O naturze imperiów

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
źródło: Rzeczpospolita
data publikacji: 1996-01-20

Zamysł był ryzykowny i zuchwały. Oto Kazimierz Dziewanowski, reporter z Polski, a więc — jakby powiedział Chamberlain — z „kraju dalekiego, o którym mało wiemy”, wcale nie utytułowany profesor z Oxfordu, wcale nie kawaler Orderu Brytyjskiego Imperium ani członek szacownej Royal Historical Society postanawia napisać dzieje największego imperium czasów nowożytnych: imperium brytyjskiego. Od razu pojawiają się co najmniej dwie trudności.

Pierwsza — psychologiczna: historycy brytyjscy zdają się rezerwować dla siebie, kiedy mowa o ich imperium — na szczęście niepisane! –prawo do wyłączności. Oni badają dokumenty, oni je interpretują i toczą na ich temat spory w swoim gronie. Klub typowo brytyjski: ekskluzywny, progi do niego wysokie.

Druga trudność jest poważniejszej natury: to ogrom literatury przedmiotu. Historia imperium brytyjskiego, obejmuje w gruncie rzeczy kilka wieków historii nowożytnego świata! Nie można dotknąć żadnego z wielkich tematów tej historii, omijając dzieje imperium. Rozciągnęło się ono na wszystkie kontynenty, wzięło udział we wszystkich ważniejszych wojnach, dało początek największemu współczesnemu mocarstwu, stało u narodzin tak niezwykłych, a rozrzuconych po naszej planecie miast, jak Hongkong, Aden, Lagos i Vancouver, oplotło glob siecią morskich, telegraficznych, a później i lotniczych linii, dało ludzkości język, który staje się coraz bardziej językiem świata — angielski. Całe biblioteki napisano na ten temat. Napisano i pisze się nadal. Oto w połowie 1995 roku wydano w Anglii nowe, obszerne dzieło „The Rise and Fall of the British Empire” Lawrence’aJamesa, w którym autor stara się zbudować nową syntezę dziejów imperium (poprzednią tego rodzaju próbę na gruncie brytyjskim podjął w 1974 roku historyk oksfordzki John Bowle wdziele „The Imperial Achievement”) .

Decydując się więc napisać rzecz o narodzinach imperium, Kazimierz Dziewanowski stawał przed poważnym wyzwaniem. Jego „Brzemię białego człowieka” jest na to wyzwanie odpowiedzią znakomitą. Często, w czasie wieczorów autorskich, czytelnicy zadają pytanie: „Jak długo pisał pan swoją książkę? ” Czasem pada odpowiedź np. „trzy miesiące” albo „pół roku”. Nie jest to jednak odpowiedź ścisła. W rzeczywistości bowiem książki powstają dwukrotnie, w dwóch etapach. W pierwszym, który jest zamysłem i przygotowaniem, i w drugim, który jest pisaniem i redakcją. Ten drugi jest bez pierwszego niemożliwy, dlatego można by metaforycznie powiedzieć, że każda książka jest pisana dwa razy.

Nie inaczej musiało być z „Brzemieniem białego człowieka”. Kiedy w końcu lat 70. Dziewanowski siada do pisania swojego dzieła, jest już doświadczonym reporterem o pokaźnym dorobku książkowym. Ma już na swoim koncie cieszące się uznaniem czytelników i krytyki takie tomy, jak „Mahomet i pułkownicy”, „Skorpion w namiocie biurowym”, „Mój kolega czarownik”, „Księga zdziwień”, „Archanioły i szakale”, „Złoto piasków” –żeby wymienić tylko kilka tytułów.

Książki te miały wielkie wzięcie wśród czytelników nie tylko ze względu na ich wysoki poziom, na talent autora, na jego zmysł obserwacji i powagę refleksji. Nie bez znaczenia było bowiem i to, że nasza wiedza o świecie była w tamtych dalekich już latach 60. i 70. bardzo ograniczona, ograniczony był również do tego świata dostęp.

O naturze imperiów

I nie tylko chodziło tu o cenzurę. Brakowało gazet, książek, albumów. A przede wszystkim, telewizja, która dziś najlepiej pozwala nam oglądać naszą planetę nie wychodząc z domu, nie była jeszcze medium masowym. Tymczasem świat był pełen wydarzeń i zawsze istniało dosyć ludzi, którzy chcieli wiedzieć, co się na naszym globie dzieje. Stąd głód książki reporterskiej, a ponieważ Dziewanowski należał od lat do ścisłej czołówki polskiego reportażu zagranicznego, jego relacje z różnych krajów i kontynentów, były przez czytelników natychmiast pochłaniane.

