Przejdź do treści

Podróże z Herodotem - Odcinek 10

Ryszard Kapuściński opowiada o pasji Herodota do zwalczania greckiej pychy i zarozumialstwa, łącząc antyczne obserwacje z współczesnymi wydarzeniami w Azji.

czas czytania 11 min

Autor: Ryszard Kapuściński źródło: Gazeta Wyborcza data publikacji: 2003-11-28 ——————————————————————–

O pochodzeniu bogów

Cały czas wraca Herodot do swojej wielkiej pasji, niemal obsesji. Jest nią wytykanie swoim pobratymcom pychy, zarozumialstwa, przekonania o własnej wyższości. Tę skłonność do zadzierania nosa Grecy zaszczepili później innym Europejczykom i ją właśnie zwalcza Herodot na każdym kroku.

Zostawiam Tomyris na zasłanym trupami pobojowisku nad brzegami Syr-Darii, Tomyris pokonaną, ale zarazem zwycięską, zrozpaczoną, ale i triumfującą, Tomyris - niezłomną i płomienną Antygonę ze stepów azjatyckich, w swoim pokoju redakcyjnym chowam Herodota do szuflady, po czym zaczynam przeglądać najświeższe depesze, które korespondenci Reutersa i Agence France Presse nadesłali właśnie z Chin, Indonezji, Singapuru i Wietnamu. Donoszą oni, że partyzanci wietnamscy stoczyli pod Bing Long kolejną potyczkę z wojskami Ngo Dinh Diema (wynik starcia i ilość ofiar - nieznane), że Mao Tse-tung ogłasza nową kampanię: nie ma już polityki stu kwiatów, teraz zadaniem jest reedukacja inteligencji - kto potrafi czytać i pisać (okazuje się to nagle okolicznością obciążającą), będzie przymusowo wysłany na wieś, gdzie ciągnąc pług albo kopiąc kanały nawadniające, wyzbędzie się liberalnych, stukwiatowych mrzonek i zazna prawdziwego proletariacko-chłopskiego życia, że prezydent Indonezji Sukarno, jeden z ideologów nowej polityki Pańcza Sila, nakazał Holendrom opuścić jego kraj - ich dawną kolonię. Niewiele z tych krótkich informacji można się dowiedzieć, brakuje im kontekstu i czegoś, co można by nazwać lokalnym kolorytem. Może najłatwiej przychodzi mi wyobrazić sobie profesorów uniwersytetu pekińskiego, jak jadą ciężarówką skuleni z zimna, w dodatku nie wiedząc dokąd, bo jest chłodno i mgła pokrywa im szkła okularów.

Tak, Azja jest pełna wydarzeń, i pani, która roznosi po pokojach redakcji depesze, coraz to kładzie mi nową porcję na biurku. A jednak z czasem widzę, że moją uwagę zaczyna przykuwać inny kontynent - Afryka. W Afryce też, podobnie jak w Azji - niepokój: burze i rewolty, przewroty i zamieszki, ale ponieważ leży ona bliżej Europy (graniczy z nią tylko przez wodę - Morze Śródziemne), słyszy się odgłosy tego kontynentu bardziej bezpośrednio, jakby rozlegały się tuż obok.

Afryka ma wielką zasługę - zmieniła hierarchię świata - Nowemu Światu pomogła wyprzedzić i wziąć górę nad Starym przez to, że dając mu swoją siłę roboczą, a trwało to ponad trzy stulecia, budowała jego zasobność i potęgę. Potem, oddawszy wiele pokoleń swoich najlepszych, najmocniejszych i najbardziej wytrzymałych ludzi, wyludniony i wyczerpany kontynent stał się łatwym łupem europejskich kolonizatorów. Teraz jednak budził się z letargu i zbierał siły, żeby wybić się na niepodległość.

