NIE MA JEDNEJ AFRYKI

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Bogdan Borucki, Jarosław Krawczyk i Bogusław Kubisz
źródło: Magazyn Historyczny ‚MÓWIĄ WIEKI’
data publikacji: 2004-11-03
——————————————————————–
W swej bogatej karierze reporterskiej zjeździł pan Afrykę wzdłuż i wszerz. Z lektury pańskich książek, m.in. Hebanu, wynika, że Czarny Ląd traktuje pan inaczej niż pozostałe kontynenty: bardziej osobiście i filozoficznie… Ryszard Kapuściński: Już prawie pół wieku zajmuję się tzw. Trzecim Światem: Azją, Afryką, Ameryką Łacińską. Zaczynałem od Azji, potem była Afryka, ostatnio zajmuję się przede wszystkim Ameryką Łacińską. Ale Afryka to moje najbogatsze doświadczenie: jeżdżę tam już czterdzieści lat, parę lat mieszkałem, wciąż lubię wracać. Z tym, że słowa ‚Afryka’ zwykle używamy w wielkim uproszczeniu, a przecież to niesłychanie skomplikowany i zróżnicowany świat. Gdy w 1958 roku pojechałem tam pierwszy raz, Afryka liczyła 212 mln mieszkańców. Teraz zbliża się do miliarda, a więc w czasie mojego zawodowego życia ludność kontynentu powiększyła się prawie pięciokrotnie. To ogromna skala, która wpływa na jego zróżnicowanie. Afryka to cztery wielkie regiony. Afryka Północna – arabska i muzułmańska. Afryka Zachodnia – w połowie muzułmańska i chrześcijańska. Ta ma najdłuższą historię kontaktów z Europą, zresztą tragiczną – 300 lat handlu niewolnikami, który wyludnił tę część kontynentu. Afryka Południowa też kontaktowała się z Europą i jest bardzo przemieszana, jeżeli chodzi o religie i rasy. Żyją tam Afrykanerzy, jedyny biały naród, który uważa Afrykę za ziemię ojczystą. To unikalna rzecz w skali całego kontynentu. Gdzie indziej biali byli przybyszami i po upadku systemu kolonialnego mogli powrócić do swych ojczyzn. Jest jeszcze Afryka Wschodnia, w większości muzułmańska, utrzymująca kontakty przede wszystkim z Azją, głównie z Indiami, ale też z Chinami i Półwyspem Arabskim. Ona także doświadczyła handlu niewolnikami uprawianego przez Arabów.’ Na podział regionalno-kulturowy nakładają się podziały religijne: na Afrykę muzułmańską, rozprzestrzeniającą się w miarę ekspansji islamu, i chrześcijańską, która dzieli się z kolei na katolicką i protestancką. Jest jeszcze cała masa tradycyjnych religii afrykańskich, w Europie nazywanych animistycznymi. Nie zapominajmy również o podziałach rasowych. Najliczniejsza jest czarna Afryka ludów Bantu. Dalej Afryka arabska – ogromna północna część semicka, cały Sahel. Mamy tzw. Koloredów, czyli rasy miesane, oraz liczną społeczność hinduską, zamieszkująca wschodnią część kontynentu. Ale Afryka to przede wszystkim nieskończone podziały wewnątrz rasy czarnej, które skutkują konfliktami na tle rasistowskim. Często są one ostre i krwawe, jak w Sudanie, Czadzie czy Mauretanii. A na to wszystko nakładają się jeszcze podziały językowe… Mentalność ludzi z osiadłego plemienia Dżermów w Nigrze jest bliższa naszej, europejskiej, niż mentalności ich wędrownych sąsiadów Puelów… R.K.: Podziały kulturowe są widoczne zwłaszcza w dawnych koloniach francuskich. Wyraźny jest podział na tych, których określano mianem evolue, czyli posiadających wykształcenie europejskie, mówiących językami europejskimi, wyznających europejskie religie i poczuwających się do bliższych związków z Europą. To była wielka generacja ludzi w rodzaju Leopolda Senghora z Senegalu czy Kwame Nkrumaha z Ghany, wielkich polityków i ludzi kultury. Problem apartheidu był dużo mniejszy w koloniach francuskich niż brytyjskich, gdzie separacja białych od czarnych była bardzo wyraźna. Natomiast Francuzi mieli inny system, w którym kryterium zbliżenia stanowiła kultura i wykształcenie. Jeżeli ktoś był czarny, ale skończył Sorbonę, to wchodził w białe środowisko dużo łatwiej. W angielskich koloniach nawet wykształcenie nie dawało przepustki na salony białych. Brytyjczycy szli jeszcze dalej w swych pomysłach segregacyjnych. Polski żołnierz, który w czasie drugiej wojny światowej trafił do Afryki, wspominał, że także alianci: Polacy, Hindusi, Holendrzy, byli traktowani jak ludzie niższej kategorii. Mieli swoje kasyno, toalety, namioty. Czy inne modele kolonialne w Afryce były bardziej ‚przyjazne’ dla miejscowej ludności? R.K.: Kolonializm brytyjski odznaczał się tym, co w ogóle cechuje Anglików: dystansem, poczuciem wyższości kulturowej. Francuzi byli skłonniejsi do współpracy i równego traktowania miejscowych. Najmniej elitarni i rasistowscy byli Portugalczycy. Kolonializm portugalski dopuszczał emigrację do Angoli i Mozambiku białej biedoty, eksportując biedę z metropolii do kolonii. Było to nie do pomyślenia w koloniach brytyjskich, gdzie ubogich ze względu na dumę kolonialną i rasową nie wysyłano. W efekcie w byłych koloniach portugalskich jest największy w Afryce odsetek ludzi mieszanych rasowo, ponieważ ubodzy Portugalczycy żyli z miejscowymi kobietami. Tutaj stopień nietolerancji rasowej był najniższy. Ale ogólnie kolonializm był ciężkim doświadczeniem dla Afryki. Trzeba pamiętać, że jest to olbrzymi kontynent, przez wieki bardzo wyludniony wskutek polowań na niewolników. Penetracja struktur kolonialnych była niezbyt głęboka. Dotyczyła głównie wybrzeży, miast portowych. Sam docierałem do miejsc położonych w głębi kontynentu, gdzie byłem pierwszym białym, jakiego tubylcy widzieli. Przemierzając Sahel od Mogadiszu w Somalii po Dakar w Maroku, rzadko można było spotkać białego człowieka. W Kongu biali żyli prawie wyłącznie w większych miastach: Stanleyville (dziś Kisangani) czy Leopoldville (Kinszasie). Jak zachowywali się Afrykańczycy, dla których był pan pierwszym napotkanym białym? R.K.: Spotykałem się zawsze z wielką gościnnością i pomocą. Gość jest w Afryce postacią niezwykle szanowaną. Gdy Afrykańczycy akceptują kogoś jako swego gościa, czują się za niego odpowiedzialni. A w warunkach krytycznych, np. wojennych, gotowi są go bronić. Zawsze miałem do tych ludzi pełne zaufanie, również w sytuacjach dramatycznych. Oczywiście są różnice w zależności od regionu i sytuacji. Człowiek inaczej zachowuje się podczas wojny niż w warunkach pokojowych, inaczej, gdy ma co jeść, niż gdy cierpi głód. Jak zawsze w stosunkach międzyludzkich, ważne jest to, jak się odnosimy do drugiego człowieka. Jeżeli okazujemy mu szacunek, poważanie, zainteresowanie, to odpłaci nam tymi samymi wartościami. Natomiast zachowa się inaczej, kiedy przyjeżdża zarozumiały biały z batem ręku. Czy z racji koloru skóry oczekiwano od pana czegoś nadzwyczajnego? R.K.: Nie. Ale ponieważ Afrykańczycy uważają, że biały człowiek jest bogatszy, na ogół oczekują jakiejś formy pomocy. Gdy jechaliśmy z afrykańskim kolegą do jego sąsiadów, podejmowali nas czym mogli: herbatą, ananasem czy innym owocem. On zaś zgodnie ze zwyczajem jako prezent dawał im pieniądze. Często były to jedyne pieniądze, jakie ci biedni ludzie dostawali. To jest kula – kultura wymiany, wokół której ogniskują się wartości, obyczaje, cały kontakt międzyludzki. Bronisław Malinowski dokładnie analizuje ten zwyczaj w Argonautach zachodniego Pacyfiku. Nie można do kogoś przyjść bez niczego. Gospodarz daje, co ma, często zupełnie drobne rzeczy, ale przede wszystkim gościnność, ciepło. Gość też powinien mu coś dać. Nawiązuje się dzięki temu serdeczny kontakt. Ale trzeba bardzo delikatnie wchodzić w taką rzeczywistość. Jeżeli przyjeżdża się do jakiejś wsi, najpierw należy się dowiedzieć, kto tu jest ‚szefem’, i złożyć mu wizytę. On musi wiedzieć, że ktoś jest na jego terytorium. Wówczas, zgodnie ze zwyczajem, a nie dla celów policyjnych, uprzejmie pyta o cel przyjazdu. Trzeba odpowiedzieć, a wówczas naczelnik wsi ofiarowuje pomoc, którą naprawdę szybko organizuje. Jeżeli zaś przybysza zupełnie nie interesuje, kto rządzi we wsi, zachowuje się arogancko i bezczelnie, to wkrótce tubylcy dadzą mu do zrozumienia, że zachował się niewłaściwie. To jest ostatni moment, by naprawić błąd. Biali kolonizatorzy zwykle odrzucali miejscowe hierarchie, wprowadzając swoje porządki… R.K.: Było bardzo różnie. Brytyjczycy wprowadzili system indirect rules, czyli władzy pośredniej. Trzeba pamiętać, że kolonizacji dokonywały bardzo niewielkie grupy białych. Olbrzymią przecież Nigerię zajęła na początku XX wieku jedenastoosobowa ekspedycja Fredericka Lugarda. Lugard i jego ludzie nie mogli panować nad całym krajem i musieli szukać pomocy u miejscowych. Wymyślili więc system władzy pośredniej. Starali się zjednać przychylność wodzów plemion, klanów, współpracować z nimi i poprzez nich rządzić. W ten sposób utrwalili struktury plemienne i klanowe. Francuzi tego nie stosowali. Starali się wykształcić własną afrykańską, francuskojęzyczną elitę, żyjącą we francuskiej kulturze. To wymagało zaangażowania dużych środków, choćby na stworzenie sieci szkół, sprowadzenie nauczycieli. Czy Francuzom się to opłacało? R.K.: W małych, nie mających większego znaczenia krajach, także Francuzi nie przywiązywali większej wagi do organizacji elit. Inwestowali jedynie w rozwój miejsc, na których im zależało, jak Dakar, Kongo Brazzaville. Natomiast w Nigrze, Czadzie, państwach półpustynnych w ogóle się nie angażowali. Przybywali tam misjonarze, etnografowie, kupcy, ale była to obecność bardzo powierzchowna i sporadyczna. Kolonie brytyjskie i francuskie bardzo się różniły, ale i wewnątrz nich występowały duże różnice. Mówiliśmy o Wielkiej Brytanii, Francji i Portugalii, które podzieliły między siebie Afrykę. Ale były też inne, np. nieco już zapomniane wilhelmińskie Niemcy. Jak można scharakteryzować niemiecki model kolonialny? R.K.: Kolonializm niemiecki był zaledwie krótkim epizodem. Jego ekspansja zaczęła się w drugiej połowie XIX wieku, a po pierwszej wojnie światowej Niemcy stracili swoje posiadłości w Afryce. Pozostałości niemieckie przetrwały głównie w architekturze Afryki Zachodniej i Południowo-Zachodniej. Niemcy troszczyli się np. o budowę mostów, twierdz, koszar. Natomiast w Afryce Wschodniej ich główną kolonią była Tanganika, wtedy i dziś bardzo biedny kraj. Niemcy nie mieli interesu w jego rozwoju. Z kolei Kongiem Brazzaville władali Belgowie. W Europie cieszą się opinią społeczeństwa zamożnego i statecznego, a w Kongu dopuszczali się ludobójstwa. Jak to wyjaśnić? R.K.: Kongo było prywatną posiadłością belgijskiego króla Leopolda i jego kamaryli kolonialnej, którą bezwzględnie eksploatowano. Rdzenni mieszkańcy nie mieli żadnych praw. W Europie długo nie wiedziano o ich tragedii, gdyż był to kraj zamknięty. Żaden biały nie mógł wjechać do Konga bez zgody władz belgijskich i policji, która musiała wydać wizę. Żadnemu Kongijczykowi nie wolno było jechać do Europy. Pierwsi Kongijczycy, którym na to zezwolono, zostali wybrani przez policję i władze kolonialne dopiero w latach pięćdziesiątych! Ale okrucieństwo kolonizatorów wszędzie było bardzo duże, zwłaszcza na początku. Trzeba pamiętać, że kolonizacja dokonała się rękami najgorszego białego elementu. Do kolonii jechali przede wszystkim awanturnicy, bandyci i spekulanci, a nie profesorowie z uniwersytetów czy dostojnicy kościelni. Jeszcze w latach pięćdziesiątych spotykałem takich ludzi. W Europie nikt by im ręki nie podał, a tam byli wielkimi bossami i reprezentowali białą rasę. Afrykańczycy myśleli, że wszyscy biali są tacy. Poczucie wyższości rasy białej nad innymi legło u podstaw apartheidu, czyli zadekretowanej segregacji, jaką wprowadzono w RPA. Z pańskich słów wynika, że jest to skrajna, ale logiczna konsekwencja kolonializmu… R.K.: Choć apartheid jest typowo afrykanerski, dotyczy białego narodu i oznacza oddzielenie ras, to zasada jest prastara. Grecy stosowali apartheid wobec barbarzyńców, czyli wszystkich nie-Greków. Oddzielali się od nich. Rzymianie wprowadzili apartheid w postaci limesu: kopali rowy, okopy, by się oddzielić. Ciągnie się on więc przez całą historię ludzkości. Specyfika modelu południowoafrykańskiego polega na tym, że tam nienawiść rasową i ideę separacji ras podniesiono do rangi prawa państwowego. Gdzie indziej rasizm tonowano albo starano się go ukrywać. W RPA odwrotnie. Była to jedna z form kolonializmu wewnętrznego, który istniał we wszystkich pozostałych koloniach. W Brazylii np. do dziś jest bardzo silny. Tam, gdzie jedne regiony wyzyskują drugie, istnieją nierówne podziały. Tutaj jednak nastąpił wyjątkowy wypadek, że ogólnie potępiany, choć praktykowany, rasizm stał się wykładnią państwa. Był to skomplikowany system, który przechodził ewolucję. Formalnie przyświecała mu zasada tzw. oddzielnego rozwoju: biali osobno i czarni osobno. Miało to na celu zachowanie czystości rasy. Istniało bowiem przekonanie, że jeśli rasy będą się mieszać, to czarna, liczniejsza, zdominuje białą i przejmie władzę. Zasada czystości rasy przenika wszystkie ustawy apartheidu. Według oficjalnych danych Afrykanerzy (Burowie) stanowili 16 proc. społeczeństwa RPA. Burowie, holenderscy osadnicy napływający do Afryki Południowej już od połowy XVII wieku, byli niewielkim narodem zagrożonym przez imperium brytyjskie. Apartheid mógł być skutkiem poczucia osamotnienia, a okrucieństwo jego ustawodawstwa obłąkańczym gestem samoobrony… R.K.: W sytuacji kryzysowej Afrykanerzy zawsze szukali wyjścia w izolacji. Albo uciekali, albo się zamykali. Ten sposób myślenia przenikał wszystkie dziedziny życia. Nawet Kościół afrykanerski, który jest odmianą Kościoła kalwińskiego, jako warunek swojego istnienia zakładał izolację. Nie mógł do niego należeć nikt, kto nie był Afrykanerem. Był to jedyny Kościół chrześcijański, który miał taką doktrynę. Gdy kilkanaście lat temu zdemontowano apartheid, wielu obserwatorów przypuszczało, że RPA zawali się i dojdzie do masakry. Tymczasem nic takiego się nie stało… R.K.: To zasługa Nelsona Mandeli, który ocalił kraj przed krwawą jatką. Dzięki nimbowi więźnia politycznego, godności i spokojowi, z jakimi występował publicznie, zyskał wielki autorytet, i to niemal u wszystkich. Jego słowo było decydujące. Zwycięstwo Mandeli w wyborach prezydenckich oznaczało ocalenie dla Afryki Południowej. Mandela dobrze wiedział, że sięgnięcie po nienawiść może w tej beczce z prochem doprowadzić do nieobliczalnych skutków. Gdy przyjechałem do RPA w 1993 roku, widać było jego niezwykle kojący wpływ. Otwartą postawą i dążeniem do porozumienia przypominał mi Ma-hatmę Gandhiego. Podobnie zachowywali się biskup Desmond Tutu i Thabo Mbeki, który dzisiaj jest prezydentem. Zwolennicy pojednania byli też po drugiej stronie. Gdy rządzili Afrykanerzy, istniała również biała opozycja – intelektualiści, demokraci którzy jak Coetzee sprzeciwiali się reżimowi apartheidu. Później powołano Komisję Prawdy i Pojednania. To wszystko razem spowodowało, że mimo ogromnych trudności uniknięto krwawej konfrontacji. Czy to przypadek, że znaleźli się tacy ludzie? R.K.: Gdyby nie było Mandeli, nie wiem, jak potoczyłyby się wydarzenia. Ale większość przywódców Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) myślała tak samo. Były ugrupowania radykalne, m.in. fundamentalistyczna partia PAC, która dążyła do walki. Ale przegrały. ANC powstał na początku XX wieku, miał wykształcone kadry, sieć organizacyjną. Byli to ludzie, którzy zdobywali doświadczenie w Europie i znali sytuację na świecie. Poznałem ich w latach sześćdziesiątych, gdy działali na emigracji. Trzeba pamiętać, że RPA odzyskała niepodległość w sensie rządów czarnej większości, gdy cała Afryka była już niepodległa. Upadł Związek Radziecki, który wspierał tamtejszych radykałów. Dookoła panowała więc atmosfera sprzyjająca postawom niekonfrontacyjnym. Ale w sąsiadującym z RPA Zimbabwe, dawnej Rodezji, gdzie biała mniejszość oddała władzę czarnym, historia potoczyła się inaczej. Prezydent Robert Mugabe zainstalował dyktaturę i doprowadził kraj do gospodarczej ruiny. Dlaczego w RPA się udało, a w Zimbawe nie? R.K.: Mugabe zawsze był niezrównoważony. Spotkałem go w latach sześćdziesiątych, kiedy nie był jeszcze nikim ważnym, a jedynie młodym radykałem. Tłumaczył mi, że odmówił wyjazdu do Chin, bo nie chciano mu przyznać VIP treatment. Bardzo trudny człowiek. Był tam inny czarny przywódca Joshua Nkomo, nastawiony pojednawczo. Ale nie mógł zwyciężyć, bo był przedstawicielem małego plemienia. Mugabe zaś należał do największego i miał poparcie partyzantki. Mimo to myślę, że Mugabe, wbrew temu, co się pisze, zachował się w miarę liberalnie: nie wygnał białych osadników i nie pozwolił ich atakować. Nie dopuścił do przelewu krwi, choć Rodezja też była bardzo konfrontacyjnym krajem. Nawet bardziej niż RPA, gdyż osiedlali się tam Afrykanerzy, dla których apartheid był zbyt ‚delikatny’. Gdy ogłosili niepodległość Rodezji wbrew woli Londynu, doszło do ostrych walk miedzy siłami rządowymi a czarną partyzantką. Później zaczął się exodus białych, gospodarcze eksperymenty, konflikty z opozycją. Jak widać, wiele zależy od formatu i postawy przywódców. W Zimbabwe zabrakło kogoś takiego jak Mandela. Jak widzi Pan przyszłość RPA? R.K.: Nie byłem tam już dziesięć lat, a nie wypada formułować ocen na odległość. Oczywiście sytuacja jest bardzo trudna, są ogromne kontrasty: z jednej strony straszna bieda, z drugiej ogromne bogactwo, także nowej czarnej burżuazji. Sądząc po dotychczasowych dziesięciu latach wolności, mam nadzieję, że dalsze przemiany w tym kraju będą się dokonywać pokojowo. W innych krajach afrykańskich też nie ma nastrojów konfrontacyjnych. Ale w Sudanie wciąż trwa wojna, podobnie w Liberii. Trudno też zapomnieć o masakrach w Rwandzie… R.K.: To długotrwałe, niekończące się konflikty, jak te w Irlandii Północnej i Palestynie. Ale jeżeli chodzi o atmosferę, tendencje, postawy społeczne, to w całym Trzecim Świecie nie ma nastrojów konfliktowych. Od wielu lat nie widać nowych ognisk wojny ani w Azji, ani w Ameryce Łacińskiej, ani w Afryce. Ważne żeby ustalić, kto prze do wojny – to była zasada Herodota. Gdy wybuchał jakiś konflikt, Herodot rozważał historycznie, kto go spowodował. Dziś Trzeci Świat jest rozbrojony, pokojowy i biedny. Ludzkość znajduje się nowe sposoby bezkrwawego rozwiązywania konfliktów – dopóki ich się nie sprowokuje, jak w Iraku. 20-30 lat temu w wielu państwach były silne armie, ale teraz są już osłabione i przestały robić zamachy stanu. Gdy trzy lata temu przyjechałem do Argentyny podczas pamiętnego kryzysu bankowego, obawiano się, czy wojsko nie skorzysta z sytuacji i nie zrobi zamachu stanu. Tylko że oni nie mogli nic zrobić, bo nie mieli nawet na paliwo… To odzwierciedla zmiany, jakie przechodzą teraz kraje Trzeciego Świata. Czy uważa pan, że przemiany w RPA są inspirujące dla reszty kontynentu? R.K.: Ogromnie. To kraj, w którym były straszne konflikty rasowe, religijne, kulturowe. I fakt, że można z takiego dna wyjść pokojowymi metodami, jest niesłychanie pozytywnym przykładem nie tylko dla Afryki, ale i dla świata. W jednym z wywiadów dla ‚Gazety Wyborczej’ powiedział Pan, że nieszczęściem krajów Trzeciego Świata jest to, że nie ma tam nic, co można by nazwać narodem, i wszystko wraca do struktur klanowych. Dlaczego tak się dzieje? R.K.: Ta prawidłowość dotyczy dziś np. Afganistanu czy Iraku. Problem polega na tym, że elity niepodległościowe dziedziczą struktury administarcyjne w spadku po kolonializmie. Takie struktury mogły funkcjonować tylko wtedy, gdy były częścią wielkiej struktury kolonialnej. Same okazały się zbyt słabe. Po zdobyciu władzy powinny się one reformować, przekształcać w państwa postkolonialne. Tymczasem nic takiego się nie dzieje, a propagatorzy reform są traktowani jak zdrajcy. Mówi się, że atakują niepodległą ojczyznę. Nowe elity władzy, broniąc swej pozycji, bronią starych struktur. Większość krajów afrykańskich odzyskała niepodległość w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a w latach siedemdziesiątych pojawił się pierwszy wielki kryzys. Przyczyny były różne, głównie ekonomiczne. Elity cywilne, ojcowie niepodległości, zostały obalone przez wojskowe zamachy stanu. Ale w latach osiemdziesiątych elity wojskowe również okazały się niezdolne do efektywnego rządzenia. W latach dziewięćdziesiątych kryzys się pogłębił. W efekcie mamy całą grupę państw, kilkadziesiąt w skali świata, które są bardzo słabe i nie mogą istnieć samodzielnie. Władze wielu z nich rządzą tylko w stolicy. Wiele nie jest w stanie bronić swych granic. 20-30 państw można dziś obalić za pomocą batalionu spadochroniarzy. Tylko co dalej? Przykłady Somalii i Liberii dowodzą, że gdy obali się państwo – jak to zrobili Amerykanie w Somalii – trudno je odtworzyć. Czy po upadku dyktatur w Trzecim Świecie, jak w Iraku, grozi nam wielka fala destabilizacji? R.K.: Tak, gdyż po obaleniu starego reżimu wraca się tam do struktur, które przez wieki pozwalały społeczeństwom przetrwać głód, epidemie, wojny – klanu i plemienia. Jedyną władzą jest sejmik wodzów plemiennych. Oni muszą się zebrać, przedyskutować podział stref wpływów itd. Na tym polega aktualny dramat ludzkości. Nie wymyślono nic sensownego, co można zrobić z państwem postkolonialnym. W tę pułapkę wpadli Amerykanie w Iraku i Afganistanie Widział pan narodziny niepodległych państw afrykańskich, opisywał entuzjazm, który temu towarzyszył. Czy po 40 latach można powiedzieć, że dekolonizacja się udała? R.K.: Nie można stawiać takiego pytania. To dopiero początek wielkiego procesu historycznego. Nowe struktury będą się kształtowały długo. Poza tym kraje afrykańskie są bardzo zróżnicowane i nie ma jednej odpowiedzi. Niektóre funkcjonują bardzo dobrze, jak Ghana czy Senegal, ale są i takie, które pozostają w stanie permanentnej wojny. Cały problem z opisywaniem świata polega dziś na tym, że on jest tak bogaty, tak skomplikowany i tak różnorodny. Dziękujemy za rozmowę.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*