Ryszard Kapuściński
Autor:Marcel Andino Velez
Źródło:Przekrój
Ryszard Kapuściński był przede wszystkim badaczem cywilizacji. Utknął pomiędzy Zachodem, który patrzy, a Trzecim Światem, który jest oglądany. Sam, jako człowiek „Drugiego Świata”, pełnił funkcję pośrednika. Jego fenomen polegał na tym, że choć był światowcem o „świadomości globalnej”, zarazem pozostał „swój”. Zaglądamy do księgi kondolencyjnej pisarza reportera, wspominając jednocześnie książkowego bohatera, który nie zniknie mimo śmierci swojego twórcy.
Jeszcze trochę i naprawdę zabraknie nam wspaniałych ludzi – napisała Magdalena K. w internetowej księdze kondolencyjnej Ryszarda Kapuścińskiego. Internautka Marysia F. zobowiązuje się, że „nasze dzieci też będą Go kochać przez Jego książki, do których my je poprowadzimy…”.
Na stronie www.kapuscinski.hg.pl wpisało się już kilkaset osób. Mieszanka stylów, internetowy nieład ortografii, „spieszmy się kochać ludzi” obok osobistych wspomnień, na przykład o uścisku dłoni zmarłego reportera. Powstaje tu samoistne „lapidarium” czytelników. Inicjatywa oddolna. Straszna tęsknota.
„Odszedł kolejny z autorytetów, który w sposób wyważony i nienachalny przedstawiał ludziom »syntezę« świata” – ubolewa Darek. Syntezę świata u Kapuścińskiego znajduje się na zasadzie chybił trafił. Otworzyć książkę, dowolną. Przebiec oczami po stronie. Znajdujemy reportera pośrodku afrykańskiej wojny domowej.
„Manipuluję tranzystorem, który cichnie, bo kończą się baterie, a nowych nie dostanę, i słucham, co mówią dalekie radiostacje. Odzywają się różne głosy, sypią się pomysły i propozycje. Co zrobić z Angolą? Zwołać międzynarodową konferencję. Posłać wojska Narodów Zjednoczonych, niech wejdą i rozdzielą tych, co tam się tłuką. Posłać wojska? A kto za to zapłaci, mamy przecież inflację. Niech jadą same czarne wojska i niech płacą Arabowie. Arabowie nie wiedzą, co zrobić z forsą. Najlepiej wezwać Angolańczyków, żeby pogodzili się. Niech podpiszą rozejm, niech podzielą się stołkami, niech padną sobie w objęcia. Zagrozić, że jeśli się nie uścisną, nie dostaną więcej pieniędzy. Make love, not war”.
To fragment książki „Jeszcze dzień życia”. Radio w ręku Kapuścińskiego jest malutką wieżą Babel. Pomieszanie, nieprzekładalność języków. Niemożność porozumienia. Ignorancja. Banalna, miałka wygoda dobra („niech padną sobie w objęcia”) wobec twardej rzeczywistości zła (nowych baterii nie będzie, głos z oddali ucichnie, zatriumfuje wojna). Świat zewnętrzny jest tylko trzaskiem w radiu.
Dla ludzi, którzy dziś zapełniają księgę kondolencyjną, Kapuściński to człowiek, który pomaga wyłowić sens z szumu tego wszechświatowego radia. I nie kończy na tym.
„…dostałem list z Rudy Śląskiej od młodej zrozpaczonej dziewczyny błagającej o pomoc. Chłopiec, którego poznała i w którym się zakochała, na pierwszej randce zapytał, czy coś czytała Kapuścińskiego. A ona odpowiedziała, że nie tylko nie czytała, ale nawet nazwiska nie słyszała. No to on z nią zerwał, powiedział, że jak jest taka głupia, to nie ma o czym z nią rozmawiać. W liście prosiła mnie, abym przysłał jej jakąś książkę, żeby mogła zerwany kontakt nawiązać. (…) Oczywiście posłałem jej książkę, napisałem ciepły list i mam nadzieję, że wszystko się w końcu dobrze ułożyło”.
Dobrotliwy starzec, czarodziej. Przewodnik. I tak dalej. Ale Kapuściński zapisuje wśród notatek także to zdanie: „Z wiekiem człowiek staje się sam dla siebie coraz bardziej postacią wymyśloną, bohaterem literackim”.
W tych dniach warto zastanowić się, kim jest Ryszard Kapuściński. Nie kim był, tylko właśnie kim jest. Bo choć sam reporter odszedł, pozostał wykreowany przez niego bohater literacki. Została literatura. I świat, wobec którego zajmował stanowisko zjednujące mu niemal uniwersalną sympatię.
