Orientowali się na niego

Autor:Lidia Ostałowska
Źródło:Press

Tuż po studiach w 1955 roku zapytałem zastępcę naczelnego „Sztandaru
Młodych”, czy by mnie nie przyjął do pracy. Popatrzył uważnie zza
szkieł: „Przyjdźcie za tydzień, a my się zastanowimy”. Druga rozmowa:
„Słuchajcie, zastanowiliśmy się, przyjmiemy was”.


Dlaczego „was”? Taki zwyczaj. „Sztandar” był czołowym czerwonym pismem
dla młodzieży w PRL-u. Należałem do partii – tak jak Rysiek i wielu
innych pełnych pasji, zauroczonych ideą przyzwoitego socjalizmu, młodych
ludzi. Uważaliśmy, że uczciwy człowiek powinien pchać tę ideę do
przodu, poprawiać. Pojawiały się właśnie na to szanse.


Gdy zacząłem pracę w „Sztandarze”, Rysiek już tam był. Miesiąc
wcześniej „Nowa Kultura” wydrukowała „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka
– obraz nie tyle Nowej Huty, ile ustroju, tak dramatyczny i drastyczny,
że w kierownictwie partii się zagotowało. „Co zrobimy z paszkwilem
Ważyka? Udowodnijmy, że to kłamstwo!”.


Wykorzystali nas, młodzieżowy dziennik centralny. Spadło to na głowę
Ryśka – bo najlepszy reporter, bo znał Hutę. Wiadomo, co było dalej.
Rysiek w głośnym tekście „To też jest prawda o Nowej Hucie” opisał taką
samą beznadzieję jak Ważyk. Tylko w jednym się z „Poematem” nie zgadzał:
mieszkańcy robotniczego miasta nie są „kaszą”.


Zespół redakcyjny wymógł na redaktor naczelnej Irenie Tarłowskiej, żeby
puściła tekst. Zatrzymała go jednak cenzura. Wtedy Rysiek sam poleciał
do cenzury na ulicę Mysią. Okazało się, że cenzor to jego dawny kolega
ze studiów. Rysiek powiedział mu: „Jak mi zatrzymasz ten reportaż, do
końca życia nie podam ci ręki”. W fermencie, jaki wtedy nastał, nawet
cenzura się gubiła.
Po publikacji tekstu znów się zagotowało w kierownictwie partii:
„Dobierzmy się do Kapuścińskiego!”. Więc koledzy mu poradzili, żeby się
schował w Nowej Hucie, przeczekał. To był dopiero 1955 rok, ludzie
jeszcze nie wyszli z więzień. Rysiek posłuchał. A w Nowej Hucie na
ścianach i płotach wisiały strony z jego reportażem. Zaopiekował się nim
miejscowy szef Związku Młodzieży Polskiej nazwiskiem Jakus,
nieprawdopodobnie bojowy facet, komunista walczący o sprawy robotnicze.
Ryśkowi włos z głowy nie spadł, w wyniku afery wylecieli za to
dyrektorzy kombinatu.


Rysiek stał się gwiazdą. A pisał teksty różne, czasem publicystyczne.
„Zrób coś o stanie przemysłu w Polsce” – nawet przy takim gniotowatym
temacie pokazywał błysk inteligencji.


W tym czasie pisywał rzeczy odkrywcze. Szukał prawdziwego życia, nurtów
nieformalnych. W oficjalnym założeniu młodzież to był ZMP. A tu nagle
reporter szedł na podwórka, do melin, do baru Owocniak i odnajdywał
ludzi, którzy czegoś chcą, o czymś marzą.
Obaj lubiliśmy się wyrwać w teren ze środowiskowego kociokwiku, który
zawsze jest taki sam, w PRL-u i w demokracji. W terenie człowiek był
samodzielny i swobodny – kiedy już odwalił obowiązek porozmawiania z
miejscowym sekretarzem. Uwielbialiśmy gadać z konduktorami,
sklepikarzami, paniami na poczcie. Parokrotnie jeździliśmy razem. Tuż
przed Październikiem do Zielonej Góry – całą noc pociągiem, na
głodniaka. Dojechaliśmy, a tu jeszcze bary mleczne zamknięte, za
wcześnie na zbieranie materiału. Poszliśmy na spacer, przedmieściami,
koło fabryki wódek, z której niosły się obfite opary… Po paru minutach
byliśmy pijani. Położyliśmy się na trawie spać.


