Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Planeta Ziemia

Autor: Ryszard Kapuściński
źródło: Gazeta Wyborcza
data publikacji: 1999-06-26
——————————————————————–

Żegnamy wiek XX w przekonianiu, że chwila ta niczego nie kończy, że przeciwnie – wiek nasz powołał do życia szereg sił, zjawisk i fenomenów, które będą rozwijać się w pełni dopiero w nadchodzącym stuleciu.

Zmiana stuleci, a także, w naszym przypadku, tysiącleci, która nastąpi według jednych 1 stycznia 2000, a innych – 1 stycznia 2001, prawdopodobnie nie wywoła żadnych wstrząsów w przyrodzie. Niebo nie zawali się nad nami, żadna gwiazda nie spadnie i nie obróci Ziemi w popiół. A także: znam duże obszary świata, których mieszkańcy nie zwrócą na te daty większej uwagi. Muzułmanie – a jest ich już ponad miliard – żyją, zgodnie z ich kalendarzem, dopiero w XIV wieku. Setki milionów wyznawców innych religii mają własne, odmienne miary obliczania czasu. To tylko w naszym, chrześcijańskim, europejsko-zachodnik kręgu kulturowym osiągneliśmy kres XX stulecia i drugiego tysiąclecia.

Chociaż moment ten ma znaczenie tylko symboliczne, a przekonanie o jego wadze ogranicza się do naszego europejsko-zachodniego świata, wydarzenia, które dokonały się w XX wieku, mają wymiar globalny, ich zasięg bowiem i skutki objęły całą planetę. Weźmy choćby i porównajmy mapy świata z początku i końca XX wieku. Są to dwie zupełnie różne mapy. Na pierwszej z nich świat jest podzielony na dwie wyraźne części. Pierwsza jest zaznaczona, powiedzmy, kolorem różowym. Od razu widzimy, że tego koloru jest niedużo, że jest to niewielka grupa państ. Niewielka, ale najważniejsza. To grupa rządząca planetą, właściciele wewnętrznych i zamorskich kolonii, terytoriów podbitych i zależnych. Druga grupa – ogromna – zaznaczona jest, powiedzmy, kolorem żółtym. To wielkie obszary naszego globu zamieszkane przez ludy zależne, poddane, pozbawione własnej podmiotowości politycznej i państwowej.

Otóż jeżeli po stu latach weźmiemy dziś do ręki mapę aktualną, rejestrującą stan rzeczy pod koniec wieku, zobaczymy, że jej kolor jest jednolity, że na naszym globie znajduje się teraz blisko dwieście przynajmniej formalnie, niepodległych państw. Oto ważna ewolucja, jakiej dokonała historia w naszym stuleciu: kilka miliardow naszych sióstr i braci zostało podniesionych do godności obywateli swoich suwerennych państw. Takiego wydarzenia nie było w historii ludzkości i nigdy już więcej nie będzie.

Temu uwieńczonemu powodzeniem dążeniu do wolności i niepodległości, które opanowało ludy planety zwłaszcza od połowy XX wieku, towarzyszyły dwa procesy na skalę nigdy przedtem nie spotykaną. Pierwszym był ogromny, gorączkowy, dynamiczny pęd ludności na wszystkich kontynentach ze wsi do miast, rozumiany jako dążenie, jako szansa poprawy warunków życia. Nasza Ziemia, która na początku wieku była planetą rolników – oraczy i pasterzy (stanowili oni 95 proc. ludności) – jest światem zaludnionym przede wszystkim przez mieszkańców miast.

Drugim procesem było przekształcenie rozproszonych, niespójnych zbiorowości, wspólnot regionalnych i innych społeczności w wielkie społeczeństwo masowe, tak później przenikliwie i trafnie opisane przez Ortegę y Gasseta, Ericha Fromma i innych. Ukształtowanie sie ludzkości w społeczeństwo masowe umożliwiło narodziny wielkich ruchów społecznych, które wstrząsnęły naszym stuleciem dwukrotnie – w formie I i II wojny światowej – i wypełniły cały nasz wiek burzliwym i niszczycielskim ciągiem rewolucji, wojen lokalnych i domowych, buntów i przewrotów.

Jednocześnie owe wykorzenione i zdezorientowane masy, które u progu mijającego stulecia zapełniły gwałtownie scenę świata, ułatwiły przez swoją niedojrzałość i frustrację powstanie i rozwój systemów totalitarnych – nazizmu i komunizmu – największego zorganizowanego zła czasów nowożytnych, usiłującego wtłoczyć całe pokolenia swoich poddanych za druty Konzentrazionslagers i gułagów.