* * * * *

Zacząłem skłaniać się w stronę Afryki także dlatego, że od początku Azja bardzo mnie onieśmielała. Cywilizacje Indii, Chin i Wielkiego Stepu to były dla mnie giganty, które wymagały całego życia, aby można było do każdego z osobna bodaj tylko się przybliżyć, nie mówiąc nawet o tym, żeby go lepiej poznać. Afryka natomiast wydawała mi się bardziej rozdrobniona, zróżnicowana, w swojej wielości - zminiaturyzowana, a przez to lepiej uchwytna, dostępna.

Wszystkich od wieków przyciągała pewna aura tajemniczości, która otaczała ten kontynent - że w Afryce musi być coś jedynego, ukrytego, jakiś połyskujący, oksydowany punkt w ciemnościach, do którego trudno albo w ogóle nie można dotrzeć. I każdy oczywiście miał ambicję, żeby spróbować swoich sił, odnaleźć i odsłonić to zagadkowe, tajemnicze coś.

Problem ten ciekawił też Herodota. Pisze on, że opowiadali mu ludzie z Cyrenajki, którzy udali się do wyroczni Ammona, że nawiązali z tej okazji rozmowę z królem Ammonów - Etearchem (Ammonowie mieszkali w oazie Sivah na pustyni libijskiej). Etearch oświadczył, że ongi przybyli do niego mężowie z plemienia Nasamonów. Jest to lud libijski, który zamieszkuje Syrtę i kawał ziemi na wschód, niedaleko od Syrty (zatoka na Morzu Śródziemnym między Trypolisem a Bengazi). Przybyli zatem Nasamonowie i na jego pytanie, czy mogliby coś bliższego powiedzieć o pustyniach Libii, odpowiedzieli, że kiedyś naczelnicy ich mieli butnych synów; ci, dorósłszy, przedsiębrali wiele niepotrzebnych rzeczy i m.in. wylosowali pięciu spośród siebie, by ci zwiedzili pustynie Libii i starali się jeszcze coś więcej zobaczyć niż inni, którzy widzieli najodleglejsze jej strony. Albowiem w części Libii położonej nad Morzem Śródziemnym… mieszkają Libijczycy i liczne ludy libijskie… poniżej zaś morza i tych ludów, które mieszkają nad morzem, Libia jest pełna dzikich zwierząt. A powyżej okolicy z dzikimi zwierzętami jest piasek i zupełny brak wody, i kraj zgoła pustynny. Owi więc młodzieńcy, wysłani przez swoich rówieśników i dobrze zaopatrzeni w wodę i żywność, szli naprzód przez kraj zamieszkany; przeszedłszy go, przybyli do kraju dzikich zwierząt, a stąd ciągnęli już pustynią, odbywając drogę w kierunku zachodnim. Skoro tak przewędrowali wiele ziemi piaszczystej, wreszcie po wielu dniach ujrzeli raz drzewa, które rosły na równinie. Przystąpili więc i zrywali owoce rosnące na drzewach, a kiedy to czynili, zaskoczyli ich mali mężowie, mniej niż średniego wzrostu, którzy ich schwytali i uprowadzili; języka ich nie rozumieli Nasamonowie, ani napastnicy - języka Nasamonów. Wiedli ich tedy przez bardzo wielkie bagna, a po przejściu tychże przybyli do miasta, w którym wszyscy ludzie mieli ten sam wzrost, co owi przewodnicy i czarną skórę. Wzdłuż miasta płynęła wielka rzeka, a płynęła ona z zachodu ku wschodowi słońca i widać w niej było krokodyle.

To fragment z II księgi Herodota - relacji z jego podróży do Egiptu. Możemy w tym kilkudziesięciostronicowym tekście przyjrzeć się warsztatowi Greka.

Jak pracuje Herodot?

To rasowy reporter: wędruje, patrzy, rozmawia, słucha, żeby później zanotować to, czego dowiedział się i zobaczył, lub żeby po prostu rzecz zapamiętać.

Jak podróżuje? Jeżeli lądem - to na koniu, ośle i mule, a najczęściej pieszo, a jeżeli wodą - na łodzi lub statku.

