Ryszard Kapuściński

Pisarz · Reporter · Poeta 1932–2007 Kim był? Od czego zacząć? Oś czasu

Sprawa Kapuścińskiego

W gazetowych nekrologach, jakimi europejska prasa pożegnała Ryszarda Kapuścińskiego, powtarzały się te same utarte formułki — od pierwszych stron po najskromniejsze wzmianki na marginesie: że był „mistrzem dziennikarzy", że reportaż uczynił „sztuką uniwersalną" i że dziennikarstwo „było dla niego misją, nie karierą". Prasa misyjna, nasz niezłomny galijscy wioska dogmatyzmu ideologicznego, pożegnała go wśród wolnościowych peanu i antyimperialistycznych alleluja, w nieznośnej kaskadzie komunałów. Podejrzewam, że nie przeczytali Imperium, poruszającego świadectwa Kapuścińskiego o nieistniejącym już Związku Radzieckim, w którym opisuje pięć podróży, jakie odbył w głąb tego państwa, aby nakreślić wstrząsającą mapę więziennego despotyzmu, jakim była ojczyzna sowietów. Omijając biurokrację i głuchy na syreni śpiew oficjalnych komunikatów, uzbrojony w doskonały rosyjski jako glejt, Kapuściński przebrał się za zwykłego obywatela, by odwiedzić Workutę — kopalnie węgla położone za kołem podbiegunowym — i udokumentować niewolnicze warunki pracy górników, których średnia długość życia nie przekraczała trzydziestu pięciu lat; by dotrzeć do dawnej wioski rybackiej Mujnak nad Morzem Aralskim, solnej pustynnej ruiny, będącej skutkiem kolejnych faraońskich planów panów Kremla, którym udał się odwrócony cud rozmnożenia ryb; by przypomnieć — wśród ruin systemu obozowego Kołymy na Syberii (niezbędne jest tu świadectwo Warłama Szałamowa) — o milionach istot ludzkich, które tam straciły życie. Z drugiej strony, nie mniej żałosne były lamenty naszej prasy komercyjnej, której treść informacyjna wyznaczana jest przez miejsce pozostawione po zamknięciu sprzedaży reklam. Wygląda na to, że nie przeczytali jego celnej krytyki utylitaryzmu mediów — jednej z osi książki Cynicy nie nadają się do tego zawodu, zbierającej kolejne dialogi, jakie prowadził z Marią Nadotti, Andreą Semplicim i Johnem Bergerem podczas spotkania w Capodarco we Włoszech — i że nie znają głównego przesłania Pięciu zmysłów dziennikarza, wydania bezpłatnego Fundación Nuevo Periodismo Iberoamericano. Mówiąc najprościej, konsensus, jaki wywołała jego śmierć, jest wynikiem tego podwójnego nieporozumienia.

Jest jeszcze trzeci aspekt: ciężar sławy. Kapuściński wycofał się z czynnego dziennikarstwa i poświęcił się — jak każdy inny pisarz z międzynarodowego mainstreamu — objeżdżaniu marmurowych auli i lśniących sal konferencyjnych. Człowiek spełniony, zawsze uprzejmy, niezwykle skromny, który uwodził triumfem zdrowego rozsądku w swoich opiniach — wyważonych i poprawnych. Ten politycznie poprawny Kapuściński miał niewiele wspólnego z nieustraszonym reporterem, jakim naprawdę był i jakiego ukazują jego najlepsze książki. Najlepiej ilustruje to fragment Jeszcze dzień życia, książki-reportażu o niepodległości Angoli i jej długiej wojnie domowej:

Przypadkiem trafiłem na samolot w Benguela, który przywiózł mnie do Lubango. Mulat, którego przypadkiem spotkałem na lotnisku w Lubango, zawiózł mnie do sztabu. Nieznajomy, o którym nie wiedziałem nic poza imieniem — Nelson — i którego widziałem po raz pierwszy w życiu, wsadził mnie do ciężarówki. A ta ciężarówka natychmiast ruszyła i teraz toczyła się ciężko między dwiema ścianami kolczastych zarośli dżungli, ku nieznanemu mi celowi.

Ciężarówka zatrzymała się w miasteczku Pereira d’Eça, prawie na granicy z Namibią, będącą pod okupacją południowoafrykańską — niezwykle niebezpiecznym miejscu, z którego cudem uszedł z życiem, ale które pozwoliło mu podać jako pierwszemu na świecie wiadomość o nadciągającej inwazji RPA na Angolę.

