Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Prawnik zażądał notarialnych poświadczeń z Etiopii

Autor: William R. Brand
źródło: http://alfaomega.webnode.com/products/ryszard-kapu/
data publikacji: 2010-03-09

Ryszarda Kapuścińskiego poznaliśmy w Krakowie, w parny dzień, późną wiosną 1981 roku. W kieszeni beżowej bluzy miał paczkę „Radomskich”. Powiedział do mnie: „Z tą brodą wygląda pan jak mudżahedin”.

On nie był autorem często publikowanym poza Polską, a ja i Kasia nigdy wcześniej nie tłumaczyliśmy całej książki. Po dziewięciu miesiącach starań, nadal nie mieliśmy wydawcy i przetłumaczyliśmy zaledwie jedną trzecią „Cesarza”. Zapewne zrezygnowalibyśmy, gdyby nie jedna rzecz, którą powiedział nam tamtego dnia.

Pracę nad „Cesarzem” zaczęliśmy wiosną 1980 roku, jeszcze w USA.

Abe Rosenthal, kolega z St. John Fisher College, gdzie wtedy wykładałem, opublikował kilka nieakademickich książek i miał agenta w Nowym Jorku. Zgodził się, bym spróbował przekonać go do „Cesarza”. Kiedy skończyłem, spojrzał przez okno na śnieżycę, i powiedział: „Dobrze, więc mamy tu książkę napisaną przez polskiego dziennikarza. O Etiopii. A ty pytasz, czy moim zdaniem byłby zainteresowany jej wydaniem mój nowojorski agent. Pozwól, że wyjaśnię ci, jak działa rynek wydawniczy.”

Spore próbki tłumaczenia wysłaliśmy do co najmniej kilkunastu najlepszych wydawnictw. Z niektórych otrzymaliśmy grzeczne odmowy.

Kasia napisała do Kapuścińskiego, pytając o kontakty. Dzięki uprzejmości Wiktora Osiatyńskiego, nawiązaliśmy kontakt z Alvinem Tofflerem, ale nawet on, mistrz bestsellerów z kręgu literatury faktu, nie był w stanie nam pomóc.

Tamtej zimy przeprowadziliśmy się do Krakowa, przyjeżdżając w dniu, w którym „Solidarność” doszła do porozumienia z rządem w sprawie wolnych sobót.

Przez następnych parę miesięcy, znajdowaliśmy od czasu do czasu godzinę, dwie, by popracować nad tłumaczeniem.

Po polsku umiałem powiedzieć niewiele więcej poza „zaraz wracam”. Podczas pracy nad tłumaczeniem Kasia najpierw proponowała dosłowny przekład. Słuchając jej komentarzy, starałem się zrozumieć (lub raczej wyobrazić sobie) odcienie znaczeń, które opisywała, i logikę, którą kierował się autor dobierając słowa – w sytuacji, w której prawie każde słowo było dla mnie nowe. Przypominało to rozwiązywanie krzyżówki – raczej w stylu brytyjskim niż amerykańskim. Ponieważ Kasia jest taka, jaka jest, wiele było celnych trafień, kiedy to jej pierwsza wersja tłumaczenia „na brudno” okazywała się od razu tak dobra, że jedyne, co musiałem zrobić, to ją zapisać. W innych momentach, zwłaszcza gdy wciąż brakowało wydawcy, zastanawialiśmy się, czy to, co robimy, w ogóle ma sens.

Właśnie dlatego nasze pierwsze spotkanie z Kapuścińskim miało tak duże znaczenie. Po wymianie wstępnych grzeczności, Kasia pokazała listę kilkunastu fragmentów, co do których mieliśmy wątpliwości.

Siedzieliśmy we trójkę, niewygodnie ściśnięci wokół szorstkiego brązowego obrusu przykrywającego okrągły, składany stół, w mansardzie malutkiego domu przy ulicy Szopena, próbując zdecydować, czy określone zdanie po angielsku ma cokolwiek wspólnego ze zdaniem po polsku. Najgorsze były przymiotniki – dziwne, podobno trochę archaiczne.