Potem opisaliśmy inną fabrykę, idąc od dołu do góry w jej hierarchii.
Przypominała pojazd, który ugrzązł powyżej osi i mało prawdopodobne, by
drgnął. Ale my mieliśmy nadzieję, że jeśli wszyscy naraz zaczną
postępować uczciwie, to ruszy. Zbyt romantycznie patrzyliśmy.


Podczas Października Ryśka w kraju nie było. Także wtedy, kiedy
zamknęli „Po prostu” i doszło do konfliktu „Sztandaru” z wydziałem prasy
KC. Kolegium redakcji podało się solidarnie do dymisji. Część zespołu
odeszła, reszta pytała: „Co zrobi Kapuściński?”. Już wtedy ludzie
orientowali się na niego. Dyskretnie wysłaliśmy list do Chin, Rysiek
wrócił Koleją Transsyberyjską i złożył wymówienie.


Irenę Lewandowską za buntowniczą postawę w „Sztandarze” ukarano
czasowym zakazem pisania. Innych zesłano: Irenę Rawiczową do
„Filipinki”, Mirka Kluźniaka do Polskiej Agencji Prasowej – siedział tam
latami przy biureczku, taki wybitny umysł. Rysiek na parę miesięcy też
się ukrył w PAP-ie, nim Darek Fikus ściągnął go do „Polityki”. Zosia
Dudzińska pracowała w aeroklubie.


Po Październiku nasze złudzenia prysły. Ale sens bycia w zawodzie wciąż uważaliśmy za oczywisty.
Brudny i oberwany
Trudno było socjalistycznej Polsce eksportować swoje maszyny na Zachód,
ale gdy kraje Trzeciego Świata zaczęły odrzucać kolonializm, tam
pojawiła się szansa – i w ten region ruszyła duża ofensywa ekonomiczna.
Rysiek na tym skorzystał, ja też. W 1956 roku, po objęciu władzy przez
Gomułkę, zostałem pierwszym korespondentem PAP-u w Indiach.
Po dwóch miesiącach powiedzieli mi w ambasadzie, że przyjedzie
dziennikarz ze „Sztandaru Młodych”. Wyjechałem po Rysia na lotnisko.
Miał przy sobie książkę Herodota i angielskie wydanie „Komu bije dzwon”.
Dwa tygodnie buszowaliśmy po New Delhi, a on niepokoił się, że nie ma
materiału. Nadeszła pora zimowa, na targu kupiliśmy mu czapę i chałat z
wielobarwnej wełny. Ruszył gdzieś autobusem, rozklekotanym, zatłoczonym,
jedyny biały – i zniknął.


Po czterech tygodniach wpada strażnik naszego budynku: „Chce się tu
dostać jakiś Hindus, brudny i oberwany, i powołuje się na pana”. To był
Rysio. Po drodze kupił sobie jeszcze pikowaną derkę, zwijał ją na dzień,
rozwijał wieczorem, spał z Hindusami po szopach. Utożsamił się z
Indiami.


Po powrocie do kraju do 1962 roku byłem w PAP-ie zastępcą naczelnego w
redakcji zagranicznej. Namówiłem Rysia, żeby się do nas przeniósł. Był
dziennikarską perłą. Nie błyszczał jednak korespondencjami z wydarzeń
politycznych czy ekonomicznych. Jedyne, co go inte- resowało, to
bratanie się w kolejnych krajach z ludźmi, pisanie o nich. A PAP był
jakoś wyrozumiały. I postanowił mu pomagać. Kiedy w 1962 roku odszedłem
na Uniwersytet Warszawski, zaopiekował się nim Michał Hoffman – dobry
szef PAP-u, dziennikarz Polskiej Agencji Telegraficznej przed II wojną
światową, człowiek kochający zawód. To dzięki niemu Rysio mógł znikać z
placówek na całe tygodnie i jeździć po sąsiednich krajach.


Od 1967 roku unikał krajów arabskich. Doszło wtedy do konfliktów
interesujących nasz wywiad wojskowy – Polska eksportowała tam broń.
Natomiast Ameryką Łacińską i Afryką wywiad zajmował się w niewielkim
stopniu.
 
