Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Ryszard Kapuściński- Chłopiec z Pińska

źródło: National Geographic
data publikacji: 2009-11-17

Od chwili gdy przed operacją odłożył ostatnią w życiu lekturę, którą był Pan Tadeusz (poprosił żonę, aby mu przyniosła ulubioną książkę do szpitala), mijają prawie trzy lata. Przez ten czas napisano o Mistrzu setki esejów, artykułów, wspomnień, książek.

Uczona egzegeza jego twórczości jest dziś w światowym piśmiennictwie ogromna. Co mógłbym dodać?

Pamiętam, że było to po znakomitym wykładzie prof. Aleksandra Gieysztora, na którym, jak zawsze, zabrakło miejsc w sali. Podszedł do mnie smagły chłopak o roześmianych oczach i bujnej ciemnej czuprynie. Przedstawił się i zapytał: – To ty jesteś ten wilnianin, co przeniósł się do nas po pierwszym roku z Torunia? To będzie nas co najmniej dwóch z Kresów!

Ryszard był już wtedy najpopularniejszym studentem na roku. Nie zapomnę utkwionych w nim zachwyconych oczu koleżanek, gdy z aktorskim wyczuciem słowa i niezwykłym żarem deklamował na sali, w przerwie między wykładami, wiersze Mickiewicza i Majakowskiego. Mickiewicz, źródło polszczyzny, z którego czerpał, towarzyszył mu całe życie. Majakowski, jego „schodki” i onomatopeiczne frazy poetyckie, fascynowały wtedy wielu z nas:
…Skręcały tramwaje na most do giserni szyn wyślizganą krzywizną…

Kapuściński, podobnie jak całe pokolenie ówczesnych „pryszczatych”, potrzebował sporo czasu, aby wyzwolić się od fascynacji tą poezją. Wkrótce pochłonęło go dziennikarstwo. Potem, gdy 13 grudnia 1981 r. stan wojenny przerwał nagle jego reporterskie wyjazdy na inne kontynenty, wrócił do pisania wierszy. W tej poezji dopowiedział o swym pokoleniu urodzonym w czasach wojennej zawieruchy to, co nie dawało się wyrazić prozą.
Ty piszesz o człowieku w obozie
ja o obozie w człowieku
u ciebie druty kolczaste na zewnątrz
u mnie kłębią się wewnątrz każdego z nas…

Rysiek urodził się w Pińsku. W czasie wojny często bywał głodny. Groźne i fascynujące zarazem sceny wojenne zapadły w pamięć dziecka, na zawsze pozostały w jego wyobraźni. Front trzykrotnie przechodził przez 30-tysięczne miasteczko, którego ludność posługiwała się głównie językiem jidysz i białoruskim. Polskość to była nieliczna polska inteligencja, do której należeli oficerowie miejscowego garnizonu i nauczyciele gimnazjum. Wśród nich ojciec i mama Ryśka.

Człowiek kształtuje się całe życie, ale najważniejsze jest dzieciństwo. To spędzone w Pińsku i na pograniczu ukształtowało otwartość Ryszarda Kapuścińskiego na Innego. Na inne od naszego sposoby myślenia, kultury, wiarę i poglądy. Już jako pisarz światowej sławy w czasie spotkań z czytelnikami, z uczestnikami seminariów dla młodych dziennikarzy w Hiszpanii, Polsce i Ameryce Łacińskiej musiał często odpowiadać na pytanie: „Czy fascynowała pana wojna?”. – Nie – odpowiadał zazwyczaj. – Moja obecność na frontach wojen i rewolucji to była konsekwencja zawodu reportera, który wybrałem – mówił skromnie autor Wojny futbolowej i książki Jeszcze dzień życia. Ta ostatnia, reportaż z walk w Angoli w 1975 r., stała się w światowej literaturze uniwersalnym, wstrząsającym opisem wojny domowej. Ale wbrew temu, co twierdził Rysiek, wojna, którą przeżywał niczym przygodę, bez dorosłej świadomości, że i jemu może przynieść śmierć, pozostawiła po sobie rodzaj fascynacji. Może właśnie dlatego wojny i rewolucje są nieustannie obecne w jego pisaniu.