Czy jest sam, czy ma ze sobą niewolnika? Nie wiemy, ale w tym czasie, kogo było stać, brał ze sobą niewolnika. Niewolnik niósł bagaż, tykwę z wodą, torbę z żywnością, przybory do pisania - zwój papirusu, tabliczki gliniane, pędzle, rylce, atrament. Niewolnik był towarzyszem w drodze - trudne warunki podróży niwelowały różnice klasowe - dodawał ducha, bronił, rozpytywał o drogę, zaciągał języka. Możemy sobie wyobrazić, że stosunki między Herodotem - dociekliwym romantykiem żądnym wiedzy dla wiedzy, pilnym badaczem spraw niepraktycznych i mało komu przydatnych, a jego niewolnikiem, który w drodze musiał dbać o rzeczy przyziemne, codzienne, bytowe, przypominały relacje między Don Kichotem a Sancho Pansą, były starogrecką wersją późniejszej kastylijskiej pary.

Oprócz niewolnika najmowano także w podróż przewodnika i tłumacza. Drużyna Herodota mogła więc liczyć - oprócz niego samego - co najmniej trzech ludzi. Ale zwykle dołączali się także wędrowcy idący w tym samym kierunku.

W egipskim, bardzo gorącym klimacie najlepiej podróżuje się rano. Wędrowcy wstają więc o świcie, jedzą śniadanie (placki pszenne, figi i ser owczy, piją rozcieńczone wino - wolno pić, islam zapanuje tu dopiero za tysiąc lat), a potem ruszają w drogę.

Cel wędrówki - zebrać nowe informacje o kraju, jego ludziach i ich obyczajach, albo porównać wiarygodność danych już zgromadzonych. Bo Herodot nie zadowala się tym, co mu ktoś powiedział - stara się rzecz sprawdzić, zestawić zasłyszane wersje, sformułować własną opinię.

Tak jest i tym razem. Kiedy przyjeżdża do Egiptu, król tego kraju - Psammetych nie żyje już od stu pięćdziesięciu lat. Herodot dowiaduje się (a być może usłyszał już o tym w Grecji), że Psammetycha najbardziej zajmowało pytanie: którzy ludzie zostali najpierw stworzeni? Egipcjanie myśleli, że to właśnie oni, ale Psammetych, choć król Egipcjan miał jednak wątpliwości. Każe więc pasterzowi wychowywać dwoje niemowląt w bezludnych górach. To, w jakim języku wypowiedzą one pierwsze słowo, będzie dowodem, że lud, który nim mówi, jest najstarszy na świecie. Kiedy dzieci mają dwa lata i są głodne, wołają bekoś!, a to w języku frygijskim oznacza chleb. Psammetych ogłasza więc, że pierwszymi ludźmi na świecie byli Frygowie, a dopiero później przyszli Egipcjanie i tym uściśleniem zasługuje sobie na miejsce w historii. Dociekania Psammetycha interesują Herodota, ponieważ dowodzą one, że król egipski zna nienaruszalne prawo historii mówiące, że kto się będzie wywyższać, zostanie poniżony: nie bądź pazerny, nie pchaj się do pierwszego szeregu, zachowaj umiarkowanie i pokorę, bo dopadnie cię karząca ręka Losu, ścinająca głowy pyszałkom, którzy wynoszą się ponad innych. Psammetych chciał odwrócić to niebezpieczeństwo od Egipcjan i przesunął ich z pierwszego szeregu do drugiego: Frygowie byli pierwsi, a wy dopiero po nich.

Że rzecz tak się miała, słyszałem od kapłanów Hefajstosa w Memfis… a nawet udałem się do Teb i Heliopolis, właśnie dla nich, bo chciałem się przekonać, czy będą zgodni z opowiadaniami z Memfis. Podróżuje więc, żeby sprawdzać, porównywać, uściślać. Słucha ich opowieści o Egipcie, jego rozmiarach i ukształtowaniu i komentuje: Także to wydawało mi się słuszne, co mi kapłani mówili o kraju. Ma o wszystkim własne zdanie i w opowieściach innych szuka jego potwierdzenia.

