Wstęp do albumu fotograficznego pt. „Z Afryki”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Zebrane w tym albumie zdjęcia powstawał przez wiele lat w czasie moich licznych podróży po Afryce. Pracowałem na tym kontynencie jako korespondent i reporter. Z reguł miałem przy sobie aparat fotograficzny, choć nie zawsze mogłem się nim posługiwać. Zrobiłem jednak kilka tysięcy zdjęć, z których wiele, w trudnych warunkach tropikalnych, uległ zniszczeniu albo odebrano mi je na różnych granicach i frontach niekończących się afrykańskich wojen.

Wszystko zaczęło się dawno, jeszcze w dzieciństwie, od smutnego dla mnie odkrycia, że nie mam żadnych zdolności do rysunku. Myślałem: tyle niezwykłych rzeczy dzieje się wokół mnie, a ja nie umiem ich zatrzymać utrwalić. Widziałem las, zboże, kwiaty, ale przede wszystkim twarze rodziców, rówieśników, sąsiadów – gdybym umiał je narysować marzyłem, i w ten sposób zachować uwiecznić. Świat przechodził i zapadał się gdzieś za niewidzialnym horyzontem, zostawiają w mojej pamięci tylko ulotne ślady, które szybko zacierały się i ginęły. Nie myślałem wtedy, że moje problemy rozwiąże kiedyś fotografia.

Po studiach pracowałem jako reporter „Sztandaru Młodych”. Fotoreporterem w naszej redakcji był wówczas starszy ode mnie kolega – Janusz Zarzycki. Spotkał mnie raz na korytarzu redakcji: – Podobno jedziesz jako reporter do Indii? Koniecznie fotografuj! – Wcześniej nie brałem tego pod uwagę, nie wiedziałem nawet jak się robi zdjęcia, i nie miałem aparatu. Aparat fotograficzny to był wówczas rzeczą prawie nieosiągalną. Zresztą ktoś, kto fotografował, budził czujność milicji: co fotografuje? po co? dla kogo? Lepiej było dać sobie z tym spokój.

Jednak któregoś dnia Zarzycki pożyczył mi pieniędzy i kupiliśmy w małym sklepiku na Nowym Świecie aparat radziecki „Zorka”, po czym zabrał mnie do Łazienek na pierwszą lekcję fotografii. To on uczył mnie całej techniki fotografowania. Mój instruktor wywodził się z tej szkoły fotoreportażu, która uważa, że na zdjęciu musi być człowiek – jego portret, sylwetka, ruch. Człowiek albo kilku ludzi, grupa, tłum, scena. Pejzaż tolerował ale uważał że fotografować to zetknąć się twarzą w twarz z człowiekiem i że w tym spotkaniu – pojedynku wygrać, to znaczy wyjść z niego ze zrobionym zdjęciem. (Mój nauczyciel tylko częściowo miał rację. Połowa wspaniałych fotografii zrobionych przez takich mistrzów jak Mario Giacomelli czy Werner Bischof to nie portrety czy sceny rodzajowe, lecz martwe natury i pejzaże) .

Po kilku lekcjach miałem fotografować twarze kibiców na stadionie Legii, twarze wyrażające podniecenie, ekstazę fascynację lub nudę radość czy furię. Nie miałem teleobiektywu ani zoomu, a odległość między nami, stojącymi na bieżni stadionu, a widzami był duża, nie mogłem więc być mowy o zrobieniu wyrazistych portretów. Ale już wówczas obiektyw skierowany na czyją twarz i reakcja człowieka, który widzi, że jest znienacka fotografowany, uświadomił mi, iż w gruncie rzeczy wierzymy, że całe nasze wnętrze, cała dusza odbijają się w twarzy i w oczach, i że jeśli ktoś nas fotografuje z zaskoczenia, nim zdołaliśmy się przygotować, przybrać maskę usztywnić pozę to jest tak, jakby złapał nas na gorącym uczynku.