Kapuściński jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej jeździł po całej Ameryce Łacińskiej. Czarna Afryka lat 60. i 70., gdy kolejne jej kolonie wybijały się na niepodległość, stała się jego domem. Był jednym z wybranego zastępu reporterów z czasów „dziennikarstwa uczestniczącego” epoki przedinternetowej, kiedy to instynkt i łut reporterskiego szczęścia były w tym zawodzie czymś niezastąpionym. Ryszard pojawiał się we właściwym momencie zawsze tam, gdzie działo się coś naprawdę ważnego. Jego korespondencje to autentyczne, pisane z miejsca wydarzeń relacje z kilkunastu rewolucji i wojen.

Wojna futbolowa jest reportażem z konfliktu między dwoma małymi, biednymi krajami Ameryki Środkowej – Hondurasem i Salwadorem – w 1969 r. Trwał tylko 100 godzin, ale kosztował życie 6 000 ludzi. Kapuściński był jak zwykle tam, gdzie strzelano, podczas gdy większość jego kolegów pisała o tej wojnie z pięciogwiazdkowego hotelu Camino Real w stolicy, Tegucigalpie. Znajdował się na linii ognia, obok padali zabici. Z „agencyjną” oszczędnością słów i precyzją, która cechuje też jego prozę, pisał depesze z frontu. Później w swych korespondencjach pokazał mechanizm społecznej i ekonomicznej bomby zegarowej, która doprowadziła do absurdalnego konfliktu: kilkaset tysięcy bezrolnych salwadorskich wieśniaków osiedliło się na pograniczu Hondurasu, a hondurascy właściciele ziemscy szukali pretekstu, aby ich stamtąd wyrzucić. Stała się nim porażka drużyny honduraskiej w czasie eliminacji do mistrzostw świata.

PAP w tamtych latach był ambitną, ale biedną agencją. Jeżdżąc jako korespondenci wojenni do różnych zapalnych punktów świata, jej wysłannicy nie byli nawet ubezpieczeni. Na początku października 1975 r. odebrałem w Portugalii, którą „obsługiwałem” jako korespondent PAP (oprócz Hiszpanii i byłych kolonii portugalskich) telefon. Nasz szef i przyjaciel, Michał Czarnecki, telefonował z Centrali: – Rysiek teleksuje, że został w Luandzie bez pieniędzy i bez papierosów. Mieszka w jakimś strasznym afrykańskim hotelu… Zrób coś!

Oznaczało to, że mam jakimś cudem przesłać mu kilkaset dolarów w małych banknotach i papierosy. Jak to zrobić, skoro angolskie wojsko na lotnisku w Luandzie konfiskowało papierosy, których zabrakło w objętym wojną domową kraju? Sprawa przesłania pieniędzy przedstawiała się jeszcze beznadziejniej. Na szczęście mój kolega z lizbońskiej gazety O Diario, David Ramos, został właśnie dyrektorem gabinetu premiera Vasco Goncalvesa. Przyniosłem mu 300 dolarów w drobnych nominałach i cztery kartony fajek, a on zapakował wszystko do wielkiej brązowej koperty z grubego papieru. Po chwili wrócił z gabinetu premiera. Na kopercie był zamaszysty podpis szefa rządu i lakowa pieczęć.