Ryszard rozwiązał nasz problem. „Słuchajcie – wydaje mi się, że pamiętam, jak mówi to po angielsku, widzę, jak odchyla się do tyłu i podnosi ręce – róbcie, jak uważacie, byle byście mieli z tego przyjemność!” A potem spojrzał na zegarek, a my odprowadziliśmy go – mijając po drodze kino Mikro – na spotkanie ze studentami w Collegium Novum.

Niczym bohaterowie w kiepskim filmie, w którym wszyscy wciąż mówią o Wilhelmie Reichu, w jednej chwili uwolniliśmy się od wszystkich wątpliwości i zahamowań.

Wracałem z zajęć do domu, i znajdowałem Kasię nad kartkami (a raczej wielkimi kratkowanymi arkuszami, innego papieru nie można było kupić w tamtych dniach), które zapisywała, jedną po drugiej. Ja siedziałem po nocach, bazgrząc to i owo. Potem siadaliśmy razem. Upajaliśmy się splendorem tego specyficznego, językowego wszechświata.

Miałem bilet na lot do Stanów, termin wyjazdu się zbliżał, więc wykonaliśmy wielki wysiłek, żeby skończyć tłumaczenie. Dokładnie mówiąc, skończyliśmy je, poprawili, a potem jeszcze raz dopracowali.

W Ameryce czas wlókł się powoli – bez odliczania dni do inwazji lub strajku generalnego.

Opracowałem ostateczną, taką dopieszczoną wersję „Cesarza”. Wkrótce praca była skończona.

Wtedy poczułem przerażenie. Przyszedł czas na znalezienie wydawcy, czyli na coś, co próbowaliśmy bezskutecznie zrobić przy pomocy naszej próbki niecały rok wcześniej. Radziłem sobie z tym lękiem, pracując dniem i nocą, by przygotować jeszcze bardziej dopracowaną wersję.

W tygodniu poprzedzającym mój powrót do Polski, kilka razy pojechałem do biblioteki na uniwersytecie w Pittsburghu. W dziale bibliograficznym studiowałem ogromne przewodniki po rynku wydawniczym, książki, które kosztowały setki dolarów. Zamiast znaleźć pocieszenie, popadałem jednak tylko w większy pesymizm. Jak przeczytałem, nie mogło być nic gorszego od przesyłki na ślepo, czyli maszynopisu, który nie był zamówiony, a który trafia do wydawcy i ląduje wśród badziewia, czyli masy tekstów, które najmłodsi asystenci redaktorów musieli zabierać do domu i przeżuwać nocami. Jedynym sposobem na uniknięcie katastrofy, było posiadanie superagenta (a nam nie udało się znaleźć nawet zwykłego agenta) lub „trafienie w dziesiątkę – do tego jednego wymarzonego redaktora”. Przewodniki po rynku wydawniczym nie zawierały żadnych rad dotyczących szukania idealnego redaktora, a jedynie listy nazwisk.

Jadąc po raz ostatni do biblioteki, nie miałem żadnego planu.

Dowlokłem się do czytelni czasopism i zapaliłem papierosa, gapiąc się na fasadę Carnegie Museum, pokrytą sadzą niczym krakowski Ratusz. Od niechcenia, szukając czegoś dla odwrócenia uwagi, sięgnąłem po leżący obok numer „New Yorker’a” i zacząłem przeglądać reklamy: futer, szampana i diamentów. Nagle moją uwagę przykuła rzadkość – strona pokryta tekstem. Artykuł dotyczył Helen Wolff, wdowy po przedwojennym wydawcy Kafki, Kurcie Wolffie. Ta uciekinierka z nazistowskich Niemiec była kultową postacią w Nowym Jorku. U podstaw jej długiej kariery leżały tłumaczenia wybitnych europejskich autorów. Pasternak, Grass, Simenon, Frisch, Italo Calvino – była wydawcą ich wszystkich.

Popędziłem do przewodników po rynku wydawniczym w poszukiwaniu jej adresu.