Z Indii wracałem przez Pakistan i Afganistan. Na lotnisku w Kabulu zabrali mi zrobione, choć nie wywołane rolki negatywów. Na tyłach baraku, gdzie mieścił się zarząd lotniska, paliło się ognisko, przy którym grzali się zmarznięci ludzie. Żołnierze powyjmowali z mojej torby filmy i wrzucili je do ognia. Ale ocalały mi dwie rolki ukryte w kieszeni kurtki. Filmy zrobione w jasnym słońcu Indii okazał się prześwietlone. Ale jeden kadr wypadł dobrze: był to zdjęcie wygłodniałych dzieci gorączkowo wydłubujących z błota ziarna ryżu. Zrobiłem je pod Kalkutą, kiedy Bengal tonął w ulewnych deszczach i w prowincji panował straszny głód. Choć zdjęcie przedstawiało sytuację tragiczną – wziąwszy je do ręki, odczułem wielką radość. Tak! Oto udał mi się stworzyć obraz, zatrzymać na ułamek sekundy wiecznie pędzące życie i obraz ten pokazać innym. Dzięki owemu zdjęciu między tą gromadą dzieci a mną nawiązała się jakaś wspólnota, był to „moje” dzieci, powołałem je przecież do tego znieruchomiałego w kadrze, czarno-białego życia.

Choć robiłem tysiące i tysiące zdjęć, rzadko zdarzało się, abym nie rozpoznał po latach, czy to zdjęcie powstał w moim aparacie. Pamiętam zdjęcia wykonane trzydzieści lat temu – kiedy, w jakich okolicznościach i kogo przedstawiają. O, ci na rowerach wiozą banany na targ. To gdzieś nad Jeziorem Niasa, w Malawi, lata sześćdziesiąte. A to psy, dzikie psy na pustyni Atacama – Chile, rok 1970. Skąd ta więź między fotografem a jego zdjęciem? Stąd, że zrobienie udanego fotogramu jest podobnym wysiłkiem i przeżyciem, co napisanie dobrego wiersza. Wymaga jednakiej koncentracji, wytrwałości, wyobraźni. Dlatego tak jak poeta pozna swoje wiersze, tak fotografik pozna swoje zdjęcia.

Stworzenie udanego zdjęcia daje tyle satysfakcji, co napisanie dobrego tekstu. Ale co to znaczy – udane zdjęcie? Krytyk francuski Roland Barthes uważa, że udane zdjęcie to takie, które zawiera jakieś „punctum” – tajemniczą intensywną właściwość (najczęściej strwarza jak jakiś szczegół), która emanuje z danej fotografii i jest dla nas, oglądających, źródłem głębokiego przeżycia, zamyślenia, refleksji. To jest właśnie przewaga fotografii nad filmem. W kinie pędzące sekwencje klatek nie pozwalają zatrzymać myśli, zmuszają naszą uwagę do nieustannego galopu, podczas gdy fotografii możemy się spokojnie przyjrzeć zastanowić nad nią rozważyć jej treści i przesłanie. Mówimy oczywiście o fotografiach zasługujących na chwilę skupienia, o fotografiach z owym „punctum”, naprawdę wybitnych. Zastrzeżenie to jest konieczne, największą bowiem słabością tej dziedziny jest jej łatwość, zbytnia łatwość, dostępność, masowość. Toteż od lat wielcy na tym polu artyści skarżą się na zalew kiczu, inwazję zdjęć amatorskich, „pamiątkowych”, „turystycznych”.

A tę produkcję „ku pamięci” rozwój techniki i komunikacji ciągle na całym świecie mnoży i powiększa. Nie trzeba się jednak oburzać W człowieku istnieje bowiem naturalna potrzeba utrwalenia siebie, bliskich, przemijającej chwili.

