakie zaszły w mentalności wojska. Na czele armii stał stary generał Steiner, który ogłosił, który ogłosił, że wojsko będzie respektowało każdy werdykt wyborców. Ale po wyborach Steinera zamordowano. To otworzyło Pinochetowi drogę i wydarzenia zaczęły się toczyć błyskawicznie. - Już nie było ratunku? Pamiętaj, że to był rok 1968. Siódmy rok kubańskiej rewolucji. Krótko po likwidacji oddziału Che Guevary w sąsiedniej Boliwii. Cała Ameryka Łacińska pełna wtedy była różnych partyzantów, Jak nie leśnych, to miejskich. Amerykanie i latynoscy wojskowi bali się efektu domina. Bali się, że za Kubą pójdą inne kraje. Te obawy wobec Chile znajdowały zresztą różne potwierdzenia. Ale największe wrażenie zrobiła wizyta Fidela Castro w Santiago de Chile. Żaden kraj Ameryki Łacińskiej go wcześniej nie przyjął. W dodatku Fidel przyleciał rosyjskim samolotem. I Amerykanie uznali, że żarty się skończyły. A to był szczytowy okres zimnej wojny. Waszyngton obawiał się, że domino ruszyło, że teraz Chile stanie się bazą dla partyzantów dla całej Ameryki Łacińskiej. W krótkim czasie Sowieci mogli im odebrać dużą część tego kontynentu. - Myślisz, że rzeczywiście mogli? Przecież Che Guevara, który próbował wywołać rewolucję w Boliwii, właśnie poniósł spektakularną klęskę. Ale przegrał dlatego, że Rosjanie nie mogli mu pomóc. Zanim wyruszył w góry, chodził do ambasady sowieckiej. Sam pisze, że ze spotkania na spotkanie rozmowa stawała się coraz chłodniejsza. - Sowieci nie chcieli rewolucji w Boliwii? Może by chcieli, ale wiedzieli, że będzie to przegrana rewolucja. Bo nie mieli jak do Boliwii dostarczyć pomocy. Boliwia nie ma dostępu do morza, a kiedy Che szedł w góry, żaden sąsiedni kraj nie zgodziłby się przepuścić radzieckich samolotów z pomocą. Więc Che musiał przegrać nie tylko dlatego, że jako biały inteligent z Argentyny był obce dla boliwijskich Indian - nawet nie znał ich języka, keczua - ale też dlatego, że znikąd nie mógł otrzymać pomocy. Wygrana Allende i wizyta Fidela w Santiago zmieniły ten układ. Sytuacja stała się groźna geopolitycznie, ale tez gospodarczo, bo amerykańska gospodarka i elektronika działały na drutach robionych z miedzi wydobywanej w Chile. Gdyby Rosjanie opanowali chilijskie kopalnie, Amerykanie znaleźliby się w fatalnej sytuacji. Henry Kissinger, który był doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa, doskonale wiedział, że oddać Chile nie może, więc musi obalić Allende. - Tak jak dziś George Bush musi obalić Saddama Husajana? Tyle że wtedy chodziło o miedź, a dziś chodzi o naftę. Pod tym względem świat się specjalnie nie zmienił. - A Lula, który w tym roku został prezydentem Brazylii, też jest na straconej pozycji? To też wydarzenie bez precedensu w 500-letniej historii Brazylii i nawet kontynentu. Teraz, na naszych oczach, pierwszy raz w dziejach prosty robotnik - bo Lula pozostał prostym robotnikiem i jego język wciąż razi inteligentów w Brazylii - więc po raz pierwszy taki człowiek staje na czele mocarstwa regionalnego, które zajmuje połowę Ameryki Południowej. To jest rewolucja, nawet jeżeli Lula nie jest już dziś tak lewicowy, jak kiedyś. - Kiedy tu byłeś korespondentem&amp;hellip; To był czas dyktatury wojskowej. Prości ludzie próbowali zmienić istniejący porządek, organizując guerillę. Były walki uliczne, porwania. W Brazylii mniej niż w hiszpańskojęzycznej Ameryce Łacińskiej. Jak na standardy południwoamerykańskie Brazylia zawsze była stosunkowo spokojna. Tu i dyktatury były łagodniejsze, i ruch rewolucyjny był bardziej pokojowy. - Dlaczego? Inna kultura - nie hiszpańska, tylko portugalska. W kulturze portugalskiej procesy społeczne mają łagodniejszy przebieg. W korridzie hiszpańskiej byka się zabija, w portugalskiej - nie. W Brazylii nie ma hiszpańskiej drapieżności. Oczywiście w Amazonii mordują bezbronnych Indian. Oczywiście dyktatura wojskowa bywała brutalna. Ale to społeczeństwo jest nieporównanie łagodniejsze niż społeczeństwa Boliwii, Kolumbii czy Peru. - Ale jednak 69 rok w Brazylii to były walki uliczne, ofiary wśród studentów, szwadrony śmierci, tortury, a z drugiej strony porwania dyplomatów, których wymieniano na uwięzionych studentów. W 1969 mnie tutaj nie było. Byłem w 1968. Dokładnie pamiętam, kiedy, bo ambasador Krajewski zaprosił mnie na śniadanie. W trakcie tego śniadania gosposia przyniosła gazetę &amp;lsquo;Journal do Brasil&amp;rsquo;. Na jego pierwszej stronie był tytuł &amp;lsquo;Os tanques sovieticos em Praga&amp;rsquo;. I zdjęcie Vatzlavskich Namesti, na których stały czołgi. Potem z Brazylią miałem już słabszych kontakt. - Więc radykalna lewica południwoamerykańska po raz pierwszy ma w Brazylii szansę demokratycznie przejąć władzę. Jak to się skończy? To jest wielkie pytanie. Bo kiedy Lula przejmie władzę w Brazylii, zacznie się wielka walka, żeby go skompromitować i potem obalić. To będzie walka bez przebierania w środkach, zwłaszcza przy takiej administracji, jaka teraz rządzi w Stanach Zjednoczonych. - Ale Brazylia to nie jest Boliwia, Wenezuela, Chile ani nawet Meksyk. To jest regionalne mocarstwo ze 170 milionami ludności, z gospodarką należącą do pierwszej dziesiątki świata. I z największym zadłużeniem na świecie. To umożliwia Amerykanom dyscyplinowanie każdego tutejszego rządu. Lula to musi zrozumieć albo przegrać. Zapisałem już wszystkie serwetki z naszego stolika. Biegnę po następne. Zamawiamy kolejną callpirignę. - Jak się skończyły Twoje problemy w Chile? Po jakimś czasie wezwał mnie chilijski wiceminister spraw zagranicznych. Był bardzo formalny. &amp;lsquo;Za takie rzeczy - mówi - wyrzuca się korespondenta w ciągu 24 godzin. Ale tym razem będziemy łagodniejsi&amp;rsquo;. Dał do zrozumienia, że były jakieś naciski, więc mnie nie wyrzucą, ale muszę sam dobrowolnie wyjechać. Myślę, że to Allende zadziałał w mojej obronie. - I gdzie pojechałeś? Nie bardzo miałem gdzie jechać. Bo stosunki PRL z większością latynoskich rządów były raczej chłodne. Jakimś cudem udało się mi zdobyć wizę peruwiańską. Poleciałem do Limy. Ale dzięki Allende nie miałem w paszporcie stempla, że mnie wyrzucono. - I nie miałeś kłopotu z powrotem do Chile? Żadnego. Po