Inny przykład jego dziennikarskiej pasji znajduje się we fragmencie Wojny futbolowej, w którym opowiada, jak szef redakcji Polskiej Agencji Prasowej zakazał mu jechać do Konga, gdzie wojsko zbuntowało się przeciw rządowi Lumumby tuż po ogłoszeniu niepodległości, i kupił mu w zamian bilet na reportaż do Nigerii; bilet, który on, bez wiedzy przełożonych, zamienił na podróż do Chartumu i do małego sudańskiego miasteczka o nazwie Dżuba, gdzie w zmowie z dwoma czeskimi dziennikarzami kupił rozklekotanego forda i przedzierał się przez dżunglę aż do Stanleyville. W ten sposób cała trójka stała się jedynymi europejskimi dziennikarzami, którzy udokumentowali zamordowanie Lumumby i wybuch bratobójczej wojny kongijskiej z samego jądra ciemności. Ze Stanleyville udało im się wydostać żywymi dzięki glejtem urzędnika ONZ, który zlitował się nad nimi i umieścił ich na samolocie do Burundi, gdzie schwytała ich grupa belgijskich spadochroniarzy, wciąż kontrolujących ten kraj, gdyż wzięli ich za szpiegów; i wtedy znowu o mały włos nie zostali rozstrzelani i ocaleli dzięki… i tak dalej.

Ryszard Kapuściński urodził się w Pińsku (wówczas Polska, dziś Białoruś) w 1932 roku. Najazd nazistów na Polskę (a potem sowietów, w następstwie straszliwego paktu Ribbentrop-Mołotow) uczynił z niego i jego rodziny koczowników na własnej ziemi, uciekających przed frontem, bombardowaniami, „okropnościami wojny". Jego ojciec, żołnierz pojmany i niespodziewanie zbiegły, przez resztę konfliktu był tajnym nauczycielem, który z uporem ratował polską kulturę, którą naziści chcieli zetrzeć z powierzchni ziemi — jak opowiadał w autobiograficznych fragmentach nieprzetłumaczonej na hiszpański książki Busz po polsku z 1962 roku, częściowo zebranych w antologii Lapidarium. Na wojnie nauczył się, że bez butów życie zimą nic nie jest warte i że ziemniak to coś więcej niż zwykły ziemniak. Po zakończeniu rzezi Kapuściński przeniósł się do Warszawy, miasta tak zrujnowanego przez nazistowskie szaleństwo, że musiało być w dziewięćdziesięciu procentach zasiedlone na nowo przez Polaków z prowincji; tam wznowił naukę i ukończył liceum z powołaniem poety — zajęcia, którego nigdy nie porzucił. To pozwoliło mu wejść w wąski krąg polskiej kultury tamtej epoki i zacząć współpracę z dziennikiem Sztandar Młodych, studiując jednocześnie historię w modelu będącym spadkobiercą Szkoły Annales Marca Blocha, Fernanda Braudela i pozostałych — tuż zanim komuniści zmienili program nauczania. W Sztandarze Młodych jego praca polegała na jeżdżeniu po Polsce niczym wędrowny komediант w poszukiwaniu wiadomości. W tej gazecie pracował Marian Brandys, ojciec nowoczesnego reportażu w języku polskim, którego Kapuściński zawsze uznawał za swojego wielkiego mistrza. To właśnie Brandys pokierował nim przy pisaniu jego pierwszego dziennikarskiego triumfu: reportażu „Inna prawda o Nowej Hucie", niezwykle krytycznej radiografii robotniczego miasta o tej samej nazwie, pomyślanego przez oficjalną propagandę jako wizytówka nowego ustroju. Wywołał prawdziwy skandal, który zmusił Kapuścińskiego do ukrywania się, pewnego, że zostanie aresztowany; ale wobec zamieszania rząd wolał „zdemaskować kłamstwa" dziennikarza i w celu zbadania „prawdy" powołał komisję, która punkt po punkcie potwierdziła jego zarzuty. Zamiast wsadzić go do więzienia, odznaczono go złotym krzyżem zasługi. Za ten paradoksalny sukces spełniono jego prawdziwe marzenie: wyjazd za granicę; a kiedy Kapuściński myślał wówczas o zagranicę, miał na myśli coś tak odległego i egzotycznego dla swojej rzeczywistości jak Czechosłowacja. Jego przeznaczeniem miały być ni mniej, ni więcej — Indie, a podróż ta stała się prawdziwą inicjacją. Po tej pierwszej wyprawie nastąpiła druga — do Chin. Te peregrynacje, jak opowiada w Podróżach z Herodotem, przypieczętowały jego los: odkrył fascynację wolnością, poznawaniem nowych kultur i języków, poszerzaniem horyzontów. Możemy sobie wyobrazić, co dla wrażliwego historyka i młodego polskiego poety, początkującego dziennikarza, znaczyło opuszczenie szarości i miernoty komunistycznej Polski powojennej i życie do woli pośród dwóch najbardziej fascynujących rzeczywistości kulturowych świata. Na podróż zabrał — nie wiedząc o tym — kluczowego autora, swoisty talizman: Herodota, greckiego historyka, który zamiast pogardzać kulturami niehelleńskimi, nazywając je barbarzyńskimi, chciał je poznać, odkryć ich bogów, wysłuchać ich legend, zapisać ich bitwy, opowiedzieć ich historie. I taki właśnie był w wielu wymiarach literacki los Kapuścińskiego — codzienna epopeja ludów świata.