– Nie ma pewniejszej drogi: przesyłka dla twego kolegi poleci pocztą kapitańską od szefa rządu do dowódcy naszej bazy lotniczej funkcjonującej jeszcze pod Luandą.
Rysiek, obudzony w swoim hoteliku o drugiej
nad ranem przez dwóch żandarmów i wieziony jeepem za miasto, myślał, że został aresztowany. Przychodziły mu do głowy najgorsze myśli. Żandarmi wprowadzili go do jakiegoś baraku. Zza biurka wstał portugalski pułkownik, trzasnął obcasami i wyrecytował:
– Pan Kapucinky? Mam zaszczyt wręczyć panu osobistą przesyłkę od pana premiera Vasco Goncalvesa.

Redakcja zagraniczna PAP była w PRL-u szczególnym miejscem, nagromadzeniem i kuźnią dziennikarskich talentów. Ci, którzy chcieli poznawać i opisywać świat, nie mieli wielu innych możliwości wyruszenia na jego podbój. Dzięki reportażowi To też jest prawda o Nowej Hucie w Sztandarze Młodych, który napisał jako 24-latek, Kapuściński znalazł się w czołówce odwilży ogarniającej poststalinowską Polskę. Zaowocowała ona słynnym plenum październikowym 1956 r., które otworzyło kraj na świat, podczas gdy inne państwa „obozu” wciąż z trudem wychodziły z okowów stalinizmu. W redakcji zagranicznej PAP, do której dołączył, szybko poznano się na talencie Kapuścińskiego. Jednocześnie gdzieś „u góry” doszli do wniosku, że niech już lepiej autor Buszu po polsku opisuje swym ostrym piórem obce kraje. I tak Rysiek pojawił się wkrótce w Indiach, a potem, jako samotny harcownik, w autentycznym buszu – latynoamerykańskim i afrykańskim.

Ambicją wielu dziennikarzy pracujących dla PAP oraz tygodników Polityka i Kultura, dla których pisał Kapuściński, było przemycić czytelnikom wbrew cenzurze jak najwięcej wiedzy o świecie. Rysiek wspominał, jak po jego powrocie z Konga pewien towarzysz z MSZ próbował mu zakazać dalszych wyjazdów. – Co wyście wypisali (!) – oburzał się. – Rewolucję nazywacie anarchią (…). Nie możecie jeździć za granicę jako dziennikarz, bo nie rozumiecie procesów marksistowsko-leninowskich zachodzących w tamtym świecie.

Tymczasem Kapuściński całym sercem był po stronie ludów Czarnego Kontynentu walczących o wyzwolenie z jarzma kolonializmu. Od 1960 r., kiedy przybył do Afryki, niepodległość uzyskało tam 17 krajów. W Ameryce Łacińskiej jego fascynacja teologią wyzwolenia (książka Chrystus z karabinem na ramieniu) wynikała z tych samych przesłanek. To był kontynent, który od czasów odkrycia pozostawał w niewoli Hiszpanów, Portugalczyków, Anglików i Francuzów, a gdy już sięgnął po wolność, znalazł się w ciężkiej zależności od kolosa z północy.

Postaciami, które w latach 60. i 70. szczególnie oddziaływały na wrażliwość i wyobraźnię całego pokolenia dziennikarskiego, byli Ernesto „Che” Guevara i Salvador Allende. Zapadły mi w pamięć słowa Che, usłyszane na krótko przed jego tragicznie zakończoną boliwijską wyprawą: – Nie da się napisać książki, tak jak nie sposób dokonać rewolucji, jeśli nie potrafisz się czasami wściec. Ale nie da się zrobić dobrze żadnej z tych rzeczy, jeśli nie lubisz ludzi i nie jesteś gotów poświęcić dla nich życia.

Ryszard Kapuściński każdego dnia był gotów płacić swoim zdrowiem i życiem za spełnianie tego, co przyjął jako własną misję: dziennikarstwa, które służyło przedstawianiu prawdy o najbardziej upośledzonej części świata.

