Ryszard Kapuściński

Pisarz · Reporter · Poeta 1932–2007 Kim był? Od czego zacząć? Oś czasu

Niezniszczalny

Autor:Wiktor Osiatyński
Źródło:Tygodnik Powszechny

Ryszard bolał nad tym, że trzy czwarte czasu pochłaniają mu rozmowy z wydawcami i dziennikarzami albo spotkania autorskie. Ból wynikał z przekonania, że każda godzina, której nie udało mu się spędzić nad kartką papieru, jest w jakimś sensie stracona.

Nie pamiętam, kiedy poznałem go osobiście, ale że czytałem „Busz po polsku" czy „Kirgiz schodzi z konia" jeszcze w czasach studenckich, to pewne. W latach 60. pojechałem na wycieczkę w Kaukaz z „Kirgizem" w ręku.

Jesienią 1968 r. rozpocząłem pracę w redakcji literatury międzynarodowej w wydawnictwie Książka i Wiedza, do którego przychodził specjalny biuletyn PAP-u z tekstami zagranicznych korespondentów Agencji. Wydawnictwo interesowało się nimi, ponieważ mogli wśród nich być potencjalni autorzy książek. Biuletyn był rozdawany z rozdzielnika i mnie się nie należał, ale jedna z redaktorek działu międzynarodowego pozwalała mi go czytać w swoim gabinecie. Czytałem zafascynowany. To było dużo więcej niż teksty – rzetelnie napisane, pogłębione reportaże z Afryki czy Ameryki Środkowej. Może ktoś zada sobie trud, by odkopać te teksty i wydać je? Na pewno byłoby warto.

Gdy w 1971 r. znalazłem się w tygodniku „Kultura", gdzie systematycznie czytałem takie pisma jak „Newsweek", „Time", „Paris Match", „The Economist", by sporządzić cotygodniowy przegląd zagranicznych wydarzeń kulturalnych; mogłem już porównać teksty Ryszarda z publikowanymi w prasie zachodniej. Bez porównania celniej i głębiej dotykał istoty rzeczy; wiedział o świecie więcej. W „Kulturze" właśnie, na jednym z zebrań redakcyjnych, poznałem Ryszarda. Byłem już przy tym, jak pisał w odcinkach wydanego w 1978 r. „Cesarza". Ponieważ zawsze był otwarty na ludzi, a ja dość „przylepny", coraz więcej rozmawialiśmy. Z biegiem lat redakcyjna znajomość przerodziła się w zażyłość.

***

W jakiejś rozmowie wspomniałem o fresku Ambrogia Lorenzettiego z sieneńskiego ratusza, alegorii dobrych i złych rządów. Okazało się, że Ryszard – autor takich książek o władzy jak „Cesarz" czy „Szachinszach" – nie widział tego fresku! Mało tego, nie był w Sienie, a nawet we Florencji. „Ryszard, wszystko, co brzydkie, w świecie widziałeś, a nie widziałeś tego, co najpiękniejsze!" – nie kryłem zdziwienia i w maju 2006 r. – za zgodą jego żony, pani Alicji, bo ze zdrowiem Rysia nie było już wówczas najlepiej – wziąłem go w podróż do Toskanii. Na ile jego zdrowie i nogi pozwoliły, przeszliśmy przez galerię Uffizzich, zobaczyliśmy trochę Florencji, potem udaliśmy się do Sieny. Mieszkaliśmy w średniowiecznym klasztorze kartuzów, który teraz jest hotelem i akademikiem sieneńskiego uniwersytetu. Tam zresztą poznałem prawdziwe fascynacje Ryszarda. To nie były obrazy w muzeach ani architektura; potrafił godzinami podziwiać równo przycięte krzewy i kwiaty w ogrodzie albo siedzieć w jadalni i patrzeć, jak – już po obiedzie gości – siadają do obiadu kelnerzy, pokojówki i ogrodnicy. Zachwycał się ich czystością, manierami i radością życia.

Potem odwiozłem go do Bolonii, gdzie otwierał wystawę fotograficzną. To była wystawa zdjęć z Afryki. Znałem je od dawna (większość była z lat 70., parę z 80.). Czy była to kwestia ich ułożenia, czy doboru – dość, że uświadomiłem tam sobie niebywałą rzecz o ich autorze. To nie były zdjęcia robione z zaskoczenia. Zwłaszcza w Afryce, gdzie nieodosobnione są poglądy, że każde zdjęcie zabiera kawałek duszy, uważam robienie takich zdjęć za uwłaczające godności człowieka. Fotografowani przez Ryszarda ludzie pozowali. W ich twarzach i oczach widać było zaufanie do fotografika, który, jak przypuszczam, wpierw się z nimi zaprzyjaźnił, coś razem przeżył albo jak to on – po prostu ich wysłuchał. To byłoby do niego podobne, bo obdarzony był darem u ludzi wybitnych, czy tylko wykształconych, rzadkim – darem uwagi. Robiąc zdjęcie czy pisząc reportaż, nie traktował innego jako przedmiotu obserwacji; to był równorzędny podmiot, którym był zaciekawiony jako człowiekiem, a nie materiałem do reportażu.

źródło: kapuscinski.info