Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Ziemia polska (Nałęczów)

Autor: Ryszard Kapuściński
źródło: AKCENT nr 4(66)
data publikacji: 1996-04-01
——————————————————————–

Jest początek lata i Nałęczów tonie w zieleni. Właśnie – tonie, ma się wrażenie, zielonego potopu, który nas pochłonął. Rzuca się w oczy jedno: ileż odcieni ma zieleń! Zieleń klonu i zieleń jodły! O są barwy zupełnie różne! A jeszcze te zielenie zmieniają się w zależności od pory dnia. I od tego, gdzie jest słońce, pod jakim kątem padającego promienie, z jakim nasileniem. Zieleń przedwiośnia i wiosny są zupełnie inne. Zieleń dojrzałego gorącego lata -znowu inna. A po niej zieleń jesieni, gasnąca. I jej znikanie na końcu roku. Właściwie – gdzie się podziewa? Co się z nią dzieje przez całą zimę? Więdnie, rozpływa się, znika. Na kilka miesięcy zapada w zimowy, biały sen.

W niedzielę chciałem dojść z Nałęczowa do wsi Rogalów. Ale zabłądziłem. W pewnej chwili spotkałem kobietę i spytałem o drogę.

– A to pójdzie pan tamtędy (wskazała ręką), tam będzie taka przełażka, a dalej już prosto. Przełażka – pierwszy raz zetknąłem się z tym słowem, jak się okazało, znaczy tyle co kładka (kładka leżała nad wyschniętym strumykiem, na łące).

Gdy się idzie przez pola z Nałęczowa do Wąwolnicy słychać jak ziemia śpiewa. I nie jest to tak, że gdzieś rozlegnie się jakiś samotny głos, a gdzieś później, W innym miejscu – inny. Śpiew słychać zewsząd -z pól, ze wzgórz, z mijanych zagajników. Ziemia śpiewa głosami ptaków, ale ptaków nie widać, bo świeci słońce, jest upał i kryją się one w cieniu miedz, moszczą w bruzdach, buszują w wysokich zbożach. Ten śpiew nie milknie ani na sekundę. Z obu stron drogi dobiegają nas świergoty i trele, soprany i alty, nucenia, szczebiotania. Przez cały czas z ziemi unosi się donośna muzyka – wielostrunna, wielogłosowa kantata na ptasi chór i orkiestrę, która uprzyjemnia nam wędrówkę.

Otwarta przestrzeń – oto za czym tęskni oko. Żeby nic go nie zatrzymywało, nie ograniczało, nie więziło. Żeby nie musiało rejestrować, oceniać, wybierać, decydować, żeby było wolne i żeby bez przeszkód, swobodnie biegło przed siebie do granic horyzontu, tam, gdzie niewyraźny, przysłonięty mgiełką ścieg łączy ziemię z niebem na najdalszym krańcu świata.

Ale przede wszystkim otwarta przestrzeń – wyzwala i pomnaża nas samych. Uwolnieni ze ścisku thm1u ulicznego, z korków samochodowych, z autobusów i metra, z ciasnoty urzędów i poczekalń, z trybów miasta-maszyny, które zmełło nas na spocone, umęczone anonimowe cząsteczki wielkiej ruchliwej masy ludzkiej – odzyskujemy oddech, swobodę, kształt, tożsamość.

Nic nam nie zagraża. Niczyj łokieć, przekleństwo, obelga, strzał w plecy. Nikt nas nie próbuje wykiwać, okłamać, naciągnąć, okraść. Możemy się odprężyć. Odpocząć. I mimo że sięgamy sobą daleko -do granic horyzontu i szczytu nieba, widzimy jak ciągle jest wiele wolnej przestrzeni i że możemy ją wypełnić-sobą tyle, ile pomyślimy, ile zapragniemy, ile zdołamy.

Idąc przez ziemię pięknie rzeźbioną, różnorodną, bogatą w pagórki, doliny, drzewa i wodę, człowiek, w pragnieniach, mimowolnie zawłaszcza jej drobne ustronia, skryte odludzia, dzikie zakątki. O tu – mówisz sobie – chciałbym postawić dom. Zbudowałbym dużą werandę. Z werandy miałbym widok na zakrzewiony potok. a dalej na kępę drzew w szczerych polach. A dalej? Nic. Dalej już nie byłoby nic.