Za Gierka – byłem wtedy kierownikiem wydziału zagranicznego KC PZPR –
zacząłem Ryśka przekonywać, żeby się przeniósł do „Kultury”. Świetny
tygodnik, na topie, a ja przyjaźniłem się z naczelnym Dominikiem
Horodyńskim. Chętnie Rysia przyjął w 1974 roku i obiecał, że znajdą się
pieniądze na jego wyjazdy.


Tak, wiem, że ojciec Ryśka uciekł z transportu do Katynia.
Rzeczywiście, mój ojciec zginął w Starobielsku. Czyśmy o tym rozmawiali?
Między nami nie było tajemnic. W stanie wojennym, gdy się ukazał
„Szachinszach”, Rysio napisał mi dedykację. Proszę spojrzeć: „Z
przyjaźnią naszą, na zawsze”.


Pamiętam te mocne bez filtra, te przyjęcia. Kiedy Rysio śpiewał
„Polesia czar, te dzikie knieje, moczary”. Pińskiem czarował dziewczyny,
wzbudzał w nich współczucie, bo miał teorię, że to najważniejsze. „Na
Polesiu była wielka bieda. Jak przychodziły pierwsze mrozy, tato wkładał
mi kożuszek, obwiązywał rzemieniem albo drutem i rozwijał dopiero, jak
ciepło się robiło. A jak ktoś chorował, to się go nacierało terpentyną,
kładło na piec i leżał, póki nie wyzdrowiał”. Kopałem Rysia po kostkach
pod stołem. Jaki drut, jaka terpentyna! Pan Józef Kapuściński był
nauczycielem!
W 1978 roku na własną prośbę odszedłem z KC. Tuż przed stanem wojennym
Rysio spotkał się ze mną w kawiarni Ambasador. Właśnie wyjeżdżał do
Gdańska. Był roztrzęsiony. Uważał, że „Solidarność” się radykalizuje i
może dojść do konfrontacji. Ja właśnie wróciłem ze Stanów, Amerykanie
pokazywali mi mapy z rozmieszczeniem wojsk na granicach.


13 grudnia uruchomiłem znajomości, żeby sprawdzić, czy wrócił z Gdańska do domu. Wrócił, choć go po drodze legitymowali.
Rysiek rozkwitł
Starsi koledzy – Darek Fikus, Jerzy Szteliga, Andrzej Turski, Ryszard
Kapuściński – byli dla mnie ważni. Odeszli ze „Sztandaru”, więc ja też.
Studiowałem na drugim roku, gdy ich poznałem. Rysiek odbywał już dalekie
podróże, wysłali go do Indii i Chin. Na mnie większe wrażenie zrobiła
inna jego delegacja – do Kijowa, na zjazd Federacji Młodzieży
Demokratycznej. To mi zaimponowało: Kijów, impreza światowej rangi, on
tam jest – jak prawdziwy dziennikarz.
Byłem zbyt młody, żeby pojąć kryzys w „Sztandarze”. Moim zdaniem
splotło się wtedy wiele spraw. Najważniejsza: kto wygra w partii –
rewizjoniści czy beton. Na tym tle trzeba postrzegać utworzenie
„Polityki”, która miała zastąpić niesłuszne według władz „Po prostu”.
Ten plan nie całkiem się powiódł.


Beton „Polityki” nie polubił. Władysław Gomułka, wówczas pierwszy
sekretarz KC PZPR, wzywał Mieczysława Rakowskiego, naczelnego
„Polityki”, i go opieprzał, że nie tępi liberałów. Raz na dywaniku
oberwał właśnie za Kapuścińskiego. Poszło o scenę z reportażu: dwie
młode robotnice rozmawiają, jak która daje chłopu. Ta na stojąco, ta od
tyłu. Gomułka się wściekł. W organie PZPR-u chłop obraca babę! Na
pierwszej stronie! I to w taki sposób! Na koniec spytał: „A czy to w
ogóle jest możliwe?”.
Rysiek rozkwitł w „Polityce”. W zszywce z lat 1960–1962 jego reportaże
znajdziemy na pierwszej stronie bądź w innym dobrym miejscu. Miał męskie
zainteresowania. Pisał o Edmundzie Piątkowskim – najlepszym polskim
dyskobolu, o Leszku Drogoszu – bokserze, ale też o wiejskich weselach, o
młodzieży z robotniczej Woli, o górnikach, którzy muszą pochować
kolegę. Ułożyło się to w książkę „Busz po polsku”. To były wtedy ważne
teksty, a reportaż był ważnym gatunkiem. Pokazywał, co się naprawdę w
Polsce dzieje.


