Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Recenzja,”Che Guevara – Dziennik z Boliwii” , „Krzyk ludzki z Santa Gruz”

Autor: Anna Pawłowska
źródło: Sztandar Młodych nr 24 z 1970
data publikacji: 1970-01-29

Od razu jesienią 1967 roku nad manifestacjami ulicznymi, w rozwiecowanych aulach uniwersyteckich pojawiły się w różnych krajach, na różnych kontynentach, niemal jednocześnie – portrety owego mężczyzny w ciemnym berecie z gwiazdką, pojawiła się ta skupiona twarz okolona niewielką brodą. Padło nowe, nieznane uprzednio hasło: „Che”. Symbol – czego? Ideał – czyj?

Na pewnym młodzieżowym zebraniu zrobiłam wówczas przykrość gronu miłych dyskutantów, prostując, że Guevara nie był bynajmniej ich rówieśnikiem – był uważany za swojego, z jednego z młodych. Synowie i wnukowie jugosłowiańskich partyzantów wzruszali z politowaniem ramionami, kiedy sądziłam, że to legenda partyzancka wprowadziła między nich, w ich spory i rozterki, postać „Che” – nie, nie mieli żadnych skojarzeń między dawną bitwą nad Neretwą i świeżym starciem w wąwozie Yuro. Francuscy młodo-anarchiści powoływali się w swoich manifestach „przeciw wszystkim, wszystkim, wszystkim” na „Che” – wybaczając mu, że był przecież ministrem scentralizowanego rządu w nader zdyscyplinowanym państwie. Jakim więc psychicznym głodom, jakim tęsknotom młodego pokolenia wyszedł naprzeciw ten czterdziestoletni, wyniszczony przez astmę Kubańczyk, którego schwytanego po walce, rannego w obie nogi, żołnierze boliwijscy zakatowali 9 października 1967 roku w sali szkolnej miejscowości Higueras?

Próbuję szukać odpowiedzi na to pytanie we właśnie wydanym u nas „Dzienniku z Boliwii”. Od 7 listopada 1966 roku do 7 października 1967 roku, dzień po dniu, drobniutkim pismem lekarza zapisywał Guevara w niemieckim kalendarzu przebieg wydarzeń i własne obserwacje. Podobno miał ten zwyczaj i wcześniej, z takich samych zapisków powstawały jego relacje o rewolucji kubańskiej. A więc 7 listopada 1966 roku czterech ludzi przybyło do położonego na pustkowiu folwarku w boliwijskiej prowincji Santa Cruz. Byli bardzo zadowoleni, że podejrzewano ich o handel kokainą: dobry to szyld dla bazy partyzanckiej. 10 listopada „Che” notuje: „zobaczymy, czy zostawią nam dość czasu, aby przynajmniej dotarli do nas nasi ludzie”. Tak miała się rozpocząć boliwijska wojna rewolucyjna. Zgodnie ze znaną teorią Fidela Castro, że „walką można jedynie kierować z obozu partyzanckiego”. Zaczątek oddziału stanowili kubańscy kombatanci z czasów Sierra Maestro, którzy między Kubą a Boliwią szukali pola walk rewolucyjnych także w Kongo-Kinszasie. Analizując pierwszy miesiąc „Che” wylicza: „Plany są następujące: oczekiwać reszty ludzi, zwiększyć liczbę Boliwijczyków przynajmniej do dwudziestu i zacząć działać”. Niewiele się udało z tych planów do końca zrealizować.

Ostatni bój stoczył oddział złożony z 17 ludzi w wąwozie Luro na wysokości 2000 m n.p. m 7 października 1967 roku w południe, wydany w ręce wojska przez dwudziestoletniego dezertera z własnych szeregów. „Che” bronił się dopóki kula nie strzaskała lufy jego karabinu. Dzieje oddziału „Che” są dziejami rozłożonej na rok klęski. Nie tylko, i nie przede wszystkim, militarnej.

Do końca nie dało mu się połączyć z drugą częścią oddziału dowodzoną przez Joaquina, a jedyna pewna o nim wiadomość była dopiero ta, która donosiła o jego rozgromieniu. Do końca oddział nie stał się międzynarodowym, amerykołacińskim, jak był zaplanowany, pertraktacje z kilkoma Peruwiańczykami ponawiają się i za każdym razem rwą ( w oddziale poza Kubańczykami i Boliwijczykami, był jeden Francuz, sławny Regis Debrey i jedna półkrwi Niemka, półkrwi Polka – Tania ). Co jednak najważniejsze – oddział który przyjął nazwę Armii Wyzwolenia Narodowego Boliwii, nie zapuścił korzenie w Boliwii, nie spełnił celu, który sobie stawiał: nie porwał boliwijskich chłopów. Tu tkwiła chyba najgłębsza, najbardziej wstrząsająca tragedia „Che”: W Santa Cruz nie powtórzyła się Sierra Maestra – z tej iskry poświęcenia i straceńczej odwagi nie zatlił się ogień.

Ryszard Kapuściński, znakomity znawca problemów tego kontynentu i autor przekładu „Dziennika”, pisze w swej interesującej przedmowie: „Świadomość społeczna, poczucie krzywdy i wola walki rodzą się w człowieku dopiero na pewnym poziomie egzystencji. Poniżej tego poziomu nędza nie rodzi a zabija świadomość. Z taką sytuacją miał do czynienia Guevara”. Budzi ta diagnoza protest jako uogólnienie i podważa ją również sam „Dziennik”. Boliwia jest rzeczywiście krajem potwornej nędzy i ciemnoty. Ale przecież nie ona jedna – dziwnymi, często pokrętnymi drogami toruje sobie dziś drogo świadomość w społecznościach na najniższych szczeblach bytowania. Zresztą, czy tylko dziś: jaki był poziom egzystencji niewolników rzymskich? Murzynów wywiezionych na Północ Ameryki? Chłopów starej Rosji?

