Oblicza Mediów w TVP , spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

„Oblicza mediów” na żywo z Ryszardem Kapuścińskim w TVP1 26.11.2003 r.

Piotr Kraśko: Niestety o niewielu spośród polskich dziennikarzy, wszyscy, bez najmniejszego wahania powiedzą – autorytet. Na pewno jest jeden.

Niektórzy mówią o nim – żyjąca legenda polskiego i światowego reportażu. Gdy podróżuje nie pisze, gdy pisze odcina się od świata. Cyzeluje tekst. Nad trzema zdaniami potrafi siedzieć cały dzień. Nie używa komputera ani internetu. Najpierw pracował jako dziennikarz w „Sztandarze Młodych”. Wtedy literacko zadebiutował zbiorem reportaży „Busz po polsku”. To jedyny w jego dorobku cykl o tematyce krajowej. Potem przez długie lata pracował jako korespondent redakcji zagranicznej PAP w Azji, w Afryce, w Ameryce Płd. Był świadkiem prawie 30 rewolucji. Wiele razy otarł się o śmierć. Ale to także najczęściej tłumaczony polski pisarz. Jego książki przełożono na 25 języków. Stał się literackim odkrywcą krajów Trzeciego Świata.

O sobie, o mediach, o dziennikarstwie właściwie nie wypowiadał się dotąd w żadnej swojej książce. Ale ostatnio powstało dzieło niezwykłe. „Autoportret reportera” – mozaika z fragmentów wywiadów jakich udzielił mediom polskim i zagranicznym.

Piotr Kraśko: Muszę powiedzieć, że jestem prawie przerażony, bo muszę zadać pierwsze pytanie człowiekowi, który jest mistrzem pierwszego zdania. Jak położę to pierwsze pytanie, to koniec. Pierwsze zdanie z książki „Cesarz”: „To był piesek rasy japońskiej, nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łożu cesarskim.” Jak to było z tym zdaniem?

Ryszard Kapuściński: Był to początek lat 70-tych, w Etiopii była rewolucja. Został obalony cesarz, wojsko objęło władzę. Pojechałem tam wtedy, aby pisać o tej rewolucji, o zamachu stanu. Wróciłem do Warszawy. W tygodniku „Kultura” czekano na moje reportaże. Zacząłem pisać reportaże z tych wydarzeń etiopskich i w pewnym momencie sobie uświadomiłem, że czołgi na ulicach, rewizje, strzelanie, że ja już tyle razy o tym pisałem, iż więcej nie mogę już pisać w ten sam sposób. Muszę znaleźć inną formę pisania. Nie mogłem tego znaleźć tygodniami.

Wreszcie zamknąłem się w mieszkaniu, redaktor naczelny przysyłał do mnie depesze, co się ze mną dzieje, dlaczego nie ma materiału. Ale ja wiedziałem jedno, że nie potrafię już tak pisać jak pisałem dotąd, a z drugiej strony, nie jestem w stanie napisać tego inaczej. I w końcu, w rozpaczy zupełnej przeglądam książki, notatki. W pewnym momencie zobaczyłem zdjęcie, które mi przypomniało cesarza. Miał on małego pieska, z którym często go fotografowano na tronie. I myślę sobie: może od tego zacznę, od tego pieska. I tak zacząłem pisać to pierwsze zdanie.

Do dziś je pamiętam, bo jak je napisałem, to już wiedziałem, że mam książkę. Pierwsze zdanie otwiera książkę i dlatego jest takie ważne. Gombrowicz w swoich „Dziennikach” pisze o tej makabrze, o tej makabrycznej mgławicy początku. Gdy ma się pierwsze zdanie, to już się wie, że to zdanie pociągnie następne i następne. I powoli zacznie się ta narracja tworzyć.

Piotr Kraśko: Jak Pan może zapamiętać szczegóły skoro nie robi Pan prawie w ogóle notatek; kiedy rozmawia z ludźmi nie włącza mikrofonu?

Ryszard Kapuściński: Moja praktyka jest taka, że jak się ustawi np. mikrofon, to nasz rozmówca, jeśli nie ma doświadczenia, zaczyna mówić inaczej. Natychmiast się usztywnia, traci swój naturalny język, zaczyna mówić oficjalnie. Tak samo jest z robieniem fotografii. Słucha się też inaczej, gdy się nagrywa. W normalnej rozmowie większość tego, co mówimy służy tylko podtrzymaniu rozmowy. Reporter powinien uczyć się słuchać. Gdy nasz rozmówca widzi, że my go słuchamy, to stara się lepiej mówić, więcej nam powiedzieć. Przy słuchaniu dokonujemy pewnej selekcji. W każdej rozmowie pada jedno ważne zdanie, jedna ważna opowieść. Musimy umieć to wyselekcjonować, bo to jest esencja rozmowy. Drugi człowiek poprzez to, co on nam mówi, pokazuje nam samego siebie. Przejęcie na siebie drugiego człowieka jest ważnym aktem psychologicznym, humanistycznym i również reporterskim.

