Przejdź do treści
Wywiad z Ali­cją Kapu­ściń­ską. O zaska­ku­ją­cym życiu, o dale­kich podró­żach i o twór­czo­ści męża – Ryszarda Kapuścińskiego.
Aktualność

Wywiad z Ali­cją Kapu­ściń­ską. O zaska­ku­ją­cym życiu, o dale­kich podró­żach i o twór­czo­ści męża – Ryszarda Kapuścińskiego.

Rozmowa z Alicją Kapuścińską o życiu, podróżach i twórczości jej męża – legendy polskiego reportażu, Ryszarda Kapuścińskiego.

Alicja Kapuścińska Fot. Rafał Wojtas Alicja Kapuścińska Fot. Rafał Wojtas

Jestem w miesz­ka­niu, w któ­rym żył i two­rzył Ryszard Kapu­ściń­ski – legen­darny repor­ta­ży­sta, publi­cy­sta, poeta i foto­graf. W pokoju znaj­duje się nie­zli­czona ilość nagród będą­cych zwień­cze­niem pisar­skiej dzia­łal­no­ści mistrza repor­tażu. Puchary, egzo­tycz­nie wyglą­da­jące figurki, wszel­kiego rodzaju pamiątki przy­wie­zione ze wszyst­kich stron świata two­rzą nie­po­wta­rzalną duszę tego miej­sca. Duszę, z którą każdy czło­wiek cie­kawy świata pra­gnie się cho­ciaż na chwilę spo­tkać… Pani Ali­cja siada przy stole w salo­nie i zaczy­namy rozmawiać.

Jerzy Cho­do­rek: Jak moż­liwe jest pogo­dze­nie w mał­żeń­stwie tak róż­nych ście­żek zawo­do­wych? Pani pra­co­wała w szpi­talu, a mąż był reporterem…

Ali­cja Kapu­ściń­ska: Oka­zuje się, że jest to moż­liwe. Prze­ży­li­śmy w końcu ze sobą pół wieku. Jedno dru­giemu nie wcho­dziło w paradę. Sta­ra­li­śmy się nawza­jem sobie poma­gać. Wie pan – byli­śmy ze sobą tak bli­sko, że różne zawody nie były w niczym przeszkodą.

No i poma­gała Pani swo­jemu mężowi pod­czas jego pracy…

Tak, wie­dzia­łam, że jest mu potrzebna pomoc, aby orga­ni­zo­wać spo­tka­nia i zaj­mo­wać się spra­wami codzien­nymi. Mie­li­śmy jesz­cze córkę – dla­tego mia­łam wiele rodzin­nych spraw na gło­wie. Nie było to łatwe i wyma­gało wiele pracy, ale oka­zało się, że jest to moż­liwe. Myślę, że mąż też to doce­niał. Miał we mnie stałą pomoc.

W takim razie można powie­dzieć, że ma Pani rów­nież duży wpływ na twór­czość Ryszarda Kapuścińskiego?

Nie mery­to­ryczną! Nie wtrą­ca­łam się w to, co On pisze. Nie pytał się mnie zresztą o to. A gdy mąż przy­jeż­dżał z jakie­goś kraju i zada­wa­łam mu pyta­nie, jak było, to odpo­wia­dał: „Nie mogę opo­wia­dać, bo jak opo­wiem, to już nic nie napi­szę. A ja to wszystką gro­ma­dzę, żeby pisać”. Wie­dzia­łam, że nie należy go męczyć, tylko trzeba pocze­kać, aż napi­sze, i prze­czy­tać. Nie mia­łam mu nigdy tego za złe, że mało jest w domu, bo po pro­stu wie­dzia­łam, że ten typ pracy tego wymaga…

Jest Pani rów­nież bar­dzo aktywna w dzia­ła­niu. M.in. jest Pani fun­da­torką i zało­ży­cielką Fun­da­cji im. Ryszarda Kapu­ściń­skiego, a także jej hono­ro­wym członkiem.