Herodota najbardziej fascynuje Nil - zagadka tej potężnej i tajemniczej rzeki. Gdzie są jej źródła? Skąd bierze wody? Skąd niesie muł, którym użyźnia ten ogromny kraj? O źródłach Nilu żaden Egipcjanin, Libijczyk czy Grek, z którymi rozmawiałem, nie był w stanie udzielić mi jakiejś wyraźniej odpowiedzi. Postanawia więc szukać ich sam, zapuszcza się jak najdalej w górny Egipt. Mianowicie aż do miasta Elefantyny doszedłem sam jako świadek naoczny, stamtąd zaś już tylko ze słuchu rzecz badałem. Od miasta Elefantyny w górę okolica jest stroma. Dlatego musi się tam do statku przywiązywać z obu stron liny i jakby z zaprzęgiem wołów podróż odbywać, a jeżeli lina się zerwie, to statek, niesiony siłą prądu, zjeżdża w dół. Długość tej jazdy wynosi cztery dni. Nil zaś jest tam kręty jak Meander. Jeszcze dwa miesiące wędruje się i płynie w górę Nilu, aż przybywasz do wielkiego miasta, które zwie się Meroe. Lecz co jest dalej, poza tym, tego nikt nie potrafi wyraźnie powiedzieć, pustynny bowiem jest ten kraj z powodu upału słonecznego.

Porzuca Nil, tajemnicę jego źródeł, zagadkę sezonowego podnoszenia się i opadania wód rzeki i zaczyna uważnie obserwować Egipcjan, ich sposób bycia, nawyki, obyczaje. Stwierdza, że Egipcjanie mają zwyczaje i obyczaje prawie pod każdym względem przeciwne aniżeli wszystkie inne ludy.

I uważnie, skrupulatnie rejestruje:

Kobiety u nich przebywają na rynku i handlują, a mężczyźni siedzą w domu i przędą… Ciężar noszą mężczyźni na głowie, kobiety na ramionach. Kobiety oddają mocz stojąc, mężczyźni kucając. Wypróżniają żołądek w domu, a jadają poza domem, na ulicy, bo myślą tak: co jest nieprzyzwoite, ale konieczne, to musi się robić po kryjomu, co zaś nie jest nieprzyzwoite - otwarcie. Żadna kobieta nie jest kapłanką ani na rzecz boga, ani bogini, ale mężczyźni są kapłanami wszystkich bogów i bogiń. Żywić rodziców nie ma dla synów żadnego przymusu, jeżeli nie chcą, ale córki bezwarunkowo muszą to robić, choćby nie chciały. Kapłani bogów gdzie indziej noszą długie włosy, a w Egipcie je strzygą… Inni ludzie wiodą życie oddzielne od zwierząt domowych, Egipcjanie żyją z nimi razem… Ciasto ugniatają nogami, a glinę rękami. Członki rodne zostawiają inni ludzie takimi, jak je stworzyła natura, a Egipcjanie i ci, którzy się tego od nich nauczyli - obrzezują.

I tak dalej i dalej ciągnie się długa lista egipskich obyczajów i zachowań, które przybysza z zewnątrz zaskakują i zdumiewają swoją innością, odrębnością i wyłącznością. Herodot mówi: patrzcie, ci Egipcjanie i my Grecy jesteśmy tacy różni, a jednocześnie tak dobrze ze sobą żyjemy (bo w Egipcie pełno jest wtedy greckich kolonii, których mieszkańcy przyjaźnie współżyją z miejscowym żywiołem). Tak, Herodot nigdy nie oburza się i nie potępia inności, lecz stara się poznać ją, zrozumieć i opisać. Odrębność? Ona ma tylko podkreślać jedność, stanowić o jej żywotności i bogactwie.

