Spadkobierca Orwella

Autor:Dariusz Rosiak
Źródło:Rzeczpospolita

Z Billem Bufordem, wydawcą i przyjacielem Ryszarda Kapuścińskiego rozmawia Dariusz Rosiak

Co było największą wartością pisarstwa Ryszarda Kapuścińskiego?

Bill Buford: Był wielkim mistrzem narracji. Potrafił odnaleźć prawdę,
patos, humor i smutek w najprostszych historiach. Miał talent
powieściopisarski, ale nie pisał beletrystyki, bo czuł, że nie ma sensu
niczego wymyślać, skoro świat jest pełen gotowych historii do
opowiedzenia.

Ale wielu czytelników traktuje książki Kapuścińskiego właśnie
jako powieści. Słowo „reportaż” nie do końca oddaje tę formę, którą się
posługiwał.

Kapuściński jest wielkim pisarzem historycznym, ale nie jest
powieściopisarzem, bo treść jego pisarstwa nie bierze się z wyobraźni
autora. Opowieści Kapuścińskiego są mocno osadzone w rzeczywistości, w
faktach. To jest oczywiście zupełnie coś innego niż depesza agencyjna
czy korespondencja do gazety. Ale podobnie jak depesza, jego pisarstwo
wyrasta z jakiegoś wydarzenia i z kontekstu historycznego. Być może
czytelnicy w Polsce odbierają jego książki – zwłaszcza mogło się tak
dziać w czasach komunizmu – jako historie z podwójnym czy potrójnym
dnem, jakieś alegorie dotyczące władzy czy systemów politycznych, ale ja
nigdy nie czytałem Kapuścińskiego w ten sposób. To nie jest tak, że
chciał powiedzieć coś innego, niż mówił, że jego narracja toczy się
jednocześnie na kilku poziomach.

Co było, według Kapuścińskiego, największym problemem współczesności?

Kapuściński nie realizował w swoim pisarstwie celów politycznych, nie
należał do twórców „zaangażowanych”. Był świadkiem rozpadu świata i czuł
się najszczęśliwszy w miejscach, w których ten rozpad był najsilniej
widoczny. Jego żywiołem nie była polityka ani jakieś konferencje – wiem,
że uczestniczył w debatach na temat współczesności. Jednak najlepiej
się czuł, obserwując ludzi, z notatnikiem w ręku. Imperializm,
kolonializm, wyzysk człowieka – to wszystko interesowało go, ale tylko o
tyle, o ile opowiadało o kondycji ludzkiej. To był człowiek, który
jednego dnia widział egzekucje, masowe morderstwa, bestialstwo, a potem
wracał do kraju, który oczywiście nie był demokratyczny, ale w którym
toczyło się w miarę normalne życie. Ludzie pracowali, mieli romanse,
plotkowali o gwiazdach itd. On nie mógł znieść tego rozdźwięku i
umieszczał swój niepokój w tym, co pisał.

Równocześnie w swoich książkach właściwie nie przedstawiał poglądów politycznych…

Bo pisarstwo nie polega na opisywaniu świata przez wyrażanie własnych
opinii, tylko przez opis szczegółu. To może być pot albo zapach, albo
rodzaj światła, albo dziura w skarpetce, albo nerwowy tik bohatera –
tysiące drobnych detali, które trzeba umieć zauważyć, a potem wpisać w
opowieść. Nie ma w niej miejsca na jakieś wykłady o biedzie czy
polityce. Kapuściński był właśnie takim rejestratorem szczegółu, a nie
pisarzem politycznym. Powiem tak: był pisarzem opisującym kryzys
polityczny, a to różni go zasadniczo od pisarza analizującego kryzys
polityczny.

Jednak można chyba powiedzieć, że Kapuściński był zdecydowanie
człowiekiem lewicy. Sam się tak określał, był ostrożny wobec wolnego
rynku, krytykował pewne elementy globalizacji i bogaty Zachód za
lekceważenia potrzeb biednej części ludności globu.