Celowo wymieniłem przed chwilą te właśnie, a nie inne tytuły książek Dziewanowskiego. Celowo, ponieważ ich treść jak gdyby przygotowuje nas, zapowiada „Brzemię białego człowieka”. Przedmiotem tych reportaży jest jeden z głównych tematów ówczesnego świata: rozpad, zmierzch, koniec brytyjskiego imperium. Istnienie imperium, każdego imperium, zależne jest od — jak stwierdził to niedawno rosyjski pisarz Włodzimierz Wojnowicz — od działania pewnego żelaznego prawa: prawa permanentnej ekspansji. Imperium istnieje, dopóki się powiększa, jeżeli przestaje rosnąć — ginie. Imperium przypomina rower: dopóki jedzie — jedzie, kiedy stanie — upada.

Byliśmy niedawno świadkami działania tego prawa w państwie położonym na wschód od Polski. Wówczas, po drugiej wojnie światowej, prawo to dotknęło Wielką Brytanię i podległe jej terytoria.

Pisanie latami o końcu imperium, o jego stopniowym znikaniu z powierzchni ziemi, musiało reportera tej klasy, co Dziewanowski, naprowadzić na pytanie: no dobrze, tak wygląda koniec, ale jak wyglądał początek? Jak się to zaczęło? Od kiedy? Odkogo? Jaką ten początek miał formę? Stopniowej ewolucji? Nagłego wybuchu? Pokojowej ekspansji? Krwawego podboju? Był dziełem samotnych herosów i awanturników, czy przemyślanej polityki silnego państwa? Pytania, dziesiątki pytań.

„Brzemię białego człowieka” jest na te pytania fascynującą odpowiedzią. Fascynującą, bo dyskurs, choć rzetelny i oparty na najwyższych autorytetach historycznych, nie jest akademickim nudziarstwem, lecz żywą, wartką opowieścią, „opowieścią reporterską” — jak określa ten gatunek sam autor. I rzeczywiście, książka zaczyna się od sceny w pociągu: reporter jedzie koleją przez Sudan: „. .. pociąg z Chartumu wlókł się, jakby w tym upale brakowało mu tchu”.

Dalej oglądamy kolorowy i dramatyczny teatr, na którego scenie coraz to pojawiają się najbardziej niezwykłe postacie: żeglarzy, podróżników, wojskowych i kupców, którzy wszyscy, tak czy inaczej, przyczynili się do powstania imperium brytyjskiego. Ponieważ było to największe w dziejach imperium, zbudowane dzięki wykorzystaniu dróg morskich (tzw. seaborn empire) , Dziewanowski wiele uwagi poświęca właśnie sprawom żeglugi i morza. Przy okazji okazuje się, że jest specjalistą wtakiej dziedzinie, jak budowa statków i potrafi wskazać, jaki jest związek między kształtem kadłuba okrętowego a szansą panowania nad światem (w każdym razie w XVI, a może i w XVII wieku) .

Czasem, bohaterami jego opowieści nie są takie olbrzymy morskie, jak Francis Drake czy James Cook, ale raczej kraj, kontynent, cywilizacja. Tak jest wwypadku Indii czy Australii. Ale i tam autor stara się rozpisać role historyczne na konkretne postacie, przybliżając nam i ożywiając dzieje odległe czy wręcz nieznane.

Styl opowieści, którą snuje Dziewanowski, jest bardzo polski. To iście mackiewiczowski styl swobodnej, potoczystej relacji, pełnej dygresji, anegdot, porównań, słowem — obok Pruszyńskiego i Jasienicy — wzór nasz najlepszy. Co najmniej trzy są zalety „Brzemienia białego człowieka” (poza, nie najmniej ważną, że książkę po prostu świetnie się czyta! ), a mianowicie:

po pierwsze — Dziewanowski dał, uwzględniając czas i okoliczności, nową ocenę tak ważnego, dziejowego fenomenu, jak kolonializm. Kolonializm był jednoznacznie osądzany i potępiany nie tylko przez marksistów, ale i przez lewicowych i liberalnych intelektualistów całego świata — wymieńmy choćby Sartre’a, Aime Cesaire’a, Alberta Memmi, a z wcześniejszych — Monteskiusza, Herdera, Bartolomé de las Casas. Dziewanowski przychyla się tu raczej do szkoły Adama Smitha: widzi kolonializm jako zjawisko wielowymiarowe, złożone, pełne sprzeczności, o cechach złych, ale i dobrych. Wymagało śmiałości tak wówczas pisać o kolonializmie; po drugie — „Brzemię” jest pierwszą w piśmiennictwie polskim próbą opisania tak ważnego fenomenu w dziejach współczesnego świata, jakim było powstanie i panowanie imperium brytyjskiego. To zdumiewające — my, Polacy, tyle cierpień zaznaliśmy w niewoli kolonialnej, tyle niedoli spadło na nas z powodu ambicji imperialnych naszych sąsiadów, a nikomu w naszej literaturze nie przyszło do głowy, żeby opisać, czym jest kolonia i czym imperium, pod innymi stopniami szerokości geograficznej!