Kiedy zmarł mój mąż, to posta­no­wi­łam, że nie będę roz­pa­czać i szlo­chać, ponie­waż nikomu to się nie przyda. Posta­no­wi­łam, że całą swoją ener­gię, czas i siły prze­zna­czę na to, aby żyła o nim pamięć. Posta­no­wi­łam, że będę reali­zo­wała jego nie­do­koń­czone plany – np. fun­da­cję sty­pen­dialną. Od paru ładnych lat Ryszard pla­no­wał, że założy fun­da­cję sty­pen­dialną dla mło­dych repor­te­rów, aby zachę­cać ich do pisa­nia dobrych repor­taży. Gro­ma­dził na ten cel swoje fun­du­sze. Pla­no­wał to zro­bić, ale osta­tecz­nie nie zdą­żył… Przez więk­szość czasu był w dro­dze, a w ostat­nim okre­sie swo­jego życia poważ­nie cho­ro­wał. W ostat­nim dniu przed ope­ra­cją, z któ­rej już nie wró­cił, powie­dział mi roz­pacz­li­wym gło­sem: „Tak chcia­łem zało­żyć tę fun­da­cję sty­pen­dialną”, na co mu odpo­wie­dzia­łam: „Kocha­nie, wró­cisz po ope­ra­cji do domu, pomogę Ci i wszystko zro­bimy”. Do domu już nigdy nie wró­cił… Dla­tego było to dla mnie oczy­wi­ste zada­nie. Po jakimś cza­sie wszystko udało się zor­ga­ni­zo­wać. Pie­nią­dze zostały prze­lane na konto i fun­da­cja zaczęła dzia­łać. Wszystko roz­wija się w dobrym kierunku.

Nato­miast druga rzecz to kon­kurs na książkę repor­ter­ską roku. To wyda­rze­nie wycho­dzi poza gra­nice Pol­ski. Kon­kurs cie­szy się dużym zain­te­re­so­wa­niem. Należy speł­nić odpo­wied­nie warunki, aby wziąć w nim udział – musi to być pierw­sze wyda­nie, książka ma być wydana w pol­skim języku, a także powinna być wydana w roku poprze­dza­ją­cym kon­kurs. Ksią­żek napływa z bar­dzo wielu wydaw­nictw nawet po kil­ka­dzie­siąt rocz­nie. Jury ma ciężką pracę, ponie­waż każdy czło­nek kapi­tuły musi prze­czy­tać wszyst­kie pozy­cje. W tej chwili nabiera to rozpędu.

Te dwie rze­czy odby­wają się na tere­nie Pol­ski. A na przy­kład moja córka nie­dawno poje­chała do Włoch na festi­wal lite­ra­tury podróży – Let­te­ra­tura di viag­gio. Przy­znają tam nagrody za repor­taż im. Ryszarda Kapu­ściń­skiego. W tym momen­cie – z tego, co wiem – Jego książki tłu­ma­czone są już na 39 języków.

Czy nie bała się Pani o życie swo­jego męża? Praca repor­tera jest prze­cież niebezpieczna.

W momen­cie kiedy zamy­kały się drzwi samo­lotu, wyłą­cza­łam swoją wyobraź­nię i przyj­mo­wa­łam zasadę: „Nic mu się nie może stać. Wziął klu­cze do miesz­ka­nia – to zna­czy, że wróci”.

On też zawsze, gdy się pako­wał pytał się – „Gdzie są moje klu­cze ?”. Musiał mieć klu­cze, żeby mieć dokąd wró­cić. Miało to sym­bo­liczne zna­cze­nie. W każ­dym razie oboje byli­śmy prze­ko­nani, że każda wyprawa musi się dobrze skoń­czyć. Wiele razy jego życie było zagro­żone, ale ze wszyst­kiego wycho­dził obronną ręką…

Która podróż Ryszarda Kapu­ściń­skiego jest dla Pani w jakiś szcze­gólny spo­sób wyjąt­kowa? Czy może Pani towa­rzy­szyła swo­jemu mężowi pod­czas podróży?