„Wiekiem mas” („The Age of Masses”) nazwał nasze stulecie wybitny historyk brytyjski Michael Biddiss. Kulę ziemską, na której na poczatku wieku żyło nieco ponad miliard ludzi, teraz zamieszkuje ponad sześć miliardów. Ludzkość, która dawniej poruszała się po pustkowiach planety w małych, rozproszonych grupach, nagle przemieniła się w tłumy mrowiące się na ulicach miast, stłoczone na drogach świata. To pojawił się ów „samotny tłum” , tak sugestywnie opisany przez Davida Riesmana. Samotny, wykorzeniony z tradycyjnej kultury i środowiska, poszukujący nowej wspólnoty i tożsamości. Ten tłum stał sie łatwym łupem wszelkiego typu ideologów, fałszywych proroków, demagogów, populistów, dyktatorów.

Członek owego masowego społeczeństwa – szary, przeciętny, anonimowy człowiek ulicy – został już stokrotnie opisany w powieściach, reportażach i studiach socjologicznych. Jest on właściwie głównym bohaterem niemal całej współczesnej literatury. To on właśnie – bohater Sinclaira i Eliota, Musila i Goytisolo – wchodzi teraz w XXI wiek. Epoka, która go zrodziła, wyposażyła go w szereg łatwo rozpoznawalnych cech. Przede wszystkim brak mu poczucia bezpieczeństwa, a chęć pozbycia się lęku jest jego wielką potrzebą i tęsknotą.

——–

To poczycie bezpieczeństwa i siły daje wspólnota, z którą można sie utożsamić, a utożsamiamy się przez wspólny język, tradycje, religie,obyczaj przez przypisywanie im wyjątkowych, nadzwyczajnych cech i wartości. Od tego uznania naszej wyjątkowości już tylko krok do uznania naszej wyższości. Do obawy, że inni będą chcieli ją zakwestionować lub zniszczyć. Więc do czujności wobec innych – do nieufności, podejrzliwości, w końcu – do wrogości. Do gotowości waliki na śmierć i życie. Do zemsty, do woli zniszczenia przeciwnika, do jego zagłady.

Takie są w skrócie etapy rodzenia się nacjonalizmu, arogancji i szowinizmu, nienawiści etnicznych, prześladowania i pogardy dla innych: nacjonalizmu, a więc jednej z tych zmór XX wieku, z którą niestety, wejdziemy w wiek XXI.

W ogóle żegnamy wiek XX w przekonaniu, że chwila ta niczego nie kończy, że przeciwnie – wiek nasz powołał do życia szereg sił, zjawisk i fenomenów, które być może będą rozwijać się w pełni dopiero w nadchodzącym stuleciu.

Gdybyśmy chcieli znaleźć jakiś wspólny mianownik dla tych wszystkich trawających wokół nas procesów, tych dokonujących się na naszych oczach transformacji i przeobrażeń, moglibyśmy powiedzieć, że w świecie współczesnym ścierają się dwa przeciwstawne nurty, a mianowicie – tendencja do intergracji naszej planety oraz tendencja do jej dezintergracji.

Pojawienie się tych dwóch nutrów z taką siłą i wyrazistością właśnie w wieku XX było możliwe dzięki temu, że:
– po pierwsze, w ostatnim stuleciu nastąpił gigantyczny postęp w dziedzinie komunikacji, który po raz pierwszy w dziejach pozwolił zwiesić takie pojęcia jak przestrzeń i czas, umożliwiając zmniejszenie naszej planety do rozmiarów globalnej wioski , co stworzyło warunki do integracji świata:
– (ale jednocześnie) po drugie, niebywały postęp techniczny i rozwój nauki ukazały narodom, że nie są same na świcie, że jest on wielokulturowy, wieloreligijny, wielorasowy. Człowiek zeagował na to odkrycie innego szokiem, niechęcią, nieufnością, przekonaniem, że aby ocaleć , musi się odgrodzić, odizolować, zamknąć w swojej niszy. Szok wywołany odkryciem różnorodności świata, jego zatłoczeniem i pewną niepojętością przyniósł w wielu wypadkach jego odrzucenie, dążność do zasklepiania, do ucieczki w skansen

——–

W ten sposób w XX wieku zrodził się jeden z paradoksów współczesności, który zresztą będzie z pewnością określał też rzeczywistość przyszłego stulecia. Paradoks ten polega na tym, że:
– z jednej strony, komunikacja, elektronika, energia kapitału, masowość produkcji, popkultura, projekty ekologiczne, faky panowania pokoju światowego działają na rzecz integracji naszego globu,
– gdy jednocześnie wszelkie nacjonalizmy, fundamentalizmy, integryzmy, nienawiści etniczne i szowinizmy klanowe starają się popchnąć ludność naszej planety w kierunku dezintegracji, skłócenia, wzajemnej obcości.