Wojciech Jagielski: Ryszard Kapuściński jest dziennikarzem i pisarzem. Myślę, że ten dziennikarz w nim tkwi, jak jakieś przekleństwo, jakaś cecha charakteru, której człowiek się za cholerę nie pozbędzie. On jest dziennikarzem, który uprawia literaturę.

Mariusz Szczygieł: W reportażu najważniejszy jest szczegół. U Kapuścińskiego te szczegóły zawsze urastały do rangi wielkich metafor. Kiedy Kapuściński opisuje swoją w 50-tych latach podróż z Chin do Warszawy przez granicę chińsko-radziecką pokazuje celnika, który bada worki z kaszą każdego podróżnego. Te worki podróżni wysypują na stół i celnik radziecki każde ziarenko kaszy bada w palcach. I to jest dla mnie metafora państwa wszechwładnego, państwa, które nie przepuści żadnemu nawet ziarenku kaszy.

Wojciech Jagielski: Pan Kapuściński jest, może to zabrzmi górnolotnie, jedynym powodem, dla którego zostałem dziennikarzem. Uznałem, że jeżeli mam być dziennikarzem, to tylko takie dziennikarstwo się liczy.

Mariusz Szczygieł: Ryszard Kapuściński mnie tak prywatnie wielokrotnie wprawił w zażenowanie. Kiedy spotykaliśmy się w redakcji albo w jego domu, to zawsze tak ze mną rozmawiał, że ja nie zdążyłem o nic zapytać, a to on pytał. Ja po pół godzinie orientowałem się, że on wypytał mnie o wszystkie moje sprawy rodzinne, a ja nie zauważyłem kiedy. Myślę, że jest to jego metoda dziennikarska, metoda na reportaż. On jest jednym wielkim uchem, bardzo umie słuchać i jest to najbardziej empatyczny człowiek jakiego znam na świecie.

Myślę, że ta książka „Autoportret reportera” jest biblią dziennikarza, człowieka dzisiejszych mediów. Kapuściński to wszystko, co my w swoim zblazowaniu zawodowym uważamy za oczywiste, za mało ważne, przypomina nam, czasami z naiwnością dziecka. Mówi o czym nie wolno nam zapomnieć. A nie wolno nam zapomnieć o tym, że przedstawianie i opisywanie świata to jest próba zrozumienia świata dla czytelnika. Dzisiejsze dziennikarstwo oparte na szoku, na sensacji, na błysku, na jakiś migawkach nie jest przecież żadną próbą rozumienia rzeczywistości.

Piotr Kraśko: Napisał Pan: „To nie jest zawód dla cyników. Do tego, żeby go uprawiać, trzeba być przede wszystkim dobrym człowiekiem.” Ale wielu młodych ludzi, kiedy przychodzą do pracy w mediach słyszą: pamiętaj zła wiadomość to jest dobra wiadomość, bądź pierwszy i pokaż twarz matki, która płacze, bo zabito jej dziecko. Jest to właściwie szkoła cynizmu.

Ryszard Kapuściński: Myślę, że nie. Jest rzeczą bardzo ważną w naszym zawodzie to, że jest to bardzo specjalny zawód. Zawiera w sobie coś więcej ponad czysto techniczne wykonywanie pracy, coś więcej ponad proste zarabianie pieniędzy. W tym zawodzie traktowanym serio jest zawsze jakiś element społecznej troski; żeby coś pomóc. Jesteśmy my i jeszcze są inni.

Piotr Kraśko: Ale coraz częściej dziennikarze zadają sobie pytanie, czy to my pierwsi dotarliśmy do tej informacji, czy to my pierwsi ją podamy. A nie czy po tej informacji świat będzie lepszy.

Ryszard Kapuściński: Mnie to też zawsze fascynowało, żeby być pierwszym. Udawało mi się to czasami. I to jest nasza zawodowa pasja. Informować znaczy pozwalać się ludziom dowiedzieć o czymś. Jedno nie wyklucza drugiego. Jest to bardzo trudny zawód. jeżeli ktoś chce poświęcić swoje życie zawodowe, to w takim przekonaniu, że ma tutaj do spełnienia jakąś rolę, jakąś misję; żeby uczynić świat o tę odrobinę nieco lepszym.

Piotr Kraśko: Napisał pan: „Jest to zawód wyniszczający, wielu ludzi uprawia go tylko przez pewien okres życia, bo nie wytrzymują.” Jak to się stało, że Pan wytrzymał, będąc świadkiem okropieństw tego świata, 27 rewolucji, ocierając się o śmierć tyle razy?