Ale za chwilę nowy zakamarek bierze górę nad poprzednim. O tu – myślisz ucieszony – tu miałbym dom, na tej otwartej polanie. Tylko trawa, polne kwiaty, ważki i świerszcze, czasem może zabłąkana sarna. A wszystko w ciemnej ramie lasu, tak litej, że nikt tu nie przejdzie. Tak powstawały miasta świata – Ur i Mahendżo-Daro, Boston i Sydney, Paryż i Florencja: z pragnienia, żeby tu pozostać. Z nastroju, jaki ogarniał wędrowca czy żeglarzy, kiedy przysiadłszy na skrawku ziemi i rozejrzawszy się wokół mówił do siebie: ładnie tu, a ja już nie mam siły dalej iść. Zostaję!

Jeżeli pójdziemy z Zarzeki na wschód w stronę Kolonii Drzewce i Piotrowic, ale pójdziemy nie szosą, tylko polnymi drogami, na skróty, zaraz znajdziemy się w miejscach bez śladu człowieka. Jak okiem sięgnąć nie ma nikogo: Nie słychać żadnych szumów i pisków, nic nie warczy, nie zgrzyta, nie wyje. Mimowolnie rozglądamy się za śladami życia. Jeżeli jest to pustynia, patrzymy, czy coś się w piasku nie ruszy – a to żuczek, a to jaszczurka. Jeżeli pejzaż arktyczny – czekamy, czy aby nie nadleci wydrzyk, nie pojawi się foka. Człowiek musi widzieć, że coś się porusza, jeżeli nic się nie dzieje, zaraz wymyśla sobie latające talerze, fatamorgany. czarownice, którym każe jeździć na miotłach.

A tu? W polach między Zarzeką, która została daleko, a Kolonią Drzewce, która jest hen przed nami? W tym zielonym, rozsłonecznionym pustkowiu? Wystarczy zatrzymać się i rozejrzeć. Ileż tu wszystkiego! Oto w zbożu kołyszą się fioletowe chabry. Oto dołem wiją się różowe powoje. A nad nim chwieją się białe rumianki. I dmuchawce puszyste, i osty kolące. I pokrzywy złośliwe, i lebiody pożywne, i szczawy, szałwie, dziurawce i żółcienie. A najwięcej traw wszelkich, gęsto rozesłanych po ziemi, rosnących na polanach. na stokach wąwozów, na zacienionych odcinkach dróg.

Właśnie – drogi. Dawniej drogę polną znaczyły dwie głębokie koleiny wyżłobione w ziemi metalowymi obręczami chłopskich wozów. Spód tych kolein wypełniał piach wymielony na pył przez drewniane szprychy kół. Pomiędzy koleinami ciągnął się trop wybity kopytami zaprzężonych do wozów koni. Takich dróg już tu nie ma. Ich miejsca zajęły szerokie trakty wyjeżdżone grubymi oponami traktorów. Traktor jest w każdym gospodarstwie, w każdej zagrodzie. W tych stronach koń zniknął z pejzażu wsi.

Człowiek traci kontakt z przyrodą, coraz bardziej się od niej oddala (już nawet nie mówi się -przyroda, mówi się – ekologia). Kontakt z przyrodą mają albo profesjonaliści (biolodzy, ornitolodzy, leśnicy) albo hobbiści – ludzie uważani za nieszkodliwych dziwaków.

Razem z przyrodą znika ta literatura, której przyroda była tematem i bohaterem. Kto dziś Czyta „Zająca” Dygasińskiego, „Z martwej roztoki” – Orkana, „Polesie” Ossendowskiego? Kto Orzeszkową, Kasprowicza, Tetmajera? Kto pamięta wierszyk Asnyka „Gdy jabłoni kwiat opada, kalina zakwita. ..”, Lenartowicza „ad modrym stawem dwa dęby stały ..”, Syrokomli „Niech się krzewią szczęśliwie zboża na naszej niwie…” ? Kto czyta Żeromskiego „Wiatr od morza”, „Puszczę jodłową”, „Mogiłę”? Jego Dzienniki, gdzie tyleż o przyrodzie, co i romansach:

„24 VIII 1989 (sobota) Przez cały dzień bałamuciliśmy z Łusią. Pocałunki nasze stają się coraz otwartsze i coraz namiętniejsze. Jest ich bez liku. Łusia nigdy nie broni się, pozwoliłaby na wszystko, tylko mniej ma od Heli odwagi. Całuje też sama tylko na prośbę. Mam tedy dwie prześliczne gołąbki: jedna ma szesnaście, druga osiemnaście lat, obiedwie udają miłość dla mnie, a ja tak często na dzień myślę o śmierci i rozkoszy niebytu.”