Po trzecie wreszcie — książka służy temu, co jest tak paląco potrzebne naszemu piśmiennictwu dziś, kiedy stanowimy tylko cząstkę globalnej wioski, a mianowicie — poszerza pole tematyczne naszej literatury. Służy ona nowej tendencji — tendencji globalizacji, uniwersalizacji, stara się ona uświadomić czytelnikowi, że żyjemy w świecie tak rozbudowanej, wszechogarniającej i dynamicznej współzależności, że otwarcie tematyczne naszej literatury na problemy planety, jej na owe problemy uwrażliwienie, czy zwyczajne nimi zainteresowanie, stanowi jeden z wymogów naszego czasu. I nie pytaj, komu bije dzwon, upominał poeta. Bije on tobie. Podobnie — nie pytaj o czym jest ta czy inna książka. Każda z nich jest o tobie, o nas.

Pierwszy tom „Brzemienia białego człowieka”, w pierwotnej, czytelnikowskiej edycji, ukazał się w 1981 roku. Ta data wiele mówi, wiele wyjaśnia. Kilka miesięcy wcześniej spotkałem Kazimierza Dziewanowskiego w Stoczni Gdańskiej, kiedy przyjechał tam z Warszawy do strajkujących robotników. Potem zaangażowani byliśmy w ruchu „Solidarności”. A w grudniu 1981 roku był stan wojenny. Skutki tego wydarzenia odczuliśmy wszyscy. M. in. nam, grupie reporterów zagranicznych, skończył się temat. Straciliśmy pracę, nie mogliśmy wyjeżdżać. A zresztą to, co się stało u nas, w Polsce, było w tej chwili ważniejsze. Każdy próbował w nowej sytuacji znaleźć swoje miejsce, określić swoje powinności.

Pamiętam nasze spotkanie tym czasie, w lokalu miesięcznika „Przegląd Powszechny”, redagowanego wówczas przez mądrego księdza Stanisława Opielę. To właśnie na łamach tego pisma Dziewanowski zaczął drukować swój cykl esejów, rozważań, zamyśleń, które miały wspólny tytuł „Pytania bez odpowiedzi”. Ten tytuł dobrze oddaje sposób, w jaki posuwa się myśl autora. Rozwija się ona powoli, zatrzymuje, układa w znak zapytania, potem rusza znowu, ale zawsze wolna od histerii, od junackiej i apodyktycznej tromtadracji, od nieznośnego „ja wiem lepiej”.

Cykl ten, zebrany wksiążkę „Złom żelazny, śmiech pokoleń” ukazał się później w podziemnej oficynie wydawniczej „Pokolenie”. Mam egzemplarz tej książki z dedykacją i datą: 10 II 1989 (już w dniach „okrągłego stołu”) . I znowu — tak jak data 1981, tak data 1989 są tu niezmiernie ważne, symboliczne. Wspominam o tym, żeby powiedzieć, iż „Brzemię” stanowi punkt zwrotny w pisarstwie Kazimierza Dziewanowskiego. Jest to książka sumująca pewien ważny okres pracy reporterskiej, książka, której napisanie bez lat włóczęgi po świecie, bez lat trudnego, pełnego ryzyka i zwykłej biedy, bez osobistego doświadczenia reportera, byłoby po prostu niemożliwe. Doświadczenie reporterskie wyrobiło bowiem w autorze szczególny rodzaj wrażliwości na świat i na jego sprawy, poczucie proporcji i dystansu albo odwrotnie — żarliwości i zaangażowania, które trudno jest osiągnąć nie wychodząc z gabinetuibiblioteki.

Pięknie i starannie wydane „Brzemię białego człowieka”, zamyka etap reportażu, a stoi u początku etapu eseju. Drwal zakończył już pracę w lesie, zakończył poznawanie i wycinkę lasu, a zaczął u siebie w pracowni obróbkę i szlifowanie surowca. W tym nowym miejscu pracy i zadumy jego zainteresowania idą w różnych kierunkach. Ot, choćby tytuły podrozdziałów w „Złomie żelaznym”, „U schyłku dwudziestego wieku”, następnie „Słoń a sprawa polska” albo „Światła Europy”. Wspólnym mianownikiem jest tu zawsze dążenie do zbudowania szerokiej panoramy, do syntezy. A — jak mówi znakomity

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*