Reportaż „Południe” Andrzeja Muszyńskiego – pierwszego laureata stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego

Podczas uroczystości upamiętniających piątą rocznicę śmierci Ryszarda Kapuścińskiego wręczono pierwsze stypendium Fundacji Herodot dla młodego dziennikarza – otrzymał je Andrzej Muszyński. Poniżej zamieszczamy fragment jego niepublikowanego dotąd reportażu pt. „Południe”.

 

2008. Andrzej Muszyński kierował ekspedycją „Minkebe”, podczas której 9-osobowy zespół (3 Polaków i 6 Pigmejów) dokonał pierwszego pełnego trawersu puszczy Minkebe w Gabonie. Marsz trwał 21 dni. Ekspedycja wyróżniona ogólnopolskimi nagrodami podróżniczymi. Wyprawa otrzymała rekomendację Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie. Zapis podróży znajdzie się w „Południu” / fot. archiwum prywatne
2008. Andrzej Muszyński kierował ekspedycją „Minkebe”, podczas której 9-osobowy zespół (3 Polaków i 6 Pigmejów) dokonał pierwszego pełnego trawersu puszczy Minkebe w Gabonie. Marsz trwał 21 dni. Ekspedycja wyróżniona ogólnopolskimi nagrodami podróżniczymi. Wyprawa otrzymała rekomendację Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie. Zapis podróży znajdzie się w „Południu” / fot. archiwum prywatne

POŁUDNIE (fragmenty)

Pogranicza (1)

Są ludzie i miejsca. Nie można myśleć i opowiadać o człowieku w oderwaniu od miejsc, w których żyje i które go kształtują. Ludzie i miejsca przenikają się i wzajemnie na siebie wpływają, jednak można wyobrazić sobie miejsca bez ludzi. To rodzaj przewagi: one mogą bez nas istnieć, i istnieją, można o nich mówić zupełnie nas pomijając. Ludzie są sami w sobie interesującym obiektem dla innych ludzi i łatwiej o nich ciekawie opowiadać. Miejsca to ciągle słabo rozpoznana konfiguracja przestrzeni i czasu, co znacznie sprawę komplikuje. Nadmieńmy tylko, że, jak dowiedli uczeni, czas płynie we Wszechświecie jak rzeka – raz wolniej, raz szybciej, bywa, że pędzi jak rwący wodospad, na przykład w zależności od wielkości otaczającej go masy. Wystarczy.

Miejsca to nie tylko punkty, ale również ich zbiór: zaludnione centrum, jego peryferia – ciągle pełne ludzi, dalej – pogranicza i Wielkie Pustki.

Każdy z tych rejonów emituje ogrom interesujących dla podróżnika zjawisk, rodzajów aury i zależności.

Centra i pogranicza mogą być celem albo jedynie przystankiem przed podróżą na pogranicza i do serca wielkiej pustki.

Pogranicze to jest miasteczko Antaquilla na płaskowyżu Ulla Ulla w boliwijskich Andach. Jesteśmy 4500 metrów nad poziomem morza i do sąsiednich wiosek schodzą z najwyżej położonych osad Indianki ze swoimi partnerami. Im wyżej, tym trudniej zajść w ciążę. Jest późne popołudnie, w zasadzie wieczór. Jest główny ryneczek, otoczony murowanymi budynkami i trzaskają okiennice. Gdzieś, dosłownie – gdzieś – bo nie jesteśmy w stanie podać nawet przybliżonego źródła – trzeszczy głośnik z muzyką keczua. Na środku rynku miota się powietrzny wir, miniaturowa trąba, która ciska nam w oczy drobiny miodowego piasku. Pod murem stoi stary Indianin i żuje kokę. Twarz czerwona, krwista, skóra na pewno gruba, szorstka. Mówi, że czeka, ale nie wiemy na co. Dopytujemy. Na autobus. Kiedy przyjedzie? Nie wiemy. Dalej, tuż za domami niepokalana biel: Apolobamba – góry niemal nieeksplorowane, nienazwane, nieprzebyte, kryształowa sierra. Idzie noc. Od lodowców ciągnie ziąb. Wschodzi księżyc, jest wielki jak druga ziemia. Ciągnie się za nim przez niebo srebrzysta, ale brudna łuna.