W samym środku Czarnej Afryki Rysiek zachorował na malarię mózgową, która nieleczona kończy się śmiercią. Odnowiła mu się też wojenna gruźlica, co ukrywał przed redakcją. Chodził do bezpłatnej przychodni dla miejscowej ludności, zamiast udać się do szpitala, gdzie leczono skutecznie, ale za pieniądze. Gdyby jednak tam poszedł i wysłał rachunek do Warszawy, Centrala dowiedziałaby się o jego chorobie. Rysiek obawiał się, że kazano by mu natychmiast wracać. Zresztą chciał być jak najbliżej opisywanych ludzi, żyć choć trochę ich życiem. Nie mieszkał w hotelach dla białych, ale w zarobaczonych murzyńskich „pensjonatach”, w ubogich domach swych ugandyjskich czy tanzańskich przyjaciół. Sądzę, że był to z jego strony akt lojalności wobec miejscowych, wśród których żył miesiącami i z którymi się przyjaźnił. Gdy w końcu się przyznał, iż „ma kłopoty ze zdrowiem”, PAP wysłała Alicję, jego żonę lekarkę, do Tanganiki, aby zajęła się leczeniem męża. Alicja umieściła go nawet na jakiś czas w szpitalu.

Ta drobna blondynka, którą poznał jako studentkę, zapatrzona w Ryśka, odznacza się subtelnym poczuciem humoru. W dyskusjach potrafiła niekiedy jedną uwagą, niepozbawioną dobrotliwej ironii, sprowadzać męża na ziemię. Nie należy do kobiet dominujących. Taki związek przy jego charakterze i trybie pracy nie byłby możliwy. Stała się na całe życie najbliższym przyjacielem Ryśka i jego Aniołem Stróżem. Towarzyszyła mu, gdy przebywał przez dłuższy okres na tzw. stałej placówce korespondenckiej PAP w Meksyku, jednak w czasie jego nieraz wielomiesięcznych wypraw dziennikarskich podejmowanych przez ponad cztery dziesiątki lat była wystawiona na nieustający niepokój.

Skromność i serdeczny stosunek do ludzi, z którymi chciał się spotykać, stały się z czasem częścią „mitu Kapuścińskiego”. Miał niezwykły dar otwierania ludzkich serc i umysłów. Temu urokowi ulegało również wiele interesujących kobiet, które ponadto przyciągała rosnąca sława reportera i pisarza. Zapewne, jak większość mężczyzn, bywał nieco próżny, chociaż nie cenił pozorów. Nie cierpiał blichtru i nawet już jako zamożny pisarz światowej sławy, mimo okazywanych mu wszędzie honorów i zaszczytów, których dostępował, nie dał się wciągnąć w gry i zabawy targowiska próżności.

Kapuściński, wierny dziennikarstwu z epoki teleksu i maszyny do pisania, nigdy nie przestawił się na komputer. Tak jak w czasach, gdy mieszkali z żoną i córeczką w bloku przy ul. Pustola na warszawskiej Woli, również po przeprowadzce do willi na nobliwej warszawskiej Kolonii Staszica, na biurku Ryśka i po kątach stały maszyny do pisania. Zdarzało mu się przesiedzieć i pięć dni nad eriką w ufortyfikowanej książkami bibliotece na piętrze ich domu. Wyrzucał do kosza jedną po drugiej zmięte kartki z nieudanymi próbami. Aż wreszcie, gdy udało mu się znaleźć te kilka najważniejszych zdań, które miały „otworzyć” nową opowieść, zbiegał piętro niżej, aby z triumfem i wielką ulgą odczytać je Alicji. Tak było i z Hebanem: Przede wszystkim rzuca się w oczy światło, wszędzie – światło. Wszędzie – jasno. Wszędzie – słońce.

Przy wszystkich zaletach Ryszard potrafił być wręcz trudny. Głównie z dwóch przyczyn. Jego uśmiech mógł wprowadzać w błąd. Tak naprawdę był człowiekiem niebywale serio.