Redakcja była przy Alejach Jerozolimskich 37, tam, gdzie potem stanął
hotel Forum. Świetne miejsce, żeby się wysiusiać. Do redakcji Rysiek
tylko wpadał, nie udzielał się w życiu zespołu, zebrania partyjne miał w
nosie. Interesowała go wyłącznie własna twórczość. Pod tym względem
przypominał Krallównę. Zawsze widziałem go z książką – oboje dużo
czytali, mieli wysoką kulturę słowa, erudycję. Nie cytowali Pasternaka
czy Koestlera, ale za ich tekstami stała biblioteka.


„Polityka” nie mogła zagwarantować Kapuścińskiemu zagranicznych
wyjazdów. Wtedy redakcje nie miały własnych dewiz i każdą delegację,
nawet do Czech, zatwierdzała specjalna komisja w RSW Prasa–Książka–Ruch.
O tym, czy dziennikarz dostanie paszport i pięć dolarów, decydował
facet z wydziału prasy KC. Dlatego Rysiek przeniósł się do PAP-u.


Ale nie przestaliśmy go drukować. Bo od czasu do czasu korespondenci
zagraniczni PAP-u nadsyłali większe materiały, na 20 stron. W nich
przedstawiali swoje analizy, punkty widzenia. Te analizy nie szły do
oficjalnego serwisu agencji, tylko do „Biuletynu Specjalnego PAP”
(decydowała o tym centrala PAP-u, z „BS-ów” korzystało nieoficjalnie
wiele redakcji – przyp. red.). W tamtych czasach „BS-y” to był Internet
dla wtajemniczonych, czyli dla aktywu partyjnego i redaktorów naczelnych
ważnych pism. Zawierał przedruki z prasy zagranicznej, w tym
zachodniej, i mnóstwo informacji z kraju. Do 1967 roku „Polityka”
publikowała niektóre korespondencje Kapuścińskiego z krajów arabskich.
„Przyrządzało” się je z „BS-u” pod kątem cenzury.
W tamtych czasach nie każdy miał szansę, by zostać korespondentem i
siedzieć w Ameryce jak Zygmunt Broniarek. Trzeba się było cieszyć
zaufaniem szefów. Korespondent nie mógł napisać, że Związek Radziecki
robi głupstwa w Afryce ani komu bardziej sprzyjają partie komunistyczne w
Trzecim Świecie – Moskwie czy Chinom. Za to po powrocie dzielił się tym
z sekretarzem KC. Głos korespondentów liczył się jak głos dyplomatów.


Pewno i Rysiek chodził do jakichś towarzyszy i opowiadał im, co
widział. To nie ujma. Wywodził się z lewicy i do niej należał. Z tej
oficjalnej, bo wtedy nie było ani PPS-u, ani KOR-u. We wczesnej młodości
wierzył w Polskę uprzemysłowioną, bez analfabetyzmu i chłopów
bezrolnych, która awansuje z naszym pokoleniem – jak on z Pińska. Pisał o
ludziach biednych, zajmował się biednym światem, pozostał pisarzem
lewicowym.


Ostatni raz widziałem go 11 grudnia 2006 roku w redakcji „Polityki”,
gdy promowałem książkę Krzysztofa Teodora Toeplitza „Dokąd prowadzą nas
media”. Tydzień wcześniej program „Misja specjalna” TVP 1 obu nas
„zdemaskował” jako agentów służb PRL-u. Rysiek zadzwonił do mnie przed
promocją. Powiedział: „Przyjdę, bo chcę zrobić demonstrację”. A nie był
przyjacielem ani Krzyśka, ani moim. Tak samo zachował się Karol
Modzelewski.


Duszy systemowi nie oddał.Kiedy Rysiek przyszedł do „Kultury”,
strasznie się ucieszyłem. Bo taka sława, bo każdy jego tekst to
wydarzenie. Poznaliśmy się kilka lat wcześniej i od razu mnie oczarował.
W „Kulturze” byłem zastępcą naczelnego, a naczelnym – Dominik
Horodyński. Rysiek z początku mało publikował, jakieś remanenty z
Ameryki Łacińskiej. Miał specjalne prawa. To nie był gówniarz, którego
się gania, wysyła w teren.