Innym zostawmy kwestię politycznej biografii Kapuścińskiego. Wiadomo, że jako 18-latek popełnił między innymi socrealistyczny wiersz o czerwonej fladze (wciąganej na maszt rączkami ciepłymi od ufności). Dla równowagi w 1956 roku napisał brawurowy reportaż o nikczemności życia codziennego Nowej Huty, czym władzę najpierw rozwścieczył, a potem – na fali październikowego rachunku sumienia – został za ten tekst nagrodzony. Wysłanie do Indii było zaś salomonową próbą pozbycia się zdolnego, ale niewygodnego dziennikarza. Nikt nie ukryje dziś faktu, że przez całe lata Kapuściński przyglądał się Trzeciemu Światu za pieniądze peerelowskiej agencji prasowej. Że zbiór reportaży zatytułowany „Chrystus z karabinem na ramieniu”, opublikowany w 1975 roku, poświęcony ruchom partyzanckim w Trzecim Świecie, jest w zasadzie tych ruchów afirmacją. Spuścizna Kapuścińskiego jest dziś solą w oku dla tych w Polsce, którzy XX-wieczne konflikty w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej wciąż postrzegają jako czarno-białą wojnę sowieckiego imperializmu z wolnym światem Zachodu. W odróżnieniu od nich Kapuściński za dużo widział, by Che Guevarę traktować jak zbrodniarza.
W „Lapidarium” taka oto, w sumie prosta, myśl reportera: „Sprzeczność polska: nasze myślenie jest bardzo zaściankowe, prowincjonalne, tymczasem nasze położenie geopolityczne jest europejskie, kontynentalne, wymaga więc świadomości globalnej, szerokiej. Stąd tak często świat zaskakuje nas – zdumionych, nie przygotowanych”.
Kapuściński cenił sobie własną przynależność do światowego gremium wizjonerów zabierających głos w sprawach globalnych. Bolesna jest świadomość, że w tym towarzystwie był jedynym reprezentantem Polski. Jedynym i nie do końca typowym.
Jego droga na szczyt nie prowadziła przez elitarne wykształcenie, naukowe publikacje, przyrodzoną przynależność do elity współczesnego Zachodu. Zaproszono go na Parnas, bo genialnie opisał swoje spotkanie ze światem, z którym zachodnie elity nigdy się nie zetknęły. Ale Kapuściński pozostał kimś pomiędzy. Pośrednikiem, człowiekiem dwóch światów. Utknął pomiędzy tymi, który patrzą (czyli Zachodem), a tymi, którzy są oglądani (Trzeci Świat). Jego pochodzenie z „Drugiego Świata”, z Polski, tej ziemi niczyjej, skazało go na wieczną ambiwalencję. W swej najnowszej książce „Niesamowita Słowiańszczyzna” Maria Janion zarzuca Kapuścińskiemu, że Rosję (w „Imperium”) opisuje z perspektywy człowieka Zachodu, którym jako Polak i Słowianin nigdy tak naprawdę nie będzie.
W ostatnich latach Kapuściński poświęcał wiele uwagi osobie „Innego” („Ten Inny” to tytuł jego ostatniej książki). „Innego”, a nie „obcego”. „Inny – to jest ktoś, kto nie należy do naszej cywilizacji. To jest ktoś z tej części ludzkości, która jest w przytłaczającej większości” – tak mówił w jednym z ostatnich wywiadów, udzielonym jesienią pismu „Focus”.
Kapuściński wiedział, że jego oddanie sprawie Trzeciego Świata mylono z paternalizmem. Znał zarzut, że stereotypizuje poznane w wieloletnich podróżach światy, by w efektownej formie podać je na tacy zachodniemu czytelnikowi.
Chór zachwytów nad „Cesarzem” jako doskonałością literacką zagłuszył głosy krytyki wytykające autorowi liczne uproszczenia i podporządkowanie faktów konceptowi formalnemu. W „Hebanie” Kapuściński pisze tak: „Afrykanin, który wsiada do autobusu, nie pyta, kiedy autobus odjedzie, tylko wchodzi, siada na wolnym miejscu i od razu zapada w stan, w jakim spędza znaczną część swojego życia – w stan martwego wyczekiwania”. Tak nie pisze dziennikarz, tylko badacz cywilizacji. Tak wielki francuski historyk Fernand Braudel pisał o Europejczykach epoki nowożytnej, dzięki niemu nauczyliśmy się rozumieć historię. Kapuściński wiedział, że „nie istnieje pełne przedstawienie rzeczywistości. Tylko wybór” – te słowa Pära Lagerkvista uczynił mottem „Lapidariów”. Bał się świata, w którym wybór zostaje zastąpiony rzekomą „pełnią” obrazu, pozornym obiektywizmem. „Możesz myśleć, co chcesz, robić, co chcesz – i tak zawsze jednym będzie się to podobać, innym – nie, co oznacza, w sumie, że i tak nic nigdy z niczego nie będzie wynikać”.
W internetowej księdze kondolencyjnej Natasza wpisała cytat z wiersza Kapuścińskiego: „Przetrwa ten, kto stworzył swój świat”. „Dziękuję za pomoc w jego tworzeniu” – dopisała pod spodem.
źródło: kapuscinski.info