Towa­rzy­szy­łam mu z koniecz­no­ści. To było w roku 1963, kiedy był w Afryce Wschod­niej. Tam ciężko zacho­ro­wał na mózgową postać mala­rii. Na ogół koń­czy się to śmier­cią. Zna­le­ziono go nie­przy­tom­nego w samo­cho­dzie i ulo­ko­wano w szpi­talu. Cie­ka­wostką jest to, że szpi­tal wybu­do­wano w sto­licy Ugandy – Kam­pali, w cza­sie kiedy Afryka Wschod­nia uzy­ski­wała nie­pod­le­głość. Szpi­tal ten ufun­do­wała kró­lowa Bry­tyj­ska, dla­tego posia­dał bar­dzo wiele nowo­cze­snego sprzętu. Pra­co­wali tam dobrzy leka­rze i ura­to­wali mu życie. Kiedy dotarło do mnie przez Pol­ską Agen­cję Pra­sową, że mąż ma mózgową postać mala­rii, to ogar­nęło mnie kom­pletne prze­ra­że­nie. Ale szczę­śli­wie w tym szpi­talu wycią­gnięto go z tej śmier­tel­nej cho­roby. Mala­ria strasz­nie go wynisz­czyła i nie­by­wale schudł. Był osła­biony. Zaczął kasłać i pluć krwią. Rent­gen poka­zał, że zacho­ro­wał na następną cho­robę – gruź­licę płuc. Gdy zawia­do­mił swoją cen­tralę, w PAP-ie chciano, aby wró­cił do Pol­ski. Lecz on doszedł do wnio­sku, że gdy wróci po jed­nej cho­ro­bie i w trak­cie dru­giej, to nie pozwolą mu już poje­chać do Afryki, ponie­waż źle znosi tam­ten kli­mat. Nie chciał się pod­dać. Posta­no­wił nie leczyć się w dro­gim szpi­talu dla bia­łych i poszedł do przy­chodni afry­kań­skiej. Dostał tam anty­bio­tyk i pod­le­czono go. W mię­dzy­cza­sie powie­dziano mi, żebym poje­chała zająć się Nim, ponie­waż jestem leka­rzem. Pole­cia­łam do Afryki, lecz był już na tyle zdrowy, że mógł wró­cić do pracy…

Jedną z cie­ka­wo­stek było to, że kiedy Ryszard cho­dził do szpi­tala, nie było jesz­cze tam jed­no­ra­zo­wych strzy­ka­wek. Dla­tego jeżeli chciano zde­zyn­fe­ko­wać strzy­kawki, goto­wano wszystko razem w gar­nuszku z… jaj­kami. No jak się gotuje, to trzeba wyko­rzy­stać i jajka ugo­to­wać! A jak się wszystko ugo­to­wało, to lekarz wycią­gał strzy­kawkę, napeł­niał ją i z roz­pędu wbi­jał w pośla­dek. Nie­mniej po tych zastrzy­kach mąż wró­cił do zdro­wia i pracy. Wła­ści­wie to mia­łam tam egzo­tyczny urlop. Zjeź­dzi­łam Tan­ga­nikę, Kenię…

A drugi raz byłam z Nim w Mek­syku. Został wyde­le­go­wany tam jako stały kore­spon­dent. Na trzy lata. Zaj­mo­wał się wła­ści­wie całą Ame­ryką Łaciń­ską. Poje­cha­ły­śmy razem z córką, aby z Nim zamiesz­kać. Było to dla nas bar­dzo cie­kawe miej­sce. Gdy musiał zbie­rać kon­takty i był zapra­szany na obiad, to zapro­sze­nie mnie rów­nież doty­czyło. Cho­dzi­li­śmy do restau­ra­cji i nale­żało się póź­niej zre­wan­żo­wać. Nie mogli­śmy wyda­wać za dużo pie­nię­dzy, dla­tego zapra­sza­łam gości na pol­ską kuch­nię. Szłam na rynek, kupo­wa­łam pro­dukty i przy­rzą­dza­łam bigos pol­skim zwy­cza­jem. Taki posi­łek wycho­dził znacz­nie taniej, a był dla ludzi z innych kra­jów czymś inte­re­su­ją­cym i smacz­nym! Gości­li­śmy w Mek­syku rów­nież wiele osób z Pol­ski, m.in Olgierda Budre­wi­cza, Edwarda Sta­churę, Kon­stan­tego Andrzeja Kulkę. W tym cza­sie po pro­stu czy­ni­łam honory pani domu. Podej­mo­wa­łam, gości­łam i karmiłam…