„Cesarz” – jego pierwszy wielki zamiar i dla nas wielka niespodzianka –
narodził się bardzo skromnie. Najpierw Rysiek wyjechał do Afryki, a jak
wrócił po wielu tygodniach, to czekaliśmy, kiedy on wreszcie zacznie
pisać. Twierdził później w wywiadach, że słaliśmy do niego depesze, bo
telefonów nie odbierał. Że nie jadł, nie spał, czytał Biblię i myślał:
„Niech mnie wyrzucą”. Nic nie wiedziałem o tych mękach, chociaż zdawałem
sobie sprawę, z jakim mozołem pisze.


Mam w oczach obraz, jak w 1977 roku przychodzi z pierwszym odcinkiem.
To było tylko parę kartek. Oddawał je z niepewnością, nawet z jakimś
zażenowaniem. Zrozumiałem, że martwi się, ile to warte. Zacząłem czytać:
„To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w
łożu cesarskim. W czasie różnych ceremonii uciekał cesarzowi z kolan i
siusiał dygnitarzom na buty”. Już po paru zdaniach zrozumiałem, jakie to
wspaniałe. Od tej chwili zmuszaliśmy go, żeby pisał tydzień w tydzień.
Szło to u nas jako „Trochę Etiopii”. Wkrótce stało się oczywiste, że
nie Etiopia jest tematem. To opowieść o władzy i o autokratach. Już nie
reportaż, nie czyste dziennikarstwo, tylko literatura.


W redakcji ironia, żart, aluzja były obroną przed głupotą
rzeczywistości. Podsuwaliśmy Ryśkowi, co jeszcze ma do tekstu wsadzić.
To nas bawiło. Z żartów wzięły się w „Cesarzu” kaskady na Nilu. Bo
właśnie wtedy Gierek wymyślił regulację Wisły. Ten plan to była wielka
lipa, żeby czymś ludzi zająć po Czerwcu ’76.


Horodyński na wiele pozwalał, ale nie chciał brać odpowiedzialności.
Targowanie się z cenzurą zostawiał mnie. Jeżeli tekst oficjalnie trafił
na Mysią i tam go odrzucili – to już koniec. Ale jak redakcji zależało,
mogła w ostatniej chwili wycofać materiał i szukać sprzymierzeńców w
wydziale prasy KC. A zdarzały się momenty, że władzuchna odkręcała śrubę
świadomie. To dotyczyło i Ryśka, bo cenzurowali go jak każdego.
Cenzorom na dole trudno było go zdejmować, łapać za rękę z powodu
metafor i aluzji. Pretensje miał wyższy szczebel, wydział prasy. Z
łagodnym wyrzutem zwracali uwagę: „Czy wy, towarzysze, wciąż musicie o
tych cesarzach?!”.


Znalazłem się na wylocie z „Kultury” w trakcie publikowania
„Szachinszacha”. W „Kulturze” mieliśmy reporterską bojówkę. Basia
Łopieńska, Ewa Szymańska, Mariusz Ziomecki, Teresa Torańska pisali
teksty, które partię rozwścieczały. Teraz można mówić wprost: rząd
głupi, politycy wredni, bieda, bezrobocie. Wtedy system kompromitowało
się szczegółem. Mistrzynią tej reporterskiej grupy była Krall, a
Kapuściński jej mentorem i papieżem.


Towarzysze wściekli na wybryki tych młodych kazali nam wydrukować
artykuł Michała Misiornego, który oskarżył naszych reporterów o
„kawiarniane spojrzenie”. Wydrukowałem to, ale wraz z moją polemiką w
obronie pisma. No i stanąłem przed wyborem: albo wezmę młodych kolegów
za mordę i okryję się hańbą, albo wydział prasy mnie wyrzuci.
Czmychnąłem do redakcji sportowej telewizji.


To był w ogóle czas, kiedy towarzysze Gierek i Łukaszewicz (sekretarz
KC od propagandy) podjęli próbę spacyfikowania tego, co się w mediach
wymykało spod kontroli. A w „Kulturze” nikt nie chciał być sekretarzem
partii. Powiedzieliśmy Kantowiczowi: „Andrzej, musisz się poświęcić, bo
inaczej przyślą nam jakiegoś sk…”. Poświęcił się. Niesłychanie
przyzwoity człowiek, wykładowca na studiach dziennikarskich, odbywał za
nas rytuał życia organizacyjnego, udawał przed partią. Przypłacił to
ciężką chorobą.
Kiedy już byłem w telewizyjnej redakcji sportowej, Rysiek przerwał
pracę nad trzecią częścią „Szachinszacha”. Wrócił z Iranu, pojechał do
Gdańska do stoczni. Widzę w tym geście zwycięstwo lojalności wobec
czytelnika nad wszelkimi ograniczeniami, jakie nakładał system. Rysiek
nigdy duszy systemowi nie oddał. Po 13 grudnia nie poddał się
weryfikacji, jak wszyscy w redakcji rzucił legitymację partyjną, zniknął
z prasy oficjalnej. A przecież choćby „Polityka”, która została
wznowiona, przyjęłaby go z otwartymi ramionami.