Tak, był człowiekiem lewicy. Myślę, że jego lewicowość wynikała ze
współczucia dla ludzi wydziedziczonych, żyjących na poboczu życia.
Korzenie tego współczucia tkwią pewnie w jego dzieciństwie i w
obserwacji Polski stalinowskiej. Opowiadał mi kiedyś, że chodził do
szkoły w Pińsku, w której nie było dachu. Dorastał w biedzie, o jakiej
ludzie we współczesnej Ameryce, a chyba i w Polsce, nie mają pojęcia.
Jego najlepsze pisarstwo wypływa ze współczucia dla bezsilnych.
Kapuściński jest mistrzem opisu ludzi zmagających się ze światem, który
nie ma sensu.

Co zdecydowało o jego światowym sukcesie?

Aby zrozumieć, skąd się wziął jego sukces, trzeba pamiętać o dwóch
rzeczach. Pierwsza to fakt, że Kapuściński był jedynym polskim
korespondentem na całym kontynencie. I to w czasach, gdy w całej Afryce
toczyły się wojny o niepodległość. Ryszard był niejako zmuszony szukać
nowych form wyrazu, bo przecież nie był w stanie zmieścić wszystkiego,
co widział, w depeszy agencyjnej. I druga rzecz: Kapuściński był dla
Polaków kimś w rodzaju pisarza podróżnika z dawnych wieków. Opowiadał
mi, że dla większości jego rodaków w latach 50. czy 60. podróż do
Czechosłowacji mogła być naprawdę egzotyczną wyprawą. Nikt w Polsce nie
wiedział nic o Kongu czy Etiopii. A on widział z bliska tygrysa! Jeździł
na słoniu! Był jak XIX-wieczny podróżnik, który wracał do kraju i
opowiadał rodakom, jacy ci Chińczycy dziwni albo jak tańczą Afrykanie.
To sprawiało, że Kapuściński był niezwykłym medium – przekazicielem
opowieści. Była w nim jakaś niewinność, świeżość spojrzenia odkrywcy,
której brakowało wielu naszym pisarzom. To paradoksalne, ale fakt, że
jego pisarstwo było skierowane do Polaków, sprawiał, że inni czytelnicy
odnajdowali w nim zaskakująco nowe rzeczy. Jestem pewny, że gdyby
Kapuściński wyruszył w swoją wędrówkę z Nowego Jorku, nie byłby tak
oryginalnym pisarzem, nie zostałby jednym z największych dziennikarzy XX
wieku.

Czyli jego największą siłę za granicą stanowiła polskość?

Ona dawała jego pisarstwu jakąś dodatkową wartość. Podobny rodzaj
reportażu jak Kapuściński uprawiali w Ameryce przedstawiciele nowego
dziennikarstwa (styl dziennikarstwa z lat 60. wykorzystujący techniki
literackie, główni autorzy to m.in. Tom Wolfe, Truman Capote, Norman
Mailer, Joan Didion – przyp. D. R.). Ale Kapuściński miał od nich
znacznie więcej serca, wrażliwości. Moim zdaniem Ryszard był naturalnym
spadkobiercą Orwella. Orwell był może bardziej drobiazgowy w swoich
opisach, ale brak mu było takiego literackiego rozmachu, talentu
narracyjnego, jaki miał Kapuściński. Ale są to podobni pisarze: obaj
wyruszyli w świat, traktowali go jak skarbnicę historii o ludziach i
opisywali przejawy niesprawiedliwości, nadużyć władzy, zmagania ze złem
tkwiącym w człowieku.

Pod koniec życia Kapuściński bardzo gorzko wypowiadał się o mediach. Skąd brała się ta gorycz?

Rozumiał, że media nie pokazują większości dramatów, tragedii i
przejawów niesprawiedliwości na świecie. Rejestrują fakty, a nie to, co
naprawdę dzieje się w człowieku. Na opis i zrozumienie człowieka
zaplątanego w historię nie ma czasu, a poza tym jest to trudne i drogo
kosztuje. Kapuściński jako pisarz próbował wypełnić tę ogromną lukę
między tym, co widoczne gołym okiem, a prawdą. Jego wielkość polega na
tym, że mu się udało.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*