O biografii Ryszarda Kapuścińskiego autorstwa Artura Domosławskiego.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Autor:Elżbieta Binswanger-Stefańska
Źródło:http://alfaomega.webnode.com

„W Kapuścińskim widzą człowieka, u którego za objaśnianiem świata stoi
autentyczne osobiste doświadczenie połączone z pokorą, niezmordowaną
chęcią zrozumienia i absolutną wewnętrzną wolnością”, pisał w czerwcu
2005 roku Artur Domosławski w artykule pt.: „Kapumania, kapumafia” dla
Gazety Wyborczej (Ryszard Kapuściński miał przed sobą jeszcze półtora
roku życia). Pięć lat później (Kapuściński nie żyje od 3 lat) w
biografii „Kapuściński non-fiction” pióra Domosławskiego czytamy:
„Paradoksalnie, potwierdzenie wersji Kapuścińskiego w taki sposób
zabrzmiało dla mnie jak… stanowcze zaprzeczenie”. Domosławski
właściwie nie mówi wprost „Kapuściński kłamał”, ale pisze w ten sposób,
że wszyscy właśnie tak to odczytują. Weźmy pierwszą z brzegu reakcję w
zagranicznej prasie „Agent komunistyczny i krętacz? Wielki polski
pisarz-dziennikarz obnażony w swojej biografii”, pisze belgijski Le
Soir.

To już dobry miesiąc odkąd rozpętała się burzliwa debata wokół
biografii „Kapuściński non-fiction” a ja ciągle mam to ssące w dołku
uczucie, że w całym tym zgiełku brakuje mi opinii najważniejszej, samego
bohatera awantury, Ryszarda Kapuścińskiego. To on sam powinien
wypowiedzieć się z zaświatów, z całkiem nowej perspektywy, z
bezpiecznego dystansu „a-cóż-to-naprzeciw-wieczności”, co sądzi o swojej
biografii. I nie to, że bronić się, usprawiedliwiać, wybielać, ale po
prostu powiedzieć co o tym wszystkim myśli, zwyczajnie, po ludzku. O
biografii, o jej autorze, o debacie…

Tak jak wypowiadał się za życia na wiele różnych spraw, również
książek, i jego zdanie – nawet jeśli niekoniecznie się z nim zgadzałam –
było miarodajne, wiarygodne, jeśli tak mówi, to znaczy, że tak właśnie
uważa. Czy uważa, że jego pośmiertna biografia bliska jest prawdzie o
nim? Czy napisana jest z „empatią i sympatią”, jak zapewnia jej autor?
Czy nadal czuje się jego przyjacielem? Czy – pamiętając II. zasadę
Herodota, „przy każdej sprawie należy patrzeć końca” i – w
przeciwieństwie do nas ze swojej nowej perspektywy wiedząc jaki będzie
koniec końców – myśli, że dobrze się stało, że powstała? Bo czytelnicy
znając go z niej będą uważniej, prawdziwiej czytać jego książki?

W debacie o książce na UW wziął udział Jerzy Nowak, jeden z
najbliższych przyjaciół Kapuścińskiego. Książkę chwalił za
wielowymiarowość, za ukazanie człowieka-Kapuścińskiego a nie
mitu-Kapuścińskiego, ale na pytanie, czy sądzi, że Kapuściński przyjąłby
książkę ze zrozumieniem, odpowiedział, że według niego „byłaby dla
Kapuścińskiego traumą”. Dodał jednak, że jego przyjaciel zaszyłby się
gdzieś daleko, żeby nie słyszeć tego wszystkiego, co się wokół jego
życia wyprawia i przemyślałby sobie pozytywy, bo można o nim powiedzieć
wiele, ale od „irracjonalnych reakcji” był wolny. Można by więc
oczekiwać, że pewnie jak do wszystkiego i do tego odniósłby się po
prostu mądrze? To skąd ta trauma?

Artur Domosławski jeszcze raz w artykule „Kapumania, Kapumafia”
napisanym na okoliczność przyznania Kapuścińskiemu tytułu doktora
honoris causa przez Uniwersytet Barceloński wspomina, jak to jakiś czas
wcześniej „w Bogocie szefowie najbardziej znaczącego tam instytutu na
rzecz promowania demokracji i praw człowieka snuli całkiem poważnie
rozważania na temat: jak tu zwabić Kapuścińskiego, żeby zechciał
przyjechać do Kolumbii na pół roku i żeby przez te pół roku obserwował
tamtejszą wojnę domową, która trwa niemal pół wieku, i żeby potem
napisał o tym reportaż, esej, książkę. Dla nich było piekielnie ważne,
żeby się wypowiedział, zobaczył to, czego być może oni od wewnątrz nie
potrafią dostrzec. Żeby pomógł zrozumieć im samym i światu kolumbijski
dramat.”