Wczesnym rankiem w poniedziałek, tuż przed wyjazdem na lotnisko, wysłałem maszynopis wraz z listem zaadresowanym do Helen Wolff do wydawnictwa Harcourt Brace Jovanovich.

Już w Krakowie oczekiwanie na jakąkolwiek reakcję nie wydawało się tak realne. Mieliśmy inne zmartwienia. Sytuacja w kraju zdawała się coraz bardziej przypominać wir wciągający w przepaść. Spodziewaliśmy się pierwszego dziecka, które miało urodzić się w nowym roku. Największym problemem było, jak zdobyć jedzenie. Jeżeli chodzi o książkę Kapuścińskiego, to już zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Biorąc pod uwagę sprawność poczty, być może mogliśmy spodziewać się odpowiedzi przed przyjściem dziecka na świat.

Po kilku tygodniach nadszedł telegram od Helen Wolff. Kilka linijek po angielsku, przyklejonych do szarego formularza pocztowego, zawierało informację o tym, że pani Wolff zadzwoni w niedzielę. W tamtych czasach osoby oczekujące na telefon zamiejscowy, siedziały przy telefonie i czekały czasami całymi dniami. W tym przypadku nie musieliśmy czekać długo. Na linii zza oceanu, w rwącym się połączeniu, pani Wolff miała ciepły głos i przeszła prosto do sedna.

Kapuściński ustanowił mnie swoim agentem. Kupiłem bilet do Nowego Jorku, aby podpisać umowę.

30 listopada, pamiętam, padał śnieg. Minąłem odgrodzony teren stacji meteorologicznej w Parku Krakowskim, w której mieszkał ślepy kot, skazany na jedzenie zostawiane mu przez ludzi, którzy sami mieli problemy ze zdobywaniem żywności dla siebie i swoich rodzin. Niewielka, wyblakła nalepka promująca Niezależny Związek Zawodowy Funkcjonariuszy MO, wciąż tkwiła na drzwiach starej rozdzielni elektrycznej obok kiosku i budki z burgerami rybnymi, naprzeciwko kina Mikro i siedziby tajnej policji. Nigdy żadne miejsce na świecie nie było tak odległe od Nowego Jorku. Kraków wydawał się bezbronny, a ja cieszyłem się, że załatwię sprawy w Stanach i wrócę na moje pierwsze Boże Narodzenie w Polsce, a wkrótce potem na narodziny naszego dziecka.

Umowę podpisałem nie z Helen Wolff, która przeszła na emeryturę, lecz z jej następczynią, Drenką Willen, wydawcą Milovana Djilasa. Sprawa zajęła jakieś pół godziny.

Zostało mi trochę czasu do zabicia przed powrotem. Kilka tygodni ledwie. Ale nadszedł 13 grudnia.

Polska została odcięta od świata szczelniej niż Etiopia. Starałem się przesłać Kasi wiadomość przez Głos Ameryki, ale nie miałem nic sensownego do powiedzenia. Zadzwoniłem do działu Europy Wschodniej w Departamencie Stanu USA. Zamiast udzielić mi pomocy, sami chcieli uzyskać informacje. Od Kapuścińskiego miałem numer do kogoś z polskiej ambasady przy ONZ. Kiedy w końcu udało mi się dodzwonić i zapytać dyplomatę o warunki i możliwą datę powrotu do Polski, powiedział mi, że nie miał kontaktu z Warszawą od 13 grudnia.

Pewnego ranka zadzwonił prawnik z Harcourt Brace. Było jasne, że nie chciał rozmawiać o stylistyce.

Powiedział, że potrzebuje pewnych oświadczeń i uwierzytelnień.

Poinformowałem go, że podpisanie jakichkolwiek oświadczeń i uwierzytelnień przez pana Kapuścińskiego nie będzie możliwe do czasu wyjaśnienia się sytuacji w Polsce.

„Nie chodzi koniecznie o coś, co musi podpisać pan Kapuściński”, powiedział. Potrzebował oświadczeń i uwierzytelnień od obywateli Etiopii, opisanych w książce. Chciał otrzymać podpisane, potwierdzone notarialnie oświadczenia zawierające ich prawdziwe nazwiska i adresy, w których zagwarantują prawdziwość swoich zeznań i uwolnią wydawcę od ewentualnej odpowiedzialności prawnej.