Uczył czytać, nie pisać


W 1972 roku zdałam na podyplomowe studium dziennikarskie.
Zaprzyjaźniłam się tam z dwiema innymi Ewkami – Szymańską i Zadrzyńską.
Kapuściński był naszym profesorem. Pamiętam pierwszy wykład. Podniecone
stałyśmy na korytarzu: zaraz zjawi się ten, co napisał „Gdyby cała
Afryka” – naszą ukochaną książkę. Nagle podchodzi śniady facet w białym
golfie i w spodniach dzwonach: „W której sali zajęcia z Kapuścińskim?”.
Myślałam, że to pan od wf.! Wykład o Che Guevarze i Ameryce Łacińskiej
też nie zrobił na nas wrażenia. Ten wielki Kapuściński tak mówi? Nic z
tego nie łapaliśmy. Potrzeba nam było wstępu, a potraktował nas jak
ludzi, którzy mają wiedzę. Stąd brało się rozczarowanie. Jeszcze nie
wiedzieliśmy, że można spytać: „A kto to ten Che?”. I on nie prychnie,
nie wyszydzi.


Mówił: „Nigdy nie krytykuję młodych dziennikarzy, bo łatwo ich
zniechęcić”. Więc nie nauczył nas pisać, ale czytać. Uczył „Cesarzem”,
„Chrystusem z karabinem na ramieniu”, „Wojną futbolową”, a jak z moimi
Ewkami byłyśmy już stare dziewiątki – to „Imperium”.


Dzięki niemu piłam pierwszą whisky. Mieszkał na Woli, po sąsiedzku.
Deprawował nas. Jak wracał do Polski, wpadał z colą i butelką
Ballantine’sa. Słuchaliśmy, jak opowiada o Angoli.


Po studiach patrzyłyśmy z podziwem na Ryśka, teraz naszego kolegę. Miał
życiorys dziennikarski i obywatelski. Nam się taki życiorys nie pisał.
Był spokój, keczup i musztarda z zagranicy. Ale dzwoniły mi w uszach
słowa Wojtka Giełżyńskiego: „Najważniejsze to się nie zagapić”. Giełż
opowiadał, jak raz na Foksal w siedzibie SDP rozdawano nagrody,
wszystkie sławy się zebrały. Nagle ktoś mówi: „Coś się dzieje w Ursusie”
– to był 1976 rok. Nikt się nie ruszył.
Ta historia brzmiała mi w głowie, gdy jechałam z mężem do Stoczni
Gdańskiej na strajk. Było tam dużo zagranicznych dziennikarzy, polskich z
początku niewielu. Pamiętam, że się trzymaliśmy razem i zachowywaliśmy
dość podobnie. Każdy wszystko zapisywał. Rysiek, co nas zdumiało, nie
notował. Rozglądałam się za nim. Widziałam go pod płotem, na murku, pod
drzewem, jak siedział ze stoczniowcami i gadał.


Teksty nie powstawały. Kto by je drukował?


Według stoczniowców byliśmy bezużyteczni. Żeby się jakoś wytłumaczyć,
napisaliśmy oświadczenie dla komitetu strajkowego. „Chcemy tu być, bo
uważamy, że tak należy. A nie piszemy, bo naszych relacji nikt nie chce”
– o to mniej więcej chodziło. Dość zachowawczy głos – tak dziś to
widzę.


Pamiętam, jak stoimy pod drzewkiem i się podpisujemy pod tym kwitem.
Ten strach. Jeden dziennikarz nie wytrzymał, wyrwał kartkę z własnym
podpisem i zaczął zjadać. Rzuciliśmy się: „Oddawaj!”. Trzeba ją było
odtworzyć. I pamiętam radość, kiedy w tej grupie Rysiek się pojawił.
Wszyscy poczuli, że są po dobrej stronie. Dla mnie złożyć swój mały
podpis obok jego nazwiska to był zaszczyt.