Więc dla mnie teraz byłoby właśnie tak bardzo ważne zrozumieć, dlaczego
Domosławski napisał o życiu Kapuścińskiego właśnie tak, a nie inaczej.
Dlaczego zadał sobie tak ogromny trud utkania naprawdę opulentnego,
barwnego, mięsistego, wielowątkowego gobelinu na tak słabej, żeby nie
powiedzieć sparciałej osnowie. Właśnie tak a nie inaczej. I nie znaczy,
że to „inaczej” miałoby być „na klęczkach”. Domosławski na zarzuty, że
jego celem było zdemaskowanie Kapuścińskiego, odpowiada jak katarynka,
że nie chciał napisać kolejnej hagiografii. Ale między tym, co napisał a
hagiografią jest cała skala możliwości. Gdyby napisał hagiografię,
byłabym pierwszym czytelnikiem, który by tego nie kupił. Domosławski
twierdząc, że ludzie oczekiwali hagiografii, obraża ich (mój) literacki
smak.

Dlaczego cały ten czas, po przeczytaniu takiej ilości recenzji
biografii, że złożyłyby się na książkę grubą jak ona sama a oceniającej
ją i bardzo dobrze, i bardzo źle, i wszystko co pomiędzy, tak bardzo
kłóci mi się zapewnienie Domosławskiego o przyjaźni do swojego bohatera z
tym co czułam czytając tę książkę i tym, co czuję nadal słuchając
kolejnych wypowiedzi Domosławskiego? Dlaczego mu nie wierzę? Przecież
nie dlatego, że strącił mi z piedestału legendę, bo Kapuściński nigdy
legendą dla mnie nie był. Nie wiem w ogóle skąd pomysł z tą legendą!
Owszem, był jednym z najbardziej cenionych reporterów świata, owszem,
był „noszony na rękach” (jak pisze Domosławski w „Kapumanii…”),
owszem, słuchało się go z należną mu estymą, bo mądrym człowiekiem był
jak mało kto, ale to jeszcze nie znaczy, że był nietykalny, lukrowany,
zafałszowany, że trzeba było (mi) go koniecznie odbrązowić.

Bo w gruncie rzeczy nic nowego Domosławski (mi) w swoim wizerunku
„mistrza” nie powiedział. Afera z teczką itp. wybuchła zaraz po śmierci
Kapuścińskiego. Że był jak to się mówi „uwikłany” w sprawy polityczne
PRL-u? Nie odbierałam tego jako „uwikłania”, wielu ludzi po wojnie
stanęło po stronie komunizmu, wśród nich mój ojciec, w tamtym czasie
było to myślenie postępowe, mój ojciec szybko się wycofał, ale bo i
zobaczył szybciej i więcej (był o 13 lat starszy od Kapuścińskiego). Że
miał takie czy inne sprawy osobiste? A kto ich nie ma. Że budował swoją
legendę? Jeśli już, to inni mu budowali, on się raczej wybraniał. Że
kłamał? Konfabulował? No, właśnie! Czy kłamał? Czy konfabulował? Oto
jest pytanie!

W wywiadzie do El Pais (przedruk w Forum nr 10/2010) czytam: „…autor
kontrowersyjnej biografii reportera wspomina, że Kapuściński mu się
chwalił, iż udzielił ponad tysiąc wywiadów”. „Chwalił się”? Może „się
cieszył”? Może „dziwił”? A może tylko „powiedział”? Ot, stwierdził? Skąd
ta negatywna w swej wymowie retoryka? Dlaczego „chwalił” się? Dlaczego
Domosławski cytuje kogoś, kto mówi, że Kapuściński „pichcił” swoje
newsy? Dlaczego mówi o swoim przyjacielu, że „pchał się” do Afryki
zamiast po prostu jechał, bo był Afryki ciekawy?

