„Ocalony na tratwie”, Reportaż z tomu „Busz po polsku”

Autor: Ryszard Kapuściński
źródło: Busz po polsku
data publikacji: 1962-01-02

Flisak nie histeryzuje, nie odczuwa chandry, nie miota się, nie rozgorycza

– Ale meta – wołał asystent – bajka nie meta. – I zobaczysz Zeusa, dziwny bóg – dodał drugi asystent.

Reportaż o bogu! To mnie wzięło.

Jak mają grosz, gnają do tej mety co sobotę. Pielgrzymki zaczęli już w maju. Trochę za chłodno, ale nic: chłodno, za to pusto! Zajęcia kończą na uniwerku w południe, łapią za teczki, w tramwaj, na dworzec i już siedzą w pociągu. Linia na Działdowo, przesiadka na Brodnicę. Miejscami szosa biegnie obok toru. Szosą turlają się auta, motocykle, skutery. Ci dwaj przypatrują się temu, pewnie, że im nijako. Uczą dziejów literatury, zawód uczciwy, ale kokosów z tego nie ma.

Wagon kołysze, czytają książki.

Od stacji Tama Brodzka, piechotą przez las, idą do Stanicy Wodnej. Gniazdo domków rozsiadłe na płaskim stoku wzgórza nazywa się Bachotek. Asystenci prostują ramiona, czynią przysiady, wreszcie nieruchomieją. – Dzwoni? – pyta jeden. Nasłuchują. – Dzwoni! – szepcze drugi. – Co dzwoni? – pytam. (Widzę, że się wygłupiłem). Są oburzeni: – Cisza, człowieku, cisza dzwoni!

Biorą się do jedzenia. W gospodzie można dostać obiad. Gardzą tym. Z celebracją rozkładają kocher, gotują zupę ogonową w proszku. Woda kipi, zalewa ogień, parzy im ręce. Jedną łyżką jedzą na zmianę. Głodni – wmawiają sobie, że nigdy nie byli tak syci.

Już kajakiem suną po jeziorze. Ledwo ich dopędzam. Dostrzegają łabędzia. Wybucha spór, czy łabędź lata wysoko, czy nie. Jasne, że lata! Mieszczuchu, błądzisz! Kłócą się, szukają dowodów w literaturze. Kto mógł o tym pisać? Żeromski, Konopnicka? Daj spokój z Konopnicką, to nie jest wielka poezja! Przerażone ptactwo zrywa się z wody, zapada w szuwarach. Zawierają kompromis: dobrze, sprawdzą w encyklopedii.

Daleko brodzi czapla. Młócą wiosłami, pędzą w tamtą stronę. Zaraz zobaczą ją z bliska. Ale ptak słyszy hałas, unosi się w powietrze, odlatuje. Zawiedzeni wyrzucają sobie: za wolno ciągnęliśmy. Na usprawiedliwienie jeden drugiemu pokazuje dłonie – są całe w pęcherzach.

Odkładają wiosła. – Będzie nas dryfować – mówi jeden. – Skądże, tu nie ma prądu – protestuje drugi. Kajak przesuwa się kilka metrów. Patrzą na zegarki, obliczają szybkość, z jaką unosi ich fala.

Hen, na tle lasu, porusza się przy brzegu jakaś sylwetka. – On! – wykrzykuje asystent. Wysilają wzrok (ucone, a ocy mają – powie potem ocalony). – Nie, to chyba nie on – powątpiewa kolega. – Jakże nie, tu nie ma poza nim innych ludzi – upiera się pierwszy. – Ale pamiętasz, tamten się natężał, a ten się wcale nie natęża, ten spaceruje – dowodzi przeciwnik. Dyskusja się przeciąga, dręczy ich niepewność. Podjadą bliżej, wtedy się wyjaśni.

Płyną, sylwetka rośnie, nabiera wyraźnych kształtów. W moich przyjaciół wstępuje duch zwycięstwa. Oczywiście, że on. Zapierając się drągiem w dno, samotny flisak wiedzie jeziorem tratwę.

– Dzień dobry, panie Jagielski! – mówią.

Flisak patrzy na nas, oczka mu błyskają prześmiesznie.

– A dzień dobry – odpowiada.

– Można się przysiąść? Nie będzie za ciężko?

– Ta co ciężko. Co to waży.

To (chodzi o naszą trójkę) nie waży więcej jak dwieście kilo. Balansujemy więc bez skrupułów po pniach w stronę Jagielskiego. Asystenci obmacują rękę flisaka. (Niesłychane – mówi mi potem jeden – myślałem, że to będzie dłoń ciężka, gruzłowata, twarda jak zelówka. A on ma skórę miękką, delikatną, powiedziałbym, że on ma skórkę!).