Oto przed egzaminem magisterskim pozostawało nam jeszcze do zaliczenia szkolenie wojskowe. Byliśmy w jednej drużynie i pod jednym namiotem na obowiązkowych trzymiesięcznych ćwiczeniach. Nie za mocne kondycyjnie, niedożywione studenckie wojsko traktowano jak normalnych poborowych. Maszerowaliśmy w lipcowym upale przez mazurskie piachy z pełnym obciążeniem bojowym i do tego całe kilometry w maskach gazowych. Kolega z Wydziału Kultury Materialnej (dziś Archeologia) zemdlał, a paru innych udawało omdlenia. Rysiek też był bliski utraty przytomności, ale wytrzymał do końca. Nigdy też nie zgłosił się, gdy przed cięższymi ćwiczeniami padała komenda: „Chorzy wystąp!”. Lubił takie wyzwania. A może sprawdzał się jako mężczyzna? Miał tylko 22 lata, ale szybko zdobył poważanie u naszych zawodowych kaprali.

Jeden z nich, atletycznie zbudowany, szczególnie nie lubił żołnierzyków studentów. Wiedział, że za parę miesięcy będzie im musiał salutować jako jednogwiazdkowym oficerom. Nie przepuścił okazji, aby dać nam w kość. Podpadłem za niezapięty pod szyją guzik munduru. Po wykonaniu 20 pompek miałem dość. Gdy kazał ćwiczyć dalej, wykrzykując coś o „paniczykach”, poderwałem się, krzycząc: „Popamiętasz mnie, sk…synu”, co było kompletną głupotą. Nie mówiąc o tym, że było niewykonalne.

Na szczęście szeregowy Kapuściński z szeregowym Krzysztofem Teodorem Toeplitzem skoczyli do mnie, wykręcili mi ręce do tyłu i wciągnęli do namiotu. Rysiek wysłany na negocjacje z kapralem zażegnał awanturę, która mogła się zakończyć sądem polowym. – Poza tym on mógłby cię znokautować, zabić jedną ręką i też miałby proces! Odwaga nie wystarczy, trzeba myśleć, do cholery! – zakończył sprawę mój przyjaciel, który nigdy nie przeklinał.

Jego druga trudna cecha nasilała się z wiekiem. Pozornie beztroski i odprężony w sposobie bycia, żył pod dojmującą tyranią poczucia upływającego czasu. W ostatnich latach coraz bardziej gnębiła go myśl o jeszcze nienapisanych, a już szczegółowo zaprojektowanych książkach. Nie zdążył napisać co najmniej jednej książki swego życia, która rozdział po rozdziale od dawna powstawała w jego głowie: książki o ukochanym, rodzinnym Pińsku.

Byliśmy jeszcze stosunkowo młodzi, ledwie stuknęła nam pięćdziesiątka. Śmiertelnie się na mnie obraził na całe dwa tygodnie, gdy spóźniłem się 30 minut do knajpy na umówiony obiad. Wstał od stolika i poszedł. Jeśli chodzi o poczucie czasu, z Ryśkiem nie było żartów.

Wojna, przemoc, ludzkie cierpienie są obecne w wielu spośród 26 książek, które napisał i które przełożono na 31 języków (ostatnio Podróże z Herodotem ukazały się po chińsku).

Na początku lat 90. Kapuściński zbierał materiał do swego ostatniego wielkiego reportażu: Imperium, podróżując po Związku Radzieckim w czasach pieriestrojki Gorbaczowa jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej. Legitymację PAP miał „od zawsze”. Od dość dawna pisarz, którego światowa sława zaczęła się od wydania w 1983 r. jego Cesarza w języku angielskim, nie był na etacie w PAP i nie jechał tym razem, aby pracować dla agencji. Jednak agencja nadal uważała go za „swego”, kibicowała jego twórczości. Kapuściński otrzymał więc od PAP oficjalne pismo zaświadczające, że udaje się do ZSRR jako specjalny wysłannik, by zbierać materiały o postępach pieriestrojki. Bez takiego glejtu nie mógłby się poruszać, zwłaszcza po odległych regionach bezkresnego kraju, gdzie urzędowy papier zawsze był nieodzowny.