Dlaczego o kobietach Kapuścińskiego nie pisze – jeśli już musi – że
były, ale pisze: „Królową może zostać sekretarka, ekspedientka,
studentka, intelektualistka, poetka, reporterka, tłumaczka, korektorka,
redaktorka, cenzorka, konspiratorka… Miłość nie zna barier, ani
granic, jest ponad klasami i zawodami, ponad kolorami (brunetki,
blondynki), miarami (wysokie, niskie, szczupłe, puszyste),
doświadczeniami (młodsze i nie najmłodsze), stanami (panny, mężatki,
rozwódki).” Jednym słowem wszystko co się rusza oprócz jeża i zegara!? I
to mówi przyjaciel? Nie dość, że zdradza przyjaciela, to jak zdradza!
Znowu: ta dziwnie przykra, obnażająca, poniżająca, umniejszająca
retoryka! A musi tego (publicznie) słuchać żona, z którą Domosławski też
się niby to przyjaźnił. Kłóci mi się z zapewnieniami Domosławskiego o
przyjaźni, empatii, sympatii!

I nie tylko mnie. Książki nie wydało wydawnictwo „Znak”, na którego
zamówienie powstawała uzasadniając: „…interpretując zachowania
Kapuścińskiego, autor co rusz dopatruje się w nich ukrytych słabości:
lękliwości, oportunizmu, nadmiernej żądzy sławy itp. Tymczasem naszym
zdaniem należałoby przynajmniej, gwoli obiektywizmu, równocześnie
przedstawić narzucające się w wielu przypadkach wyjaśnienia bardziej dla
Kapuścińskiego życzliwe…” Biografię wydał „Świat Książki” w
atmosferze skandalu co nadal nie powstrzymuje Domosławskiego od
zapewnień o życzliwości do swojego mistrza. Bez względu na zgrzyt (a
nawet pozwanie do sądu przez Alicję Kapuścińskiego).

Dlaczego? Gdzie szukać klucza? Czy w ogóle jest? Moim zdaniem tak!
Kluczem do całej tej dziwnie nieempatycznej biografii jest jeden
fragment, fragmencik. Oto on (str. 269):

*

[Kapuściński do Domosławskiego:]

– Nie napisałeś najważniejszej rzeczy!

Gdy pod koniec lat dziewięćdziesiątych pisałem dyptyk o teologii
wyzwolenia dla „Gazety Wyborczej”, Kapuściński zadzwonił po pierwszej
części z przyjacielską reprymendą.

– Skupiasz się na sporach wewnątrz Kościoła, a nie piszesz, że teologia
wyzwolenia była wyrazem emancypacji latynoskiej warstwy „niższej
średniej”: nauczycieli, drobnych kupców, małych przedsiębiorców,
studentów, robotników… Bez nich teologia wyzwolenia byłaby tylko
dysputą doktrynalną, o której ani wtedy, ani dziś nikt by nie pamiętał.
Zdążysz to dopisać do drugiej części?

– Jasne, maestro.

*

Moja podświadomość podszeptywała mi przez całą lekturę książki, że coś w
niej zgrzyta. Jakby w dobrze zgranej orkiestrze ktoś fałszował. Niby
reszta muzyków może go zagłuszyć, niby nie każdy to wysłyszy, ale dla
wprawnego ucha cały utwór musi brzmieć fałszywie, jeśli nie wszyscy
muzycy czysto grają. Więc już nie słuchałam całości, tylko próbowałam
wyłowić ów fałszywy ton. Aż do zacytowanego miejsca. Tu usłyszałam,
który instrument brzmi obok melodii. Przypomina to intrygę między
Salierim a Mozartem (w sztuce Petera Shaffera „Amadeusz”, nie w
rzeczywistości, o sztukę mi chodzi). Mozart to Kapuściński, Salieri –
Domosławski. Niby jeden drugiego podziwia, ale tak naprawdę jeden do
drugiego nie dorasta, jeden drugiemu zazdrości. I ten, co nie dorasta,
ma tego świadomość, a ten drugi próbuje go jakoś podciągnąć, naiwnie nie
widzi zawiści. Ale irytuje się czasami.