Ci ludzie, odparłem, to pałacowi oficjele, ukrywający się przed marksistowskim reżimem rewolucyjnym. Rozmawiali z autorem potajemnie, pod warunkiem pełnej anonimowości. Sama próba nawiązania z nimi kontaktu może znaczyć dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo.

Sprawy mają się tak, mówił prawnik, że atmosfera wszechobecnego pozywania do sądu jest groźniejsza niż marksistowski ruch rewolucyjny. Żaden wydawca nie może pozwolić sobie na wydanie książki, w której jeden człowiek mówi cokolwiek na temat drugiego, bo osoba, której dotyczy dana wypowiedź, może po prostu pozwać wydawcę, oskarżając go o oszczerstwo. Chyba że zostanie potwierdzone notarialnie, że to, co powiedziała, jest zgodne z prawdą. A jeżeli jakakolwiek informacja opublikowana w książce – a niepotwierdzona wcześniej notarialnie – skrzywdzi kogokolwiek, wówczas osoba ta może pozwać wydawcę. Mówimy o pozwach opiewających na miliony dolarów. Każda osoba cytowana w jakiejkolwiek książce musi dostarczyć oświadczenie uwierzytelniające. Do momentu przedstawienia tych dokumentów przez autora lub jego pełnomocników, umowa dotycząca publikacji nie będzie wiążąca prawnie.

Tu zacytował odpowiednie fragmenty umowy, którą z taką dumą podpisałem kilkanaście dni wcześniej.

Proszę dać mi trochę czasu, powiedziałem. Oddzwonię do pana.

Tylko tego mi brakowało: nie dość że wprowadzono stan wojenny, to jeszcze publikacja „Cesarza” była zablokowana. Oddzwoniłem i zasugerowałem dosyć mętną formułkę, dotyczącą zastosowanych przez autora profesjonalnych metod przeprowadzania wywiadów oraz zapewniłem ponownie, że żaden fragment książki nie doprowadzi do identyfikacji konkretnych osób, oraz że autor i jego przedstawiciel gotowi są wziąć na siebie odpowiedzialność za wszelkie roszczenia powstałe w Etiopii. Prawnik kupił moje argumenty.

Kapuścińskiemu udało się przyjechać do Nowego Jorku na publikację „Cesarza” w 1983 roku. Oto stał w recepcji wydawnictwa z promiennym uśmiechem i dwiema dużymi reklamówkami, wypełnionymi książkami, papierami, kserokopiami i listami. Powiedział, że zrobi wszystko, żeby książka zaistniała i odniosła sukces. Jeszcze tego popołudnia podczas przyjęcia w Klubie Korespondentów Zagranicznych uruchomił wszystkie kontakty, które udało mu się nawiązać w różnych krajach przez ćwierć wieku. Ludzie lubili z nim rozmawiać, nie tylko dlatego, że jest inteligentny i pełen pomysłów, ale dlatego, że wierzy w to, co mówi, patrzy rozmówcy prosto w oczy, oraz – co najważniejsze – bo autentycznie, w widoczny sposób rozkwita, wchodząc w interakcje z innymi ludźmi, w chwili spotkania, gdy może słuchać. Interesuje się ludźmi.

Myślę, że w tym leży klucz jego sukcesów. Traktuje ludzi jak indywidualności, które warte są zainteresowania. Snując rozważania teoretyczne rozciąga to założenie na całe kraje, kontynenty i kultury. Rozumie świat, ponieważ rozumie pojedynczych ludzi, i na nich mu zależy, w sposób, który wielu imituje, a inni nawet nie zadają sobie trudu, by imitować.

Zawsze był troskliwy i dobrze się z nim pracowało, nawet gdy nasze poglądy na rytm i długość zdań się różniły.