pierwsze Chile było jeszcze otwartym, praworządnym krajem. Po drugie w Ameryce Łacińskiej prawa azylu ma ogromną tradycję. W ten sposób elity polityczne ratują się fizycznie. Inaczej po kilku przewrotach nie maiłby, kto rządzić. Kiedy następuje zamach, ludzie poprzedniej władzy jadą za granicę i tam - czasem wiele lat - czekają na zmianę sytuacji. Pracują na uniwersytetach, prowadzą interesy. Po kolejnym zamachu emigranci przeważnie wracają do kraju, natomiast ich przeciwnicy jadą na emigrację. Wszystkie kraje chętnie udzielają politycznego azylu. Bo ci, co są u władzy, z góry wiedzą, że kiedyś też będą prosili o azyl, a może wtedy ci, którzy dziś proszą, znów będą w swoim kraju rządzili. Więc prawo azylu to jest tu rzecz święta. - Co robiłeś w Peru? Zanim jeszcze wyjechałem z Santiago, w jednym z chilijskich czasopism ukazał się dziennik Che Guevary z jego partyzanckiego okresu w Boliwii. Więc kiedy przyjechałem do Limy, zamknąłem się w hotelu i tłumaczyłem Che. To jest jedyna książka, którą przełożyłem. - I jedyna, którą trudno znaleźć w największych warszawskich bibliotekach. Bo właściwie ukazała się cudem. Na całym świecie Che był bohaterem radykalnej lewicy, ale związani z Moskwą komuniści mieli go za odszczepieńca. Bo uważali, że zdradził Fidela, opuszczając Kubę i szkodził rewolucji, rozpoczynając swoja walkę w Boliwii. Na szczęście cenzura zorientowała się dopiero wtedy, kiedy książka była już w drukarni. W każdym razie, kiedy skończyłem tłumaczyć, wysłałem tekst książki do PAP-u i pytam, co robić. A tam nikt nie miał pomysłu, co teraz ze mną zrobić. Wtedy pojawił się na horyzoncie ambasador Aleksander Krajewski z Brazylii. Krajewski miał ambicję, żeby w Brazylii otworzyć nową polską placówkę. To miała być jego zasługa, podkreślenie rangi jego własnej misji i wagi kraju, w którym rezydował. PAP skwapliwie skorzystał oferty, a ja wylądowałem w Rio, bo nowa stolica Brasilia dopiero się budowała. - I znowu nie umiałeś języka? Po portugalsku nie znałem ani słowa. Więc znów musiałem zacząć od intensywnej nauki. I to nie tylko języka. Przez kilka miesięcy włożyłem dużo pracy, żeby się nauczyć Brazylii. - Ale callpirignę, brazylijska specjalność, pijesz dziś pierwszy raz w życiu. Bo latami unikałem alkoholu. Doskonale wiedziałem, że jako papowiec, korespondent rządowej agencji z komunistycznego kraju, jestem obserwowany. Dlatego przez wszystkie lata spędzone na PAP-owskich placówkach starałem się dobrze prowadzić. A przede wszystkim miałem zasadę &amp;lsquo;zero alkoholu&amp;rsquo;. Wiedziałem, że mam wielką, niepowtarzalną szansę zobaczenia i opisania nowego, pokolonialnego świata, który się wykluwał. Nie wolno mi było tej szansy zmarnować. Minęła północ. Chłopcy obgwizdujący dziewczyny już sobie gdzieś poszli. Zrobiło się pusto. Kelner sam z siebie przynosi callpirignę i nowe serwetki. My, rozmawiając, nie odrywamy wzroku od pary, która przez dobry kwadrans entuzjastycznie całuje się po drugiej stronie ośmiopasmowej jezdni Paulisty. - A gdzie była żona, kiedy Ciebie miotało z Afryki do Polski, z Polski do Chile, z Chile do Peru, z Peru do Brazylii? Żona, jak zawsze, została w Warszawie. Ale o rodzinie nie będziemy mówili. Bo bardzo dawno temu obiecaliśmy sobie w domu, że życie prywatne będzie tylko prywatne. Zresztą ja nie jeździłem w miejsca, gdzie zabiera się żony. A nawet jeżeli miejsce było takie, w które teoretycznie mógłbym zabrać rodzinę, to i tak nie miałem szansy, żeby ją utrzymać. Praca polskiego korespondenta to zawsze była jakaś potworna nędza. W Meksyku nie było mnie stać na bilet do kina. W Afryce, gdzie nie istnieje żadna komunikacja publiczna, nie miałem pieniędzy na zakup samochodu. Dostałem tylko niewielki ryczałt na taksówki. Popełniłem wtedy przestępstwo przeciwko ustawie dewizowej. Podsumowałem sobie, ile mi się tego ryczałtu taksówkowego w ciągu roku należy, pożyczyłem pieniądze i kupiłem starego landrovera. A potem przez rok drżałem, że to się jakoś wyda, że mnie odwołają, a może nawet zamkną do więzienia. W PRL wszystko było możliwe. Zaczynamy się zbierać. Składam kilkadziesiąt zamazanych serwetek. - A jak wyglądały Twoje początki w Brazylii? Najpierw musiałem ułożyć swoje stosunki z ambasadą. A właściwie z samym ambasadorem. Bo prosto z lotniska ambasador zabrał mnie do swojej rezydencji i potem za nic w świecie nie chciał słyszeć, żebym się wyprowadził. Chciał mnie mieć na oku. A jednocześnie blokował mi dostęp do teleksu, który stał w ambasadzie. Nie dawał mi się skontaktować z PAP-em. Wtedy na placówce ambasador był więcej niż królem. Nie wiedziałem, co począć. Kiedy sytuacja stała się zupełnie nieznośna, zrobiłem strajk głodowy. Położyłem się w łóżku, głowę nakryłem prześcieradłem i leżałem bez ruchu. Kilka dni tak leżałem. Nie jadłem, nie piłem, nie wstawałem. Najpierw gosposia, potem ambasador próbowali mnie złamać. A ja ani drgnąłem, tylko leżałem z głową pod prześcieradłem. Kiszki grały mi marsza, kości bolały od leżenia, ale powiedziałem sobie, że teraz się nie ugnę. Chyba myśleli, że papowiec zwariował. Piątego dnia ambasador się złamał. &amp;lsquo;Jak musisz się wyprowadzić, no to bardzo proszę&amp;rsquo;. - I gdzie się wyprowadziłeś? Wynająłem pokój z kuchnią na Copacabanie z widokiem na plażę. Nawiązałem kontakt z PAP-em. Zacząłem pisać, uczyć się języka, jeździć po Brazylii. I coraz częściej myślałem, żeby się przenieść do Meksyku, skąd wkrótce miał wyjechać poprzedni korespondent. - Brazylia nie była ciekawa? Jednak wtedy najważniejszym krajem rejonu był Meksyk. A w dodatku robiło się tam coraz ciekawiej. Zbliżała się olimpiada. Studenci, którym się nie podobała trwająca pół wieku dyktatura Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej, zaczęli organizować protesty. Byli przekonani, że przed olimpiadą rząd będzie bardziej elastyczny i tolerancyjny, bo przecież cały świat patrzył wtedy na Meksyk. Ale rząd uważał, że musi definitywnie stłumić studenckie protesty, zanim olimpiada się zacznie. I doszło do nieszczęścia. Do wielkiej masakry na placu Trzech Kultur. Na kilka dni przed olimpiadą władze zwabiły studencką demonstrację na plac Trzech