Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Rasowy reporter

Autor: Jerzy Haszczyński
źródło: Rzeczpospolita
data publikacji: 2005-03-11
——————————————————————–

Rz:Zacznijmy od cytatu z pańskiej ostatniej książki „Podróże z Herodotem”, za którą dostał pan nagrodę. Tak określa pan rasowego reportera: „Wędruje, patrzy, rozmawia, słucha, żeby później zanotować to, czego dowiedział się i co zobaczył, lub żeby po prostu rzecz zapamiętać”. Napisał to pan o Herodocie. Czy pan też jest rasowym reporterem?

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: Zawsze miałem takie wrażenie, że jak człowiek wędruje po świecie, to musi mieć świadomość, iż znajduje się w jakimś miejscu tylko raz w życiu. I ludzi, których spotyka, widzi być może raz w życiu. To wszystko, co zobaczy, co usłyszy, co mu się pomyśli – jest niepowtarzalne, bardzo unikalne. Zanotowanie tego, a potem przekazanie czytelnikowi uważam za misję reportera.

Czy sam proces zapisywania powinien się odbywać w trakcie spotkań, w trakcie oglądania czy później?

To sprawa bardzo indywidualna. Znam kolegów, którzy wszystko zapisują natychmiast. Ja jestem zwolennikiem zapisywania później. W każdej rozmowie dużo rzeczy niepotrzebnych się mówi, rozmowa służy głównie podtrzymywaniu dialogu, trzeba z niej wydobyć to, co najistotniejsze. I to sobie notuję, powiedzmy wieczorem czy w wolnej chwili. Potem jest już przetwarzanie, komponowanie tekstu. Tworzenie przechodzi kilka etapów, żeby nie zanudzać czytelnika. Bo jest za dużo pisania na świecie, za dużo słów, za dużo szumu informacyjnego. Myślę, że czytelnik ceni sobie tych, którzy mu przekazują treści bardzo zwarte, esencjonalne. I uważam, że to jest ważne.

Wydawcy, szefowie naciskają, by teksty były coraz krótsze. Czy reportaż pisany jest gatunkiem wymierającym?

Nie tyle jest to gatunek wymierający, ile przesuwający się w kierunku książki. W Berlinie od niedawna jest rozdawana światowa nagroda za reportaż pisany, ja jestem tym, który ją wręcza. Muszę powiedzieć, że na świecie pisze się ogromną ilość reportaży. Tyle że ten reportaż wychodzi z gazety i przechodzi do książki. Autorami są dziennikarze, często wolni strzelcy, którzy samodzielnie organizują sobie wyjazdy, bywa że to bardzo skromne podróże. Gazeta, z której znika reportaż, przekształca się w konkurenta dziennika radiowego czy telewizyjnego.

Myśli pan, że to zjawisko bezpowrotne?

Wręcz przeciwnie. Chwilowo zwycięża formuła tabloidów. Jest to spowodowane rozwojem telewizji, radia, pojawieniem się Internetu. W nowej panoramie mediów prasa poszukuje swojego miejsca. Ale są dzienniki, które zachowują powagę i spokój, np. hiszpański „El Pais”, który drukuje reportaże, fragmenty filozofii, eseistykę, czy niemiecki „Süddeutsche Zeitung”. Sądzę, że jest wielu czytelników inteligentnych, poszukujących w prasie nie bezpośredniej szybkiej informacji, ale właśnie komentarza, objaśnienia, pewnych wskazówek, sugestii. Moim zdaniem stoimy przed powrotem do form obszerniejszych, zaspokajających oczekiwanie wielkiego komentarza.

Media starają się być tam, gdzie jest konflikt, tragedia, trzęsienie ziemi, umierający przywódca. W takie miejsca jeżdżą tysiące dziennikarzy. A jak gdzieś panuje spokój, to nikt tego nie opisuje.

To jest słaba strona naszego zawodu. Ten stadny instynkt, który się wytworzył w świecie mediów. Media tak się wyobcowały z rzeczywistości, że zaczęły żyć własnym życiem. W redakcjach nie patrzy się na to, co się dzieje na świecie, lecz na to, co robi konkurent. Doprowadziło to do tego, że gdy się przeleci samolotem z jednego kontynentu na drugi i włączy telewizor, to ma się te same wiadomości. To jest bardzo niezdrowe. To zubożenie środka przekazu, który dawniej miał ambicje bycia różnorodnym.

Masy dziennikarzy jeżdżące między Afganistanem, Irakiem, Izraelem mają telefony satelitarne, komórkowe, laptopy, mnóstwo sprzętu. Jak to wyglądało, gdy pan wyjeżdżał do Afryki na kilka miesięcy?

Jako korespondent PAP wyjeżdżałem do Afryki na całe lata. Nie było oczywiście Internetu, e-maila, telefonów komórkowych. Klasyczne telefony nie działały albo działały rzadko. Jedynym środkiem łączności był wtedy teleks. Zapomniany już zupełnie. Ja przeżyłem cały rozwój teleksu, potem jego zanik. Informacje rozchodziły się wolniej, ale, moim zdaniem, były trochę głębsze niż dzisiaj. Poza tym mogły być dużo bardziej niezależne. Dziennikarz mógł się skupić na zbadaniu sytuacji, ustaleniu mechanizmów.