To były dwa wyjazdy z moim mężem. Oba dłu­gie. A jeżeli cho­dzi o jego podróże służ­bowe – to nie było mowy, abym z nim jeź­dziła. Za każ­dym razem, kiedy wyjeż­dżał, musiał od nowa dosta­wać pasz­port. Za każ­dym razem, żeby dostać pasz­port, musiał prze­pro­wa­dzić roz­mowę z urzęd­ni­kiem. Teraz już wiemy, że ci urzęd­nicy byli ze służb bez­pie­czeń­stwa i każda roz­mowa była odno­to­wy­wana – tak powsta­wała teczka. Ale była to wtedy nor­malna pro­ce­dura. Ina­czej nie dostałby pasz­portu. Więc dodat­kowo to było uciąż­liwe. Ale takie były wtedy czasy i nie było wyjścia…

Twór­czość Ryszarda Kapu­ściń­skiego jest ponad­cza­sowa. Spo­sób widze­nia świata, a także jego myśli kształ­tują nowe poko­le­nia dzien­ni­ka­rzy, repor­te­rów, ludzi cie­ka­wych świata. Co było fun­da­men­tem pod­czas pracy Ryszarda Kapuścińskiego?

Przede wszyst­kim opie­rał się na tym, co osią­gnął w trak­cie wyjaz­dów. Każda jego książka mówi o tym, co zoba­czył i co prze­żył. Ale pod jed­nym warun­kiem. Ryszard zawsze zaczy­nał pisać, jeżeli pogłę­bił swoją wie­dzę. Nie cho­dziło mu o to, aby zawie­rać w swo­ich książ­kach tylko emo­cjo­nalne i podróż­ni­cze wra­że­nia. Zale­żało mu na tym, aby pogłę­bić swoją wie­dzę o histo­rii kraju, w któ­rym był, o pro­ble­mach, z jakimi bory­kają się miesz­kańcy tego miej­sca i o tym, co sam tam zoba­czył. Dla­tego przed wyjaz­dem, a także kiedy wró­cił, bar­dzo dużo czy­tał. Miał nawet taką swoją dewizę:

„Żeby napi­sać jedną stronę trzeba prze­czy­tać sto”.

To było auten­tycz­nie przez niego sto­so­wane. Dopiero zdo­byta wie­dza pozwa­lała mu na stwier­dze­nie tego, że pisze z sen­sem, że jest to potrzebne i nie będzie się tego wstydził.

Warto wspo­mnieć o tym, że Ryszard Kapu­ściń­ski swoją twór­czość kie­ro­wał rów­nież do mło­dych ludzi…

To prawda. Szcze­gól­nie zale­żało mu na tym, żeby mło­dzi repor­te­rzy zdo­by­wali jak naj­wię­cej wie­dzy. Chciał im uświa­do­mić to, jak trzeba pra­co­wać i jak należy pisać tek­sty mające wartość.

A która z ksią­żek jest dla pani naj­waż­niej­sza, w jakiś spo­sób szczególna?

Każdą książkę zaczy­nał pisać w mękach. Ale naj­bar­dziej pamię­tam, jak pisał „Heban – już tutaj, w swo­jej pra­cowni na górze. Gdy zaczy­nał jakąś książkę, to cho­dził i myślał. Nie chciał o niczym roz­ma­wiać. Potrze­bo­wał świę­tego spo­koju. Jak zaczy­nał pisać „Cesa­rza_”,_ to kładł się na pod­ło­dze i myślał, myślał, myślał… Albo cho­dził na spa­cery. Aż nagle wykrzyknął:

„Prze­cież cesarz miał pieska!”