Pogranicze to jest M’hamid u podnóża Ergu Chigaga. Za wsią zaczyna się Sahara. Wieczorem w M’hamid ulice są pełne, choć jest cicho jak na cmentarzu. Kobiety – tak, ale całe nakryte czarnym suknem, widać tylko oczy, jak węgliki.

Ale teraz jest sierpień, południe i ulice są puste. Nawet smarki w koszulkach Barcelony pochowały się po ciemnych izbach. Jest południe i wszyscy tu wiedzą, że o tej porze nie należy się ruszać. Ci, którzy wyruszyli na pustynię, przez wiele godzin leżą jak kamienie pod ciernistym cieniem, przykryci od stóp do głów, by nie wystawał skrawek gołej skóry. Nawet jeśli byś chciał, nie będziesz w stanie mówić, jeść ani – w co trudno uwierzyć – pić. Ulga przyjdzie kilka godzin po południu, wtedy podniosą się pierwsi, będą pić. Kto? Choćby my – którzy wyruszyliśmy w pustynię karawaną wielbłądów, na pięć dni, w środku lata, obłąkani, nierozumni. Albo oni – nomadzi, którzy wciąż przemierzają Wielką Pustkę w poszukiwaniu wody i żywności. Nie obowiązują ich granice. Wodę niosą w zmoczonych, znakomicie chłodzących wodę bukłakach ze skóry zwierząt. Ciągle tam żyją. Mówią w M’hamid, że są tacy, którzy twarz swoich kobiet widzą dopiero po śmierci.

W M’hmid i na pustyni jest też noc. Noc to jest na Saharze wielka sprawa. Niebo obleczone galaktycznym, srebrnym turbanem. Ciepły piasek. Gdzieś daleko przestrzeń rozpruwa zanikający warkot zagubionego motorka. Ktoś przesypuje między palcami piasek. Pod głowami siodła. Pchły. Nasze brzuchy na szlaku migracji wielkich pustynnych mrówek.

Jest więc znowu dzień w M’hamid i pod rozpalonym murem leży martwy wielbłąd, ktoś wypatroszył mu wnętrzności. Gzy w tej ciemnej izbie krążą nad miskami i baranim ochłapem, to i próbuję wypatrzeć je przez okno nad trupem. Ale jest południe-sierpień i to jest M’hamid: nad rozbebeszonym wielbłądem nie ma nawet gzów.

Pogranicze to jest też wioska Bituga. Bituga to jest miejsce. Bitugi nie ma na żadnej mapie świata, jaką znam, nawet na świetnych sowieckich, z lat osiemdziesiątych. Bituga leży w Centralnej Afryce, w państwie Gabon, niedaleko od miasteczka Minvoul. Bituga leży jednak już za rzeką. Nie tyle to rzeka, co rozlewiska, wodny labirynt z pułapkami w postaci wystających kamieni, krokodyli i węży, skrzeczące, ponure uroczysko. Kiedy znajdziesz się na samym środku, nieruchomiejesz, wszystkie mięśnie są napięte. Potem pirogi dopływają do brzegu, pół godziny marszu i jest Bituga. Pierwsze miejsce w tym kraju, gdzie nikt nie mówi po francusku. Wioska pigmejów Baka. Jest mały placyk na środku i chata rady. Wokół okrągłe, trzciniaste chaty, w których żyją ci, którzy polują lub wyplatają. Jeśli uprawiają – to jedynie w niewielkim ogrodzie w centrum osady, bo za domami, na zewnątrz – nie sposób. Wielka dżungla zaczyna się nie tyle za domami, co nad nimi. Jej monstrualne liście i gałęzie opierają się na nich i mamy wrażenie, że Bituga stoi tu tylko dlatego, by chronić lichy ogródek przed napadami rozdętej, rozpuchłej dżungli. Dzieci mają wypukłe brzuchy, ale nie – jak chce wielu – z głodu, ale od robaków, wielkich, białych larw, którymi żywią się tu wszyscy. Takie larwy zamieszkują w brzuchach i każdego, kto przyjedzie do Bitugi, czeka w mieście odrobaczenie. Jest noc w Bitudze i jej mieszkańcy wiedzą, że idziemy na długo do dżungli. Bardzo daleko, tak daleko, że nie dotarł tam żaden Bituganin. Więc wychodzą wszyscy pod chatę i rozpoczynają taniec, brzęczenie grzechotek, drgania biodrami, pohukiwania. To przyniesie nam szczęście. A potem wschodzi księżyc w Bitudze i rozdygotani tancerze znikają w popłochu do domów. Tak każe tradycja i prawo. Więc pochodnie, ogarki w dłoń. Śpimy w chacie, skrzypią drzwi, wchodzimy, czerń. Światło. Sufit: gżdżąca się warstwa długich pająków. Moskitiera. Suwak. Sen. Koszmary. Świt. Zapach, zapach. Zapach! Widno. Rzut oka na ścianę. Kalendarz, zdjęcie Karola Wojtyły.