Kultur, który ze wszystkich stron otaczają wysokie budynki. Studentów było tysiące. Czuli się bezpiecznie. Bo kto zaatakuje taką masę ludzi? A jednak, kiedy ludzie już wypełnili plac, żołnierze zaczęli strzelać. Ciężkie karabiny ustawione były na dachach. W przejściach, którymi chwilę wcześniej weszli na plac studenci, też pojawiły się gniazda karabinów. Kiedy zaczęto strzelać, na placu wybuchła panika. Zginęło kilkaset osób. Część zastrzelono, część stratowano. Nad olimpiadą i nad Meksykiem zawisły czarne chmury. Trzeba tam było jechać. Już jakąś chwilę stoimy w hotelowym lobby. Dawno minęła pierwsza. Rano spotykamy się na śniadaniu. Potem w hotelowym hallu pijemy kolejne kawy. Przeglądamy gazety. Prawie codziennie piszą, że Kapuściński przyjechał, powiedział, oświadczył, uważa, spotka się, będzie promował książkę&amp;hellip; - Jest rok 1968. Po kilku miesiącach tułaczki z Polski do Chile, z Chile do Peru, z Peru do Brazylii wreszcie wylądowałeś w Meksyku. I co było dalej? Codzienność, harówka. Reszta jest w depeszach i częściowo w książkach. - Byłeś tu cztery lata. Z tych czterech lat w Twoich książkach jest raptem siedem krótkich tekstów - razem może 100 stron maszynopisu. Dlaczego tak mało napisałeś? Bo miałem tu potworną harówę. Byłem korespondentem z całego kontynentu. I to z kontynentu, na którym wtedy potwornie dużo się działo. Zamachy stanu, partyzantki, walki uliczne, każdego dnia wydarzało się coś, co trzeba było dla PAP-u opisać. - Ale właśnie tego nie ma w Twoich książkach. Masa fascynujących zdarzeń miała tutaj miejsce, a Ty nigdy ich nie opisałeś. Dlaczego? Bo ja nigdy nie pisałem reportażu zagranicznego jako samego opisu wydarzeń czy miejsc, w których byłem. Podróżowanie zawsze było dla mnie pożywką do myślenia. W korespondencjach opisywałem fakty. W reportażach ważniejsze było to, że mogłem się podzielić myślami. - To jest &amp;rsquo;nowe dziennikarstwo&amp;rsquo;? To jest formuła Hemingwaya, Maillera, Marqueza, którzy stworzyli szkołę albo koncepcję dziennikarskiego pisania, która pozwala opisywać fakty metodami czy środkami literatury pięknej. Po angielsku to się nazywa &amp;rsquo;new journalism&amp;rsquo; albo &amp;lsquo;creative non-fiction&amp;rsquo;. Przy reportażu zagranicznym to jest szczególnie ważne. Bo chodzi o to, żeby w miarę zwięźle opisać jakąś rzeczywistość, która często jest niezwykle złożona. Trzeba przekazać istotę sprawy ludziom, którzy o opisywanym kraju mają mgliste pojęcie. Czasem nawet nie wiedzą, gdzie leży. Tu nie wystarczy zwykły katalog faktów, bo trudno by je było zrozumieć. Nie chodzi więc o to, żeby czytelnicy dowiedzieli się, ile osób zginęło, jakiej użyto broni, jak to skomentował rzecznik rządu albo jakiś prezydent czy premier. Chodzi o to, żeby opis faktu coś czytelnikom powiedział, pozwolił zrozumieć, przemyśleć i przeżyć. Bo podróżowanie - a reportaż jest przecież substytutem podróży - pozwala zobaczyć świat, którego siedząc w domu nie jesteś w stanie wymyślić ani sobie wyobrazić. Mnie każda podróż zmienia. Bez podróży trudno jest ten świat pojąć. - Nie brak Ci reportażu? Czasem nawet bardzo. Ale reportaż wymaga anonimowości, a ja ją straciłem. - Może mógłbyś być jeszcze całkiem anonimowym reporterem w jakiejś zapadłej afrykańskiej dziurze albo gdzieś w Amazonii? Tam jechać nie mam już czasu. - Dlaczego nie masz czasu? Bo muszę pisać książki. Co najmniej siedem książek mam do napisania. Chryste Panie, przecież ja już nie zdążę tego wszystkiego napisać. Rozmawiał Jacek Żakowski Fragment większej całości VIVA 24.03.2003&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Historia pierwszego zamachu stanu w Nigerii</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/historia-pierwszego-zamachu-stanu-w-nigerii/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/historia-pierwszego-zamachu-stanu-w-nigerii/</guid><description>&lt;p&gt;Tuż przed północą przemawia przez radio nowy szef państwa. Mówi, że wojsko &amp;ldquo;zgodziło się objąć władzę&amp;rdquo;, że konstytucja i rząd zostają zawieszone. W Nigerii będzie przywrócone prawo i porządek.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Z notatnika, tak jak zapisałem w Lagos w 1966 r.: W sobotę 15 stycznia armia dokonała w Nigerii zamachu stanu. O godzinie 1.00 w nocy we wszystkich jednostkach wojskowych na terenie kraju zarządzono alarm. Wyznaczone oddziały przystąpiły do wykonania swoich zadań. Trudność z przeprowadzeniem skutecznego zamachu stanu polegała na tym, że musiał on być dokonany w pięciu miastach jednocześnie: w Lagos, które jest stolicą federacji, oraz w stolicach czterech regionów Nigerii - w Ibadanie (Nigeria Zachodnia), w Kadunie (Nigeria Północna), w Beninie (Nigeria Środkowo-Zachodnia) i Enugu (Nigeria Wschodnia). W kraju o powierzchni trzykrotnie większej niż Polska, zamieszkanym przez 56 milionów ludzi, zamachu dokonała armia licząca zaledwie osiem tysięcy żołnierzy.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Historia powstawania państwa liberyjskiego i wojny domowej, która je zniszczyła</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/historia-powstawania-panstwa-liberyjskiego-i-wojny-domowej-ktora-je-zniszczyla/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/historia-powstawania-panstwa-liberyjskiego-i-wojny-domowej-ktora-je-zniszczyla/</guid><description>&lt;p&gt;Miasto, które, jak można sądzić, od początku zbudowane było z prostych i niskich domów, teraz, zastawione byle jak skleconą prowizorką, skarlało jeszcze bardziej, nabrało wyglądu czegoś doraźnego i przypomina obóz wędrowców, którzy zatrzymali się tu tylko na chwilę, aby skryć się przed spiekotą południowych godzin i zaraz wyruszyć dalej, zresztą nie bardzo wiadomo dokąd.