„Trudno znać się na wszystkim” recenzja „Autoportret reportera”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Jerzy Rohoziński
źródło: Nowe Książki, nr 1/2004
data publikacji: 2003-01-01

Kapuścińskiego można lubić albo nie lubić. Ci, którzy cenią u reportera umiejętność dyskretnego „schowania się” za opisaną materią, sztukę umożliwienia czytelnikowi intymnego obcowania z opisywanym światem, ci, którym – jednym słowem – w reportażach Kapuścińskiego przeszkadza, że za dużo w nim samego Kapuścińskiego, z klasyków polskiego reportażu wolą zapewne, mniej pochłoniętego sobą, Budrewicza. Ci zaś, którzy lubią, by reporter był głównym bohaterem swej relacji, drogowskazem, autorytetem moralnym i wyrocznią, wielbić będą właśnie Kapuścińskiego.

„Autoportret reportera” powstał niewątpliwie z myślą właśnie o wielbicielach. Od jakiegoś czasu zresztą wszelkie dicta i scripta sygnowane nazwiskiem Ryszarda Kapuścińskiego to prawdziwy samograj wydawniczy. Istna żyła złota zagospodarowywana przez kolejne wydawnictwa. Tym razem otrzymujemy kolaż fragmentów 48 wywiadów z Kapuścińskim, przeprowadzonych głównie w latach 90., w większości przez prasę polską (tylko cztery zagraniczne), składający się na swego rodzaju „katechizm” pracy reportera.

Przeciwnicy reportażowego egotyzmu, przeglądając „Autoportret reportera” kręcić będą nosami. „Boże, co za męczące wyznania besserwissera”. Będą się zżymać czytając, jak Kapuściński przekonuje, iż ‚”jest dobrym człowiekiem” (dlatego właśnie uprawia dziennikarstwo), „nie pisze dla sukcesu i pieniędzy, tylko ma poczucie misji”, „wnosi do literatury polskiej nowe watki”, „jest w posiadaniu niezwykłej, niedostępnej innym wiedzy” (i dlatego jest rozrywany), wreszcie „czuje się specjalistą w szeroko pojętych problemach Trzeciego Świata, globalizmu czy – mówiąc filozoficznie – holizmu” (co bardziej złośliwi mogą tu szyderczo stwierdzić, że jak się nic naprawdę nie wie, to „się rzuca na szersze tło”.

Wielbiciele natomiast, pieszcząc w dłoniach okładkę, ochoczo i z dreszczykiem emocji zabiorą się do lektury, pragnąc poznać dziennikarską kuchnię swojego mistrza. Dostrzegą skromność, pasję, ciekawość świata, silną psychikę i otwartość wobec innych; dostrzegą „tłumacza kultur” z powołania, który potrafi np. przejmująco pisać o nędzy, o dramatach „cichych i ubogich” Trzeciego Świata.

We wszystkim trzeba jednak zachować zdrowy umiar i nie popadać w uwielbienie zupełnie bezkrytyczne. Bo to strasznie demoralizujące, jak się z góry zakłada, że ktoś powie coś bardzo mądrego na każdy temat. Reporterowi niekoniecznie wychodzi na dobre, kiedy musi nagle wejść w skórę mędrca. Wszystkiego wiedzieć nie można, a tego się właśnie do Kapuścińskiego ostatnio ciągle oczekuje i wymaga. Efekt? Niekiedy natykamy się w książce na przemyślenia i stwierdzenia dość powierzchowne, na porównania i spostrzeżenia niezbyt trafne. Że np. – jak w 1912 zwrócił uwagę Bronisław Malinowski (nawiasem mówiąc prowadził on badania na wyspach Melanezji, a nie Polinezji) – nie ma kultur wyższych i niższych, wszystkie są równe, tylko po prostu różne”. No cóż, kiedy panowała ewolucjonistyczna ortodoksja, było to było może to stwierdzenia nader odważne, dziś jest już tylko niewiele znaczącym banałem, taką podwórkową mądrością wrażliwych szesnastolatków. Potem, że „wielka literatura zawsze była opisywaniem społeczeństw stabilnych”. Przykład? Buddenbrookowie Manna. Czyżby? Czy nie jest tam przypadkiem opisana erozja i porażka tradycyjnych ideałów mieszczaństwa protestanckiego pod wpływem „nowych sił”.

Od XIX w. literaturę zachodnioeuropejską fascynuje przecież w dużej mierze właśnie zmiana, upadek „starego świata”, narodziny nowych porządków. Wreszcie, iż „nikt nie jest w stanie kompetentnie wyjaśnić publiczności, że nurt terroryzmu islamskiego nie jest niczym nowym. On przecież zrodził się w czasach wypraw krzyżowych. Pierwsza taka sekta powstała w 1090 roku”. tymczasem nie ma nic bardziej mylnego niż łączenie powstania sekty ismailickich asasynów (bo o nich tu chodzi) z wyprawami krzyżowymi i traktowanie jej jako prototypu al-Kaidy zaangażowanej w podziemny ruch oporu przeciw „frankijskim” okupantom. Ta skrajnie szyicka sekta, wyznająca ezoteryczne nauki silnie zabarwione gnostycyzmem i neoplatonizmem, traktowana z pogardą i nienawiścią przez sunniski mainstream za swój antynomizm, ekspansję zaczynała przecież od Persji, a więc nie w rejonie krucjaty. W związku z tym jej głównym wrogiem byli władcy muzułmańscy, nie krzyżowcy, z którymi często zawierała sojusze. Dziś bezpośrednimi spadkobiercami asasynów są nizaryccy ismalilici, społeczność międzynarodowych filantropów, wspierająca rozwój, postęp, rewolucję technologiczną i społeczeństwo otwarte.

Trudno więc znać się na wszystkim. Nawet na prawie wszystkim. I o tym pamiętajmy, wielbiąc bądź krytykując Kapuścińskiego. Sam Kapuściński zdaje się mieć tego świadomość. „Dziennikarze często nie zastanawiają się, do kogo się zwracają, zapominając, że ten, do kogo adresują swoją wypowiedzi, może być o wiele mądrzejszy i inteligentniejszy od nich (…) – pisze – dlatego powinniśmy podchodzić do naszego zawodu z poczuciem ogromnej pokory, ze świadomością własnych ograniczeń.

Ryszard Kapuściński, Autoportret reportera

Wydawnictwo Znak, Kraków IX.2003

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*