Jednakże głównym czynnikiem dezintegrującym naszą planetarną rodzinę człowieczą – bo znajdujemy sie w okresie przechodzenia od społeczeństwa masowego do planetarnego – jest panujący niesprawiedliwy podział dóbr między bogatych i biednych. O ile na początku XX wieku główny podział świata to podział między niezależną mniejszością i zależną większością, o ile w połowie wieku tym głównym podziałem staje się podział na narody żyjące w demokracji i te, które znalazły się we władzy dyktatur i reżimów autorytarnych, o tyle obecnie, po okresie dekolonizacji i zakończenia zimnej wojny, linia tego podziału przebiega między tymi, którzy żyją w dostatku, a tymi, którzy skazani są na chroniczny niedostatek, a często i głód. Ta linia przebiega przez całą naszą planętę, jak również wewnątrz większości społeczeństw nawet w krajach rozwiniętych.

Wystarczą dwie cyfry, aby uświadomić sobie zatrważającą ostrość i powagę problemu.

Pierwsza: majątek 358 światowych milionerów przewyższa połączone roczne dochody bliska trzech miliardów ludzi, i druga: długość życia ludzi w krajach Trzeciego Świata jest o połowę krótsza od życia ludzi w krajach zachodnich.

Na jednym krańcu – przytłaczający nadmiar, przeobfitość, spiętrzenie, bogactwo, nadprodukcja, potop gadżetów i błyskotek, na drugim – bieda, slamsy, puste garnki, puste kieszenie, niedostatek, brak wszystkiego, a często – głód. I żadnej szansy, żeby ten dystans skrócić, zasypać przepaść.

——–

Żegnamy wiek , w którym nastąpiło ogromne przyspieszenie tempa życia, w którym rozwinął się kult szybkości i nowości. We współzawodnictwie między tym, co wartościowe, a tym, co nowe, bezwzględne wygrywa nowe. Wszystko podlega przymusowi innowacji. Nowość i innowacja – to boginie naszego świata.

Ale owo szalone tempo zdarzeń i pogoń za nowością przynoszą zalew przeciętności i żałosnego średniactwa, niwelują wszelkie hierarchie, relatywizująwszelkie wartości. Nie mamy nawet czasu, aby się nad tym zastanowić, aby przemyśleć sprawy elementarne.

Tymczasem rzeczywistość wymaga od nas stałej czujości myślenia, ciągłego poszukiwania odpowiedzi na nowe i nowe pytania, których liczba i doniosłość stale rośnie.

Żegnamy dziś XX wiek, który pozostawia wszelkie podstawowe kwestie Europy otwarte i nierozstrzygnięte.

Gdzie przebiegają dziś jej granice? Czy Europa ma swoją tożsamość? Jak ją zdefiniować? Co łączy mieszczucha z Zurychu z wczorajszym kołchoźnikiem spod Tibilisi? Jeżeli powiecie temu mieszczuchowi, że on i ów kołchoźnik są Europejczykami – burzy się, ale jeśli powiecie owemu chłopu, że nie jest Europejczykiem -też się burzy. Który z nich ma rację? Pytania te są szczególnie aktualne dziś, po zakończeniu zimnej wojny, po rozpadzie Związku Radzieckiego i Jugosławi.

——–

Inny temat – miejsce Europy w nowym, wielokulturowym, policentrycznym świecie. Przez pięćset lat Europa niepodzielnie dominowała, była niekwestionowanym centrum świata, wyznaczała naszemu globowi rytm, kierunek rozwoju, a jej instytucje i styl myślenia były wzorcem dla wszystkich ludów planety. Tymczasem w wieku XX zaczęła się detronizacja Europy. Wiek ten, poza wielkimi osiągnięciami Europy , dowiódł, że jak pisze George Steiner – „w jej kulturze tkwią również odruchy ludobójcze”, że w tym stuleciu na polach i w miastach naszego kontynentu zginęło ponad 70 milionów ludzi, że tu dokonała się straszliwa apokalipsa Holocaustu. Żadna cywilizacja nie wyróżniła się takmi kontarstami między dobrem i złem jak europejska.

Dziś wchodzimy w nowe stulecie, które stanowi, zwłaszcza dla Europy, trudne wyzwanie. Musi ona znaleźć nowe miejsce i nową rolę na naszej planecie. Nie będzie to łatwe, jako że proces detronizacji jest dla dotkniętego jego skutkami zawsze bolesny i trudny do przyjęcia. Ludność Europy jest wiekowo najstarsza i jej proces starzenia się posuwa. Procent ludności Europy w stosunku do innych kontynentów stale się zmniejsza. Ale najważniejsze – na innych kontynentach rozkwitają i nabierają sił cywilizacje, które już dziś są uważane za modele przyszłości. Centrum świata opuszcza Europę i poprzez Atlantyk stopniowo przesuwa się w kierunku Pacyfiku.

Ale niezależnie od wszystkich przemian, wyzwań i zawirowań świata problem kultury pozostaje zawsze ten sam, niezmienny. Chodzi o to, aby ocalić człowieka z całym jego potencjalnym bogactwem wewnętrznym, pozwolić mu rozwinąć energię w kierunku dobra, zrozumienia innych i pełni człowieczeństwa.

—-
Tekst został wygłoszony przez Autora na 66. Światowym Kongresie PEN Clubu, który odbył się w Warszawie w czerwcu 1999