Wkrótce potem oficjalna polska agencja prasowa zatrudniła go jako korespondenta zagranicznego, oferując jedyny wolny etat: Afrykę. Ten kontynent stanie się osią jego dalszego życia i niemal całej twórczości. Kiedy na okładkach książek Kapuścińskiego czytamy, że relacjonował dwadzieścia siedem rewolucji (albo siedemnaście, według innych okładek, albo dwanaście frontów wojennych, albo siedemnaście zamachów stanu, albo trzydzieści…), zapomina się o tym, że był JEDYNYM korespondentem polskiej agencji na CAŁĄ Afrykę. Jego codzienna praca polegała na wysyłaniu depesz informacyjnych niemal bez żadnych środków z kontynentu, który w Polsce nikogo nie interesował i wobec którego jego kraj nie miał żadnych interesów strategicznych, kulturalnych ani ekonomicznych. Kapuściński był łącznikiem! Na domiar złego jego relacje były systematycznie cenzurowane, a polska publiczność otrzymywała ich wersję osłodzoną i okrojoną. Co ciekawe, jedynie hierarchia partyjna, za pośrednictwem ekskluzywnego systemu informacji, miała dostęp do pełnych wersji jego tekstów. Obdarzony niezwykłą zdolnością empatii, łatwością w przyswajaniu języków i szczęściem na przestrzeni dziesięcioleci, Kapuściński zdołał przetrwać wir przemian, które naznaczyły drugą połowę XX wieku w Afryce.