Teraz szef w redakcji ma dostęp do agencji, do informacji zebranych przez wielu dziennikarzy. Siłą rzeczy wywiera nacisk na swojego korespondenta, mówi mu: jakaś agencja napisała, że stało się to i to, sprawdź to na miejscu. W ten sposób narzuca mu kierunek pracy, a naszą pracą powinno kierować nasze własne dociekanie. Jest angielskie słowo „scoop”, określające ważną wiadomość podaną przez jedną tylko gazetę. Zdobycie takiej wiadomości to była wielka satysfakcja w naszym zawodzie.

Zajrzyjmy jeszcze do tej walizki, którą pan zabierał w długie egzotyczne podróże.

Najważniejsze było zabrać możliwe minimum. Poruszanie się w tamtych warunkach było – i jest – naprawdę ciężkie. Brałem maszynę do pisania, maleńką Hermes Baby, którą Szwajcarzy zrobili dla Amerykanów na wojnę na Pacyfiku. Proste rzeczy – ołówek, papier. Mapy, książki. Bez tego nie mogłem się ruszyć. I lekarstwa, też minimum. Są środki na malarię, chinina, ale one bardzo niszczą wątrobę. Ciągłe profilaktyczne ich zażywanie w czasie długiego pobytu w Afryce jest gorsze niż zażycie raz, gdy już się ma atak malarii.

Zawsze uważałem, że jest niesłychanie ważne, by starać się żyć z miejscowymi ludźmi i tak jak oni. To bardzo trudne doświadczenie. Zapominamy, że ogromna większość rodziny ludzkiej żyje bardzo źle. I nie chodzi tylko o to, że panuje głód. Marne są mieszkania. Śpi się byle jak, pełno jest robactwa, brudu, chorób. Życie przeciętnego człowieka na naszej planecie jest bardzo trudne. Nie można inaczej tego poznać – trzeba z tymi ludźmi naprawdę mieszkać.

Problemem był też przewóz pieniędzy. W tropiku nie ma gdzie ich ukryć, bo ma się jedną koszulę, jedne spodnie, sandały. Kiedyś w podłym hotelu w Dar es Salam, w Tanzanii, miałem przy sobie tysiąc dolarów w banknotach studolarowych. Byłem chory, osłabiony, zmęczony. Posługacz hotelowy zorientował się, że śpię, wyciągnął mi jeden banknot i uciekł. Więcej go nie zobaczyłem. Jak odkryłem, że mi ukradł tylko 100 dolarów, byłem mu niezwykle wdzięczny. Mógł mi zabrać cały tysiąc.

Mówimy o Afryce. Nie ciągnie pana temat własnych stron rodzinnych, Pińska, Polesia?

Zbieram materiały od lat, jeżdżę do Pińska, gdy mam czas. Mam moralne zobowiązanie, by o tym napisać; Pińsk leży w połowie drogi między Wilnem i Lwowem, wszyscy piszą o Wilnie albo o Lwowie, a ten mój Pińsk czeka, żeby o nim coś napisać. Więc ja muszę. Ale ciągle czuję napór tematów z Trzeciego Świata. Po „Hebanie” chciałem napisać podobną książkę o Ameryce Łacińskiej.

Dostał pan Nagrodę im. Dariusza Fikusa. Znał go pan, pracował z nim. Jakim był człowiekiem? Czy mógłby pan powiedzieć o swoich spotkaniach z Fikusem.

Poznaliśmy się w „Sztandarze Młodych” jako chłopcy, po maturze, to były lata pięćdziesiąte. Darek miał wtedy funkcję „świeżej głowy”. Jego zadaniem było wyłapywanie błędów drukarskich, które, jak wiadomo, są nieuchronne, a wtedy spotykały się z ogromnymi represjami, łącznie z więzieniem dla redaktorów. Teoretycznie powinien spać cały dzień, by o 3 w nocy wstać z pełnią sił, samochód go przywoził do drukarni, gdzie czekały na niego zadrukowane płachty. Darek miał to wszystko czytać i patrzeć, czy nie ma jakichś horrendalnych byków, za które byśmy potem wszyscy cierpieli. I tak się poznaliśmy, w nocy w drukarni, gdzie ja miałem dyżur, a jego przywieziono jako „świeżą głowę”.

Pracowaliśmy w tym „Sztandarze” do 1957 r., kiedy nas wyrzucono. Ja trafiłem do PAP, a Darek poszedł do tworzącej się „Polityki”. I potem mnie do „Polityki” ściągnął. On był sekretarzem redakcji, ja reporterem. To był taki typowy edytor, jeden z zespołu kierującego redakcją. Zawsze był taki łagodny, nie pamiętam, żeby krzyczał czy się awanturował. Był życzliwy, pomocny. To była taka przyjemna postać.