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jeszcze piloci nie wyłączyli silników, a już w stronę samolotu pędzi tłum. Podstawiają schodki. Schodzimy po nich, od razu wpadając w zdyszaną, tłoczącą się gromadę ludzi, którzy dopadli już samolotu i teraz przepychają się, szarpią nas za koszule, napierają co sił. - Passport? Passport? - wołają jakieś natarczywe głowy. I zaraz tym samym, groźnym tonem: - Return ticket? A jeszcze inni ostro: - Vaccination? Vaccination? Te żądania, ten atak są tak gwałtowne i dezorientujące, że popychany, duszony i miętoszony zaczynam popełniać błąd za błędem. Zapytany o paszport, posłusznie wyjmuję go z torby. I od razu ktoś mi go wyrywa i gdzieś z nim znika. Nagabywany o bilet powrotny pokazuję, że go mam. Ale za moment już nie widzę biletu, już gdzieś wsiąkł. To samo z książeczką szczepień: ktoś mi wyciągnął ją z ręki i natychmiast się ulotnił. Zostałem bez żadnych dokumentów! Co robić? Komu się poskarżyć? Do kogo odwołać? Tłum, który dopadł mnie przy schodach, nagle rozproszył się i zniknął. Zostałem sam. Ale za chwilę podeszło do mnie dwóch młodych ludzi. Przedstawili się: - Zado i John. Będziemy cię strzegli. Bez nas zginiesz.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Inny w globalnej wiosce</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/inny-w-globalnej-wiosce/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/inny-w-globalnej-wiosce/</guid><description>&lt;p&gt;Wykład inauguracyjny w Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie z 30 września 2003. Problem Innego i relacji z nim filozofia spotkania rozważała dotychczas na ogół w sytuacji naocznej bezpośredniości i w obrębie tej samej kultury. Przed tym kierunkiem filozoficznym stoi jeszcze otworem pole dociekań nad relacją Ja - Inny, kiedy jedna ze stron należy do innej rasy, religii lub kultury. Pośród wielu problemów, które ksiądz profesor Józef Tischner podejmował w swoich dociekaniach filozoficznych, znajdują się również jego przemyślenia na temat Innego - innej osoby, z którą stykamy się, wchodzimy w kontakt, nawiązujemy nić komunikacji. Jest on jedynym ze znanych myślicieli polskich, który tak szeroko i w tak dogłębny sposób traktował i rozwijał problematykę Innego. Na czym polega doniosłość tej problematyki, jej waga i aktualność? W dziedzinie nauk filozoficznych pierwsza połowa XX wieku zdominowana jest przez ontologię i epistemologię Husserla i Heideggera. Ale żaden z nich nie przyznaje etyce miejsca wiodącego. Tymczasem doświadczenia ubiegłego wieku, z ich tragicznymi dla rodzaju ludzkiego i jego kultury następstwami, w naturalny sposób czynią koniecznym podjęcie tej właśnie problematyki. Na gruncie europejskim bowiem w pierwszych dziesięcioleciach minionego stulecia objawiają się dwa fenomeny nowe, nieznane dziejom - pierwszym są narodziny społeczeństwa masowego, drugim zaś - powstanie zagrażających samej istocie człowieczeństwa systemów totalitarnych: faszyzmu i komunizmu. Narodziny i związki tych dwóch zjawisk i procesów przykuwają całą uwagę myślicieli i pisarzy owej epoki - Jose Ortegi y Gasseta, Ericha Fromma, Hannah Arendt, Theodora Adorno i wielu innych. Starają się oni pojąć ten zdumiewający świat, który ich zewsząd zaatakował, chcą go zgłębić, zrozumieć i zdefiniować. Słowem-kluczem dla opisania go staje się przymiotnik &amp;lsquo;masowy&amp;rsquo;. Jest więc masowa kultura i masowa histeria, masowe gusta (czy raczej brak gustu) i masowy obłęd, masowe zniewolenie i wreszcie - masowa zagłada. Jedynym bohaterem na scenie świata jest tłum, a główną cechą tego tłumu, tej masy, jest anonimowość, bezosobowość, brak tożsamości, brak twarzy. Jednostka zgubiła się w tym tłumie, masa zalała ją, zstąpiła się nad nią jak wody jeziora. Stała się ona, żeby użyć określenia Gabriela Marcela, &amp;lsquo;bezosobowym anonimem w stanie cząstkowym&amp;rsquo;. Nurt krytyki tego stanu rzeczy zaowocował szeregiem dzieł wybitnych, starających się ukazać los ludzki w formie uogólniającej - jako doświadczenie zbiorowości i jako wspólnie przeżywany dramat. Spośród wielu, wielu tytułów można wymienić tu choćby Bunt mas, Samotność tłumu czy Korzenie totalitaryzmu. W pewnym jednak momencie, śledząc analizy, obserwacje i teorie tych myślicieli, zaczynamy odczuwać jakiś niedostatek, w przebiegu ich rozumowań i syntez brakuje nam ważnego ogniwa, a tym brakującym ogniwem jest jednostka, wyodrębniony z mas k o n k r e t n y c z ł o w i e k, konkretny Ja i konkretny Inny, jako że zgodnie z twierdzeniem filozofów dialogu Ja mogę istnieć jako byt określony t y l k o w s t o s u n k u d o - w stosunku do Innego, kiedy pojawi się on na horyzoncie mojego istnienia, nadając mi sens i ustalając moją rolę. Pisał Tischner w Filozofii dramatu: U początku pochodzenia świadomości j a leży obecność t y, a być może nawet obecność ogólniejszego m y. Dopiero w dialogu, w sporze, w opozycji, a także w dążeniu do nowej wspólnoty tworzy się świadomość m o j e g o j a, jako i s t o t y s a m o i s t n e j, odrębnej od drugiego. Wiem, że ja jestem, bo wiem, ż d r u g i jest. Właśnie z potrzeby uogólnienia tego doświadczenia, tego przeżycia, powstaje filozofia dialogu. Filozofia dialogu jest tym kierunkiem, orientacją czy nurtem, który chce zając się problematyką człowieka - Ja i, co niesłychanie istotne, j e g o r e l a c j ą z d r u g i m c z ł o w i e k i e m, z Innym. Ta wzbogacająca reorientacja od problematyki ściśle ontologicznej do szerszej problematyki etycznej, to radykalne zbliżenie myśli filozoficznej do człowieka jako bytu jednostkowego, odrębnego, nieporównywalnego i niepowtarzalnego są wyraźnie widoczne również w dziele Józefa Tischnera, w którym myślenie o spotkaniu Ja z Innym, zaznaczone już, co prawda, w wydanym w 1982 roku Myśleniu według wartości, staje się pierwszoplanowym tematem w opublikowanej w 1990 roku Filozofii dramatu. Nurt ten, w czasach nam współczesnych tworzyli i najbardziej konsekwentnie rozwijali Martin Buber i Franz Rosenzweig, Gabriel Marcel i najczęściej przez Tischnera przywoływany Emmanuel Levinas. Specyficznych praźródeł filozofii dialogu czy - jak mówimy również - filozofii spotkania lub filozofii Innego, zwłaszcza w tych twierdzeniach, w których sugeruje ona, że droga do Boga wiedzie przez Innego, że w twarzy Innego zdolni jesteśmy ujrzeć Jego oblicze, możemy upatrywać w owej starożytnej epoce antropomorficznej, kiedy to wyobraźnia ludzka nie wytyczyła jeszcze granicy między światem bogów i ludzi, w którym bóstwo wyobrażano sobie na podobieństwo człowieka i odwrotnie. Tą cechą ówczesnego umysłu Cyprian Norwid objaśnia w swoim wstępie do Odysei gościnność, z jaką spotyka się Odys na swojej drodze do Itaki: Bo tam - pisze Norwid o świecie starożytnej Grecji - w każdym nędzarzu i tułaczu obcym podejrzewało się naprzód, c z y l i o n n i e j e s t z B o g a ? Nie można było ugościć nikogo, zapytując naprzód: k t o j e s t p r z y c h o d z i e ń ? - ale dopiero skoro się w nim uszanowało b o s k o ś ć, zestępowało się do l u d z k i c h pytań. I to się nazywało gościnnością, a policzało ją dlatego właśnie między nabożne praktyki i cnoty. Jakiegoś &amp;lsquo;o s t a t n i e g o c z ł o w i e k a!