Kurczę! Nic nie notował, a napisał najlepszy reportaż o strajku.


O miłości


Do Workuty Ryszard poleciał w środku zimy, bo wtedy lepiej poznaje się
Północ. Samolot wylądował w nocy. Wiała purga, więc wszystko było
zasypane śniegiem, temperatura spadła poniżej 30 stopni. Na lotnisku
kupił kilka goździków – chciał jakoś uczcić pamięć więźniów, którzy
złożyli tu kości. Poszedł z kwiatami w ciemność, odwinął z gazety i
rzucił przed siebie. Zanim opadły, rozsypały się na dziesiątki
kryształów. Tak to sobie wyobrażał.


To był chyba 1989 rok. Pierestrojka wkraczała w najbardziej dramatyczną
fazę, z sowieckiego imperium miały się wyłonić nowe państwa. Ryszard
przyjechał do Moskwy to opisać. Dostał dwa tysiące rubli za radzieckie
wydanie „Cesarza” i przeznaczył je na podróże po ZSRR.


Zamieszkał u mnie, pracowałem wtedy jako korespondent PAP-u. Znaliśmy
się wcześniej przelotnie, dlatego zwrócił się do mnie. Pomagałem mu
razem ze sztabem przyjaciół.


Ryszard unikał hoteli. Chciał mieszkać u zwyczajnych ludzi, żyć ich
życiem. Wydzwanialiśmy po kolegach: „Ryszard jedzie do Irkucka, kto ma
jakiegoś znajomego w Irkucku?”. Szukaliśmy takich znajomych na Kołymie,
Kaukazie, w Azerbejdżanie, Górnym Karabachu i w Jakucku. Na drogę
dostawał od nas parę telefonów i adresów – i zwykle znajdował w kimś
oparcie. Przejechał ponad 60 tys. kilometrów, wszędzie przekazywali go
sobie dobrzy ludzie.


Poznałem Ryszarda z Galiną Starowojtową, deputowaną z demokratycznej
opozycji, zdrowo sobie pogadali w kombinacie gastronomicznym Praga.
Później razem chodziliśmy na demonstracje – największe, jakie widziała
Moskwa. Na ulicach zbierało się po 300 tys. ludzi. Żądali demokracji,
wolnych wyborów, krzyczeli: „Precz z KGB!”. Galina Starowojtowa wzięła
Ryszarda do swego służbowego samolotu – ubrał się w mundur radzieckiego
pilota – i polecieli do Górnego Karabachu, całkowicie zamkniętego dla
cudzoziemców. Był chyba pierwszym dziennikarzem zagranicznym, który tam
dotarł.


Ryszard skracał swój pobyt w Moskwie, bo się bał, że nad jego tekstami
zaciąży polityka. Kiedyś go zapytałem: „A może byś chciał zrobić wywiad z
Gorbaczowem? To się da załatwić”. Odpowiedział: „Nie wiem, czy
Gorbaczow by się zgodził. Rozmawiałbym z nim o miłości”. W ogóle nie
spotykał się z politykami. W kolejnych republikach szukał lokalnych elit
– pisarzy, dziennikarzy, ludzi z uniwersytetów. Jednak w Mińsku spotkał
się z Zianonem Paźniakiem z Białoruskiego Frontu Narodowego, a w
Kijowie z Wiaczesławem Czernowiłem, przywódcą demokratycznej ukraińskiej
partii Ruch.


Nie mógł w szczegółach planować podróży, bo nigdy nie było wiadomo,
gdzie znajdziemy kogoś życzliwego. Uprzedzał tylko, w jaki wybiera się
region. Jak jechał do Azerbejdżanu – to od razu do Armenii i do Gruzji.
Jak na Łotwę – to i do innych republik bałtyckich. Zakładał sweter,
marynarkę, jakąś jesionkę i ruszał. Wracał skonany, zmarznięty. Nawet w
Moskwie gorzej nam się wtedy żyło, chociaż kupowaliśmy w specjalnych
sklepach, a co dopiero na prowincji. Tam łatwo było tylko o wódkę –
Ryszard prawie nie pił. Ale świetnie znosił te podróże, a miał już
prawie sześćdziesiątkę.


