Reporter Herodot

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Krzysztof Masłoń
źródło: Rzeczpospolita
data publikacji: 2002-11-07
——————————————————————–

Zdąży Pan przepakować walizki? Ledwie wrócił Pan z wojaży po Ameryce Południowej, a już wybiera się Pan w kolejną podróż.

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: Tak, najpierw jadę do Hiszpanii, gdzie w Barcelonie inauguruję cykl wykładów w Cafe Europa – powstała taka nowa instytucja intelektualna. Odbieram też nagrodę Prensa Libre i mam promocję hiszpańskiego wydania „Lapidarium”, które tam wychodzi w formie wyboru z pięciu tomów tej książki. Następnie jadę do Grecji.

To nowy dla Pana rynek czytelniczy…

Ukazał się tam „Heban”, ale w Grecji będę też zbierać materiały do książki, do której się przymierzam: o Herodocie-reporterze, a trochę i o swoich doświadczeniach dziennikarskich.

Chce pan podjąć wyprawę w przeszłość?

Nie, choć przypomnę, że jestem też historykiem. Ale, jak mówię, chcę napisać i o Herodocie, i o swoim życiu reporterskim, o moich podróżach.

Jaka była ta ostatnia?

Długa – prawie trzymiesięczna i różnorodna. Trzy tygodnie spędziłem w Stanach Zjednoczonych, gdzie uczestniczyłem w Zjeździe Pisarzy Amerykańskich w San Valley, a potem miałem wykłady i zajęcia na Uniwersytecie Nowego Jorku. Stamtąd poleciałem do Meksyku, gdzie miałem promocję książki o swoich doświadczeniach reporterskich. Jest ona w Polsce nieznana, w oryginale wyszła po włosku, a teraz przetłumaczono ją na hiszpański. Zostały w niej zebrane moje teksty i wywiady ze mną na temat dziennikarstwa, pracy reporterskiej. Książka ta wychodzi też po portugalsku w Brazylii.

Jak jest zatytułowana?

„Nie jest to zawód dla cyników”.

Meksyk to kraj, w którym spędził Pan niemało czasu. Była to podróż sentymentalna?

O nie. Spotkałem się tam m.in. z Gabrielem Garcią Marquezem, ponieważ meliśmy razem jechać do Buenos Aires na coroczne warsztaty dla młodych pisarzy i dziennikarzy z Ameryki Łacińskiej. W zeszłym roku prowadziliśmy te zajęcia w Meksyku, w tym roku Marquez nie mógł za mną pojechać, gdyż akurat ukazała się nowa jego książka. W przyszłym roku, już razem, poprowadzimy warsztaty w Republice Dominikany.

A propos Marqueza. Nie byłp Pana w Polsce w czasie, gdy w Internecie furorę robiło rzekome jego przesłanie, pisane na łożu śmierci. Kilka gazet przedrukowało nawet tę fałszywkę, skądinąd bardzo piękną.

To dokumentna bzdura. Marquez jest w świetnej formie, w październiku byłem u niego w domu, spotykaliśmy się w restauracjach, omawialiśmy plan tych warsztatowych zajęć.

W Polsce jest wielu miłośników prozy Marqueza, których z pewnością zainteresuje jego nowa, autobiograficzna, książka.

Zatytułowana jest „Żyć, żeby opowiadać o tym”. Po hiszpańsku ten gatunek nazywa się „memorias”, jest to coś w rodzaju wspomnień, pamiętników. Pisarz zaplanował trylogię, której pierwsza część dotyczy dzieciństwa, jego młodych lat.

Jak wyglądały zajęcia z latynoskimi adeptami sztuki dziennikarskiej?

Dały mi wielką satysfakcję, ci młodzi ludzie byli bardzo sympatyczni, a przy tym szalenie pilni, skupieni, z wielkimi ambicjami. Specyfika piśmiennictwa latynoamerykańskiego, jego wielka tradycja polega na tym, że tam nigdy nie było i nie ma ścisłego rozgraniczenia między dziennikarstwem a literaturą. Tam pisarz jest równocześnie dziennikarzem. Każdy, także największy, jak Gabriel Garcia Marquez, jak Mario Vargas Llosa, jak Carlos Fuentes. Pracują w gazetach czy radiostacjach, jeśli nie etatowo, to stale występują jako komentatorzy, publicyści, reporterzy. Wielu z nich, czego Marquez jest klasycznym przykładem, jest znanych przede wszystkim jako dziennikarze. Uprawianie literatury pięknej jest wtórne.

Także we Włoszech pisarze nie unikają mediów, wręcz przeciwnie.

Tak, to ta sama tradycja, w Hiszpanii jeszcze wyraźniejsza. Marquez podkreśla zresztą, że większość jego powieści i opowiadań wzięła się z reportaży prasowych.

Co, poza nauczaniem, robił Pan w Argentynie?

To, co robi każdy reporter. Przede wszystkim chciałem zorientować się w sytuacji w tym kraju.. swoją drogą, to bardzo rozczytane społeczeństwo. W co drugim domu w Buenos Aires jest albo księgarnia albo kawiarnia. A policjant kierujący ruchem, schodzi ze stanowiska i idzie do księgarni, gdzie wybiera i kupuje książki. Widział Pan coś takiego u nas?