Kiedy przyjeżdżałem do Warszawy, wiózł mnie swoją granatową Ładą do mieszkania na Woli, gdzie jak mówił, przez nieskończenie długie dni izolował się, powstrzymując się od czytania, zanim mógł zacząć pisać. Dzielił się najświeższymi plotkami, nie był optymistą, mówił o możliwości klasycznego przewrotu wojskowego w Polsce. Na sugestię, że przeżyjemy Związek Radziecki, obruszył się. „Imperia upadają długo”, powiedział.

Był szczodry na wiele sposobów, nawet w sprawach najbardziej przyziemnych. Po spotkaniu w Krakowie w związku z przekładem „Szachinszacha”, podwiózł mnie do centrum konferencyjnego za Tarnowem, gdzie miałem prowadzić zajęcia. Dowiedziałem się później, że na przedmieściach Warszawy skończyła mu się benzyna i musiał wrócić do domu okazją. Czułem się okropnie, ale on tylko zaśmiał się i powiedział, że zdarzało mu się utknąć w gorszych miejscach.

Rok akademicki był poświęcony prowadzeniu zajęć, a lato tłumaczeniom.

Kiedy taśma w maszynie do pisania była już tak zużyta, że dalej nie można było pisać, chodziłem do Axmanna na ul. Św. Krzyża. Maszyny do pisania i mechaniczne kalkulatory, którymi zasłana była podłoga, wyglądały tak jak gdyby od lat trzydziestych czekały aż odbiorą je ich właściciele. Nigdzie w Krakowie, włącznie ze sklepem Axmanna, nie można było dostać nowej taśmy do maszyny do pisania. Ale jeżeli postało się tam wystarczająco długo, z błaganiem na twarzy, to w końcu zgadzali się na wymianę, brali zużytą taśmę, odwijali trochę mniej zużytą z rolki w jednej z maszyn czekających na naprawę, i przekładali ją na szpulę klienta.

Papier do maszyny do pisania w formacie A4 był również nie do dostania.

Zwyczajne zeszyty szkolne, które można było kupić w kioskach, składały się z kartek A4, złożonych w pół i zszytych w mieście Strzegomiu. Kupowałem te zeszyty, wyciągałem zszywki, i wystukiwałem na nich książki Kapuścińskiego po angielsku. Choćbym nie wiem ile razy odginał kartki w drugą stronę, zawsze pozostawał ślad po złożeniu. Na środku kartki znajdowały się dziury – ślady po wyjętych zszywkach. Czasami nikłe plamy rdzy podkreślały owe dziury. Zastanawiałem się, co myśleli sobie w Nowym Jorku po otrzymaniu najnowszej książki Kapuścińskiego, składającej się z ledwo widocznego tekstu pokrywającego dziurawy papier.

Po skończonym dniu pracy nad przekładem „Jeszcze dzień życia” szedłem na spacer. Nastało lato 1987, w którym kawiarnia „Wiedeńska” w Sukiennicach otworzyła pierwszy „ogródek” na Rynku z oświetleniem. Aż do jedenastej wieczorem można było zamówić kawę. W ciemnościach otaczających kawiarnię dzieciaki grały na gitarach i rozbijały się na deskorolkach. Niektórzy rozmawiali po włosku. Raz lub dwa tego lata, usłyszałem nawet angielski. Chudy młodzieniec z rudą brodą monotonnie uderzał w wysoki afrykański bębenek, ale ja wciąż jeszcze nie czułem nowego rytmu, który wybijał. „Imperia upadają długo” mówił głos w mojej głowie.

Kluczowy moment dla „Cesarza” w USA nadszedł wraz z niezwykle pozytywną recenzją Johna Updike’a w magazynie „The New Yorker”. Takie pochwały, od jednego z najlepszych autorów w kraju, w najlepszym piśmie to gwarancja sukcesu. Było jasne, nawet w 1983 roku, że Kapuściński ma ugruntowaną pozycję w Ameryce jako kultowy autor. Czytelnicy będą szukać jego książek rok po roku. Innymi słowy, karierę w Ameryce rozpoczął od stania się klasykiem.