Na Kołymie kupił sobie waciak z białym napisem „ZK” na plecach. „ZK” –
czyli „zakliuczionnyj”, po jakimś starym zeku. Coś cudnego. Nie używał
magnetofonu, powtarzał, że najważniejsze się zapamiętuje. Notował tylko
punkty, hasła na setkach karteluszków. Za to czytał kilogramy książek i
radzieckie „tołstyje żurnały”. Wstawał o szóstej, uczył się rosyjskich
słówek.
Rano przy kawie moja żona Blanka słuchała jego opowieści. Jak trzy dni
koczował na lotnisku w Omsku – żywił się waflami cytrynowymi, bo niczego
innego nie było. W Workucie mieszkał u gospodarza, z którym przez
dziesięć dni zamienił tylko parę słów. Bo to był górnik, pracował na
nocną zmianę. Przychodził rano i walił się w ubraniu spać. Wieczorem,
kiedy Ryszard wracał z miasta, gospodarz wstawał i w tych samych
ciuchach wychodził na kolejną szychtę.


Żona zapraszała czasem koleżanki, żeby też mogły posłuchać. Kiedyś
wyjechaliśmy i Ryszard został sam w mieszkaniu. Miał pod opieką psa
Gustawa. Nagle dzwoni do naszej wspólnej koleżanki: „Gustaw nie chce
mnie wypuścić. O co mu chodzi? Co mam zrobić?”. Basia na to: „Weź go na
siusiu albo daj mu coś z lodówki”. Ryszard oddał mu więc wszystkie
kabanosy i zameldował Basi: „Gustaw śpi. Problem rozwiązany”.

Wysłuchała Lidia Ostałowska, „Gazeta Wyborcza”


Wojciech Adamiecki – reporter, w prasie od 1955 roku,
najpierw w „Sztandarze Młodych”, następnie w redakcjach tygodników
„Przegląd Kulturalny”, „Świat” i „Literatura”. W latach 70.
współpracownik opozycji demokratycznej. W latach 80. działacz kultury
podziemnej. Po 1989 roku w „Tygodniku Solidarność”. W latach 1991–1994
radca ambasady polskiej w Waszyngtonie, w latach 1995–1999 ambasador w
Izraelu


Ryszard Frelek – pisarz, były korespondent PAP-u w
Indiach. Od 1962 roku przez 20 lat wykładał na Uniwersytecie
Warszawskim. Do 1978 roku kierował wydziałem zagranicznym KC PZPR (sam
zrezygnował). W latach 1980–1981 ambasador Polski przy ONZ. W 1981 roku
współzałożyciel Instytutu Wschód-Zachód w Nowym Jorku. Obecnie wykłada w
szkole dziennikarskiej

Daniel Passent – jako dziennikarz zaczynał w
„Sztandarze Młodych” (1956–1958), potem przeszedł do „Polityki”, z którą
związany jest do dziś. W latach 1997–2001 był ambasadorem RP w Chile.
Publicysta, autor książek, tłumacz, satyryk

Maciej Wierzyński – od 1961 roku pracował w
„Przeglądzie Kulturalnym”, w latach 1963–1965 w „Polityce”, 1965–1980 w
„Kulturze”, potem w redakcji sportowej TVP i w „Studiu 2” jako zastępca
Mariusza Waltera. Po 13 grudnia 1981 roku nie pracował. W 1984 roku
wyjechał do Ameryki – m.in. był w Radiu Wolna Europa, w polskiej sekcji
Głosu Ameryki. W latach 2000–2005 naczelny „Nowego Dziennika”. Od
powrotu do Polski w 2005 roku pracuje w TVN-ie

Ewa Juńczyk-Ziomecka – po studiach pracowała w
„Sztandarze Młodych”, „Panoramie”, publikowała w „Kulturze” i „Tygodniku
Powszechnym”. W stanie wojennym miała zakaz wykonywania zawodu, w 1982
roku wyjechała do USA. Była tam m.in. redaktor naczelną „Dziennika
Polskiego” w Detroit. Wróciła do Polski w 1993 roku, pracowała m.in. w
„Twoim Stylu”, w Muzeum Historii Żydów Polskich. Obecnie podsekretarz
stanu w Kancelarii Prezydenta RP

Sławomir Popowski – dziennikarz, publicysta, zajmuje
się sprawami wschodnimi. Był wieloletnim korespondentem w Moskwie – w
latach 1985–1990 w redakcji PAP-u, a w latach 1991–1995 i 2000–2003
„Rzeczpospolitej”