Na ten stan rzeczy zżymał się jeden z klasyków gatunku, Alfred Stieglitz. Jeszcze w 1889 roku pisał on: „Powszechna fascynacja, jaką wywołuje fotografia i równie powszechna chęć, aby ją tworzyć sprawiają że szerokie rzesze amatorów uzbroiły się w aparat, którym bez większego wysiłku i wiedzy produkują miliony fotografii”. Rezultaty były zdaniem Stieglitza opłakane. „Miliony fotografów produkują rocznie miliardy fotografii, ale jakże rzadko spotyka się jakieś wartościowe zdjęcia… Jakież to rozczarowujące. Jak niewielu ludzi ma jaką wizję. Jak niewielu umie rzeczywiście patrzeć Jak mało jest w tych fotografiach głębokich treści”.

Fotografować uczyłem się powoli, latami, a droga prowadził przez wiele pomyłek, porażek, rozczarowań. Czasem zdarzały się przeszkody techniczne. Zacięła się migawka! Automat nie przesuną filmu! Ale była też trudność bardziej zasadniczej natury. Otóż nie umiem jednocześnie zbierać materiał do relacji prasowej czy reportaż i fotografować nie umiem być w tej samej chwili reporterem i fotoreporterem. Są to dla mnie czynności zupełnie rozdzielne, jedna wyklucza drugą. Wynika stąd, iż jako reporter patrzę na świat inaczej niż jako fotoreporter, czego innego szukam, na czym innym skupiam uwagę. Kiedy jako reporter zbieram materiał do korespondencji i rozmawiam, interesują mnie poglądy, opinie, wrażenia, myśli. Kiedy przychodzę jako fotoreporter, obchodzi mnie zupełnie co innego – kształt głowy, rysy twarzy, wyraz oczu, wypukłość warg. Kiedy jestem w obcym mieście jako reporter, idę pod wskazane mi adresy, szukam kontaktów. Kiedy jestem w tym mieście jako fotoreporter, patrzę na architekturę domów, na przesuwające się przez rynek promienie słońca, na krople potu spływające po skroniach tragarza. Jego czoło pokrywa wilgotny, drgający blask. Jeżeli użyjemy żółtozielonego filtru, ten blask będzie jasny i wyrazisty.

Problemem jest też to, że podczas naszych dziennikarskich podróży zdani jesteśmy ciągle na łaskę innych; nie możemy więc wiele fotografować bo nie ma czasu. Naszym dobroczyńcom z reguł się spieszy. Jeżeli są to kierowcy – pędzą na złamanie karku, nie chcą się zatrzymać, więc, zrozpaczeni, mijamy tysiące wspaniałych scen, które tylko migają nam przed oczami i których nigdy już nie utrwalimy. Kiedyś w Zambii jechaliśmy z Lusaki do Kitwe, a tu widzę nagle, jak przez busz sunie kilometrowy wąż dzieci, a każe ma na głowie piramidkę cegieł. Najwyraźniej dzieci przenosił swoją szkołę z jednej wioski do drugiej. Błagałem kierowcę, żeby się zatrzymał, ustawiłem aparat, ale on coś burkną i pognał dalej. Nie zliczę tych straconych na zawsze okazji. I jeszcze jedna przeszkoda: mój zmienny nastrój. Bo do robienia zdjęć potrzebny jest nastrój, chęć, wola, zapał. Dobre zdjęcie trzeba czasami „wychodzić” kilometrami, „wyczekać” godzinami. W upale tropikalnym brakuje często sił, wytrwałości. Zresztą bywa, że ten brak ochoty nie ma żadnego wyraźnego powodu. W czasie rewolucji irańskiej spędziłem w tym kraju wiele miesięcy, ale choć miałem ze sobą aparaty fotograficzne, nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Dlaczego? Nie wiem. Natomiast z rewolucji etiopskiej przywiozłem setki zdjęć, które pokazałem później na wystawach w Warszawie i w Budapeszcie. Nigdy nie wiem, która z moich podróży zaowocuje nowymi zdjęciami Zawsze jest to zagadką, znakiem zapytania, dla mnie samego – tajemnicą.