W 1957 roku, podczas swojej pierwszej misji w Akrze, był świadkiem pionierskiej niepodległości Ghany pod przywództwem Kwame Nkrumaha, ojca panafrykanizmu. Jedna po drugiej padały pozostałe dawne kolonie europejskie: niekiedy drogą porozumienia, jak w przypadku większości terytoriów brytyjskich (Kenia, Uganda, Tanzania…), których koloniści zaakceptowali niepodległość w zamian za ochronę swoich interesów ekonomicznych; innym razem gwałtownie, jak kolonie belgijskie i portugalskie (Kongo, Angola, Mozambik…). W przypadku Francji — czasem po strasznych i brutalnych starciach, jak w Algierii, a czasem pokojowo, lecz za cenę utrzymania przy władzy elity kultury francuskiej (jak Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kamerun…). Po tych ruchach wyzwoleńczych natychmiast nastąpiła prawdziwa eksplozja konfliktów, które ucisk kolonialny trzymał w zamrożeniu: wojen etnicznych, religijnych, plemiennych. Wobec tych zaburzeń w większości krajów jedyną instytucją, która przetrwała, było wojsko, dokonujące kolejnych zamachów stanu o jednym i o drugim znaku — zawsze okrutnych i szkodliwych, ale zrozumiałych w tej entropicznej logice. Równocześnie Afryka — a zwłaszcza CAŁA Afryka czarna — dawna scena europejskich kaprysów, sporów i ambicji, stała się kolejnym frontem, być może najaktywniejszym, zimnej wojny, na którym dwa wielkie mocarstwa wyłonione po drugiej wojnie światowej wspierały frakcje stosownie do swoich ścisłych interesów. To była scena, której Kapuściński był uprzywilejowanym świadkiem i niezastąpionym kronikarzem. Heban, klasyka naszych czasów, jest destylacją całego tego afrykańskiego doświadczenia, próbą uchwycenia duszy czarnej Afryki, a zarazem drobiazgowym zapisem jej partykularyzmów. Heban został ponadto opracowany wiele lat później, w Warszawie, w oparciu o ważne zbiory fotograficzne — drugą wielką pasję autora — poparty imponującą bibliografią i oczyszczony tak, jak potrafi to uczynić jedynie pamięć. Jakie jest prawdziwe zamierzenie Kapuścińskiego w Hebanie? Osiągnąć empatię z Afrykanami. I dlatego przez wszystkie lata, jakie w sumie spędził pośród nich, postanowił żyć jak jeden z nich. Wielokrotnie powtarzał, że kto jedzie do Afryki, by zamieszkać w pięciogwiazdkowym hotelu i zwiedzać ogrodzone enklawy turystyczne lub parki z dziką przyrodą, ten nie poznaje istoty Afryki. Przemierzanie jej dróg, mieszkanie w jej chatach, dzielenie tego samego jedzenia pozwoliło mu pojąć prawdziwe oblicze kontynentu. Ostatnio zakwestionowano warstwę faktograficzną Hebanu i w ogóle pracy dziennikarskiej Kapuścińskiego. Jedną z najostrzejszych krytyk napisał John Ryle w „Times Literary Supplement": „A play in the bush of ghost". Istotą tej krytyki jest to, że Kapuściński celowo przesadza lub upraszcza, aby nadać spójność swoim obserwacjom, a ponadto popełnia niemałą liczbę konkretnych błędów (nazwy plemion, miast, dane historyczne…). Uważam jednak, że prawda Hebanu tkwi w humanistycznym, herodotejskim zamierzeniu — w akceptacji wspaniałej różnorodności świata, jej zrozumieniu i poszanowaniu. Poza tym jest to książka nadzwyczajnie dobrze skonstruowana, w której znaczący detal, zabawna anegdota, trafna ironia budują potężną polifoniczną opowieść, ukazującą wielkość afrykańskiego ducha pośród martwej ziemi. Tak, Afryka rodzi bzy na jałowej powierzchni.

Innym dziełem, które metaforycznie skupia istotę haniebnej rzeczywistości Afryki, jest mistrzowski Cesarz. W odróżnieniu od Hebanu koncentruje się na jednym kraju — Etiopii — i na jednym momencie historycznym: wspaniale groteskowych rządach cesarza Hajle Sellasje. Również ta książka była krytykowana przez akademickich znawców etiopskiej rzeczywistości, ale po raz kolejny wielkość Cesarza nie leży w skrupulatności historycznej — choć w przeważającej większości wszystko, co opisuje, jest prawdą — lecz w tym, że funkcjonuje jako uniwersalna metafora władzy despotycznej. A metafora ta ma jeszcze większą wartość, jeśli to w ogóle możliwe, napisana przez Polaka epoki komunistycznej. Kapuściński dotarł do Etiopii po zamachu obalającym Sellasje i odkrył, że ta rewolucja została już udokumentowana, więc skoncentrował się na procesie odwrotnym: opowiedzeniu tyranii właśnie obalonego rządu. Potajemnie szukał na ulicach Addis Abeby ocalałych z dworu Króla Królów i anonimowo ich przesłuchiwał, by zrekonstruować mechanizmy władzy Sellasje. Jakby tego było mało, przeprowadził badania średniowiecznego języka polskiego, szukając form odnoszących się do figur władzy, i łącząc oba elementy, odtworzył panowanie „Lwa Judy", „Wybrańca Bożego", „Najdostojniejszego Pana", „Jego Najwznioślejszego Majestatu" — Hajle Sellasje. Anegdota o poddanym, który podczas oficjalnych przyjęć musiał sprzątać ekskrementy cesarskiego pieska, była zbyt często powtarzana i przytaczana jest jak refren za każdym razem, gdy mowa o tej książce; wolę natomiast historię biedaka, a zarazem uprzywilejowanego w etiopskiej nędzy, którego jedyną funkcją było ukłonami wskazywać cesarzowi godzinę. Olbrzymi ludzki zegar z kukułką.