Guevara zanotował w swym „Dzienniku”: Są to biedni chłopi i bardzo przerażeni naszą tu obecnością”. Ale dwa miesiące wcześniej: „rozpoczynamy naukę języka keczua”. Jest to jeden z głównych indiańskich języków Boliwii, mówią nim, i wyłącznie nim, ci biedni chłopi – jakże mieli nie być przerażeni, skoro zbrojni przybysze mówili inaczej, niezrozumiale? W podsumowaniu miesiąca kwietnia czytamy: „izolacja jest w dalszym ciągu totalna (…) masa chłopska w dalszym ciągu w bezruchu, chociaż wydaje się, że stosują planowe zastraszenie, osiągniemy neutralizację, poparcie przyjdzie później. Nikt się do nas nie przyłączył”. Szczerość, szczerość aż do samookrucieństwa jest wzruszającą cechą tych zapisków. „Che” niczego nie upiększa, nie uspokaja się: już neutralizacja osiągnięta przez zastraszenie staje się celem siewców rewolucji zagubionych wśród górskich bezdroży.

Nie udało się porwać boliwijskiej masy chłopskiej i nie udało się ułożyć stosunków z boliwijską partią komunistyczną, niezbyt skłonną do uznania drogi kubańskiej za obowiązującą dla całego kontynentu. W stosunku do partii jest w „Dzienniku” ( a jeszcze ostrzej w „Koniecznym wstępie” Castro ) wiele goryczy, niesprawiedliwych oskarżeń, bezzasadnego uniesienia. Guevara wierzy bez zastrzeżeń, że czynić rewolucję w Ameryce Łacińskiej można tylko tak, jak czynili ją oni z Fidelem. A więc notuje: „Krajem wstrząsają konwulsje polityczne, fantastyczna ilość układów i kontrukładów, które istnieją w tym środowisku. Rzadko kiedy widziało się tak wyraźnie, jakim katalizatorem może być partyzantka”. Do głowy mu nawet nie przyjdzie, że owe boliwijskie społeczne konwulsje i układy mogą nie mieć nic a nic wspólnego z jego krzyżową drogą przez pustkowia Santa Cruz. W innym miejscu pisze: „Amerykanie oświadczają, że wysłanie doradców do Boliwii jest częścią dawnego planu i nie ma nic wspólnego z partyzantami. Być może uczestniczymy w pierwszym dniu nowego Wietnamu”.

Pierwszą, zwycięską zresztą, potyczkę z wojskiem stoczył oddział Guevary w końcu marca 1967 roku. Zdobyto trochę broni i butów, padło 7 żołnierzy rządowych, 18 dostało się do niewoli ( i zostało zwolnionych, gdyż oddział nie miał możliwości strzeżenia i żywienia jeńców ). Ta potyczka ujawniła istnienie partyzantów – nazajutrz rozpoczęły się bombardowania lotnicze, w trzy dni później trzeba odnotować: „Otacza nas 2000 ludzi w promieniu 120 km, pierścień się zacieśnia, oblężenie uzupełniają naloty napalmowe; mamy jakieś 10-15 zabitych”. Giną jeden po drugim starzy towarzysze kubańscy, towarzysze tylu walk i zmagań. 26 czerwca „Che” zapisuje wśród suchych danych dziennych śmierć Tumy – „od tej chwili czuję jego brak niemal jak stratę własnego syna”.

Oddział jest nękany wszystkimi plagami boliwijskiego bezludzia: owady i kleszcze wywołują ropiejące rany. Długotrwałe deszcze, malaria, głód, pragnienie, przejścia trzeba wycinać maczetami, nie ma map, nie ma narzędzi, aparaty radiowe zamokły i pordzewiały. Już 2 sierpnia „Che” notuje pozornie beznamiętnie: „zużyłem ostatni zastrzyk antyastamtyczny”.

Oddział jest nękany również wszystkimi plagami ludzkich słabości: „nieprzyjemne incydenty między naszymi towarzyszami psują naszą robotę”, „wytłumaczyłem, że z powodu braku przystosowania powstały zawstydzające incydenty”, jeden z partyzantów wypił puszkę mleka z żelaznej racji, inny zjadł puszkę sardynek, ktoś na kogoś zamierzył się maczetą…

Minister przemysłu rewolucyjnej Kuby, członek KC Partii, osobisty bliski przyjaciel Fidela, schorowany, dojrzały mężczyzna rzucił wszystko, opuścił Hawanę i pojechał siać rewolucję, podpalać kontynent. Zwracając się do Konferencji Trzech Kontynentów użył słów, które były jego najdosłowniejszym wyznaniem wiary: „Każda kropla krwi przelana na ziemi, pod której sztandarem ktoś się urodził, jest doświadczeniem, jakie podejmują ci, którzy przeżyli, aby zastosować je później w walce o wyzwolenie własnego kraju. I wyzwolenie każdego ludu stanowi zwycięstwo w walce o wyzwolenie własnej ojczyzny”. Z ostatniego roku swego życia złożył nam, żywym, męski raport w „Dzienniku z Boliwii”. Ten ludzki krzyk wiary i pochwały rewolucji, który rozległ się z Santa Cruz na zawsze już będzie brzmiał nad łacińskim kontynentem amerykańskim. Mimo że jest także świadectwem nieudanego, dokumentacją pomyłek, wyznaniem bólu.

A na świecie widocznie nie jest najgorzej, jeśli takich właśnie głosów słucha młode pokolenie.