Tak, wymaga obfitej i imponującej wiedzy – której nie posiadam – antropologiczna analiza zarówno całych społeczności jak i osobowości, charakterów i stanów psychiki ludzi pogranicza, bytujących w stałej relacji z wielkim, bezwzględnym żywiołem za progiem domu. Być może nieustanna świadomość sąsiedztwa przepastnego terytorium, na którym nie obowiązuje jakikolwiek ludzki ład jak i niższa pozycja w odwiecznej, brutalnej hierarchii żłobią w człowieku tą wyraźnie wyczuwalną introwertyczność, powolność, surowość, ostrożność, nieufność i w to wierzę – skromność i pokorę.

To sprawia, że pogranicza i wielkie pustki są dla wielu miejscami przeklętymi. Dla innych – obsesją życia.

II

Dziś reportażysta (celowo używam tego słowa) ma o wiele trudniejsze zadanie niż dwie, trzy dekady temu. O ile niegdyś, jak twierdzą znawcy tematu, reportażysta musiał przede wszystkim wtopić się umiejętnie w otoczenie, i to było jego wstępnym, ale jakże istotnym dla powodzenia misji zadaniem, o tyle dziś ten etap pracy poprzedza konieczność ekspozycji swojej osoby!

Po pierwsze, trzeba wyróżnić się z grona przemierzających z plecakiem świat wagabundów (backpackersów). Backpacking stał się ostatnio dla wielu nie tyle sposobem na podróż i urlop, co stylem życia. Bacpacker-plecakowicz obrazi się, gdy nazwiemy go turystą. Uważa się za podróżnika – podróż organizuje sobie sam, jest niezależny. Backpackersi najczęściej podróżują w kameralnych grupach, ale zdarzają się samotnicy. Wyjeżdżają na kilka tygodni, miesięcy albo nawet kilka lat. Nierzadko rzucają prace i kariery, by spełnić marzenia i ruszyć w świat. Backpacking był i jest formą buntu przeciw wakacyjnej, masowej turystyce wypoczynkowej, czasem ucieczką przed rzeczywistością albo sposobem na wykorzystanie dostępu do karty kredytowej majętnych rodziców, a na pewno nadzieją na przygodę off the beaten track, kontakt z tubylcami i odkrycie prawdziwego oblicza odwiedzanego kraju. Dziś, w dobie globalizacji i licznych promocji lotniczych dalekie egzotyczne podróże osiągalne są niemal dla każdego, kogo ciągnie w świat, kto posługuje się choć w stopniu komunikatywnym językami obcymi i potrafią zaoszczędzić pieniądze. Dodajmy, że backpacking to noclegi w tanich guesthousach (albo nawet na dachach i po prostu gdzie bądź), jedzenie na bazarach, włóczęga publicznymi środkami transportu – a zatem kilkutygodniowy wyjazd, powiedzmy do Indii, nie jest droższy niż dwa tygodnie all inclusive w Szarm el Szejk.

Backpackersi zalali świat i stają się karykaturą samych siebie. Czujni na turystyczne trendy tubylcy w najdalszych zakątkach globu tworzą backpackerskie raje. W miejscach polecanych przez kultowy, backpackerski przewodnik – Lonely Planet budują prawdziwe backpackerskie centra – rzędy tanich hosteli, restauracji, barów i agencji turystycznych, pardon, backpeckerskich, które gotowe są na poczekaniu zorganizować dla swoich klientów wizę, prywatny transport, „adventure” i ”wyprawę w nieznane”. Backpeckersi na takiej gwarnej ulicy mają pod ręką pralnię, cafe internet (zwykle wszyscy używają facebooka), taksówki i sklep z pamiątkami.