Załóżmy, że Kapuściński poznając Domosławskiego ucieszył się, że oto
trafił na kogoś, kto może kontynuować jego dzieło, kto rozumie świat
podobnie. Ale w różnych dyskusjach i sporach szybko się zorientował, że
to nie to. Że Domosławski nie dorasta mu do pięt (to w końcu nie może
być przypadek, że żadna książka Domosławskiego nie jest przetłumaczona
na żaden obcy język! przy takiej koneksji!?). Więc Kapuściński go trochę
poszturchiwał mając nadzieję, że zaskoczy. Ale widział, że nic z tego.
Że nawet jak Domosławski pisze jakąś poważną analizę, nie dostrzega, co
jest spoiwem tego zagadnienia, od czego można zrobić syntezę. I już
nawet z nim nie dyskutuje, tylko mu – nieco z góry – dyktuje. Napisz to i
to. Koniecznie. A Domosławski czuje, że nie dostaje, ale czuje też
niechęć do tego swojego mistrza, na którego musi ciągle patrzeć z dołu.
To takie upokarzające!

*

Z tego jak Artur Domosławski pisze swoje książki, a przede wszystkim co
formułuje w biografii Kapuścińskiego, widać jak na dłoni, że obaj
reporterzy mieli odmienne zdanie o tym, czym powinien być reportaż.
Można się domyślać, że spierali się na ten temat. Teraz, kiedy
Kapuściński nie może się temu sprzeciwić, Domosławski pisze: „Kłopot z
Kapuścińskim polega na tym, że niektóre z jego dzieł mogą stanowić
niepodważalny wzór dla dziennikarzy, a niektóre – niekiedy pod względem
literackim wybitniejsze – niekoniecznie. Te ostatnie są raczej książkami
z półki ‚literatura piękna’ – i to tej najwyższej; lepiej chyba, by nie
sprzedawano ich publiczności jako dzieł reporterskich, nawet jeśli
znaczącą część materiału zebrano reporterskimi metodami a autor
posługuje się także reporterskimi instrumentami narracyjnymi.” (str.
439).

Stąd wniosek, że to Domosławski lepiej wie, jak pisać reportaż. I
wniosek z wniosku: Kapuściński niesłusznie jest ceniony na całym świecie
jako „król” czy „cesarz reportażu”. Dlaczego więc Domosławski nazywał
(i nazywa) go swoim mistrzem? I jeszcze natarczywiej cisnące się
pytanie. Dlaczego o Domosławskim tak naprawdę słyszy się dopiero teraz?
Przecież ma na swoim koncie kilka reporterskich książek? Wedle jego
własnego mniemania lepszych niż Kapuściński, nieprzekonfabulowanych? W
1999 roku wydaje pierwszą książkę pt.: „Chrystus bez karabinu: o
pontyfikacie Jana Pawła” podpinając się pod tytuł „Chrystusa z karabinem
na ramieniu” Kapuścińskiego. Czyż to nie najlepszy z chwytów
reklamowych?

Idźmy dalej. Przez ostatnie lata życia Kapuściński myśli o napisaniu
książki o Ameryce Łacińskiej, byłaby dopełnieniem jego największych
dzieł, kompletem do trylogii o wszystkich trzech kontynentach Trzeciego
Świata: o Afryce („Cesarz”), Azji („Szachinszach”) i Ameryce na południe
od USA właśnie. Tego pomysłu nie zrealizuje. Za to Domosławski
podchwytuje ten temat i pisze swoją „Gorączkę latynoamerykańską”.
Przyjaciel Kapuściński pisze do niej życzliwy wstęp: „Książka Artura
Domosławskiego jest u nas pierwszą od wielu lat próbą głębokiego i
mądrego opisania tej ciągle mało znanej ziemi – Ameryki Łacińskiej. A
ponieważ jest próbą ambitną, rzetelną i wciągającą – tym większe jej
zalety i wartość.” Tylko dlaczego świat o niej nie usłyszał? Dlaczego
Kolumbia, która tak chciała zwabić Kapuścińskiego – nie ucieszyła się,
że jego uczeń napisał prawie tak dobrze jak mistrz. Dlaczego nikt tej
książki – tak oczekiwanej – nie przetłumaczył? Jakie uwagi zrobił o niej
Kapuściński prywatnie? Może podobne do tych z powyższego „klucza”? Może
Domosławski znalazł coś w notatkach „mistrza”?

