Wrocławskie ślady Ryszarda Kapuścińskiego

Autor:GW
Źródło:Gazeta Wyborcza

Ryszard Kapuściński, pisarz i największy polski reporter, zmarł we
wtorek w szpitalu w Warszawie. We Wrocławiu gościł wielokrotnie.
Przyjeżdżał na jesienne targi Promocje Dobrych Książek, gdzie zawsze
znajdował czas na spotkania z czytelnikami, kilkakrotnie spotykał się ze
studentami i pracownikami dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskiem.
W 2001 r. uhonorowany został tytułem doktora honoris causa tej uczelni.

„We Wrocławiu spotkały mnie chwile najbardziej wzruszające – tłumy
ludzi na spotkaniach, podpisywanie książek. Czuję się we Wrocławiu jak
wśród swoich i jak we własnym domu. Duża część mieszkańców Wrocławia
pochodzi z moich stron, z Kresów. Gdy zapowiedziałem, że chcę napisać
książkę o Pińsku, pani z Wrocławia przesłała mi plik zdjęć. Na jednym z
nich odnalazłem siebie sfotografowanego jako małego chłopca” –
powiedział nam podczas jednej z rozmów, kiedy przyjechał do Wrocławia.

Archiwum Ryszarda Kapuścińskiego być może trafi właśnie do Wrocławia.
Pisarz chciał, by stało się częścią zbiorów Zakładu Narodowego im.
Ossolińskich.

Dobrosława Platt, wicedyrektor Ossolineum: – Nie zdążyliśmy ustalić
szczegółów dotyczących przekazania archiwum. Byliśmy pierwszą
instytucją, która zwróciła się do niego z taką prośbą. Korespondowaliśmy
i planowaliśmy przewiezienie archiwum do Wrocławia jeszcze za jego
życia. Jego śmierć zaskoczyła nas i nie pozwoliła sfinalizować rozmów.
Teraz o losach spuścizny po Ryszardzie Kapuścińskim zadecydują jego
spadkobiercy.

Każdy czuł się jego przyjacielem

Wspomina prof. Jan Miodek, dyrektor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego

Nie jestem zwolennikiem nadużywania słowa przyjaciel. Ma się znajomych,
kolegów, a przyjaciół najwyżej dwóch, trzech w życiu. Kapuściński swoim
sposobem bycia stwarzał taką aurę, że każdy czuł się jego przyjacielem.
Jego stopień zatroskania, zainteresowanie drugim człowiekiem sprawiały,
że tak się go odbierało. Zawsze pytał z wielką życzliwością zarówno o
moją rodzinę, jak też o to, co słychać na polonistyce czy na
dziennikarstwie. Wielce wdzięczny jestem Piotrowi Załuskiemu, bo ta
piękna znajomość to jego dzieło. On zaproponował, by uniwersytet
przyznał tytuł doktora honoris causa Ryszardowi Kapuścińskiemu. Wtedy
jeszcze dziennikarstwo nie było samodzielnym kierunkiem, ale istniało w
ramach polonistyki. Bardzo ucieszyłem się, że mogłem być promotorem
Kapuścińskiego. Ilekroć był we Wrocławiu, spotykaliśmy się albo u mnie w
domu, albo w innych zaprzyjaźnionych domach. Od razu, na pierwszym
spotkaniu, przypadliśmy sobie do gustu.

Jego troska o drugiego człowieka była niespotykana. Potrafił przejąć
się tym, że w czasie Targów Książki kilku osobom z braku miejsc nie
udało się wejść na spotkanie z nim. Podobnie w Teatrze Polskim w 2005
roku – autentycznie martwił się, żeby nikomu nic się nie stało, żeby
nikt nie przeleciał przez barierkę. Wtedy teatr wypełniony był po
brzegi. Potem do północy podpisywał książki. Dla każdego znalazł czas i
każdego traktował z równym zainteresowaniem. Przy nim świat robił się
piękniejszy. Ostatnio ubolewałem nad tym, co się w ciągu tych kilkunastu
miesięcy stało z Polską. Po rozmowie z nim ta wściekłość i bezradność
nie były już tak wielkie. On na świat patrzył tak „kapuścińsko” – że
użyję takiego słowa – z marginesem tolerancji dla ludzkich błędów i
przywar.

Wspomina Piotr Załuski, wrocławski dziennikarz, reżyser i producent
filmowy. Autor m.in. filmu o Ryszardzie Kapuścińskim „Druga Arka Noego”

Ryszard Kapuściński czasem wspominał o swojej podróży w 1945 roku do
Wrocławia, a także na Śląsk Opolski, do Olesna, gdzie miał wuja.
Pamiętał te gruzy, ruiny. Nigdy jakoś tej opowieści nie rozwijał.
Opowiadał o swoim rodzinnym Pińsku. Zamierzał napisać o nim książkę.
Jeszcze niedawno biegałem po antykwariatach i szukałem dla niego książek
wydanych na Polesiu. Obszary biedy w Trzecim Świecie przypominały mu
Polesie. Wielokrotnie podkreślał, że taką samą nędzę widział właśnie w
dzieciństwie.

Pracował nad szóstym „Lapidarium”, miał w planach duży wyjazd w rejony
Pacyfiku, tam gdzie przebywał Bronisław Malinowski, antropolog,
podróżnik. Niestety, na wyprawę nie pozawalał mu stan zdrowia.
Denerwował się, że nie ma czasu pisać, ciągle czuł, że znajduje się w
niedoczasie.

Widziałem się z nim ostatni raz na początku stycznia, ostatnio
widywałem go właściwie co tydzień. Miał koło siebie „Pana Tadeusza”
Mickiewicza, czytywał go sobie dla czystej przyjemności. Wstępnie
byliśmy umówieni na cykl telewizyjny „Lapidaria”. Pierwszy odcinek miał
być zrealizowany na jego 75 jubileusz, w marcu. Mieliśmy zacząć od
poezji. On się nią interesował i czytał. Sam pisał wiersze od lat.
Poetyckie inspiracje widać zresztą w jego reportażach – słowo i fraza
mają w nich wielkie znaczenie. Nie zdążyliśmy. Poznałem go 33 lata temu.
Mogę powiedzieć, że był jednym z moich najważniejszych przyjaciół.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*