Szefowie PAP i korespondent agencji w Moskwie zaproponowali „swemu wysłannikowi”, że załatwią mu wywiad z samym Gorbaczowem. Kapuściński odmówił. Nigdy nie robił wywiadów z wielkimi tego świata. Umiejętnie i skutecznie potrafił wymigać się z sytuacji, gdy ktoś w redakcji wpadał na pomysł, aby „Kapusta” zrobił interview z jakimś ministrem czy innym politykiem w Brazylii lub Meksyku, bądź z przywódcą któregoś z ruchów wyzwoleńczych w Afryce. A przecież znał wielu. Z niektórymi na Czarnym Kontynencie rozmawiał wielokrotnie. Gdy w listopadzie 1975 r. poszedł w Luandzie do domu prezydenta Agostinho Neto, przywódcy lewicowego Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli i poety, obaj rozmawiali bardzo szczerze. Bardziej jak pisarz z pisarzem niż jak dziennikarz z przywódcą kraju.

Po odparciu przez armię młodego państwa, wspieraną Kubańczyków, inwazji pancernych kohort z RPA, prezydent poeta miał nadzieję, że wreszcie „umilkną tam-tamy śmierci”. Tymi słowami kończy jeden ze swych wierszy. Kapuściński opisał te dramatyczne tygodnie początków angolskiej wojny w słynnej książce.

Książki Ryszarda Kapuścińskiego przez wiele lat kończyły się jeśli nie happy endem, to przynajmniej nadzieją i wiarą w czarne gwiazdy, przekonywały choćby do moralnego zwycięstwa walczących o wolność i poprawę losu najbardziej upośledzonych. To cytat z eseju prof. Walerego Pisarka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który analizując późniejsze książki Kapuścińskiego, dochodzi do wniosku, że z czasem ten optymizm ustępuje miejsca mniej optymistycznej refleksji, iż po zwycięskich rewolucjach prześladowani często sami stają się prześladowcami.

Tę zmianę widać w Szachinszachu, ale nie osłabiło to wiary Kapuścińskiego w celowość walki o zmianę losu najbiedniejszych. Wrażliwość na ludzką krzywdę, która wyróżnia całe jego pisarstwo, nigdy nie uległa stępieniu. Świadomość zagrożeń w globalnym świecie, jedynie pogłębiła spojrzenie pisarza na człowieczy los.

Spotkaliśmy się w Wilnie, gdy wracał ze swej pierwszej trzymiesięcznej wyprawy w głąb ZSRR. Dotarł do wielu miejsc, gdzie nigdy wcześniej nie postała noga zagranicznego dziennikarza. Był na wygłodzonym Powołżu, w Kuźnieckim Zagłębiu Węglowym, gdzie mieszkał u przygodnych znajomych w strasznych warunkach, tygodniami nie dojadając i nie mogąc się porządnie umyć. Dostał się też do Workuty, dokąd w 1944 r. wywieziono wielu wileńskich AK-owców.

Wpadliśmy na siebie na schodach starej wileńskiej kamienicy, pod drzwiami mieszkania naszego wspólnego przyjaciela. Rysiek, wychudły, ale pełen entuzjazmu, wykrzyknął: – Stary, ja jestem w Paryżu! Tu jest Europa!

Dostał w starym podupadłym hotelu Astoria (dziś jeden z najszykowniejszych w Wilnie) pokój z łazienką, wziął długą gorącą kąpiel, wyspał się w bielutkiej, wyprasowanej pościeli.

Wygłodzony Rysiek wpadł w dziecięcy zachwyt, jak to tylko on potrafił, gdy okazało się, że w restauracji George, popularnej przed wojną wśród okolicznych polskich ziemian, możemy zamówić po prawdziwym befsztyku z cebulką.