Faktem jest, że książka nie stała się (wtedy) głośna na cały świat a –
co znamienne – wkrótce po ukazaniu się biografii Kapuścińskiego, czyli
teraz, wydawnictwo Świat Książki idąc za ciosem wznowiło ją – i to już
bez wstępu Kapuścińskiego. Być może p. Alicja Kapuścińska ma copyright i
nie zgodziła się na to? A może był jakiś inny powód? Może Kapuściński
pisząc wszak reportaże-fiction nie byłby już odpowiednią
rekomendacją?… Nie ma się co gubić w domysłach. Ostateczny wydawca
biografii, Paweł Szwed, zapytany w udzielonym niedawno wywiadzie o ilość
przeczytanych książek w zeszłym roku rozłożył bezradnie ręce mówiąc
„setki, setki…”. Czyli, policzmy, kilka… naście dziennie? Nooo, przy
takim oczytaniu na pewno się zna. Dlatego Domosławski dziękuje na końcu
biografii swojego (chyba byłego?) mistrza za stworzenie przez wydawcę
„zupełnie wyjątkowej atmosfery” (jasne, w przeciwieństwie do wydawcy
Znaku, który atmosferę zepsuł).

Ok, skoro więc Domosławski nie ceni Kapuścińskiego jako reportera, to
może chociaż jako myśliciela? W rozdziale „Lapidarium (6): czy
Kapuściński był myślicielem?” rozpatruje tę sprawę. Pisze, że
Kapuściński marzył o tym, by zapamiętano go jako myśliciela. Świat
zapewne tak właśnie go zapamięta. Ale Domosławski przytacza wypowiedź
jednego z jego najbliższych przyjaciół, Wiktora Osiatyńskiego, że „nie,
myślicielem to Kapuściński nie był”. I czytelnik tak właśnie powinien to
sobie zapamiętać, bo jest to bardzo sugestywne. Potwierdza to na
debacie o książce w Instytucie Reportażu kolega (przyjaciel?)
Domosławskiego, Andrzej Stasiuk, myślicielem „Kapusta” (jak go nazywa,
choć prywatnie spotkał się z nim tylko raz w życiu) nie był.
Podziękowanie na końcu biografii dla Stasiuka jest jeszcze
szczególniejsze i dające do myślenia niż to dla wydawcy: „Andrzej
Stasiuk udzielił mi wsparcia w najtrudniejszym – w dotychczasowych
losach tej książki – momencie.” Hm, gubię się w domysłach. Wtedy, gdy
„Znak” wycofał się z umowy? Wtedy, gdy Alicja Kapuścińska chciała
zabronić wydania?

Przypomnijmy: Andrzej Stasiuk w roku 2005 wygrał nagrodę Nike wtedy gdy
Kapuściński z „Podróżami z Herodotem” też do niej kandydował. Fakt,
„Jadąc do Babadag” jest bodaj najciekawszą książką Stasiuka. Ale o ile
Stasiuk jest sprawnym opisywaczem rzeczywistości, o tyle do
refleksyjności Kapuścińskiego mu lata świetlne. Dlaczego Polska nie
nagrodziła swojego największego pisarza-reportera? Ba, zostawmy to, z
nagrodami różnie bywa. Dość na tym, że Stasiuk nie uważa „Kapusty” za
myśliciela (za to, ku mojemu zaskoczeniu, za „celebrytę”). Nie o nim
Domosławski pisze „wybitny myśliciel”, a o Neilu Postmanie. I nic
naprzeciw. Postman faktycznie miał nowatorskie teorie na temat naszej
rzeczywistości (zabawimy się na śmierć). Tylko że przy Postmanie
Domosławski stawia kropkę, przy Kapuścińskim-myślicielu pozostaje (w
najlepszym razie) znak zapytania.

I znowu, co powiedziałby na to sam Kapuściński? On, dla którego dążenie
do bycia „arystokratą myśli” było tak ważne? I który był zapewne
przekonany, że to całym swoim życiem i dziełem osiągnął? Czy zmartwiłby
się, że jego wierny uczeń – nadal zapewniający wszem i wobec, że ma go
za swojego mistrza – tak go zdegradował? Możemy powiedzieć, na całe
szczęście tam gdzie jest, jest mu to doskonale obojętne. Milczy.
Chociaż? Przecież wielcy tego świata mają to do siebie, że przemawiają
nawet po śmierci. Na stronie 152 w „Lapidarium VI” napisał:

„O oszczercy Lema: biedny nie wie, że starając się zniszczyć Lema, w
rzeczywistości wydaje wyrok na siebie i niszczy się sam, bowiem
oszczercy i opluwacze, chcąc wdrapać się w ten sposób na piedestał,
spadają nisko w cuchnące szambo, z którego nigdy się już nie wydostaną.
Nikczemnicy odejdą szybko zapomniani, anonimowi, nie pozostawiając po
sobie nawet cienia”.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*