Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Recenzja książki „Prawa natury „

Autor: WOJCIECH WENCEL
źródło: Życie Warszawy
data publikacji: 2006-02-22

W czasach, kiedy poeci poprzestają na reporterskich opisach rzeczywistości, „cesarz reportażu” próbuje dotknąć wierszem istoty ludzkiego losu.

„Napisalibyśmy wiersze/ pełne niezłych idei/ lub jakichkolwiek./ Ale, drogi Julianie,/ żadna nie stoi za oknem./ Tak, za oknem ni chuja idei” – ironizowali w 1992 r. trzej Marcinowie: Baran, Sendecki i Świetlicki.

Ich „Wiersz wspólny” ukazał się „bruLionie” – najważniejszym piśmie literackim lat 90. – i natychmiast stał się utworem programowym dla wielu młodych autorów. Nurt poezji, nazwany przez krytyków banalizmem, poniósł na szerokie wody literatury odpadki rzeczywistości: szare mury kamienic, kominy fabryk, witryny kiosków, odchody gołębi na parapecie i niedopałki papierosów. Okazuje się jednak, że idee nie umarły, a ich korzenie tkwią głęboko w ziemi. Wystarczy zatrzymać się na chwilę w podróży, by dostrzec w krajobrazie figury ludzkiego losu: metafizyczną tęsknotę, samotność i śmierć.

Głos wewnętrzny

Przekonują o tym „Prawa natury” Ryszarda Kapuścińskiego. To już drugi – po „Notesie” (1986) – zbiór wierszy w dorobku wybitnego reportażysty, który z ołówkiem i notesem w ręku zjeździł niemal cały świat. Świadectwem tych podróży są cieszące się ogromną popularnością książki: „Wojna futbolowa” (1978), „Cesarz” (1978), „Szachinszach” (1982), „Imperium” (1993), „Heban” (1998) czy „Podróże z Herodotem” (2004).

Wydawać by się mogło, że również w poezji Kapuściński zadowoli się portretowaniem mieszkańców dalekich krajów, opisywaniem egzotycznych tradycji czy analizowaniem problemów geopolitycznych. Nic z tych rzeczy. Dla autora „Praw natury” pisanie wierszy jest zupełnie odrębną dziedziną twórczości, rozgrywającą się między słowem a milczeniem, „tworzeniem a zagładą”, obrazem rzeczywistości a głosem wewnętrznym, który „nie ma nic wspólnego z niczym”.

Dlatego próżno szukać w tej poezji konkretnych wskazówek dla potencjalnych turystów. Pejzaże Kapuścińskiego zawsze filtrowane są przez świadomość bohatera lirycznego. Zmieniają się razem z jego marzeniami, tęsknotami, pamięcią. Jeśli „droga/ kiedy nią przejdziesz/ znika za tobą/ przestaje istnieć”, to cała geografia jawi się jako „rodzaj umowy”. Naprawdę ważne są losy ludzi, z których każdy układa się w osobną historię.

Wąska ścieżka Golgoty

Zadziwiające, z jakim wyczuciem reportażysta porusza się w zarezerwowanym dla poetów królestwie ducha. Granica między życiem a śmiercią jest w tych wierszach niezwykle krucha. Pamięć wywołuje cienie zmarłych, starając się przywrócić im imiona, bo „nic tak nie jednoczy ludzi/ jak śmierć”. Ale świadomość nie jest w stanie ogarnąć tajemnicy umierania, przewidzieć zbliżającej się katastrofy: „Kilka dni temu umawialiśmy się/ na spotkanie za miesiąc// Tak się cieszę! mówiła/ […] Jej ciało było wilgotne/ Roztargniony/ nie zwróciłem uwagi/ że mówi do mnie/ już z innego świata”.

W wywiadach Kapuściński często mówi o nędzy, w której żyje „większość rodziny ludzkiej”. Przywołując własne doświadczenia, twierdzi, że „trzeba z tymi ludźmi naprawdę mieszkać”, żeby uzmysłowić sobie powagę ich sytuacji. Motyw ten ze zdwojoną siłą wraca w „Prawach natury”. Wszyscy żyjemy i umieramy osobno, z własnym bólem, który potwierdza nasze istnienie. Przezwyciężenie tej samotności jest jedną z głównych idei tomu: „Odnaleźć ciebie człowieku zgubiony/ żeby ci podać rękę podać słowo/ kroplę otuchy okruch zrozumienia/ gwiazdę wytrwania/ krzesiwo i świecę”. Niestety, zamknięci we własnym losie, częściej powtarzamy, że „ścieżka Golgoty jest wąska/ nie zmieści dwojga ludzi/ każdy musi iść sam”.

Poeta z krwi i kości

Wraz z motywem Golgoty wkracza do tej poezji perspektywa religijna, a wędrówka przez świat zamienia się w różaniec – „drobiny toczone/ z których układasz drogę/ do nieba”. Bóg pozostaje wprawdzie zagadką, milczącym świadkiem ludzkich zmagań, „możliwym kształtem naszej wyobraźni”, ale tęsknota do innego świata jest w tomie Kapuścińskiego bardzo wyraźna.

Mnóstwo tu poetyckich epifanii – opisów chwil, w których rzeczywistość odsłania swoją duchową podszewkę. Nawet ulotne dźwięki trąbki Louisa Armstronga spotykają w górze dźwięki „trąb anielskich” i łączą się z nimi w utworze „When the Saints go Marching in”.

„Prawa natury” to bez wątpienia jeden z najciekawszych tomów poetyckich ostatnich lat. Kapuściński jest nie tylko wrażliwym reportażystą, który potrafi dostrzec to, co nie mieści się w obiektywie aparatu fotograficznego. Okazuje się również poetą z krwi i kości, i to poetą na wskroś oryginalnym, zdolnym twórczo przetwarzać język poezji swojego czasu. Swoista konceptualność jego utworów zbliża je do wierszy Wisławy Szymborskiej, ich epifaniczność przywodzi na myśl twórczość Adama Zagajewskiego. Niektóre frazy brzmią jak najlepsze fragmenty z wierszy Zbigniewa Herberta i ks. Jana Twardowskiego, wreszcie motyw relacji między słowem a milczeniem przywołuje poezję niesłusznie dziś zapomnianego Jana Polkowskiego.

Mimo to pod całością tomu Kapuściński spokojnie może umieścić swój copyright. Oczywiście, spuścizna złożona z kilkudziesięciu wierszy to niewiele. Pamiętajmy jednak, że równie mało zostawili po sobie sąsiedzi Spinozy, holenderscy szlifierze diamentów.

R.KAPUŚCIŃSKI, „PRAWA NATURY”, WYDAWNICTWO LITERACKIE 2006