&amp;rsquo; nie było u Greków Homera! - zawsze on był pierwszym, bo jest boskim. I, dodaje Norwid, wielkość dzieł Homera leży w tym, iż on &amp;lsquo;wszelkiego człowieka&amp;rsquo; uznaje &amp;lsquo;b o s k i m&amp;rsquo;. Filozofię Innego uprawiał Józef Tischner z pasją i przenikliwością, aż do końca swojej ziemskiej wędrówki. W niestrudzonym głoszeniu jej przekonań i zasad - i to właśnie dziś, w czasach, w których żyjemy - tkwi głęboki humanizm i prawdziwy heroizm. A dlatego ma ona, poza walorami ściśle naukowymi, cenę tak wysoką, że występuje z otwartością i odwagą w obronie drugiego człowieka, w obronie Innego w świecie tak często poddającym się pokusom egoizmu i zachłannego konsumeryzmu. Wielka zasługą tej filozofii jest już to, że w ogóle mówi ona o poszczególnym człowieku, o każdej jednostce jako wartości samej w sobie, że ciągle przypomina o jej istnieniu, jej prawie do egzystencji i artykulacji. W naszym postmodernistycznym szumie, w naszym pomieszaniu języków, bezcenny jest ten mocny i wyrazisty głos podnoszący takie wartości jak tożsamość, szacunek, dostrzeganie i poważanie drugiego - Innego. Ale nie koniec na tym. Bo Tischner, rozwijając i wzbogacając wątki występujące w filozofii Emmanuela Levinasa, zwłaszcza w jego Całości i Nieskończoności, mówi, że Ja nie tylko ma się odnieść do Innego, ale ze musi na siebie brać odpowiedzialność i być gotowym ponieść konsekwencje takiej decyzji, takiej postawy. Że jest w tym chrześcijański akt poświęcenia? Tak - poświęcenia, wyrzeczenia i pokory. Problem Innego i relacji z nim, stosunku do niego, filozofia spotkania rozważała dotychczas na ogół w sytuacji naocznej bezpośredniości i w obrębie tej samej kultury. Przed tym kierunkiem filozoficznym stoi jeszcze otworem pole dociekań nad relacją Ja - Inny, kiedy jedna ze stron należy do innej rasy, religii lub kultury. W jakim stopniu będzie to komplikowało tok naszej refleksji, czyniło ją bardziej złożoną, trudną i wieloznaczną? Jest niezmiernie ważne dziś, kiedy żyjemy w świecie wielokulturowym, a postępy komunikacji tę wielokulturową naturę naszej współczesności czynią coraz bardziej oczywistą, widoczną i wszechobecną. Nasza planeta zawsze była co prawda wielokulturowa, od niepamiętnych czasów ludzie mówili na niej różnymi językami i wierzyli w różnych bogów, ale tak potoczyły się losy świata, że przez ostatnie pięć wieków dominowała nad nami kultura czy cywilizacja europejska i wobec tego mówiąc &amp;lsquo;my&amp;rsquo;, rozumieliśmy - my, wszyscy ludzie, choć w rzeczywistości chodziło tylko o nas, Europejczyków. Ale dziś zaczynamy już nieodwołalnie wchodzić w epokę, kiedy to jednoznaczne równanie my = Europejczycy, jako synonim wszystkich ludzi na świecie, zostaje zakwestionowane przez trwające przemiany dziejowe. W następstwie tych przemian obudziły się bowiem, ożyły i zaczęły domagać się równoprawnego miejsca przy okrągłym stole świata inne, wcale liczne, a dotychczas zdominowane lub zmarginalizowane kultury. A są one ambitne i dynamiczne i mają zarazem silnie rozwinięte poczucie wartości. W tych staraniach o nowe miejsce pod słońcem i przyznanie godnych praw Innemu filozofowie i myśliciele tamtych podnoszących się kultur będą mogli czerpać inspirację z dorobku myśli krakowskiego duchownego, myśliciela z Łopusznej. Tischner i inni dialogicy próbują posiać w nas zbawienny niepokój, uświadomić istnienie, a nawet bliską obecność Innego, konieczność poczucia się za niego odpowiedzialnym i nawet więcej - uznania, że ta odpowiedzialność jest ważkim nakazem etycznym. Jakaż odwaga jest w samym podnoszeniu tego tematu i wskazywaniu na jego transcendentny wymiar w chwili, kiedy w kulturze współczesnej dominuje postawa ograniczania się i zamykania w swoim prywatnym, egoistycznym ja, w szczelnie izolowanym kręgu, w którym można by zaspokajać swoje popędy i zachcianki konsumenta. Przeciwstawienie pokusom i dyktatowi konsumeryzmu ducha odpowiedzialności za Innego - oto, w czym autor Księdza na manowcach widzi powinność, a nawet obowiązek człowieka. Reflksja nad Innym pobudza Józefa Tischnera do rozważań nad naturą i treścią spotkania między Ja i Innym. Spotkania, które - jak podkreśla to wielokrotnie - winno być ważnym wydarzeniem. Do spotkania trzeba się więc wewnętrznie przygotować, bo powinno być ono przeciwieństwem naszego codziennego a obojętnego mijania się w tłumie. Spotkanie jest przeżyciem zasługującym na pamięć - jest doświadczeniem. I znowu Tischner napomina nas, abyśmy spotykając Innego, byli cały czas świadomi wagi tego faktu, świadomi jego miejsca i roli w prywatnej, indywidualnej duchowej historii własnego Ja. Tym napomnieniem chce on podnieść o istotny szczebel wyżej charakter, treść i powagę stosunków międzyludzkich, ich znaczenie dla nas i ich na nas wpływ. Ale co jest główną treścią spotkania? Jest nią dialog. W ostatnich tekstach autora Polskiego kształtu dialogu ciągle powtarzają się zwroty w rodzaju: &amp;lsquo;otwarcie dialogiczne&amp;rsquo;, &amp;lsquo;perspektywa dialogiczna&amp;rsquo;, &amp;lsquo;świadomość dialogiczna&amp;rsquo;, &amp;lsquo;płaszczyzna dialogiczna&amp;rsquo; itp. Levinas definiuje to tak: &amp;lsquo;człowiek jest bytem, który mówi&amp;rsquo;. A więc - dialog. Celem tego dialogu ma być wzajemne zrozumienie, celem zaś tego zrozumienia - wzajemne zbliżenie, a to rozumienie i zbliżenie osiąga się na drodze poznania. Jaki jest przedwstępny warunek całego procesu, tego równania? Jest nim w o l a poznania, chęć, owo zwrócenie się ku Innemu, wyjście mu