Ryszard Kapuściński

Pisarz · Reporter · Poeta 1932–2007 Kim był? Od czego zacząć? Oś czasu

Mistrz światowego reportażu

Autor:Artur Górski
Źródło:Zycie Warszawy

Ryszard Kapuściński był wzorem, punktem odniesienia dla wielu dziennikarzy i pisarzy, nie tylko polskich. Pewnie wielu z nich nie czytało nawet książek mistrza, ale miało poczucie, że trzeba go naśladować. Wybrać się w drogę i z radością przyjmować wszystko, co nam ona zaoferuje.
 
Nie doczekał Nobla. Wprawdzie już od kilku lat uważany był za żelaznego kandydata do najbardziej prestiżowej nagrody literackiej świata, ale Akademia wolała autorów bardziej kontrowersyjnych, skandalizujących, egzotycznych. Ryszard Kapuściński zaś egzotyczny nigdy nie był – fakt, przez dziesięciolecia niemal nie opuszczał tych zakątków globu, które ludzie Zachodu określają Trzecim Światem, ale pisał zawsze z pozycji europejskiej cywilizacji. Poza tym był bardzo szanowany przez intelektualistów amerykańskich, co w Sztokholmie nie jest mile widziane.

Kiedy w połowie lat 90. tygodnik „Time” poświęcił Kapuścińskiemu trzy strony, stało się jasne, że za oceanem traktowany jest on na równi z największymi – większość noblistów nawet nie ma co marzyć o podobnym uhonorowaniu. Czy jest więc czego żałować, że nasz kraj nie zyskał w autorze „Cesarza” kolejnego laureata tej nagrody? A czy ma jakiekolwiek znaczenie, że nie otrzymał jej również – za działalność na rzecz pokoju – Jan Paweł II? Nie ma żadnego.

Inna sprawa, że 23 stycznia wieczorem, kiedy pisarz zmarł, telewizja Euronews potraktowała tę wiadomość jako najważniejsze wydarzenie dnia. A najsłynniejsza amerykańska telewizja informacyjna CNN (podobnie jak dziennik „The New York Times” następnego dnia) przez długi czas w ogóle nie zauważyła tego smutnego faktu, koncentrując się na konflikcie bliskowschodnim. Paradoks? A może przewrotny hołd ze strony CNN? Kapuściński z pewnością wolałby dowiedzieć się czegoś o szansach na pokój między Palestyńczykami a Izraelczykami niż… o własnej śmierci.

Uniwersalizm dyktatorów

Śmierć Kapuścińskiego – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – to koniec pewnego rozdziału w polskim dziennikarstwie oraz literaturze. Ale nie tylko. Opuścił nas kolejny autorytet, który stanowił punkt odniesienia w wielu sprawach – tak polityczno-społecznych, jak i moralnych. Czy słusznie był tym naszym autorytetem? Wszak głównie interesował się tymi zakątkami świata, które Polaków – nie oszukujmy się – nigdy specjalnie nie zajmowały. To prawda, ale Kapuściński wychodził z założenia, które nie zawsze przyjmujemy do wiadomości, że świat nie dzieli się na państwa i kultury, ale jest pewną organiczną całością. Dyktatora, który gnębi swoich rodaków w Etiopii, powinniśmy się bać (i piętnować go) także nad Wisłą. Bo może on – choć w innym wcieleniu – pojawić się także w Polsce. Jaka to różnica, czy nazywa się on Hajle Seyllasje, czy nosi dumne miano sekretarza partii?

To ta sama bajka…

Kapuściński miał i ma wielu naśladowców w Polsce – zaroiło się od nich szczególnie po upadku komunizmu. Wielu próbuje naśladować styl mistrza, jego narrację, literacki warsztat. Rzecz w tym, że w ich reportażach często brak tej fascynacji nieznanym, możliwością spotkania z opiewanym przez Kapuścińskiego „innym”. Jest natomiast protekcjonalne odkrywanie egzotyki prostaczków. Poza tym wielu próbuje łączyć poetykę Kapuścińskiego i Hanny Krall, co już jest pewną stylistyczną przesadą. Choć cieszy szacunek dla starej gwardii…

Niżej podpisany, udając się na wojnę na Bałkanach, naiwnie sądził, że aby pisać jak Kapuściński, wystarczy stanąć na płonącej ziemi. Na naiwności się skończyło…