Na ile zmienia się Panu, wraz z nowymi doświadczeniami, obraz Ameryki Łacińskiej?

Bardzo, co jest dla mnie wielką lekcją również jako reportera, dlatego, że z tym kontynentem zetknąłem się po raz pierwszy w 1967 roku. Jeśli pisałbym teraz o Ameryce Południowej z pamięci, opowiadając to, co zapamiętałem, wszystko bym zniekształcił. Świat się zmienia gwałtownie, także krajobrazowo. W Meksyku mieszkałem przez cztery lata, a dziś nie mogę poznać „swoich” ulic, bo wszystko tam inaczej wygląda, nie tylko dlatego, że miasto przeżyło straszne trzęsienie ziemi w 1985r. Ale zmienili się i ludzie. Tamten mój obraz, z przeszłości, dziś jest nie tylko historyczny, ale wręcz archeologiczny. Dlatego też tak ważny jest dla mnie również kontakt z młodymi ludźmi stamtąd.

W krótkiej przerwie na przepakowanie walizek w Warszawie, zdąży Pan wziąć udział w dzisiejszej promocji „Lapidarium V”. Czym dla Pana są kolejne „Lapidaria” ? Od pierwszego z nich minęło już 12 lat.

To trochę inny, równoległy nurt mojego pisarstwa. To jak z poetami, którzy równocześnie piszą obok jakiś esej, bo nie mogą wszystkiego wypowiedzieć w wierszach. Stykam się z wieloma rzeczami, wiele rzeczy przychodzi mi na myśl, jakieś refleksje, uwagi, a nie mogę tego wszystkiego umieścić w swoich książkach. Ten drugi nurt jest bardziej związany z moimi codziennymi sprawami, ale nie jest to dziennik, w zasadzie nie stawiam dat, najwięcej tu refleksji. Chwyciło, piszę więc sobie dalej, mam już fragment VI tomu Jest to taka rzecz, która jak gdyby powstaje sama z siebie. Gdzieś mi się coś zapisze, coś mi się przypomni, coś przyjdzie na myśl. Ciekawe, że potem jest to cytowane

Nic dziwnego, bo w „Lapidarium” obok publicystyki, wspomnień i refleksji mamy wręcz aforystykę.

Staram się na początku każdego tomu umieścić zawsze jakąś myśl, czy to pisarza, czy to filozofa , zwracającą uwagę na to, że w literaturze i nie tylko w niej, uprawia się formy różnorodne, niejednolite, zmieszane.

„Lapidarium V” poprzedzają cytaty z Cortazara i Ciosana. Szczególnie ten drugi pasuje do tego, co Pan robi: „Zawsze zwracałem się ku innym widnokręgom, zawsze starałem się widzieć, co się dzieje gdzie indziej”.

„Lapidaria” wydaję, mniej więcej, co trzy lata. Jak czuję, że już mi się dużo tego uzbierało, robie wybór, a w sumie to już dziś będzie około 800 stron. Chciałbym kontynuować to pisanie, oczywiście obok innych form.

Czy jest realne wydanie przez Pana w przyszłym roku książki o Ameryce?

Miała to być po „Hebanie”, kolejna część Pana „Mapy Mundi”.

Nie zdążę, gdyż – jak mówiłem – biorę na warsztat Herodota.

Wygrał on z „Mapą Mundi”!

Za dwa lata będzie olimpiada w Atenach, związana z 100. rocznicą ruchu olimpijskiego. Planowane są różne imprezy literackie, muzyczne, artystyczne. Ateny pragną nawiązać do dawnej tradycji – olimpiady i ciała, i ducha. Moim wydawcom bardzo się spodobał pomysł, by napisać książkę

O Herodocie?

Nie, nie o Herodocie; o nim jest gigantyczna literatura, wciąż go na nowo tłumaczą na całym świecie. Ale zawsze mówi się o nim jako o historyku, o tym, czy było dokładnie tak, jak on pisał, czy może inaczej. Nikt nie zwrócił jednak uwagi, że Herodot był przede wszystkim pierwszym, wspaniałym reporterem, a mnie to właśnie zafascynowało. To był pierwszy wielki reporter na świecie, a równocześnie pierwszy wielki globalista, który swoje dzieło poświęcił wszystkim kulturom, całemu światu, takiemu, jaki wtedy był znany. Opisał ten świat, wychodząc go własnymi nogami, zbierając to, co mu ludzie powiedzieli. On pierwszy zrozumiał też, że żadna kultura nie może istnieć bez wymiany z inną kulturą, bez zapoznania się z nią. Miał wizję społeczeństwa planetarnego, tak, jak je wówczas rozumiano i napisał o tym wspaniałym językiem. Jego „Dzieje” to wielki utwór prozy światowej o polifonicznej strukturze. Herodot przedstawiał świat tak, jak wielki kompozytor buduje swoją symfonię. Postrzegał współzależność różnych elementów, kultur, ludów, razem tworzących wielką syntezę świata.

Chcę napisać o tym wspaniałym, wielkim reporterze.

Rozmawiał Krzysztof Masłoń.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*