Ryszard Kapuściński: Jest to jakaś cecha charakterologiczna polegająca na ciekawości świata; mnie to rzeczywiście interesuje, fascynuje. Ciekawi mnie to, jak ten świat będzie się rozwijał. I myślę, że jest to kryterium uprawiania tego zawodu. Jeżeli owa naturalna ciekawość zacznie stygnąć, zacznie gasnąć, to właściwie jest koniec uprawiania tego zawodu. Bo tego zawodu nie można robić inaczej, jeśli człowieka coś w nim nie interesuje. To jest zawód, który wymaga pasji i ciekawości. Jeżeli ta ciekawość przestanie nami poruszać, to jest pora, żeby się pożegnać z zawodem.

Piotr Kraśko: Młodzi ludzie, jeśli chcą pracować w telewizji muszą mieć kartę ekranową. Żeby ją mieć muszą zdać egzamin. Jedno z pytań, które tam pada brzmi: „Czy dziennikarz ma prawo przedstawiać własne zdanie w dyskusji o np. zmianie prawa o ruchu drogowym?” 90 proc. odpowiada, że nie ma prawa. Mają rację czy nie?

Ryszard Kapuściński: Nie mają racji. Naszym obowiązkiem jest referować opinie innych, ale bardzo ważną rzeczą jest posiadać własne zdanie o tym, o czym piszemy. Posiadać własne zdanie to posiadać własny charakter, własną tożsamość. Nasze zdanie jest wyrazem tego, że jesteśmy inni, że jesteśmy niepowtarzalni. I ważne jest zaznaczanie tego. Zadaniem dziennikarza jest owszem informować obiektywnie, bezstronnie, ale równocześnie wyrażać swój pogląd na dany temat, który też powinien być poglądem ważnym.

Dlatego w naszym zawodzie niesłychanie ważne jest samokształcenie. Jest to zawód, w którym uczymy się do samego końca. Jeżeli słuchacz, telewidz zorientuje się, że dziennikarz nie ma własnego zdania, nie ma nic od siebie do powiedzenia, to przestanie go słuchać, oglądać.

Piotr Kraśko: „W „Imperium” włożyłem tylko 10 proc. tego, co wiem o tamtej rzeczywistości.” Czy to są dobre proporcje? I rada dla dziennikarzy: mówcie ze skromnością mało co wiecie?

Ryszard Kapuściński: Nagromadzenie ogromnej wiedzy o danym przedmiocie jest podstawą w ogóle pisania. Jeżeli chcemy coś powiedzieć od siebie, coś świeżego, coś nowego, to musimy wiedzieć, co już na ten temat zostało powiedziane. Bo inaczej oczytany czytelnik powie, że to już wszystko było napisane, pokazane, powiedziane. Taki dziennikarz przestanie być zauważany przez odbiorców. Dlatego istotne, abyśmy pracowali nad tym, żeby mieć poczucie, że mówimy coś takiego, co może być przydatne dla naszego odbiorcy.

Piotr Kraśko: To dlatego powiedział Pan kiedyś, że musi przeczytać kilkaset stron, by napisać jedną potem.

Ryszard Kapuściński: Kiedyś napisałem książeczkę o Azji Środkowej „Kirgiz schodzi z konia”. Jest ona nieduża, ma 110-120 stron. Do tego by ją napisać przeczytałem 14 tys. stron książek naukowych, historycznych, geograficznych, o kulturach. Współczesny odbiorca jest tak zarzucany informacjami, że potrzebuje rzeczy lapidarnej, sentencjonalnej; coś, co pozwoli szybko poznać mu głębię, istotę danego zagadnienia.

Piotr Kraśko: Cytował pan Kazimierz Dziewanowskiego, który powiedział, że zawód reportera to los wygrany na loterii. Ma Pan wrażenie wygrania losu na loterii będąc reporterem przez tyle lat?

Ryszard Kapuściński: Bardzo. Ja pamiętam jak żył jeszcze jeden z naszych mistrzów – Marian Brandys. Pamiętam jedno z naszych ostatnich spotkań. Byliśmy tam z Hanią Krall i Kazikiem Dziewanowskim u niego. Pamiętam, jak siedzi on w swoim mieszkaniu i mówi: „Wiecie co, ten nasz zawód jest taki wspaniały.” I jest to prawda, co wtedy nam ten człowiek powiedział.

Jest to zawód, który pozwala żyć wśród ludzi, pozwala fascynować się ludźmi i pozwala z przypadkowymi ludźmi stworzyć momentalnie jakąś rodzinę, kolektyw. My podpisujemy dany tekst własnym nazwiskiem, ale w gruncie rzeczy każdy nasz tekst to jest dzieło kolektywne, zbiorowe. Na każdy nasz tekst składają się głosy, opinie różnych ludzi. My to zbieramy, syntetyzujemy, dokonujemy wyborów, ale to oni wszyscy pracują na nasz tekst.

Piotr Kraśko: Było zaszczytem gościć Pana w naszym programie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*