Dlaczego Kapuściński był niepowtarzalny? Z pewnością, między innymi dlatego, że był pierwszy. Jego odkrywcze teksty pojawiające się za żelazną kurtyną musiały robić wrażenie nie tylko na Polakach, ale także zachodnich komentatorach. Wówczas wyjazd na reportaż do odległego zakątka ziemi był dla Polaka czymś niezwykłym, dostępnym dla niewielu. Obecnie zagraniczna podróż nie stanowi żadnego wydarzenia – nawet waluty nie trzeba wcześniej kupować, bo złotówki da się wymienić w niemal każdym kraju świata. Dlatego dzisiejszym reporterom brak tego entuzjazmu eksplorera, z którym Kapuściński wkraczał do Afryki czy Ameryki Południowej.

Zaraz, zaraz – spyta ktoś – a dlaczego to jemu władze PRL pozwalały na więcej niż innym? Dlaczego w czasach, kiedy paszport był dobrem więcej niż luksusowym, a dewizy trudniej dostępne niż bursztyny w Bałtyku, przyszły autor „Hebanu” krążył po świecie niczym redaktor Maj? Przypomnijmy – dziennikarz Maj był tworem PRL-owskiej kultury późnego Gierka. Serial pt. „Życie na gorąco” o przygodach dzielnego redaktora poszukującego na zlecenie ONZ byłych dygnitarzy faszystowskich miał w swoim czasie sporą widownię. Ale i bardzo wielu krytyków. Nie ulega jednak wątpliwości, że bohater tego filmu, grany przez Leszka Teleszyńskiego, mógł być w jakimś stopniu wzorowany na Kapuścińskim.

Oczywiście, prawda o pracy reportera była zgoła odmienna od rzeczywistości ekranowej. Bardziej dramatyczna – reporter ocierał się o śmierć w czasie przewrotów, które opisywał. Kilkakrotnie groziło mu wykonanie kary śmierci.

Wracając do pytania: dlaczego akurat Kapuściński… Nie ma wątpliwości, że kwestię tę stawiali sobie (a i będą stawiać) rozmaici lustratorzy. I co? Wiadomo tylko jedno: ze swej szansy ówczesny korespondent skorzystał perfekcyjnie. Zdawał sobie sprawę, że jest wybrańcem losu (jakkolwiek to brzmi) i musi udowodnić, że jego szefowie postawili na właściwego konia. Jakość obserwacji Kapuścińskiego potwierdziło zainteresowanie, jakim od początku cieszyły się na Zachodzie jego publikacje.

Mistrz alegorii

Fakt, miał też trochę szczęścia, które jednak sprzyja lepszym. Nie tylko w sporcie. Na przykład w czasie mistrzostw świata w piłce nożnej, jakie odbywały się w Meksyku w 1970 roku, był jedynym polskim reporterem. Impreza sportowa – już poza Meksykiem – przerodziła się w dramatyczne wydarzenie, które będzie wymagało pióra znacznie lepszego niż to, którym posługiwali się prasowi spece od futbolu. Otóż po meczu pomiędzy Hondurasem i Salwadorem pomiędzy tymi krajami wybuchła wojna. Spotkanie, przegrane przez Honduras, stało się pretekstem do zbrojnego konfliktu – stosunki między oboma państwami były i tak napięte, a brakowało jedynie iskry.

Świat – także Zachód – o tej wojnie dowiedział się dzięki korespondentowi PAP. Można wręcz powiedzieć, że on ją wykreował, kojarząc początek działań zbrojnych z ostatnim gwizdkiem sędziego. Tu dochodzimy do podstawowej cechy pisarstwa tego autora – alegoryczności. Wychowany w tradycji oświeceniowych przypowieści, a ukształtowany w świecie peerelowskich niedopowiedzeń Kapuściński chętnie korzystał z egzotycznych dekoracji, by opowiedzieć o tym, co dzieje się tu i teraz. Polacy doskonale zdawali sobie z tego sprawę, więc opisy fochów i kaprysów etiopskiego satrapy traktowali jako satyrę na stosunki panujące na naszych szczytach władzy.