Prawie ćwierć wieku temu Amerykanie podróżowali mniej i wiedzieli o świecie mniej niż dzisiaj. Nie bali się również świata tak bardzo jak dziś. Polska, nowo odkryty kraj, była atrakcyjna i odgrywała ważną rolę w mediach. Te czynniki oznaczały, że „Cesarz” został odebrany w sposób dosyć otwarty. Jego przesłanie dotyczące Etiopii zostało odczytane jako mądra medytacja nad tym, gdzie są granice tego, co można osiągnąć w Trzecim Świecie, zaś alegoryczne podobieństwo do sytuacji w Polsce, które było często wspominane, przemieniło książkę w magiczną przypowieść o zmianie. Rzecz jasna, naprawdę magiczna była sama jakość książki.

Kolejna książka Kapuścińskiego, „Szachinszach”, przyniosła temat Iranu, który był w centrum zainteresowania USA – szach był ważnym sojusznikiem, a zakładnicy w ambasadzie w Teheranie byli Amerykanami. Wkrótce jeden z uwolnionych zakładników zaczął mówić – między innymi – o zbyt dużej wyrozumiałości wobec Irańczyków i, co gorzej, o faktograficznych nieścisłościach w relacji Kapuścińskiego.

Amerykanie bywają przyziemni. Pierwsze pytanie na temat jakiejkolwiek książki brzmi: „to fikcja czy literatura faktu?” W ostatnich dekadach powtarzały się skandale, związane z „wymyślaniem faktów” przez reporterów czołowych gazet. Taka atmosfera wprowadza w osłupienie przyziemnych krytyków literackich: jeżeli książki Kapuścińskiego są tak pełne literackiego piękna, to jak to możliwe, że należą do literatury faktu? Nie można traktować ich jako podręczników do historii Etiopii czy Iranu? Szok! Horror! Krytycy czasami reprezentują ten sam typ myślenia, który charakteryzował prawnika z wydawnictwa Harcourt, żądającego notarialnych poświadczeń od bohaterów „Cesarza”. Jest to jednak zjawisko marginalne.

W USA Kapuściński był czymś nowym. Istnieli już pisarze tworzący w tym samym nurcie, ale rzadko kiedy wypuszczali się za granicę. Kapuściński mówił o długu wobec nowego dziennikarstwa z Tomem Wolfem włącznie. Wielu czytelników widziało w nim Huntera Thompsona – twórcę gonzo journalism – z tym, że bez kokainy. Trzeci Świat w opisach Kapuścińskiego był bardziej psychodelicznie egzotyczny, niż „podbrzusze amerykańskiej bestii” Thompsona.

W Wielkiej Brytanii z kolei Kapuściński wpisywał się w znajomy model uprawiania dziennikarstwa. Od dawna brytyjscy pisarze podróżowali w nieznane rejony świata, cudem unikając śmierci, i wracali do domu, by ironicznie to opisać. Richard Burton, Rebecca West i Robert Byron to klasyczni przedstawiciele tego nurtu. Dokładnie w tym samym momencie, w którym Kapuściński wkroczył na arenę w latach osiemdziesiątych, następował proces demokratyzacji zarówno podróżowania, jak i literatury podróżniczej. Mawiano, że by napisać bestseller wystarczy wybrać losowo dwa miejsca na ziemi i przejechać rowerem z jednego do drugiego. Była to naturalna nisza, stworzona jak gdyby wprost dla Kapuścińskiego. Modne czasopismo „Granta” zamieszczało ekstremalne relacje z podróży, zawierające opisy używania nikomu nieznanych narkotyków lub zarażania się nikomu nieznanymi chorobami na szlakach nieuczęszczanych przez tłumy turystów. Opowieści Kapuścińskiego, zwłaszcza te z książki znanej w USA jako „The Soccer War”, a w Wielkiej Brytanii jako „The Football War” (których spis treści jedynie w niewielkim stopniu przypomina ten z polskiej książki „Wojna futbolowa”), przewyższały prozę brytyjskich turystów literackich. „Granta” przechwyciła Kapuścińskiego, czyniąc go jednym ze swoich flagowych pisarzy.