No i tak się zaczęło… „To był mały biały pie­sek rasy japoń­skiej. Nazy­wał się Lulu. Miał prawo spać w łóżku cesar­skim” itd.

Kiedy pisał „Cesa­rza_”,_ czę­sto nie było mnie w domu, bo mia­łam dyżury w szpi­talu. Nato­miast „Heban” powsta­wał, kiedy już nie pra­co­wa­łam. Wtedy już mu cią­gle poma­ga­łam. Mat­ko­wa­łam mu wręcz. Cho­dził czę­sto na spa­cery na Pola Moko­tow­skie. Cho­dził, wra­cał, cho­dził, aż wresz­cie któ­re­goś dnia przy­szedł na kola­cję i o ile wcze­śniej cały czas był spięty, to nagle powie­dział na luzie:

„No, zaczą­łem pisać”.

W tym momen­cie zaparło mi dech. Byłam kom­plet­nie zasko­czona. Prze­ży­łam pozy­tywny szok! Następ­nie bez słowa poszedł na górę do swo­jej pra­cowni, wykrę­cił kartkę i przy­niósł pierw­szą stronę. Następ­nie mi prze­czy­tał. Tę pierw­szą stronę znam na pamięć:

„Przede wszyst­kim rzuca się w oczy świa­tło. Wszę­dzie – świa­tło. Wszę­dzie – jasno. Wszę­dzie – słońce. Jesz­cze wczo­raj, ocie­ka­jący desz­czem, jesienny Lon­dyn. Ocie­ka­jący desz­czem samo­lot. Zimny wiatr i ciem­ność. A tu, od rana całe lot­ni­sko w słońcu, my wszyscy – w słońcu…”

Jak pan widzi, uczest­ni­czy­łam w tym wszyst­kimi moż­li­wymi siłami i emo­cjami. Nigdy mu nie prze­szka­dza­łam. O nic nie pyta­łam. Tylko cze­ka­łam. Z tego wysuwa się wnio­sek, że był mu ktoś taki jak ja potrzebny.

Poznali się pań­stwo na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim – pamięta Pani tę sytu­ację? 

Oczy­wi­ście, że tak. Łączy się z tym pewna zabawna histo­ria. Przy­je­cha­łam do „Wiel­kiej Sto­licy” ze Szcze­cina. No i razem z kole­żan­kami – świeżo upie­czo­nymi stu­dent­kami – sie­dzimy sobie, nóżka na nóżkę, każda sobie papie­ro­ska pali, aż tu nagle patrzy się na mnie z prze­ciwka taki ładny chło­piec. I tylko z dez­apro­batą kiwa głową. Wobec tego udaję, że nic nie zauwa­ży­łam, i papie­rosa jak gdyby nigdy nic gaszę. To był ostatni papie­ros w moim życiu. Ale jak już zaczę­li­śmy tak na sie­bie spo­glą­dać, to umó­wi­li­śmy się kie­dyś do kina, potem na spa­cer i dalej już poszło.

Na Wydziale Histo­rii jest tzw. Sala Kolum­nowa, w któ­rej spę­dzało się wie­czory. Grała muzyka i cho­dziło się na tańce – tzw. wie­czor­nice. Cho­dzi­li­śmy na te wie­czor­nice i się bawi­li­śmy. Kie­dyś zna­la­złam w jed­nej ze stu­denc­kich gazet opo­wia­da­ją­cej o mło­dzieży tego czasu i aktu­al­nych wyda­rze­niach notkę o jed­nej z takich wie­czor­nic. Brzmiała ona mniej wię­cej tak: „Pod­czas jed­nej z wie­czor­nic wszy­scy tań­czący utwo­rzyli koło, trzy­ma­jąc się za ręce. Tylko jedna para w ogóle tego nie zauwa­żyła, bo była w sie­bie tak wpa­trzona. To był Rysiek Kapu­ściń­ski z blon­dynką”. No więc tak dalece byli­śmy w sie­bie wpa­trzeni, że po roku byli­śmy już po ślubie.