Jak zwykle opowiadał niewiele, bo wierzył, że jeśli „przegada” z kimś świeżo zdobyty materiał, będzie mu się źle pisało. Niezwykły był plon jego rozmów z setkami zwykłych ludzi radzieckich, w których szarym, surowym życiu przez moment uczestniczył, zatrzymując się w ich nieogrzewanych, zatłoczonych mieszkaniach. Można to w pełni ocenić dopiero czytając Imperium.

Litwini wybijali się właśnie na niepodległość. Rysiek chciał wiedzieć wszystko, o wszystko pytał. Słynna jego umiejętność słuchania całym sobą, tak że rozmówca czuł się doceniony i ważny, była jedną z tajemnic jego warsztatu.

Drugą stanowiła umiejętność dostrzeżenia poprzez „kurz bitewny” i egzotykę oglądanych obrazów, a w ostatnich latach poprzez jazgot współczesnej informacji elektronicznej, prawdziwych mechanizmów rządzących wydarzeniami i procesami historycznymi. Żaden współczesny mu dziennikarz i pisarz nie potrafił wytłumaczyć świata tak jak on. A jednak i on miał narastające uczucie, że go nie ogarnia.

Autor Cesarza podziwiał Ksawerego Pruszyńskiego, od którego uczyło się całe jego pokolenie dziennikarskie. Powiedział kiedyś o nim, że do reportażu, który dotąd był produktem oka, wniósł rozum. Kapuściński podjął od niego pałeczkę. Także od Johna Dos Passosa, Ernesta Hemingwaya i innych najlepszych, wynosząc reportaż na wyżyny. Jego postrzeganie absurdów rzeczywistości, zwłaszcza w Trzecim Świecie, jest nie mniej ostre niż u Orwella.

Kapuściński przekroczył granice literatury faktu i wyznaczył w tej dziedzinie nowe standardy. Jeśli za czasów Pruszyńskiego reportaż stał się produktem rozumu, to Kapuściński wprowadził do tego gatunku mistrzowską analizę mechanizmów rządzących światem. Analizę opartą na wielkiej znajomości faktów, wiedzy historycznej pogłębianej przez całe życie „nałogiem” nieustannego czytania, co napisali inni oraz niepowtarzalnej intuicji.

Przed besserwisserstwem ratowała go świadomość trudności w ogarnianiu coraz szybciej zmieniającej się rzeczywistości w erze globalizacji. Wyraził to w drugim tomie Lapidarium: Trudno jest pisać o świecie tak gwałtownej i gruntownej przemiany. Wszystko osuwa się spod nóg, zmieniają się symbole, przestawiają znaki, punkty orientacyjne nie mają już miejsc stałych. Wzrok piszącego błąka się po coraz to nowych i nieznanych krajobrazach, a jego głos ginie w huku pędzącej lawiny historii.

Jak wielu najwybitniejszych pisarzy, najpierw został jednym z najbardziej wiarygodnych dziennikarzy. Na tym fundamencie zbudował swoją twórczość literacką, która nikogo nie pozostawia obojętnym. W tych dniach dostałem do ręki dostojne wydanie zatytułowane Opere – Dzieła Ryszarda Kapuścińskiego. Wszystkie jego teksty przełożone na język włoski. Wydrukowało je na cieniutkim papierze biblijnym wydawnictwo Mondadori. W jednym z włoskich dzienników pojawiła się recenzja z okazji tego wydania, a w niej słowa: …doktor honoris causa siedmiu uniwersytetów, laureat dziesiątków prestiżowych nagród literackich, jeden z najbardziej przenikliwych umysłów przełomu tysiącleci, pisarz, bez którego Europa nie rozumiałaby do dziś „egzotycznego” świata.

Ryszard Kapuściński 1932–2007