Józef Jagielski przygląda się nam, my – jemu. Chłopina z niego drobny, o cienkiej kości i pchlich muskułach. Szczupła twarz, z rzadkim wyblakłym zarostem, utajona w cieniu rozległego daszka. Wygląda na lat trzydzieści parę, a ma ich 25. Jest już po wojsku, ale jeszcze nie bierze żony (co ta się pośpieszać, panowie). Wojsko ma w jego życiu znaczenie, bo wtedy jechał koleją. Niedaleko jechał, a jednak. Teraz już nie ma sposobności.

– A był pan w mieście? – pyta asystent.

– Toć pewnie, panowie, że byłem. W Brodnicy byłem, w Jabłowie byłem i w Toruniu też byłem.

– A nad morzem pan był?

– E, nie. Nad morzem? To za daleko…

Rozglądam się po tratwie. Jest olbrzymia. Sosnowe pnie, wyschnięte, zbite po dwanaście – tworzą jeden człon. Drutem doczepiony jest człon drugi i następne. Razem ponad dwadzieścia. Tratwa długa, płot ciągnący się na 200 metrów. Montują go w lasach i stamtąd jeziorami i kanałami spławiają do Drwęcy. Drzewo płynie do tartaku. Płynie jakieś 120 kilometrów i tratwę holuje kolejno kilku flisaków. Jagielski jest jednym z nich, ma swój odcinek. Przeciągnie ładunek przez jezioro i robota skończona. Jedna więc tratwa daje zarobek paru ludziom. Ten łączny zysk podsumowany globalnie jest przedmiotem pragnień Jagielskiego.

– A o czym pan sobie marzy? – sonduje asystent.

– O, tam – wykręca się flisak.

– No, śmiało – przypiera asystent.

– Żeby tak mieć całą gotówkę, co jest przez miesiąc z tych tratw dla wszystkich.

– To znaczy ile?

– Strach, panowie, powiedzieć.

– No nie bójcie się.

Jagielski prostuje się, zdejmuje czapkę.

– Byłoby ze trzech tysiączków. A może nawet i ze czterech.

Bierze się zaciekle do roboty, żeby nie folgować sobie w tym idealizmie za bardzo. Zarabia miesięcznie 800-900 złotych. Stawka jest taka: za metr sześcienny drzewa przewieziony na odległość jednego kilometra dostaje 22 grosze. Jednego giewonta. Niby to robotnik, a pracuje jak chłop w polu. Mieszka na wsi, u brata, jemu oddaje pensję za jedzenie i kąt w izbie. Wstaje z kurami, zje zalewajki, weźmie w butelkę herbaty i rowerem jedzie do miejsca, gdzie czeka tratwa. Zetnie chojaka, okoruje go, wygładzi – ma drąg, narzędzie pracy.

Staje na tratwie.

– Reszta to już, panowie, łaska boska.

Ma wiatr przeciwny – nie ujdzie ani metra.

Wiatr z lewa – tratwę spycha do brzegu, zaczepia ją o szuwary.

Wiatr z prawa – tratwę ściąga na środek jeziora, głębina, nie może się odepchnąć drągiem, czeka na zbawienie.

Nie ma wiatru – cały wysiłek poruszania tej masy drzewa spoczywa na jego ramionach.

Mozół straszny.

Dobre wiatry nawiedzają go rzadko, najczęściej wiatr to przeciwnik. Ile przepłynie do wieczora? Jak dobrze pójdzie – sześć kilometrów (trafiało się i osiem – mówi z dumą). Musi płynąć oportunistycznie, dość daleko od brzegu, aby nie zahaczać, i dość blisko, żeby mieć grunt.

Asystentów zachwyca to, że Jagielski też czasem nie ma gruntu. Oni nie mają gruntu od dawna. W świecie nastąpił kryzys wartości, mówią, kompromitacja tradycyjnych instytucji, moralność straciła sens, uznane prawdy zakwestionowano. Nie mają zaufania nawet do faktów, których uczą. Czy w tamtych wiekach też nie fałszowano tekstów? Człowiek działa pod terrorem okoliczności, jak tratwa zachowująca się zależnie od kierunku wiatru. Człowiek stracił grunt. Asystent, balansując niebezpiecznie na pniu, przywołuje świadectwo Pascala. (Odnalazłem tę cytatę: „Człowiek nie wie, jakie miejsce ma zająć; wyraźnie jest zbłąkany i strącony ze swego prawdziwego miejsca, bez możności odszukania go. Szuka go wszędzie, z niepokojem i bez skutku, w nieprzeniknionych mrokach”). Śledząc Jagielskiego, obserwują zjawisko utraty gruntu występujące nie abstrakcyjnie, ale konkretnie. Flisak penetruje wodę, zagłębia żerdź po rękojeść: nie ma dna. Czekają z napięciem, co uczyni. Jagielski odkłada drąg. Siada, wyciąga nogi. – Trzeba czekać – ogłasza.