Już w trak­cie dru­giego roku popro­si­łam o urlop dzie­kań­ski. Miesz­ka­łam wtedy w aka­de­miku, a Ryszard miesz­kał z rodzi­cami w domku fiń­skim na Polach Moko­tow­skich. Uzgod­ni­li­śmy, że skoro spo­dzie­wamy się potomka, to ja pojadę do Szcze­cina do miesz­ka­nia moich rodzi­ców. Zaczął mnie odwie­dzać w Szcze­ci­nie. Uro­dzi­łam tam naszą córkę. Za któ­rymś razem, kiedy do mnie przy­je­chał, powie­dział: „Chcia­łaś iść na medy­cynę, uświa­do­mi­łem sobie, jaka to jest ważna i piękna dzie­dzina. Moja mama miała udar mózgu. Kiedy tra­fiła do szpi­tala, wró­ciła do zdro­wia. Wró­ciła do życia. Medy­cyna ją ura­to­wała”. Ponie­waż oka­zało się, że po tym urlo­pie dzie­kań­skim nie muszę wra­cać na histo­rię, to zda­łam egza­min na medy­cynę. W mię­dzy­cza­sie Ryszard ukoń­czył stu­dia i otrzy­mał dyplom. Od razu dostał też pracę w „Sztan­da­rze Mło­dych” oraz miesz­ka­nie komu­nalne – malut­kie, ale jed­nak miesz­ka­nie – i mógł mnie spro­wa­dzić… Dziecko było jesz­cze małe, a ja stu­dio­wa­łam. Dla­tego córka została w Szcze­ci­nie, a potem kiedy była w wieku przed­szkol­nym, to przy­wieź­li­śmy ją i całą rodziną miesz­ka­li­śmy w pokoju z kuch­nią. To był bar­dzo mały pokoik, a kuch­nia była cał­kiem spora. Córka spała w sypialni, a Ryszard pisał w kuchni. Gdy skoń­czy­łam stu­dia, dosta­łam pracę. Jakoś sobie radzi­li­śmy, cho­ciaż nie było pie­nię­dzy. Tro­chę poma­gali nam rodzice. A potem już sama zaczę­łam pra­co­wać. Pamię­tam, jak w tam­tych cza­sach przed Bożym Naro­dze­niem poszłam do punktu skupu maku­la­tury i sprze­da­łam stare gazety. Wra­ca­jąc, kupi­łam szpic na cho­inkę, bo nie mia­łam za co kupić gwiazdy. Więc tak żyli­śmy… W takich warun­kach. Teraz można mieć różne sty­pen­dia, wtedy nie było o tym mowy. Ale wtedy wszy­scy tak żyli.

Ale to miesz­ka­nie jest piękne…

No z tego się bar­dzo cie­szę. To pierw­sze miesz­ka­nie było na Nowo­lip­kach, odbu­do­wali część daw­nego getta gdzie były gruzy. To było 24-metrowe miesz­ka­neczko, które miało takie man­ka­menty jak winda tuż przy naszych drzwiach. Wszyst­kie trza­ski i hałasy do nas docho­dziły. A z dru­giej strony naszych drzwi był zsyp na śmieci. Miesz­ka­li­śmy tam dzie­sięć lat, a potem zamiesz­ka­li­śmy w miesz­ka­niu na dale­kiej Woli. To było już 48 mkw. Trzy poko­iki z bal­ko­nem i wszyst­kimi potrzeb­nymi wygo­dami. Ale gdy przy­by­wało ksią­żek, zro­biło się cia­sno. Kiedy mogli­śmy sobie pozwo­lić finan­sowo, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się wła­śnie tutaj. Bar­dzo dobrze się tu mieszka. Loka­li­za­cja w pobliżu cen­trum, a rów­no­cze­śnie odsu­nięta od głów­nych ulic. Wokół jest zie­lono. Domy ładnie pre­zen­tują się pod wzglę­dem archi­tek­to­nicz­nym. I sąsia­dów wszyst­kich się zna. To miej­sce ma w zasa­dzie same plusy.