Alegorią jest również jedna z najsłynniejszych książek tego autora: „Szachinszach”, rzecz o rewolucji islamskiej w Iranie. Jak wspominał Kapuściński, przewrót Chomeiniego zbiegł się w czasie mniej więcej z powstaniem Solidarności i był dla mieszkańców tego azjatyckiego kraju takim samym cywilizacyjnym szokiem jak – zachowując wszelkie proporcje – wydarzenia lat 1980-81 nad Wisłą. Napisał kiedyś: „Ostatnie trzy rozdzialiki »Szachinszacha« są o tym, jak wyczerpuje się emocja, jak wyczerpuje się nadzieja, jak ludzkie oczekiwania łamią się w obliczu rzeczywistości, z którą się stykają. To są rozdzialiki o smutku, jaki po wielkim przeżyciu zostaje w człowieku i w społeczeństwie”. Przed rewolucją Solidarności, którą gorąco popierał, dostrzegał wiele przeszkód, które wcześniej czy później się ujawnią. Tak też się stało.

Po upadku żelaznej kurtyny nieco odwrócił się od swych poprzednich fascynacji: Afryki i Ameryki Południowej. Podczas gdy Chrystus z karabinem na ramieniu dotarł do swego celu, największe znaki zapytania pojawiły się nad Rosją – krajem, który po upadku radzieckiego imperium zaczął poszukiwać nowej tożsamości. Nie był już ziemią sekretarzy i carów, ale wypadkową obu systemów rządzenia. Moskwa przywracała symbole z czasów przedrewolucyjnych, kultywując jednocześnie obyczajowość czasów radzieckich. Jak postrzegać państwo, które odwołuje się do tradycji, a zachowuje hymn „Niezłomny jest Związek Republik Radzieckich” (fakt, że ze zmienionymi słowami, ale przecież najważniejszym symbolem jest tu muzyka)? Rosji – ojczyźnie nędzarzy i miliarderów, ideologicznych fantastów i mafiosów – Kapuściński poświęcił swój słynny reporterski traktat „Imperium”, który obiegł cały świat. Kilka dekad wcześniej dziennikarz opisał Związek Radziecki epoki wczesnego Breżniewa, poświęcając mu m.in. reportaż „Kirgiz schodzi z konia”. Ów dość entuzjastyczny tekst o ludziach z azjatyckiej części ZSRR, którzy przeżywają wielki skok cywilizacyjny, ma się nijak do gorzkich refleksji cechujących „Imperium”.

Czy pisząc „Kirgiza”, Kapuściński się mylił? Może. Ale można ten tekst czytać także jako jowialną krytykę socjalistycznych reform. Jak zapewniał, w stolicy Kirgistanu Frunze jedynie na ulicy XXII Zjazdu KPZR można było kupić takie delikatesy jak lody czy pierogi z mięsem. Na chwałę partii. Czyż Kapuściński podawał tę informację ze śmiertelną powagą? Wątpliwe.

Na brzegu Nilu

W ostatnich kilkunastu latach Kapuściński przestał być dziennikarzem – w potocznym rozumieniu tego słowa – a stał się eseistą, intelektualistą publikującym nie reportaże, ale dzieła wymagające refleksji i życiowej mądrości. Publikując aforystyczne „Lapidaria” czy ostatnio wydanego „Tego innego”, dołączył Kapuściński do grona klasyków humanistyki, wybitnych erudytów, autorów prozy niezbyt dostępnej dla przeciętnego czytelnika. Czy lepszej od reportaży? Na to pytanie nie ma odpowiedzi – z pewnością innej, bardziej wyrafinowanej. Miał poczucie, że stając się klasykiem, musi po sobie zostawić coś ważnego. Bardzo ważnego. Krytycy się zachwycali. Czy bardziej dla towarzyskiej zasady, czy najzupełniej szczerze?

Co więcej, reporter zaczął się mierzyć z dziedziną, która pewnie od wczesnej młodości stanowiła dla niego nie do końca spełnione wyzwanie – z poezją. W ubiegłym roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się jego tomik poetycki „Prawa natury”. Nie pierwszy w jego karierze. Napisał w nim słowa, które dziś nabierają szczególnego znaczenia: „Zostaną te same prawa natury/po życiu – śmierć/na końcu słonecznej doliny/Styks i mrok lodowaty”.

Poezja kłamie, także ten wiersz. Na Kapuścińskiego nie czeka zimny Styks, ale ciepły Nil, w którym przegląda się jego ukochana Afryka.

źródło: kapuscinski.info