Obrazek z Santa Marta (Kolumbia): guesthouse składa się z przestronnego patio, którego centrum zajmuje basen. Pokoje oznaczone nazwami krajów i barwami narodowymi znajdują się wokół nich. Recepcjonistka wita mnie słowami: „Hi guys!”, mimo że znajomość angielskiego należy w tym rejonie świata do rzadkości. Odpowiadam, że wolę mówić po hiszpańsku. Nietrudno dostrzec, że większość gości do Anglosasi. W patio mają do dyspozycji wielkie sofy, telebim, z którego na okrągło płyną newsy CNN, darmowy internet. Jest też drinkbar – ich ulubione miejsce, restauracja i agencja podróży. Mając do dyspozycji w zasadzie wszystko, wielu z nich rzadko opuszcza swoją dziuplę odgrodzoną od ulicy wysokim murem, racząc się szkocką whisky z colą i poznając nowych znajomych. Wszyscy mężczyźni chodzą w japonkach. Gdy zagadniemy ich o cel podróży, często okaże się, że Kolumbia ich w zasadzie nie interesuje. Coś tam było „great” lub „good”, ale najważniejszy jest „fun”. A tym razem po prostu padło na Kolumbię.

Reportażysta często korzysta z usług spreparowanych dla backpackerów – przede wszystkim ze względów ekonomicznych, ale również po to by zaoszczędzić cenny i limitowany czas – można raz dwa załatwić przyziemne sprawy (pranie, wizy, korespondencję).

Bywa jednak, że backpackersi wyruszają tłumnie w teren, w miejsca, gdzie reportażysta chce pracować. Ten staje zatem przed pierwszą trudnością – przekonać swoich rozmówców, że przybywa w zgoła innym celu. Nie lada to sztuka, ale wyróżnianie się może rozpocząć się już od aspektu fizycznego. Rada znajomego – znawcy Indii przed moim pierwszym wyjazdem na subkontynent: „Nie chodź w spodenkach, bo cię wezmą za turystę, nic nie zdziałasz. W dżinsach chodź, nawet w upał”.

Na tym nie koniec.

Reportażysta musi wyróżnić następnie się z tłumu reporterów newsowych, dać rozmówcy do zrozumienia, że nigdzie mu się nie śpieszy i w istocie pragnie dowiedzieć się więcej. Dlatego w takich sytuacjach nigdy nie używam dyktafonu, zaś aparat fotograficzny wyciągam z torby dopiero na koniec wielodniowego spotkania, bywa że wcale. Aparat automatycznie wytwarza niewidzialną barierę, nieumiejętnie lub zbyt pochopnie użyty kategoryzuje nas jednym wyzwoleniem migacza na ich – tutejszych i nas – turystów lub dziennikarzy, którym się przecież nie ufa. (…)

III

Pakuję do plecaka plik polskich gazet, książki. Obiecuję sobie, że przeczytam. Nadrobię zaległości w trakcie długich podróży autobusami i pociągami. Otwieram je w samolocie. Tygodnik Powszechny. Dodatek specjalny – o wsi polskiej za PRL-u. Zaskoczenie. Bo kogo jeszcze w tym kraju obchodzi wieś? Co Metropolia wie o prowincji? Kto przyznaje się do chłopskich korzeni? Kto stara się ją zrozumieć, przeniknąć? Kto próbuje z nią rozmawiać? A tu ten artykuł.

Ale zaraz ląduję t a m, kontrola paszportowa i do razu marsz do kiosku. Rytuał. Wymiana waluty i kiosk. El Nacional, Cambodia Daily, La Semana, Myanmar Times. Polskie gazety gniją odtąd na dnie plecaka. Zaglądam do internetu. Popularny krajowy portal. Politykierstwo, dymisja, znana aktorka jest w ciąży. Jestem teraz t u t a j i nic mnie to nie interesuje. Wydaje się zupełnie nieistotne, żenujące. Mam tu na głowie głodówkę Indianina w Wenezueli, eksmisje w kambodżańskim stanie Mondulkiri, krowy na ulicach i remont wylotówki z Rio de Janeiro. Liczy się przede wszystkim, to co blisko, wokół mnie, to, co widzę, czego dotykam.

Czy dziwić się zatem, że większość z nas nie interesuje to, co daleko, nie-swoje, po prostu egzotyczne, co nie dotyczy ich bezpośrednio, nie wpływa bezpośrednio na ich życie, ba, że nie bierze ich ten imperatyw oddalenia?