To zdanie uznają za genialne. Filozof – mówi jeden. – Prawdziwy filozof – potwierdza drugi. – Nie histeryzuje, nie odczuwa chandry, nie miota się, nie rozgorycza. Choć każda przeciwność natury obniża zarobek, flisak zachowuje spokój. Czekać – a grunt podejdzie. Grunt ucieka, a potem jest. Grunt musi być!

Czy lubi swoją pracę? Pewnie, że tak. W tartaku był kiedyś, ale odszedł. Za dużo kierowników. A tu Jagielski sam sobie kierownikiem. Może płynąć dniem albo nocą – jak sobie ułoży. W dzień dobrze i nocą przyjemnie. („Jak ciemno, to cichuńko tak, że aż człowieka gdzieś ściska”). Żeby nie było tylko złej pogody. Wtedy się namęczy, naszarpie, aż mu w oczach ciemnieje. Nieraz to się zwali na te pnie, wodą podbiegłe, i już mu wszystko jedno. Wtedy to nie ma różnicy – wspomina. Ostatniego sylwestra tak naparł na drąg, że stracił równowagę i wpadł do wody. Wygrzebał się z lodowatej czeluści i ociekając wodą, poszedł w mroźną noc do domu: dziesięć kilometrów. („Takiem przyjął nowy rok: w rozmiękłych majtkach”).

Więc nie był na zabawie! – wnioskują asystenci. Zabawy, rozrywki. Stawiają pytanie, czy flisak styka się z kulturą? Otóż – nie. W teatrze nie był nigdy, w kinie rok temu, telewizji nie widział, radia nie słucha, książki nie zdarzało się przeczytać, gazet też nie ogląda. I z ludźmi mało gada.

Więc wielki świat do Jagielskiego żadną drogą nie dociera. Żadną wieścią. Ani nadzieją, ani niepokojem. Sensacją ni nudą. Nigdy niczym. Flisak nie wie o trzęsieniach ziemi, o rewoltach pałacowych, o losie U-2, o fiasku konferencji paryskiej, o rzymskiej olimpiadzie. Nawet się nie dziwi, słuchając informacji asystentów.

– Ta, panowie, wszystko może być.

Nie pyta o szczegóły, nie prosi o jeszcze. Bierze się do drąga, bo złapał grunt.

Zachwyt asystentów: widzisz, nie dał się wciągnąć! Nasz świat to dla niego mielizna, którą omija. Nieświadomie omija, ale skutecznie. Może instynkt podszeptuje mu, że jak się ugrzęźnie na tym piachu, nie można się z niego już wydostać. Fatalne jest, że człowiek coraz to osiada na jakiejś mieliźnie. Domu, pracy, przyzwyczajeń. Jałowy, drętwy punkt. I nie ma wiatrów, żeby go zepchnęły na ostry nurt. Albo przychodzi taki wiatr, a on się kładzie plackiem: boi się, żeby go nie pchnął. A patrz, Jagielski – czeka wiatrów i prądów. Żyje z nimi i żyje z nich.

Nie dał się wciągnąć! – powtarzają zazdrośnie. – Jest niezależny. Zdaniem tych egzaltantów olimpijskość nie musi być okazała. Te czasy nie znoszą fasadowości. Przesadzają, upatrują pierwiastka boskiego (a więc czegoś, co jest niedostępne ludziom) – w niezależności. Ten flisak jest niezależny. Nazywają go tedy Zeusem. Że ma parcianą koszulę i dziurawe gumiaki? Nic to! Kłaniają mu się nisko, obmacują mu rękę, powtarzają jego odezwania jak aforyzmy.

– Panie Jagielski, a będzie pogoda? – pytają. Flisak rozgląda się po niebie (czyta niebo – mówią) i odpychając z uporem drąg, aż mu się wybałusza w napięty łuk, powiada:

– Chmurzysków to jest, ale może se pójdą.

– Optymista! – podziwiają asystenci.

Reportaż pochodzi z tomu „Busz po polsku”(pierwsze wyd. 1962).

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*