Zapotrzebowanie na jego twórczość było w połowie lat osiemdziesiątych tak duże, że pewien krótki fragment „Buszu po polsku” musiałem przetłumaczyć na miejscu, przy wolnym stole w zatłoczonym biurze „Granty” na poddaszu w Cambridge, nim redaktor zgodził się zabrać mnie na obiad. Lunch okazał się zwykłym pubowym posiłkiem, ale druk któregokolwiek z fragmentów „Buszu” zawsze niezwykle mnie cieszył. Nadal uważam, że to wielka szkoda, iż pierwsza książka Kapuścińskiego, zawierająca niektóre z jego najlepszych i najświeższych utworów, nigdy nie została w całości opublikowana po angielsku.

Anglicy tradycyjnie postrzegają „zagranicę” jako jedno konkretne miejsce, do którego się podróżuje lub w którym się mieszka (na tej samej zasadzie, na jakiej ludzie w innych krajach mówią, że jadą do Chorwacji lub mieszkają w Meksyku). W związku z tym różnice pomiędzy poszczególnymi krajami interesują ich głównie w kontekście cen alkoholu lub regulacji, dotyczących wwożenia papierosów, a takie kwestie jak odniesienie twórczości Kapuścińskiego do sytuacji w jego ojczystej Polsce znaczą dla nich mniej, niż dla przyziemnych niekiedy Amerykanów. Ale to przede wszystkim w Anglii grupy jego czytelników traktowały twórczość Kapuścińskiego aż do bólu dosłownie. Opowiadał mi o tym, jak kiedyś musiał tłumaczyć się ze swojego sposobu przedstawienia Hajle Sellasje przed sceptyczną i umięśnioną grupką Rastafarian, którzy czcili głównego bohatera „Cesarza”. Kiedy Jonathan Miller wystawił swoją fenomenalną adaptację tej książki w londyńskim Royal Court Theater, emigranci z Etiopii demonstrowali przed teatrem.

Każda z wczesnych książek Kapuścińskiego to już klasyka. Względy polityczne wspomniane wcześniej rzucają ledwie dostrzegalny cień na „Szachinszacha”. Natomiast najbardziej zadziwiającą rzeczą, dotyczącą dzisiejszej sławy Kapuścińskiego, jest fakt, że „Jeszcze dzień życia”, najmniej Kapuściańskie (ale najbardziej Conradowskie) z jego dzieł, wymienia się na drugim miejscu, zaraz po „Cesarzu”. Nadrabiając zaległości w lekturze podczas pracy nad tym esejem, natykałem się na ekstatyczne zachwyty krytyków, cytujących opisowe fragmenty tej opowieści o upadku portugalskiego kolonializmu, i nie zdziwię się, jeżeli powstanie jej adaptacja filmowa. Kanwa już tam jest: oślepiony słońcem reporter podróżuje tam i z powrotem szosą śmierci między zmysłową portugalską pięknością, pozostawioną w opuszczonej stolicy, a oszałamiającą, oddaną bojowniczką, która dowodzi walką w buszu.

Wtedy być może zacznie się prawdziwy spór – który aktor powinien zagrać Kapuścińskiego? Przez prawie ćwierć wieku sam rewelacyjnie radzi sobie z tą rolą, a uznanie dla jego życiowych osiągnięć wciąż rośnie po obu stronach Atlantyku.

z angielskiego przełożyła Maria R. Brand (rocznik 1982)

William R. Brand

urodził się w 1953 r. w Pensylwanii, USA. Jest anglistą, absolwentem uniwersytetów Pittsburgh i Rochester. Po raz pierwszy przyjechał do Polski w 1976 roku. Z żoną Katarzyną Mroczkowską-Brand przełożyli: „Cesarza” (1983), „Szachinszacha” (1985) i „Jeszcze dzień życia” (1986); a sam już „Wojnę futbolową” (1990), a także książki beletrystyczne, historyczne, pamiętniki. Jest autorem kilku filmów dokumentalnych, m. in. „Jestem polskim Żydem” (z Jerzym Ridanem, o Rafaelu Scharfie). Został wyróżniony nagrodą Fundacji Kultury Polskiej (1990). Mieszka w Krakowie.