Jak Pani sądzi, jaką myśl mógłby zosta­wić dzi­siaj Ryszard Kapu­ściń­ski mło­dym ludziom? Jakiś komen­tarz odno­śnie do dzi­siej­szych czasów?

On zawsze opi­sy­wał i ana­li­zo­wał sytu­ację. Mógłby prze­ka­zać swoje uwagi o tym, jak pisać. Nie sądzę, żeby mówił, co należy robić i jak urzą­dzać świat. Z jego ksią­żek można wycią­gnąć wnio­ski na temat tego, co uważa za słuszne. Mąż przede wszyst­kim zaj­mo­wał się tym, jak należy na ten świat patrzeć…

Ryszard był sze­roko myślą­cym czło­wie­kiem. Ogrom­nie oczy­ta­nym. Czy­tał nie dla samej przy­jem­no­ści, lecz rów­nież dla wnio­sków, które wycią­gał. Rów­no­cze­śnie był pro­stym, skrom­nym, uśmiech­nię­tym człowiekiem.

W takim razie czas na ostat­nie, tra­dy­cyjne już pyta­nie – jakie ma Pani prze­sła­nie dla czytelników?

Myślę, że warto jest się zapo­znać z tym, co Ryszard pisał. Zachę­ca­ła­bym do czy­ta­nia, ponie­waż jest tam ogromna ilość infor­ma­cji i wie­dzy na tematy, któ­rymi się inte­re­so­wał i które zgłę­biał. Jego książki nie mają cha­rak­teru tylko opo­wie­ści podróż­ni­czych. Mają w sobie dużo war­to­ścio­wej wie­dzy o świe­cie i o ludziach. Jed­nym sło­wem – czy­taj­cie, czy­taj­cie, czytajcie…

 

Wywiad pojawił się pierwotnie na stronie

http://bloginotes.pl/jak-patrzec-na-ten-swiat/

źródło: kapuscinski.info

Powiązane artykuły

Wszystkie aktualności →
Aktualność 31 marca 2017

Zapis video spotkania z Alicją Kapuścińską poświęcone Ryszardowi Kapuścińskiemu w 10. rocznicę śmierci, „Epoka reportażu”

Spotkanie z Alicją Kapuścińską o życiu i twórczości Ryszarda Kapuścińskiego w 10. rocznicę jego śmierci. Relacja wideo z konferencji "Epoka reportażu".

Aktualność 22 stycznia 2016

9. rocznica śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Zaproszenie na wieczór poświęcony pisarzowi.

Odkryj życie i twórczość Ryszarda Kapuścińskiego na specjalnym wieczorze poświęconym wielkiemu pisarzowi. Zaproszenie na wydarzenia upamiętniające.

Aktualność 13 stycznia 2014

Warsztat mistrza: Ryszard Kapuściński, reportaż w Dzień Dobry TVN.

Poznaj warsztat słynnego reportera i podróżnika Ryszarda Kapuścińskiego. Reportaż Dzień Dobry TVN z jego domu oraz wspomnienia żony i Mariusza Szczygła.

Aktualność 7 listopada 2013

III Konkurs Stypendialny im. Ryszarda Kapuścińskiego dla młodych dziennikarzy

III Konkurs Stypendialny Fundacji Herodot dla młodych dziennikarzy do 35 lat. Stypendia 30 tys. zł na projekty reporterskie. Wnioski do 3 grudnia.

Aktualność 4 marca 2012

5 marca 2012 poznamy tytuły dziesięciu tytułów nominowanych do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki przyznawana corocznie dla najlepszych książek reporterskich. Poznaj nominowanych w 2012 roku.

Aktualność 7 lutego 2011

Koniec "wojny" o Kapuścińskiego - nie w tym roku

Sąd rozpatruje pozew wdowy Kapuścińskiego przeciwko biografii "Kapuściński non-fiction" o naruszenie dóbr osobistych zmarłego pisarza.