naprzeciw, nawiązanie z nim rozmowy. Jednakże w praktyce życia okazuje się to niezmiernie trudne. Doświadczenie ludzkie dowodzi, że w pierwszym momencie, w pierwszym odruchu człowiek reaguje na Innego z rezerwą, powściągliwie, nieufnie czy wręcz niechętnie, a nawet wrogo. My wszyscy, ludzie, na przestrzeni dziejów zadaliśmy sobie zbyt wiele ciosów, zbyt wiele bólu, żeby było inaczej. Stąd całe cywilizacje odznaczały się owym poczuciem obcości wobec Innego. Grecy nazywali nie-Greków barbaros: tymi, którzy mówią bełkotliwie, których nie sposób zrozumieć, więc lepiej trzymać ich na odległość - na odległość i w poniżeniu. Rzymianie przeciw Innemu budowali sieć umocnień granicznych - limes. Chińczycy nazywali niechińskich przybyszów zza oceanu Yang-kwei, morskimi potworami, i starali się trzymać ich na dystans. A w naszych czasach? Arogancja jednych wobec kultur i religii innych? A archipelagi wszelkich gett i obozów rozciągnięte na naszej planecie? Wszelkie mury i zapory, rowy i zasieki? Ileż tego wszędzie, na wszystkich kontynentach! Jakże trudnym wyzwaniem stały się postępy komunikacyjne ostatnich dziesięcioleci. Z jednej strony one na pewno nas przybliżą do siebie, ale czy naprawdę z b l i ż a j ą? Między człowieka a człowieka, między Ja i Innego wprowadzono technicznego pośrednika - iskrę elektryczną, impuls elektroniczny, sieć, łącze, satelitę. Hinduskie słowo upaniszada oznaczało: siedzieć blisko, być blisko. Ja przekazywało się Innemu nie tylko w słowie, ale również swoją bliskością, bezpośredniością, byciem razem. Tego doświadczenia, tego przeżycia nic nie jest w stanie zastąpić. Paradoksalność tej sytuacji medialnej idzie dalej. Z jednej strony rośnie globalizacja mediów, ale z drugiej zwiększa się jej płycizna, niezborność, chaos. Im więcej człowiek ma kontaktu z mediami, tym bardziej skarży się na zagubienie i samotność. Jeszcze na początku lat 60., kiedy telewizja była ciągle w powijakach, Marshall McLuhan użył terminu &amp;lsquo;globalna wioska&amp;rsquo;. McLuhan był katolikiem o wielkiej misjonarskiej pasji i wyobrażał sobie, że nowe medium uczyni nas wszystkich braćmi żyjącymi w jednej wspólnocie wiary. To określenie McLuhana, powtarzane dziś bez zastanowienia, okazało się jedną z największych pomyłek współczesnej kultury. Bo istota wioski polega na tym, że jej mieszkańcy znają się blisko, obcują ze sobą, dzielą wspólny los. Tymczasem niczego takiego nie można powiedzieć o społeczeństwie naszej planety, które raczej przypomina anonimowy tłum na jednym z wielkich lotnisk, tłum pędzących w pośpiechu, wzajemnie obojętnych i nieznających się ludzi. Dopiero na takim tle wyraziściej odczuwamy głęboki humanizm, żarliwość i nadzieję nauki Józefa Tischnera o Ja i Innym jako podstawie ładu ludzkiego na Ziemi. Pomoc: Beata Plaskowska&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jak media odzwierciedlają świat?</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/jak-media-odzwierciedlaja-swiat/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/jak-media-odzwierciedlaja-swiat/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;W naszych dyskusjach o mediach zbyt wiele uwagi poświęca się problemom technicznym, prawom rynku i konkurencji, interesom, udoskonaleniom i oglądalności, miast humanistycznym, ludzkim aspektom tego zjawiska, które określamy bardzo ogólnym i mało precyzyjnym terminem - media.&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nie jestem teoretykiem mediów, lecz dziennikarzem i pisarzem, który już ponad czterdzieści lat pracuje m.in. w dziedzinie zbierania i tworzenia informacji, będąc jednocześnie jej odbiorcą, jej konsumentem. Jakie więc nasuwają się uwagi temu, kto tak długo porusza się w rozległej i pełnej zagadek krainie mediów?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kalejdoskop 96</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kalejdoskop-96/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kalejdoskop-96/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Cape Town&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nie wiem, dlaczego przypomniał mi się nagle pewien mim (klaun? trefniś?) na bulwarze w Cape Town. Była słoneczna niedziela rano, spacerowały tłumy ludzi. Spośród nich mim wybierał jakąś osobę i tak, aby nie być przez nią zauważony, zaczynał iść tuż za nią - stawał się jej żywym cieniem. Szedł naśladując jej ruchy, ale naśladując -deformował, wyolbrzymiał, parodiował jej chód, sposób trzymania głowy, niesienia torby, palenia papierosa. Nie było w tym złośliwości, raczej dużo uciechy i zabawy, ludzie obserwując mima pękali ze śmiechu. Ale te jego popisy przypominały o jednym - że całe nasze zachowanie, nawet najbardziej Poważne, graniczy ze śmiesznością i że granica między tym, co serio, a tym, co już przechodzi w parodię, jest niezmiernie wąska i krucha i wystarczy o milimetr wykrzywić i wykoślawić nasze gesty i miny, cały nasz sposób bycia, aby przekroczyć granicę między światem powagi a światem parodii i stać się własną karykaturą.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kapuściński o sile słowa</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kapuscinski-o-sile-slowa/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kapuscinski-o-sile-slowa/</guid><description>&lt;p&gt;Właśnie dlatego, że słowo pisane mogło zawsze wiele zmienić, było ono przez wieki postrachem każdej autorytarnej władzy, która zwalczała je wszelkimi sposobami - mówił Ryszard Kapuściński na I międzynarodowym festiwalu literatury &amp;ldquo;Głosy z całego świata&amp;rdquo; w Nowym Jorku w 2005 r.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Czy pisanie może cokolwiek zmienić? Tak. Głęboko w to wierzę. Bez tej wiary nie umiałbym, nie mógłbym pisać. Oczywiście jestem świadom wszelkich ograniczeń, jakie stawiają nam okoliczności, sytuacje, historia i czas. Toteż moja wiara, aczkolwiek głęboka, nie jest absolutna, nie jest ślepa.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kapuściński. Mąż. Reporter</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kapuscinski-maz-reporter/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kapuscinski-maz-reporter/</guid><description>&lt;h4 id="tekst-ukazał-się-pierwotnie-w-dużym-formacie-dodatku-do-gazety-wyborczej"&gt;Tekst ukazał się pierwotnie w &amp;ldquo;Dużym Formacie&amp;rdquo; dodatku do Gazety Wyborczej.&lt;/h4&gt;