Być może jest tak dlatego, że nie zawsze potrafię przełamać wewnętrzny opór, jaki czuję w chwili, kiedy mam fotografować innych, nieznanych mi ludzi. Bo takie robienie zdjęć, bez ich zgody (a często i wiedzy) jest rodzajem zawłaszczenia, swoistym aktem agresji i zaboru. Wszak człowiek uważa się prawo – że jego wygląd, twarz, sylwetka stanowią nienaruszalną, najcenniejszą własność, którą tylko on może dysponować. A tu tymczasem pojawia się nagle nieznany intruz, napastnik, który mierzy w niego metalowym narzędziem, zakończonym błyszczącym otworem jak lufą pistoletu, i strzela mu prosto w twarz, często całymi seriami! I zaraz potem ów tajemniczy osobnik znika, unoszą ze sobą, wewnątrz aparatu, cząstkę nas samych, nasz wizerunek, nasz obraz, a więc dokładnie to, co mamy jedynego, najdroższego! Czyż można się dziwić, że tak często ludzie, widząc że chcemy ich fotografować, wygrażają nam, rzucają w nas kamieniami lub próbują się ukryć?

Z reguł starałem się uzyskać zgodę tych, których miałem zamiar fotografować. Chciałem się przedtem z nimi poznać, zaprzyjaźnić, tak aby uwierzyli, że nie mam żadnych złych intencji. Ale nie zawsze jest to możliwe. Jeżeli chcemy sfotografować scenę walk ulicznych, kiedy świszczą kule i słychać łomot walących się domów, jak i kogo pytać o zgodę? Według mnie robieni zdjęć, podobnie jak wielu rzeczy w życiu, musi być działaniem wspólnym, fotografie tworzymy razem – ja, naciskający spust aparatu, i obiekt, który mam przed sobą. Dopiero z tego porozumienia, z tej wspólnoty może powstać zdjęcie, o jakie mi chodzi. Fotografowanie jest nie tylko czynnością mechaniczną – jest to również akt magiczny. Oddajesz mi swój wizerunek, którego od tej chwili staję się współwłaścicielem. Twoja twarz nie jest już twoją wyłącznie; zrobiłem jej zdjęcie i tym samym wszedłem w posiadanie jej cząstki wiernej kopii, negatywu. Z tego negatywu mogę zrobić dowolną ich liczbę. Mogę skazać cię na niebyt, jeżeli retuszem usunę ją z grona innych, wśród których widniała na zdjęciu. Albo odwrotnie – mogę cię unieśmiertelnić usuwają retuszem wszystkie inne twarze, a pozostawiają tylko twoją. Mogę właściwie zrobić wszystko – dać dowód, że żyłeś lub też pokazać że nigdy cię nie był. Straszna i ryzykowna to rzecz staną przed obiektywem! Ludzie wyczuwają że w akcie fotografowania jest jakaś tajemna magia i dlatego widok aparatu – zwłaszcza podczas dziania – zawsze budzi w nich jaką reakcję. Pozytywną lub negatywną, ale nigdy – obojętną. Ciekawe, że ludzie z głębi Afryki, Brazylii czy Azji, którzy nie mieli wiele kontaktu z nowoczesną techniką i nie mają pojęcia, jak przebiega proces powstawania zdjęcia, widok aparatu fotograficznego wywołuje wyraźne napięcie. O ile radioodbiornik będą głaskać i poklepywać, to aparat fotograficzny będą omijać z daleka, a jeśli już zgodzą się wziąć go do ręki, to z najwyższą ostrością i nieufnością. Być może niepokoi ich to wyzierające z aparatu zimne, szkliste i nieruchome o k o.

Najbardziej lubią fotografować się dzieci, zwłaszcza kiedy są w grupie. Dzieci są niewinne, nie usztywnia ich gorset kultury, dla nich pozowanie jest zabawą grą aktorstwem . Na widok aparatu pędzą w stronę fotografa, proszą, aby zrobić im zdjęcie – sto zdjęć! – stroją miny, dokazują przepychają się, bo każe chce być widoczne. Z ufnością i entuzjazmem pozdrawiają – za pośrednictwem obiektywu – wszystkich ludzi, świat cały, wierząc jeszcze, że los przyniesie im to co najlepsze.