Kapuściński interesował się również, i to bardzo głęboko, Ameryką Łacińską. Mieszkał w Santiago de Chile i w mieście Meksyk, stolicy, za którą zawsze odczuwał nostalgię. Z meksykańskiego Distrito Federal pełnił przez siedem lat funkcję korespondenta na całą Amerykę Łacińską, relacjonując nasze smutne koleje losu, tak często analogiczne do afrykańskich. Jedna z jego najlepszych prac dziennikarskich o Ameryce Łacińskiej znajduje się w książce Wojna futbolowa, gdzie dokumentuje tragikomiczną bitwę między Hondurasem a Salwadorem, mającą bardzo głębokie przyczyny, ale której iskrą było wzajemne maltretowanie kibiców obu reprezentacji piłkarskich. Wojna, która w ciągu stu godzin pochłonęła tysiące ofiar, była zupełnie bezcelowa, a jej najlepszym świadectwem jest właśnie relacja tego współczesnego Herodota.

Drugim wielkim procesem, który Kapuściński udokumentował i dogłębnie zbadał, były rządy szacha Rezy Pahlaviego w Iranie i rewolucja ajatollahów, którzy go obalili. Szachinszach łączy niektóre z najlepszych dziennikarskich talentów Kapuścińskiego: solidność historyczną i dbałość o szczegół. Książka stanowi znakomitą podróż po starożytnej Persji — od dynastii Kadżarów po obalenie Pahlaviego, przez kolejne okupacje rosyjską i angielską — będąc zarazem dociekaniem źródeł Chomejniego; jest też kroniką ulic Teheranu, masowych manifestacji przeciw szachowi i anegdot, które umknęłyby uwadze większości obserwatorów. To, co błahe, jako nośnik znaczenia. W ten sposób odkrywa, który dzień przyniesie chaos na ulicach — po zamkniętych żaluzjach ormiańskiego kupca w centrum miasta. Tezą książki jest to, że szach zdołał zjednoczyć przeciw sobie coraz liczniejsze grupy społeczne Iranu, a ajatollahowie wykorzystali moment obalenia, by narzucić swoje prawa i swoją prawdę reszcie frakcji rewolucyjnych. Szachinszach jest też osobliwą układanką dokumentów i fotografii, które opisywane kolejno rekonstruują ciało narodu w kryzysie. Świat żyje dziś na krawędzi przepaści z powodu nuklearnego wyzwania Iranu — otóż pewne klucze do zrozumienia tkwią w tej książce i dlatego jej lektura jest pilniejsza niż kiedykolwiek.

Poznałem Ryszarda Kapuścińskiego w czerwcu 2002 roku, w Warszawie, gdy zgodził się udzielić wywiadu „Letras Libres". Mieszkał w starej kamienicy w skromnej dzielnicy polskiej stolicy. Na poddaszu tego domu, w „kryjówce nomady", miał obszerny gabinet, gdzie piętrzyły się książki, wycinki, fotografie, przedmioty z jego wędrówek po świecie, a niczym pranie rozwieszone na słońcu — wiszące kartki z ręcznie zapisanymi notatkami z podróży, sklasyfikowane w sposób „niekartezjański", będące autentycznym surowcem, z którego za pomocą swojej metody pracy wydobywał materię swoich książek. Stałem więc przed prawdziwą magmą pierwotną pisarza Ryszarda Kapuścińskiego. Pamiętam, że zaskoczyło mnie, iż zanim zdążyłem choćby zacząć swoją pracę, to on — niepostrzeżenie — przeprowadzał wywiad ze mną: chciał wiedzieć wszystko o Meksyku, o piśmie, o moim życiu, które toczyło się wówczas w Hiszpanii. Jego autentyczne zainteresowanie nieznanym rozmówcą było chyba prawdziwą nauką tamtego niezapomnianego popołudnia. Ryszard Kapuściński nie był autorem książek podróżniczych, ani narratorem, ani historykiem, ani — w ścisłym tego słowa znaczeniu — dziennikarzem: był kapryśną sumą tego, co najlepsze w tych gatunkach. Teraz głos ma ten nieprzekupny egzaminator, jakim jest potomność. ~


Tłumaczenie z języka hiszpańskiego. Tekst oryginalny: El caso Kapuscinski — Letras Libres.

źródło: kapuscinski.info