Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

„Z bliska i z daleka” recenzja książki „Lapidarium V”

Autor: Piotr Śliwiński
źródło: „Nowe Książki” nr 2/2003
data publikacji: 2003-02-01
——————————————————————–

Każdy, kto przeczytał któreś z wcześniejszych Lapidariów Ryszarda Kapuścińskiego, w najnowszym, piątym już tomie tego cyklu rozpozna znane sobie treści i przesłania. Bieda i bogactwo, nierówno i niesprawiedliwie podzielone we współczesnym świecie, Afryka, która nie zasługuje na to, by w globalistycznym rozdaniu ról być skazaną na ciągłe odgrywanie roli piekła, procesy unifikacji wzorów życia i myślenia, akty buntu przeciwko temu, co pozostaje dziś niezrozumiałe i obce, terroryzm ( widziany teraz przez pryzmat 11 września ) i nieusuwalne zło. Kapuściński mówi: świat nie jest doskonały ani nie zbliża się do doskonałości – jak chce globalistyczna propaganda sukcesu, nie jest też ciekawy na mocy swej nie budzącej sprzeciwów różnorodności – jak utrzymuje ponowoczesna humanistyka w wydaniu popularnym. Mówi – świat jest tragiczny, pełen problemów, których nie tylko nie potrafimy rozwiązać, ale nawet zrozumieć. Żyjemy w kręgu złudzeń i pozorów, w kołowrocie obrazów mniemających nic wspólnego z rzeczywistością, choć niby do niej podobnych, w jazgocie słów, niezdolnych niczego wyjaśnić i związać. Jesteśmy jak zaczadzeni. Kto zatem na własne oczy widział głód niedający się niczym oszukać, komu zdarzyło się czytać wypisaną na ludzkich twarzach rozpacz, kto dotknął bezpośrednio ostatecznej nędzy, ten pojmuje, na czym polega różnica między wiedzą dostarczaną przez telewizję a wiedzą prawdziwą. Ta pierwsza prędzej czy później prowadzi do zobojętnienia, druga nakłada na człowieka obowiązek dawania świadectwa. Pisarzowi każe pisać, przypominać, powtarzać się – aż do znudzenia.

Kapuściński więc nałożył na siebie surową regułę, mającą na celu mobilizowanie własnej – i czytelnika – świadomości owego tragizmu, tragizmu wypartego przez hedonistyczne ideały epoki i codzienne praktykowanie bezmyślności jako swoistej cnoty. Jej wartość miałaby polegać na braku skłonności radykalnych, wywrotowych, a także na umiejętności zestrojenia swej kondycji moralnej z warunkami osiągania najbardziej pożądanego z uczuć – przyjemności. Zatem pisarz mający wiedzę o ponurej stronie świata z konieczności staje się wrogiem literatury jako dostarczycielki niegroźnych rozkoszy, opowiadając się za szorstkością niemiłych prawd czy też nudą namolnych upomnień. Operuje przecież informacjami, które są dość powszechnie znane, przywoływane w mediach, włącza się do dyskusji toczących się na oczach milionowych audytoriów, człowiekowi oczytanemu, z takim zaś się porozumiewa, nie stara się nawet otworzyć przejść do jakichś nieznanych erudycyjnych złóż. O co mu więc chodzi? Powtarzam: o zerwanie iluzji, że wiedząc – wiemy, współczując – współczujemy, że czynimy zadość odpowiedzialności za rzeczywistość. Kapuściński nie będąc zawziętym przeciwnikiem ponowoczesności jako pewnej formy kultury, ani też Internetu, który zupełnie inaczej sytuuje wobec siebie ludzi, w najwyższym stopniu niepokoi się o skutki wszechobecnej p o ś r e d n i o ś c i ludzkiego poznania. Wiedza o złu, której cechą jest moralna indyferencja, nie jest wiedzą, lecz tylko dowodem na upadek etyki.

Krytyczny racjonalizm Kapuścińskiego każe mu zachować dystans wobec intelektualnych mód, chroniąc go zarazem przed obskuranckim odrzuceniem wszystkiego, co nie mieści się w horyzoncie zastanej duchowości. Lapidarium znajduje się na skrzyżowaniu dwu postaw – otwarcia na nowe punkty widzenia i zakonserwowania starych, klasycznych wartości. Z tego dualizmu bierze się ich znaczenie jako osobistej kroniki naszych czasów, w nim też wszelako tkwi przyczyna ostatecznej porażki.

Zapiski te same sobie odmawiają prawa do atrakcyjności. Jako się rzekło – atrakcyjność hołdująca zasadzie bezproblemowej przyjemności jest ich wrogiem wewnętrznym. Nie w tym więc sprawa, by napisać książkę banalnie ładną i ciekawą, ale taką, która by cokolwiek w odbiorcy poruszyła, a nawet w jakimś sensie pomogła mu wdrożyć się do refleksji. Refleksyjność jako nawyk, odruch, reakcja na epizod, myślenie samodzielne, nieufne wobec seryjnie produkowanych komentarzy – bez tego nie sposób marzyć o sięgnięciu po wartości wyższe, takie jak ogólnoludzka solidarność. Zgoda, tylko coś, co nie chce być udane – przeważnie nie jest. Coś, co pozostaje w stanie niezgody z wyobrażeniami potocznymi na temat dobrej literatury, a nie zaproponuje jej własnej definicji, w końcu tym potocznością ulega.

Przede wszystkim musi znaleźć dla siebie jakąś alternatywną sankcję. Jak być komunikatywnym, nie respektując jednakowoż zwyczajów kultury popularnej z jej upodobaniem do sentymentalnego banału i krwawej sensacji, wiedząc dobrze, że ta kultura zdominowała nieomal wszystko? W tej sytuacji refleksje, wspomnienia, uwagi ogólne i szczegółowe umocowane być mogą jedynie w autorytecie piszącego. Skąd jednak ów autorytet pochodzi, z jakiego nadania? Hipoteza cyniczna, krzywdząca, brzmi następująco: jego źródłem jest ta krytykowana kultura braku odpowiedzialności za prawdę i dobro, przewrotna w najwyższym stopniu, bo zdolna czerpać korzyści z negacji swych własnych form, potrafiąca utylizować niechęć do siebie samej. Hipoteza uczciwsza: na swój autorytet Kapuściński zapracował wspaniałym reportażowym pisarstwem, wynikającym z jego podróży, życia pośród ludzi zamieszkujących odległe rejony, obfitującym we wnikliwe socjologiczne i psychologiczne diagnozy, obiektywnym i żarliwym. Jego patrzenie z daleka – z czymś takim mamy do czynienia w Lapidariach – uwiarygodnione jest przez to, że kiedyś patrzył z bliska. Główna to przyczyna, dla której Kapuściński ma prawo do tego rodzaju twórczości, podobnie jak Stanisław Lem zapracował na prawo do swoich felietonów.

Tylko…Ale…Kłopot polega na tym, że refleksja uprawiana w stylu aforystyczno-brulionowym zdaje się na dłuższą metę aktem autokanibalizmu, zjadania samego siebie, rabunkowej eksploatacji zaufania i podziwu, zebranych przez dziesięciolecia. Tym bardziej, że zrazu tylko od czasu do czasu, lecz w miarę poznawania kolejnych tomów – coraz częściej dochodzimy do wniosku, że to, co mówi Ten Kto Widział, nie tak znów bardzo różni się od tego, co ma do powiedzenia Ten Kto Widział w Telewizji.