Są religie, których wyznawcy nie lubią być fotografowani. To przede wszystkim islam. Islam nie umiał sobie nigdy poradzić z wizerunkiem twarzy. Sztuka islamu nie zna portretu; kobiety powinny zakrywać twarz, nawet mężczyźni często chodzą zakapturzeni. Tu można spotkać się z protestem i zakazem fotografowania. Zwłaszcza kobiet! Najtrudniej jest z ludźmi, którzy są przekonani, że za pomocą aparatu fotograficznego rzucamy na nich czary, sprowadzamy na bydło choroby, zatruwamy studnie, zarażamy AIDS. W takim otoczeniu lepiej trzymać aparat na dnie torby, w głębokim ukryciu. Kiedyś mieszkałem w Ugandzie, w Kampali, u przyjaciół. Mieli służącego Anzelma pochodzącego z jakiejś głęboko przesądnej społeczności z północy kraju. Gdy pewnego dnia szedłem do domu ścieżką zobaczyłem go idącego naprzeciw. Miałem w ręku aparat, więc zrobiłem mu zdjęcie. W tej sekundzie Anzelm posiniał zaczął coś nieskładnie bełkotać, wstrząsały nim drgawki. Pomyślałem, że ten wielki i silny mężczyzna rzuci się na mnie i zacznie dusić. Mimo wściekłości był jednak tak sparaliżowany strachem, że nie mógł ruszyć się z miejsca. Zacząłem przepraszać go za to, co mu zrobiłem. Był przekonany, że rzuciłem na niego czary, więc gorączkowo myślałem, jak go z tego „przekleństwa” uwolnić, ale sam wpadłem w taki popłoch, że nic rozsądnego nie przychodziło mi do głowy. Anzelm długo nie mógł się uspokoić. Tej nocy znikną z domu moich przyjaciół, u których był wiele lat, i nigdy już nie powrócił.

Fotografowanie jest przygodą, ale przygodą trudną, wymagają cierpliwości, wrażliwości i taktu. Wymagają skupienia i uwagi. Kiedy patrzę na świat przez wziernik aparatu, wybieram kadry, komponuję obrazy, zastanawiam się, co osiągnę, decydują się na ten czy inny motyw. Muszę także ustalić jakiego użyć filmu: czarno-białego czy kolorowego? To wieczny problem. Kiedyś używałem tylko filmów czarno-białych, dziś często korzystam z kolorowych. Każda z tych odmian daje inny efekt. Obraz czarno-biały jest bardziej „poważy” wyrafinowany, artystyczny, lepiej wydobywa plastykę brył i podkreśla takie wartości, jak kształt, gradację, nastrój. Natomiast kolorowy to dynamika, różnorodność, dosłowność, a nawet – jak mówią jego krytycy – „przegadanie”.

Nie zawsze jednak w podróży mamy czas i możliwości, żeby swobodnie wybierać między tymi wariantami. Wówczas tylko od przypadku zależ, czy świat, który przekazujemy, będzie kolorowy, czy utrzymany w tonacji czarno-białej.

Fotografia jest z natury trochę sentymentalna, bo zdjęcie może utrwalić tylko krótki moment, zwykle ułamek sekundy, i patrzą na nie, wiemy, że chwila na nim przedstawiona minęła, że oglądamy przeszłość , która już nie istnieje.

Każe zdjęcie jest więc wspomnieniem i nic bardziej nie uświadamia nam kruchości czasu, jego nietrwałej i ulotnej natury – niż fotografia. Toteż ilekroć otwieram swój aparat fotograficzny, przeżywam radość, że oto będę chwytał mijający czas, i zarazem smutek, że po tych łowach pozostanie mi w ręku tylko kawałek zabarwionego papieru.

Ryszard Kapuściński

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*