&lt;h4 id="wszystko-go-wtedy-drażniło-i-jak-widziałam-że-się-miota-nerwowo-chodzi-cichutko-siedziałyśmy-z-zojką-w-pokoju-mąż-reporter-rozmowa-z-alicją-kapuścińską"&gt;Wszystko go wtedy drażniło. I jak widziałam, że się miota, nerwowo chodzi, cichutko siedziałyśmy z Zojką w pokoju Mąż reporter. Rozmowa z Alicją Kapuścińską&lt;/h4&gt;
&lt;p&gt;- Spojrzał na mnie. Raz, drugi. Zaprosił do kina.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;W październiku 1951 roku?&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;- Byliśmy na I roku historii. Nie pytajcie, co to był za film, co za kino. Byłam nim zafascynowana, bezgranicznie. Może Stolica na Mokotowie. Był śliczny, czupryniasty, nie jak potem. Z ciemnymi włosami, zgrabny, wysportowany, kopał piłkę, bardzo lubił grać w piłkę.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kim są szyici</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kim-sa-szyici/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kim-sa-szyici/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Ryszard Kapuściński opowiada o historii szyitów i wyjaśnia specyfikę tego odłamu islamu.&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Szyita - to przede wszystkim zaciekły opozycjonista. Z początku szyici stanowili małą grupę przyjaciół i stronników zięcia Mahometa, męża jego ukochanej córki Fatimy - Alego. Po śmierci Mahometa, który nie pozostawił męskiego potomka ani nie wskazał wyraźnie swojego następcy, wśród muzułmanów zaczęła się walka o schedę po proroku, o to, kto będzie przywódcą (kalifem) wyznawców Allaha, pierwszą osobą w świecie islamu. Stronnictwo (bo to właśnie oznacza słowo szyi&amp;rsquo;a) Alego lansuje na to stanowisko swojego przywódcę, utrzymując, że Ali jest jedynym przedstawicielem rodziny proroka, ojcem dwóch wnuków Mahometa - Hasana i Husajna. Jednakże sunnicka większość muzułmańska przez 24 lata ignoruje głos szyitów, wybierając na trzech kolejnych kalifów Abu Bakra, Umara i Utmana [sunnici uznawali siebie za najbardziej prawowiernych kontynuatorów tradycji Mahometa, sunny - red.].&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kto tu wpuścił dziennikarzy?</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kto-tu-wpuscil-dziennikarzy/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kto-tu-wpuscil-dziennikarzy/</guid><description>&lt;p&gt;Wstęp Marka Millera&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;em&gt;Jest to opowieść o gdańskim sierpniu 80 roku, widziana oczami dziennikarzy. Jest to opowieść o dziennikarzach, świadkach i uczestnikach tamtych wydarzeń. Jest to opowieść o uprawianym przez nich zawodzie. Opowieść zbudowana z ich własnych relacji nagranych na taśmę magnetofonową. Złożyło się na nią 41 rozmów, odbytych przez autorów od września 1980 do maja 1981 roku.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;[Relacje dziennikarzy z wydarzeń, wydanych w książce z tzw. &amp;ldquo;drugiego obiegu&amp;rdquo;, przeplatają się wzajemnie i są ułożone chronologicznie.]&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kultura Narodowa w erze globalizacji</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kultura-narodowa-w-erze-globalizacji/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/kultura-narodowa-w-erze-globalizacji/</guid><description>&lt;p&gt;Kongres Kultury Polskiej zbiera się w szczególnym, niezwykłym momencie. Już za trzy tygodnie rozpoczyna się wiek XX. Jest to fakt nie tylko kalendarzowy. Szereg ważnych wydarzeń i procesów końca odchodzącego stulecia zapowiada, że nowy wiek postawi przed nami wyzwania, którym będziemy musieli sprostać, a jednocześnie stworzy szanse, które - obyśmy umieli wykorzystać !&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ta wyjątkowość przeżywanej obecnie chwili dziejowej wynika ze zbiegu dwóch niezmiernej wagi i znaczenia okoliczności: po pierwsze - zakończyła się zimna wojna, która przez pół wieku dzieliła świat i mroziła panujące w nim stosunki. Koniec tej wojny zapoczątkował nowy etap współczesnej historii świata i otworzył dla całej rodziny człowieczej drogę do demokracji i wolności, a tym samym możliwość przyszłego, globalnego porozumienia i współpracy.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Media as mirror to the world</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/media-as-mirror-to-the-world/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/media-as-mirror-to-the-world/</guid><description>&lt;p&gt;To what extent do the media reflect the real state of the world? With the new technologies turning the world of journalism on its head and paving the way for the creation of massive media groups with global ambitions, the question is now more relevant than ever. Instantaneity and direct reportage have transformed the business of journalistic inquiry, and the profit imperative has replaced notions of civic responsibilities. But in many parts of the world - for instance Iran, Burkina Faso and Algeria - there exists another journalism that is more concerned with the values of truth and rigour.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Na stacji w Brześciu.</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/na-stacji-w-brzesciu-2/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/na-stacji-w-brzesciu-2/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Rano 30 lipca pojechałem pociągiem z Pińska do Brześcia. Odległość 180 kilometrów pociąg pokonuje w trzy i pół godziny: trochę ponad 50 kilometrów na godzinę.&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W przeddzień wyjazdu nawet cieszyłem się z tego powolnego tempa, ponieważ chciałem jeszcze raz obejrzeć krajobrazy mojego Polesia, niestety okazało się to niemożliwe: szyby były tak zalepione brudem i błotem, że nie widziało się nic. Było to błoto stare, zaskorupiałe, nałożone na siebie warstwami, tak jak to widać na przekrojach geologicznych, błoto, chciałoby się powiedzieć - wieczne. Otworzyć okien też nie było można, bo są one zamknięte na amen, raz na zawsze. Z powodu tych zaklajstrowanych szyb w wagonie panował półmrok, panowało zaciemnienie, mimo że na zewnątrz świeciło słońce.