Rozmowa z Ryszardem Kapuścińskim, finalistą konkursu ‚Nike’

Autor: Marek Radziwon
źródło: Gazeta Wyborcza
data publikacji: 2005-09-28
——————————————————————–
Przedstawiamy finalistów Nagrody Literackiej ‚Nike’. Dziś ‚Podróże z Herodotem’ Ryszarda Kapuścińskiego. – Podróż jest wysiłkiem, pracą i skupieniem. Musimy sobą ożywiać otoczenie i wtedy ono zawsze jest fascynujące – mówi Kapuściński Marek Radziwon: Co to znaczy, że chcąc być dobrym reporterem, trzeba być dobrym człowiekiem? Ryszard Kapuściński: Podpisujemy tekst lub książkę własnym nazwiskiem, ale w rzeczywistości to dzieła zbiorowe, bo opieramy się na relacjach, wrażeniach i opiniach innych ludzi. Spotkanie z drugim człowiekiem to zawsze najważniejszy moment wyprawy, bo świat poznajemy na tyle, na ile pozwalają nam inni. Może będą chcieli nas ocalić lub zgubić, podwieźć w jakieś ważne miejsce albo nie, powiedzieć coś ważnego czy milczeć? Trzeba jakoś zdobyć ich zaufanie, zbudować z naturalną i uczciwą relację, która da im poczucie bezpieczeństwa i wartości. Miałem w ciągu tych wszystkich lat wielu kolegów, często bardzo utalentowanych, którzy szybko odchodzili z zawodu, bo okazywali, czasem nieświadomie, wyższość, znudzenie albo lekceważenie, czyli nie nadawali się do reportażu. Potrzeba zrozumienia innych, współodczuwanie – to najważniejsza cechy reportera. Interesuje Pana człowiek, ale jedzie Pan zawsze tam, gdzie akurat dochodzi do wybuchu. Czy może być ciekawe pisanie o miejscach, w których pozornie nic się nie dzieje? – Oczywiście. Rzeczywistość nie składa się przecież z samych katastrof. Niewiele dzieje się np. w moich reportażach z ‚Buszu po polsku’. Pisałem o normalnych miasteczkach i wioskach i one były bardzo ciekawe. Jadąc na linię frontu, mija się często dziesiątki wsi, które żyją zwyczajnym, codziennym rytmem. Lubiłem zresztą mieszkać w takich wsiach. Możemy więc przejechać przez cały kontynent i nic nie zobaczyć, podczas gdy ktoś inny znajdzie dziesiątki wspaniałych tematów. Bo najważniejszy jest nasz aktywny stosunek do świata, koncentracja i wola słuchania innych. Taka podróż, w odróżnieniu od powszechnego dzisiaj modelu podróży turystycznej, odbywanej dla odpoczynku, jest wysiłkiem, pracą, skupieniem, badaniem i dociekaniem.. Jak się Pan przygotowuje do wyjazdu? – Dużo czytam, studiuję czasopisma, mapy. Dzisiaj każdy temat obrósł literaturą tak olbrzymią, że nie da się jej poznać, ale trzeba przynajmniej wiedzieć, że ona jest, żeby nie odkrywać rzeczy już odkrytych. Później jest sama podróż. I wreszcie po powrocie przychodzi czas na refleksję. Mówi się czasem, że dziennikarze dostrzegają i rejestrują fakty, a nie dostrzegają procesów. – Wielkie zmiany, jakie zachodzą w mediach, szczególnie elektronicznych, powodują, że dziennikarstwo się zmienia, zarówno jeśli chodzi o specjalności, jak i o poziom. W polskiej tradycji nie obowiązuje, niestety, podział oczywisty dla Anglosasów – na dziennikarzy informacyjnych, dostarczających szybkich, pobieżnych newsów, i komentatorów, którzy budują syntezy i zamiast na pytanie ‚co się stało?’, szukają odpowiedzi na pytanie ‚dlaczego?’. Jak wyglądało Pańskie odchodzenie od dziennikarstwa? Opisuje Pan długotrwałe procesy, które zachodziły w czasach Herodota i w których my dzisiaj też jesteśmy zanurzeni, ale wiele lat był Pan właśnie dziennikarzem informacyjnym. – Jeżdżąc po świecie, zauważyłem, że informacja agencyjna strasznie zubaża i spłyca świat, a on tętni bogactwem i różnorodnością. Pisałem, że prezydent Nigerii odwiedził prezydenta Senegalu i odczuwałem niedosyt, bo z tej informacji wynika tyle co z tej, że prezydent Finlandii odwiedził prezydenta Norwegii. Gdzie tu inność? Przecież – myślałem – nie mówię nic o tym, co mnie zachwyca, zdumiewa, oczarowuje i przeraża. Zacząłem więc dla samego siebie opisywać rzeczywistość inaczej. I każda moja książka: ‚Cesarz’, ‚Szachinszach’, ‚Wojna futbolowa’ to jakby drugie tomy. Pierwszymi są stosy bieżących depesz, które musiałem pisać. To chyba wymagało zupełnie innego języka? – Język dziennikarstwa informacyjnego jest ubogi i konserwatywny. Kto zna 800 słów, może pisać. Trzeba więc było wyjść poza ten żargon, szukać nowego języka, bliższego literaturze pięknej tak w słownictwie, jak w sposobie opisywania. Przyszłością reportażu jest moim zdaniem eseizacja, wychodzenie od