Potem powrót. Powrót jest najgorszy. Szczególnie w listopadzie, kiedy samolot wisi nad Warszawą, i w dole widzę to co widzę, ale nie robi już na mnie wrażenia, bo gdzieś od Kazachstanu, od Zakaukazia ciągnie się pode mną kraina skuta lodem, zdążyłem już posępnieć, zmarkotnieć, westchnąć, po raz kolejny uświadamiając sobie, jak mało dociera do nas gwiezdnego światła, że dwa miesiące kapryśnego lata i długie miesiące szarzyzny, że zaraz samolot usiądzie i pójdę między ludzi.

Spotykam pierwszych znajomych, zaczyna grać telefon. Faktury, zlecenia, kto za ile, komu, liczenie. Wszystko nosi numer i cenę. Cyfry, konkrety, chłopie. Ktoś narzeka, że gnije w robocie. Inny chwali się, że praca go rozwija i ciągle uczy się czegoś nowego. Nie chcę psuć radości i atmosfery, ale nieśmiało pytam: czego cię uczy? No, finanse, analizy, meeting planner, jak zdobyć klienta.

Czy umiemy jeszcze żyć samym życiem?

Co, gdyby nagle zabrali nam te samochody, internet i komórki?

Czy coś ma jeszcze rację bytu, jeśli nie zarabia?

Potem z grzeczności pytają: jak było?

To jest pytanie najgorsze z możliwych, dostaję dowewnętrznej białej gorączki. Co mam powiedzieć? I jak? Jak w minutę mam opowiedzieć o Sabino Romero? O Sidi Bouzid? O Kogi?

Coś przebąknę, dwa, trzy zdania, wszystko okej, zrobiłem, co miałem zrobić i oni znów o pracy, o sobie, żywioł.

IV

Tyle razy sobie obiecywałem: nie tak często, zwolnij, daj sobie spokój, kogo to interesuje? Ostatni raz i koniec, pauza.

Wracałem do domu i historia się powtarzała: lektura, zaciekawienie, drążenie, obsesja, nerwowe dreptanie po pokoju, promocja lotnicza, e-maile, kontakty, wiza, plecak, chlebak, notatnik, książki, autoresponder, zaraz wracam, lotnisko, szósta rano, kawa, sen, kawa, sen, Frankfurt, czekanie, Bar Goethego, one coffee please, kelnerka, jestem z Polski, jak miło, płacę, zostawię pani polską gazetę, dziękuję, ja nie czytam, kontrola, proszę ściągnąć buty, przesiadka, noc, dzień, noc, wskazówki do przodu, wskazówki do tyłu, kawa, sen, kawa, lądowanie, zapiąć pasy, kolor ziemi, kształty, krój mundurów, barwa skóry, wyraz twarzy, pierwsze impulsy, bus, taxi, hotel, buenos dias, buenas noches, sen.

No więc obiecuję: jeszcze tylko ten wyjazd i basta, szlus. Nie można podróżować zbyt często. Rutyna i zobojętnienie to najgorsze, co przytrafić się może podróżnikowi i reportażyście. Nie można odebrać sobie daru dziwienia się, radości na nowe – motoru naszych działań.

Jeszcze tylko ten jeden raz, obiecuję..

V

Andrzej Muszyński: rocznik 1984, absolwent prawa na Uniwersytecie Jagielloński, Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej i Polskiej Szkoły Reportażu przy Instytucie Reportażu, podróżnik, reporter, kilkakrotnie wyróżniony ogólnopolskimi nagrodami podróżniczymi (m.in. za pierwszy na świecie trawers puszczy Minkebe w Gabonie), publikował reportaże i opowiadania w „Gazecie Wyborczej” („Duży Format”), „National Geographic Polska”, „Przeglądzie”, „Stosunkach Międzynarodowych”, konflikty.wp.pl, „Res Publice Nowej”, „Znaku”, „NPM”, „Dzienniku Polskim”, „Obywatelu”, pismach literackich „KZO” i „Wyspa”. Kiedyś samotnie przeszedł pustynię Atacamę. Zbiera materiały do reporterskiej książki o Birmie, do której wyjeżdża kilka razy w roku. Dla kilku spraw rzucił zawód prawnika. Zbiera starocie i pasjonuje się kosmologią. Dziecko polskiej wsi. Mieszka obecnie w Krakowie. Ostatnio nominowany do Grand Press.
Andrzej Muszyński: rocznik 1984, absolwent prawa na Uniwersytecie Jagielloński, Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej i Polskiej Szkoły Reportażu przy Instytucie Reportażu, podróżnik, reporter, kilkakrotnie wyróżniony ogólnopolskimi nagrodami podróżniczymi (m.in. za pierwszy na świecie trawers puszczy Minkebe w Gabonie), publikował reportaże i opowiadania w „Gazecie Wyborczej” („Duży Format”), „National Geographic Polska”, „Przeglądzie”, „Stosunkach Międzynarodowych”, konflikty.wp.pl, „Res Publice Nowej”, „Znaku”, „NPM”, „Dzienniku Polskim”, „Obywatelu”, pismach literackich „KZO” i „Wyspa”. Kiedyś samotnie przeszedł pustynię Atacamę. Zbiera materiały do reporterskiej książki o Birmie, do której wyjeżdża kilka razy w roku. Dla kilku spraw rzucił zawód prawnika. Zbiera starocie i pasjonuje się kosmologią. Dziecko polskiej wsi. Mieszka obecnie w Krakowie. Ostatnio nominowany do Grand Press.