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nowy mur berliński</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/nowy-mur-berlinski/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/nowy-mur-berlinski/</guid><description>&lt;p&gt;Kiedy jestem we wsi afrykańskiej, zawsze myślę o tym, by dostać się do miasta. Bo wieś afrykańska to nie tylko głód. To także koszmar spania na glinianej podłodze, to pluskwy i pasożyty, to ciągły brak wody, a przede wszystkim - ciemność. W tropiku słońce zachodzi o szóstej wieczór. Od tego momentu do szóstej rano żyje się w kompletnej ciemności. Chińska latarka kosztuje dolara, ale we wsi, w której ostatnio mieszkałem w Senegalu, nikt nie ma jednego dolara, żeby ją sobie kupić.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>O naturze imperiów</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/o-naturze-imperiow/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/o-naturze-imperiow/</guid><description>&lt;p&gt;Zamysł był ryzykowny i zuchwały. Oto Kazimierz Dziewanowski, reporter z Polski, a więc &amp;ndash; jakby powiedział Chamberlain &amp;ndash; z &amp;ldquo;kraju dalekiego, o którym mało wiemy&amp;rdquo;, wcale nie utytułowany profesor z Oxfordu, wcale nie kawaler Orderu Brytyjskiego Imperium ani członek szacownej Royal Historical Society postanawia napisać dzieje największego imperium czasów nowożytnych: imperium brytyjskiego. Od razu pojawiają się co najmniej dwie trudności.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Pierwsza &amp;ndash; psychologiczna: historycy brytyjscy zdają się rezerwować dla siebie, kiedy mowa o ich imperium &amp;ndash; na szczęście niepisane! &amp;ndash;prawo do wyłączności. Oni badają dokumenty, oni je interpretują i toczą na ich temat spory w swoim gronie. Klub typowo brytyjski: ekskluzywny, progi do niego wysokie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Planeta Ziemia</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/planeta-ziemia/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/planeta-ziemia/</guid><description>&lt;p&gt;Żegnamy wiek XX w przekonianiu, że chwila ta niczego nie kończy, że przeciwnie - wiek nasz powołał do życia szereg sił, zjawisk i fenomenów, które będą rozwijać się w pełni dopiero w nadchodzącym stuleciu.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zmiana stuleci, a także, w naszym przypadku, tysiącleci, która nastąpi według jednych 1 stycznia 2000, a innych - 1 stycznia 2001, prawdopodobnie nie wywoła żadnych wstrząsów w przyrodzie. Niebo nie zawali się nad nami, żadna gwiazda nie spadnie i nie obróci Ziemi w popiół. A także: znam duże obszary świata, których mieszkańcy nie zwrócą na te daty większej uwagi. Muzułmanie - a jest ich już ponad miliard - żyją, zgodnie z ich kalendarzem, dopiero w XIV wieku. Setki milionów wyznawców innych religii mają własne, odmienne miary obliczania czasu. To tylko w naszym, chrześcijańskim, europejsko-zachodnik kręgu kulturowym osiągneliśmy kres XX stulecia i drugiego tysiąclecia.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Poeta Kapuściński</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/poeta-kapuscinski/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/poeta-kapuscinski/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Jarosław Mikołajewski: Wiersze zaczyna się pisać na ogół w młodości.&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Ryszard Kapuściński: Czyli nie jestem wyjątkiem. Chodziłem do liceum, miałem 15, może 16 lat i niewielką znajomość literatury, prawie żadną. I nagle, nie będąc jeszcze czytelnikiem poezji, napisałem kilka wierszy, po czym wysłałem je do dwóch pism: do &amp;ldquo;Odrodzenia&amp;rdquo; i do wkładki, która ukazywała się ze &amp;ldquo;Słowem Powszechnym&amp;rdquo;. Po kilku dniach wydrukowali te wiersze. Byłem zaskoczony, bo wysłałem je bez przekonania, sondażowo.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przeciw rozpaczy</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/przeciw-rozpaczy/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/przeciw-rozpaczy/</guid><description>&lt;p&gt;Kiedyś Virginia Woolf stwierdziła, ze, aby powstała dobra proza, autor musi najpierw wyobrazić sobie tego, do kogo i dla kogo pisze, musi go wyraźnie zobaczyć i określić. Otóż te role bardzo konkretnego adresata spełniają właśnie wierni czytelnicy. Pisarz oczywiście będzie z reguły wiedział o ich istnieniu, gdyż dają mu oni żnąc o sobie na wiele sposobów. Pytają w księgarniach o jego nowe książki, zachęcają przyjaciół i znajomych do ich kupna, chodzą na spotkania autorskie, czytają lub słuchają wywiadów, których udziela, uważają się za znawców jego pisarstwa.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Reportaż piąty</title><link>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/reportaz-piaty/</link><pubDate>Wed, 13 Oct 2010 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://kapuscinski.info/wywiady-i-prasa/teksty/reportaz-piaty/</guid><description>&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Po raz pierwszy uczymy się na doświadczeniach, a nie na błędach.(Stoczniowiec ze Szczecina w rozmowie)&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Dwanaście sierpniowych dni spędzonych na Wybrzeżu. Szczecin, potem Gdańsk i Elbląg. Nastrój ulicy spokojny, ale napięty, klimat powagi i pewności zrodzony z poczucia racji. Miasta, w których zapanowała nowa moralność. Nikt nie pił, nie robił awantur, nie budził się przywalony ogłupiającym kacem. Przestępczość spadła do zera, wygasła wzajemna agresja, ludzie stali się sobie życzliwi, pomocni i otwarci. Zupełnie obcy ludzie poczuli nagle, że są - jedni drugim - potrzebni. Wzorzec tego nowego typu stosunków, który wszyscy przejmowali, tworzyły załogi wielkich zakładów strajkujących.&lt;/p&gt;</description></item></channel></rss>