szczegółu do ogółu. Masowość radia i telewizji, łatwe, bezpłatne tabloidy – wszystko to powoduje, że wiele osób uprawiających reportaż literacki zbiera materiał samodzielnie i publikuje książki. W ubiegłym roku wśród 20 nominowanych do Lettre Ulysses Award, międzynarodowej nagrody za reportaż, której jestem jednym z opiekunów, nie było ani jednego dziennikarza pracującego w gazecie codziennej. Kiedy jechał Pan przez Rzym do Indii w pierwszą podróż reporterską, opisaną zresztą w ‚Podróżach z Herodotem’, wiedział Pan już, że istnieją procesy, którym poddają się całe kultury i cywilizacje i że wszyscy jesteśmy w nie wprzęgnięci, chociaż nie widać ich gołym okiem? – Moja rodzina tułała się przez całą wojnę, zamiast o książki trzeba było dbać o inne, potrzebniejsze rzeczy. Należę do pokolenia wykształconego dość pobieżnie, bez dostępu do zachodniej literatury, pozbawionego bogactwa lektur, informacji, w którym dzisiaj żyjemy. Jako młody dziennikarz sporo jeździłem po kraju, widziałem różnice między miastem a prowincją, więc wyczuwałem, że gdzieś dalej te różnice muszą być jeszcze większe. I w czasie mojej pierwszej podróży za granicę, do której byłem zupełnie nieprzygotowany, oniemiałem. Nawet teraz, kiedy pisałem ‚Podróże z Herodotem’, strasznie mordowałem się z opisem, bo jesteśmy jednak bezradni wobec bogactwa świata. Możemy poznać i niezgrabnie opisać tylko niewielki jego fragment. Reporter to taki tłumacz, który przekłada z obcego na nasze, który objaśnia inne światy ludziom ze swojego świata? – Wartość tej pracy polega nie tylko na tym, że się stykam z inną kulturą, lecz także na tym, że o tej innej rzeczywistości muszę komuś opowiedzieć. Muszę więc szukać kluczy do otwierania innych światów. Bez tego ten zawód nie ma sensu. Reporter to trochę zwiadowca, który penetruje obce obyczaje, sytuacje, i trochę tłumacz, który próbuje te obserwacje przenieść na język, pojęcia i obrazy właściwe dla jego kultury. I nie udaje się? ‚Podróże z Herodotem’ to książka o klęsce reportera. O bogactwie świata, którego reporter nie ogarnia. – Tak, bo świat jest nieopisywalny również w tym sensie, że jest zmienny. W latach 90. pojechałem po raz pierwszy po 30 latach do Dar es-Salam, stolicy Tanzanii, i trafiłem do zupełnie innego miasta niż to, które znałem. Wiedziałem niby, że nazwa się zgadza, ale niczego nie poznawałem. W ‚Podróżach z Herodotem’ jest sporo przykładów beznadziejnej sytuacji reportera. W Rzymie kupuje Pan modny krawat w groszki, ale i tak wszyscy widzą, że Pan jest obcy. Dlaczego? W Algierze w dzień po obaleniu prezydenta Ahmeda Ben Belli zauważa Pan uliczne zbiegowisko, biegnie tam, ale okazuje się, że to tylko gapie obserwują uliczną stłuczkę. Nie udaje się rozpoznać najprostszych znaków. – Reporter naprawdę chce wszystko zrozumieć i opisać, stara się i jednocześnie wie, że to się nie uda. To mierzenie się z niemożliwością, próba zatrzymania świata, który jest w ciągłym ruchu i zmienności, jest fascynujące. Jesteśmy zdolni opisać tylko niewielką część tego, co widzieliśmy i przeżyli. Starałem się nie wracać do kraju, który już znałem, bo nowych tematów jest dużo. Chyba dlatego reporterzy zwykle żyją w zgodzie, nie ma między nimi zawiści, bo wartościowych miejsc i tematów dla wszystkich wystarczy. A może ‚Podróże z Herodotem’ mówią też o tym, że mimo różnorodności świata wszyscy, chociaż w różnych miejscach i w różnym czasie, jesteśmy częścią tego samego porządku? Reporter, który pisze o głodującej Afryce, sam wspomina, jak był małym chłopcem i w czasie okupacji chodził bez butów. To jedna z pierwszych scen ‚Herodota’. – Oczywiście. Obok nieustannej zmienności dostrzegamy też trwałość pewnych postaw i zachowań. Okrucieństwo, współczucie, strach, rozpacz, szczęście – to stałe kategorie ludzkie. Matka, która traci dziecko, rozpacza tak samo dzisiaj czy przed pięcioma tysiącami lat. Dzięki tej identyczności postaw, zachowań, odruchów i odczuć możliwa jest pamięć i kultura. ‚Podróże z Herodotem’ mówią właśnie o łączności geograficznej i czasowej. Możemy więc nawiązać przyjaźń z człowiekiem, który żył dwa i pół tysiąca lat temu, możemy go sobie doskonale wyobrazić – jak się zachowywał, jak podróżował, jak rozmawiał z ludźmi. Bo to jest ludzkość, to jesteśmy my – ludzie wszystkich czasów.
UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*