Fotografie Nałęczowa z końca XIX, początku XX wieku. Jakież piękne te domy, wille, altany, ale jakże ich mało i jakie są skromne! Tymczasem zamożność i bogactwo, dostatek i obfitość wyrażają się rozmiarem, rozmachem, ilością, kubaturą materii przerobionej -drewna, cegły , betonu, szkła. To pejzaż, w którym widoczna jest czynna, pracowita obecność człowieka, utrwalona jego konstruktywnym wysiłkiem. Weźmy – z tamtego okresu – widokówki St. Morritz, Sorrento, Alicante -toż to setki, tysiące domów, willi. pałaców. Na ich tle – jak skromnie wygląda Nałęczów! Nasze historyczne ubóstwo, nasz marazm i ospałość, również i tu znajdują swój wyraz.

W ostatnich miesiącach byłem w kilku sanatoriach. Pobyt w takich miejscach pozwala przyjrzeć się ludziom, posłuchać jak i o czym mówią, popatrzeć na ich zachowanie, sposób bycia, Przyjeżdżają tu na ogół ludzie starsi. Od razu zwraca uwagę powszechna wśród nich zgorzkniałość, rozdrażnienie, opryskliwość. Próbowałem się uśmiechać. Na próżno. Uśmiech pogarsza sytuację – wywołuje podejrzenie: uśmiecha się nie do mnie, ale ze mnie. W odpowiedzi na uśmiech – on/ona -jeżą się jeszcze bardziej. Brak życzliwości, brak ciepła dla innych. Wiem, to wynik jakichś fatalnych doświadczeń – wrednych stosunków w pracy, chamstwa i wrogości, wszelkiej trucizny życia, która niszczyła tym ludziom codzienność. Tak, staram się ich zrozumieć, Że mieli szare, ubogie, fatalne życie, Że niczego się nie dorobili, Że nie mogą już liczyć na wiele. Rozumiem, ale nie umiem usprawiedliwić. Bo wyglądają tak, jakby się czuli w tej zapiekłej niechęci dobrze, jakby ten brak życzliwości i ciepła wobec innych zaspokajał jakąś ich potrzebę i nawet był im przyjemny. Toteż nie widać, aby chcieli się zmienić, rozchmurzyć, udobruchać.

Myślę o Dostojewskim, o postaciach zapełniających strony jego książek, o Rosjanach, którzy są ciągle „rozdrażnieni”, „poirytowani”, rozzłoszczeni”, którzy chodzą „nadąsani”, „obrażeni”, „ponurzy”. Myślę, że ci Polacy, o których piszę, są bliżsi typowi Rosjanina niż obywatela Zachodu. Nie ma w nich nic z lekkości Francuza, z pogody i otwartości Włocha, z życzliwości i uczynności Amerykanina. Zamiast tego jest bardzo wschodnia. bardzo stepowa niechęć, zamknięcie i skwaszenie w twarzach, obsesyjne zaznaczanie dystansu wobec Innego, nieufność i chłód.

Mnich Thich Nhat Hanh celował w układaniu prostych wierszyków:

Robię wdech i uspokajam ciało
Robię wydech i się uśmiecham
Przebywam w chwili obecnej
Wiem, że to cudowna chwila.

Mnich Thich Nhat Hanh cieszył się naprawdę, ćwiczył głębokie oddechy, głębokie pokłony, zalecał ćwiczyć uśmiech i uważność, odczuwał radość:

Moja radość jest jak wiosna.
podlej tchnieniem kwitną kwiaty

O swojej drodze do szczęścia mnich Thich Nhat Hanh napisał nawet książkę, której dał tytuł „Każdy krok niesie pokój”. Szkoda, że droga którą idzie, nie przecina się z naszymi drogami.

Do tego wąwozu można wejść albo od ulicy Chmielewskiego albo Głowackiego. Wrażenie jest takie, jakby się przekroczyło próg ogromnej katedry. Wysokie nawy z masywnych pni dębów i buków, na tych nawach opierają się wyniosłe, szerokie sklepienia z konarów i gałęzi. Poprzez gęste liście, jak przez misterne witraże opada na nas rozsypane, rozproszone światło słoneczne. Panuje jakaś uroczysta, podniosła cisza. Świat poza tym wąwozem-katedrą przestaje istnieć. A tu, wewnątrz, także nikogo – ani ludzi, ani zwierząt. Tylko ta nieruchoma, zielona pustka. Gdyby wszedł tu ktoś, kto potrafi się modlić – zacząłby się modlić.

1996 Ryszard Kapuściński