Uwielbiam Maghreb za wiosnę. Ciągnie mnie tam wtedy jak pszczołę w ul. Gdy jestem w Maghrebie i idzie wiosna, przestaję myśleć o polityce, bieżących obowiązkach i ludziach w ogóle. Zapominam o tym, co powinienem słyszeć i o tym, co muszę zobaczyć. Gdy w Maghrebie idzie wiosna, przestaję martwić się o swoją niekompetencję, tym co trzeba jeszcze przeczytać i tym, czego jeszcze nie rozumiem. Przestaje mnie gryźć, że prawdopodobnie nie starczy mi czasu i sił na pojęcie arabskiego świata, przyswojenie jego obfitej historii, strzelistej myśli i znaczeń ornamentyki jego sztuki. Ani to co zaprzepaszczone i zmarnowane. Pozostaje tylko wiosna.

Gdy w Maghrebie idzie wiosna, chcę być sam. Przychodzi tam ona bardzo wcześnie – w lutym. W październiku kończy się lato, potem trzy miesiące dni chłodnych, zimnych lub mroźnych (nie zapominajmy – jesteśmy na pustyni), w lutym wszyscy chodzą jeszcze w kurtkach albo katanach, wieczorem, nocą – jeszcze fakt – kostucha, w piecach tu nie palą, zimno jak w psiarni, ludzie drżą pod hałdami koców i skórzanych derek, ale bądźmy szczerzy – idzie wiosna. W Marrakeszu ściany riadów ciepłe i szorstkie jak bochen razowego chleba. W dolinach szybują wartkie potoki, oazy tętnią życiem i lśnią mineralną zielenią, gdy wysoko w górach – tytanowa biel. To gdzieś stamtąd, gdzieś z tych śniegów Atlasu duje ten wietrzyk, żaden tam sirocco, harmatan, a miękki, katalizujący powiew wiosny.

Luty – siedemnaście stopni na plusie. Południe. Mężczyźni przychodzą pod Cafe Medina. Cybuchy idą w tan. Z cafeekspersów bucha para. Wylegają na zewnątrz, na place i ulice. Oparcia o nagrzane mury, twarze do słońca, gołe pięty nieśmiało na bruk, potem więcej, wreszcie całe, na wierzch, na przewietrzenie, na zezuty but. Kurtki już rozpięte. Mały na zewnątrz, na serdecznym petit sygnet, mała czarna, jedna, druga, mendel chłopa wypuściło dym, jadaczki w ruch, charknięcie za przerywnik, trajektorie słów, na przestrzał, na kontrę, na lewo, na prawo, w górę, za siebie, w przód, do boku, nie przerwiesz, nie zdzierżysz, szczekotają jak pogrzani, krzyczą, jątrzą, drą japę, ale cóż się dziwić –

– idzie wiosna.

Nastąpi jeszcze przełom, punkt graniczny, powszechna dezorientacja, która potrwa kilka dni. Widok ten powtarza się co rok, wywołując zawsze tyle samo zdziwienia i rozbawienia: jedni ubierają jeszcze puchowe kurtki, inni wskakują już w spodenki i krótkie podkoszulki. Lecz nikt już nie wątpi, wszystko jest już jasne i ja czuję to w powietrzu: w Maghrebie idzie wiosna.

Andrzej Muszyński

źródło: http://www.centrumkapuscinskiego.pl/cms/?p=775

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn