Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Natura – reporter

Autor: Joanna Szczęsna
źródło: Gazeta Wyborcza
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Są różne typy reporterów. Są reporterzy wścibscy, agresywni, ale są też tacy, którzy przekazują tajemnicę, aurę miejsca, o którym piszą. Marian Brandys nigdzie się nie wpychał, nikogo nie doduszał i nie dociskał, nie zadawał podchwytliwych pytań. Po prostu był. I był wdzięczny tym, którzy z nim rozmawiali. Zmarłego tydzień temu wybitnego pisarza wspomina Ryszard KAPUŚCIŃSKI w rozmowie z Jaoanną Szczęsną

Joanna Szczęsna – Marian Brandys mówi osobie, że z zamiłowania jest reporterem, a reportaż historyczny wynalazł, ponieważ w pewnym momencie coraz trudniej zrobiło się z pisaniem reportażu krajowego. Kiedy słysze coś takiego, do głowy przychodzi mi przewrotna myśl, że może należy być wdzięcznym cenzurze za powstanie „Kozietulskiego i innych” czy „Końca świata szwoleżerów”…

Ryszard Kapuściński – Tak, cenzura rzeczywiście wymusza inicjatywę. Trzeba szukać jakiegoś wyjścia z tej pułapki, a takie poszukiwania bywają u ludzi wielkiego talentu bardzo twórcze. Cenzura może zabić literaturę drugo- czy trzeciorzędną, natomiast nic nie jest w stanie zabić wielkiego talentu – to tylko kwestia formy, w jakiej bedzie się on wyrażał. A Marian Brandys był człowiekiem wielkiego talentu i w jego przypadku ten bodziec cenzuralnych ograniczeń zadziałał pozytywnie.

Czytałem kiedyś taką piekną historię o Veronesem, któremu Inkwizycja cenzuruje jeden z jego obrazków – „Ostatnią Wieczerzę”. On się w końcu godzi coś tam zmienić, przerobić. I co z tego, że poczynił jakieś ustępstwa, skoro pozostawił potomnym wspaniały obraz?

Reporter to nie był zawód Mariana Brandysa, ale jego druga natura. Bycie reporterem oznacza zanurzenie się we współczesności, poza współczesnością reporter nie istnieje. No więc Brandys w czasach, kiedy możliwe były tylko te ezopowe sposoby pisania o współczesności, pisząc książki historyczne, pisał o naszych czasach.

Prawdę mowiąc, Marian Brandys znany jest przede wszystkim jako autor książek historycznych. Mało kto na przykład pamięta, że po 1956 roku był przez lata kierownikiem działu reportażu w tygodniku „Świat”, gdzie publikowali najzdolniejsi polscy reportażyści.

Specjalnie do tej rozmowy przeczytałem na nowo jeden z pierwszych po wojnie zbiorów reportaży – jego „Spotkania włoskie”. I widzę, że to wciąż świetna, bardzo przenikliwa literatura. Jest tam taki kapitalny opis wioski, gdzie w całej okolicy rosną tylko pomarańcze, i gdzie robotnikom pracodawca płaci wyłącznie pomarańczami, a ci robotnicy solą pomarańcze, żeby choć trochę przypominały chleb. Wtedy w Polsce – to był rok 1949 – pomarańcze były symbolem absolutnego luksusu, a tu ukazano je jako symbol nędzy. W taki prosty sposób pokazuje Brandys paradoksy świata, to jak ta sama rzecz może mieć inne wartości, inne znaczenia w różnych kulturach.

Myślę, że był w jego życi moment, kiedy mógł pójść w strone reportażu zagranicznego, ale wycofał się z tamtego pola, chyba świat go jakoś specjalnie nie pociągał. Tylko Polska.

Napisał jeszcze „Śladami Stasia i Nel” oraz „Z panem Biegankiem w Abisynii”. Książki te trafiły do szkolnych lektur i dla wielu ludzi z mojego pokolenia były pierwszym kontaktem z prozą Mariana Brandysa.

Tak, ale w tych afrykańskich reportażach mamy już tropienie polskich wątków, to też już są w gruncie rzeczy opowieści o Polsce i Polakach.

Boleję, że nie wznawia się dziś reportaży, nie tylko zresztą Brandysa. W Księgarniach nie uświadczysz książek wspaniałych reporterów – Jerzego Zieleńskiego czy Józefa Kuśmierka, całkowicie poszedł w zapomnienie Franciszek Gil, który uprawiał właśnie typ brandysowskiego reportażu…

To jakaś specjalna kategoria „reportażu typu brandysowskiego”?

Są różne typy reporterów. Są reporterzy dociekliwi, wścibscy, agresywni ale też są reporterzy refleksywni, którzy oddają klimat, przekazują tajemnice, aurę miejsca, o którym piszą. To właśnie nazywam „reporażem typu brandysowskiego”. Brandys nigdzie się nie wpycha, nikogo nie dodusza i nie dociska, nie zadaje podchwytliwych pytań. Po prostu jest. I jest wdzięczny tym, którzy z nim rozmawiają.

Podobnie jak Gil, Marian Brandys po prostu jechał gdzieś w Polskę, na głuchą prowincję, wędrował po jakimś ospałym , niemrawym miasteczku, spotykał kogoś na swojej drodze, był to zwykle inteligent, i słuchał, słuchał, słuchał.

Pisząc o Marianie Brandysie na Jego 85. urodziny, nazwal Go Pan swoim mistrzem…

W sensie dosłownym nie był moim nauczycielem, ale był dla nas wszystkich – parających się reportażem – wzorem, przykładem, rodzajem guru. Wpływał na nas zresztą w sposób niesłychanie dyskretny, przez sam fakt swojej obecności, przez to jak pisał – a była to piękna, czysta, klarowna polszczyzna – przez to, że był, jaki był.

A jaki był…

Najbardziej rzucające się w oczy jego cechy to dobroć i skromność. Ta część jego natury bardzo zresztą była ważna w jego pracy reportera. Przez swoją dobroć budził zaufanie i momentalnie zyskiwał sobie ludzi, którzy chętnie otwierali się przed nim, więc nie trzeba było takiego długiego okresu rozgrzewania. Z kolei przez skromność nie eksponował się w tekście, nie zasłaniał sobą opisywanej rzeczywistości. Skromność jest też ważną cechą historyka, który latami samotnie siedzi i dłubie w archiwach, a zanim coś powstanie, jego praca jest niezauważalna.

Marian Brandys uczył nas więc skromności i pokory, które są porzebne reportażyście. Ale uczył nie przez to, że nas zbierał i mówił: „Trzeba być skromnym, trzeba być pokornym”, ale po poprostu był skromny i pokorny. Patrzyliśmy na niego i wysnuwaliśmy nauki z jego sposobu pracy, z jego sposobu życia.

Po raz pierwszy spotkał go Pan w roku 1950 w Nowej Hucie.

Przyjechałem tam jako początkujący dziennikarz „Sztandaru Młodych”. Straszne miejsce. Nie było co jeść, gdzie spać, ne było wody, wszędzie brud, ludzie tonęli w błocie. Tam właśnie – w zabłoconych gumniakach, fufajce, z notesem w ręku – zobaczyłem po raz pierwszy Mariana Brandysa. Pogodny, przyjazny, życzliwy młodszemu koledze od razu powiedział, gdzie mam pójść, co robić – on już był zadomowiony na tej budowie.

Czy potem często utrzymywaliście kontakty?

Przez całe lata spotykaliśmy się rzadko, bo reporter jeśli pracuje, to w terenie, każdy gdzie indziej. Reporterzy to takie środowisko, które na dobre spotykać się zaczyna na stare lata. No więc były różne inicjatywy spotkań, w latach 80. na przykład widywaliśmy się – Hanna Krall, Wojciech Adamecki, Kazimierz Dziewanowski, Krzysztof Kąkolewski, ja – w restauracji Budapeszt, niedaleko mieszkania Brandysa. Pamiętam, że Marian zawsze słuchał. Nie pouczał, nie perorował, nie narzucał się ze swoim zdaniem. W latach 90., już był wtedy schorowany, odwiedziliśmy go kiedyś z Hanią Krall oraz Kaziem Dziewanowskim i on sie bardzo ożywił, wspominając wspólne z Dziewanowskim reporterskie wyprawy po Polsce. I w pewnym momencie mówi tak: „Wiecie, ten nasz zawód reporetra to los wygrany na loterii”.

Bo no do końca uważał się za reportera. Pracując w archiwach, nie przestał być reporterem. Czytał zresztą dokumenty historyczne tak , jak się czyta bieżącą, codzienną gazetę, z tym samym zainteresowaniem, z ta samą pasją.

Technikę reportażu przeniósł do swoich książek historycznych, w których – podobnie jak w reporażach – nie eksponował swojej osoby i chował się skromnie za dokumentami. To były zresztą na ogół materiały dość dostępne, do odszukania w archiwach, ale nikt tak jak on nie umiał budować z tego świata, nastroju, pokazywać sposobu widzenia i myślenia swoich bohaterów.

Mówił, że zafascynowała go epoka napoleońska, bo to był czas, kiedy decydowała się przyszłośc Polski na stulecia, dlatego moralne wybory poszczególnych bohaterów stawały się tak znaczące.

Choć pisał o historii, nie interesowały go tak bardzo ścisłe daty i fakty, raczej właśnie ludzie, ich charaktery, postawy, wartości. On też miał swojego mistrza. Nigdy z nim co prawda na ten temat nie rozmawiałem, ale myślę, że bliska mu była twórczość Szymona Askenazego. To jest ta sama epoka i ci sami ludzie (Poniatowski, Łukasiński), i ten sam sposób pisania: refleksyjny, eseistyczny, an pograniczu zamyślenia.

Szukająć zresztą dalej, znajdziemy innego patrona takiego pisania o historii, jakie uprawiali i Marian Brandys, i Askenazy. To był oczywiście Herodot, który też pisał anegdotą, lubił cytować plotkę, zaznaczając, oczywiście, że to plotka, która sama w sobie też jest wiadomością.

Fakt , że Brandys zamyślił sobie cykl o szwoleżerach na wiele tomów, to wielka rzecz. Dziś już nikt się do takiego pisania nawet nie przymierza. Ostatnie przed Brandysem , który porwał się na wielki monumentalny cykl powieści historycznych, był Antoni Gołubiew ze swoim „Bolesławem Chrobrym”.

„Koniec świata szwoleżerów” to książka, która w naszych czasach mogłaby zyskać całkiem nową aktualność. Jest to wszak opowieść o końcu jednej epoki i początku całkiem nowej.

Rzeczywiście, gdyby teraz wyszła, to nie byłoby żadne grzecznościowe wznowienie. Jest to naprawdę wspaniała książka o wielkim przełomie, zmianie postaw, mentalności, czyli dokładnie o tym, co dziś odbywa się w Polsce.

Nasze pojęcie rewolucji zostało sprzęgnięte z jakimiś barykadami, szubienicami, tymczasem dziś rewolucje mają zupełnie inny charakter, są zresztą dużo bardziej zasadnicze i nieodwracalne. Tak jak czas opisywany przez Brandysa w „Szwoleżerach” był czasem wielkiej zmiany, czasem konfrontacji różnych wartości, tak i dziś stoimy w obliczu wielkich zmian w ludzkich postawach, w obliczu przedefiniowania pojęcia „polskości”. Lektura Brandysa mogłaby dać nam wiele do myślenia.

Brandys opowiadał, że kiedyś jego brat, Kazimierz, w wypracowaniu „o zwierzęciu domowym” opisał kózkę, której jako żywo nigdy nie mieli. Wtedy ojciec odwołał na bok starszego Mariana i mówi: „Jestem przerażony, Twój brat na chorobliwe skłonności do kłamstwa”. Właśnie w tym momencie, zadaniem Mariana Brandysa, zostało przesądzone, że Kazimierz będzie powieściopisarzem, a on będzie twardo trzymał faktów.

W stosunku Mariana do brata nie było nigdy żadnej zawiści czy zazdrości, a przecież Kazimierz był swego czasu dużo bardziej znany. W tym też się przejawiała szlachetność natury Mariana. A przecież wiadomo, że relacje między piszącymi braćmi mogą być bardzo pokomplikowane, tak jak było choćby u Mannów.

Miałam z jedną książką Mariana Brandysa niesamowite doświadczenie. Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego dostałam do ręki wydany w drugim obiegu świeżo ukończony esej „Z dwóch stron drzwi”. Było po godzinie policyjnej, na ulicach stało wojsko. Ja ukrywałam się wtedy przed internowaniem i czytałam te historię o geście Rejtana i o sejmowym wystąpieniu Jerzego Zawieyskiego w 1968 roku z poczuciem, że Brandys mówi wprost do mnie o tym, co teraz dzieje sie w Polsce. Sejm miał akurat zatwierdzić wprowadzenie stanu wojennego i w powietrzu wisiała jednak nadzieja, że pojawi się jakiś – choćby skromny i na miarę epoki – Rejtan czy Zawieyski…

Tak, Marian Brandys nie miał w sobie nic z zasuszonego historyka, który opowiada stare, nic nikomu nie mówiące historie. Ja myślę, że on całkiem świadomnie postanowił odświeżyć, odbudować naszą pamięć historyczną minionych epok właśnie po to, żeby pokazać takie anologie, żeby pokazać tę historyczną ciągłość, która miała nam pomóc w zrozumieniu naszych czasów.