Cały czas wraca do swojej wielkiej pasji, niemal obsesji. Jest nią wytykanie swoim pobratymcom pychy, zarozumialstwa, przekonania o własnej wyższości (to właśnie z greckiego pochodzi słowo barbaros - oznaczające mówiącego nie-po-grecku, bełkotliwie, niezrozumiale, a tym samym kogoś niższego, gorszego). Tę skłonność do zadzierania nosa Grecy zaszczepili później innym Europejczykom i ją właśnie zwalcza Herodot na każdym kroku. Czyni to również, zestawiając Greków i Egipcjan - jakby celowo jechał do Egiptu, żeby tam właśnie zebrać materiał i dowody na swoją filozofię umiarkowania, skromności i zdrowego rozsądku.

Zaczyna od sprawy zasadniczej, transcendentalnej - skąd Grecy wzięli swoich bogów? Skąd oni pochodzą? Jak to skąd - odpowiadają Grecy - toż to są nasi bogowie! - A nie - mówi bluźnierczo Herodot - naszych bogów wzięliśmy od Egipcjan!

Jak to dobrze, że mówi to w świecie, w którym nie ma jeszcze środków masowego przekazu i słyszy to lub czyta tylko garstka ludzi. Gdyby jego pogląd rozszedł się szeroko, Grek zostałby natychmiast ukamienowany, spalony na stosie! Ale ponieważ Herodot żyje w epoce przedmedialnej, może bezpiecznie mówić, że uroczyste zgromadzenia, pochody i procesje błagalne pierwsi wśród ludów ustanowili Egipcjanie, a dopiero od nich nauczyli się Grecy. O wielkim herosie greckim - Heraklesie: nie Egipcjanie od Greków, ale Grecy od Egipcjan imię Heraklesa przejęli… że tak się rzecz ma, na to posiadam między innymi wielu dowodami i ten także, iż rodzice tego Heraklesa Amfitrion i Alkmena oboje po przodkach pochodzili z Egiptu… Herakles jest więc prastarym bogiem u Egipcjan. Jak sami mówią, siedemnaście tysięcy lat upłynęło od czasu, kiedy z ośmiu bogów powstało dwunastu, z których jednym, jak sądzę, był Herakles. Chcąc o tym uzyskać jakąś pewną wiadomość od ludzi, którzy mogli mi jej udzielić, popłynąłem nawet do Tyru w Fenicji, bo tam, słyszałem, znajduje się świątynia poświęcona Heraklesowi. I widziałem, jak bogato była zaopatrzona w liczne dary wotywne. Wdałem się w rozmowę z kapłanami boga i zapytałem ich, ile czasu minęło od chwili wzniesienia tej świątyni. Ale przekonałem się, że ich odpowiedź nie zgadza się z tym, co mówią Grecy…

To, co uderza w tych dociekaniach, to ich świecki charakter, w gruncie rzeczy - nieobecność sacrum i towarzyszącego mu zwykle podniosłego, namaszczonego języka. W tej historii bogowie nie są kimś nieosiągalnym, nieogarnionym, nadziemskim - dyskusja jest rzeczowa, toczy się wokół tematu, kto wymyślił bogów - Grecy czy Egipcjanie?

Cytaty z “Dziejów” Herodota za wydaniem Czytelnika, Warszawa 1954, przekład Seweryna Hammera

Ryszard Kapuściński

Gdzie kupić najtaniej?

oferty BUY.BOX

Linki do księgarń są linkami afiliacyjnymi (BUY.BOX, Amazon). Jeśli kupisz książkę po kliknięciu, kapuscinski.info może otrzymać niewielką prowizję — cena dla Ciebie się nie zmienia. Ceny pobieramy z porównywarki BUY.BOX w momencie wyświetlenia strony; wiążąca jest cena podana w sklepie.

Co dalej?

Trzy sposoby, żeby pójść dalej — przeczytaj fragment, wybierz następną książkę albo poznaj autora.

źródło: kapuscinski.info

Więcej o książce „Podróże z Herodotem”

Wszystko (43) →