Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

„Lapidarium – księga proroctw, pytań i zdziwień Kapuściński widzi więcej”, recenzja książki „Lapiradium III”

Autor: Krzysztof Masłoń
źródło: Rzeczpospolita 5.7.1997
data publikacji: 1997-01-01


560 stron liczy w sumie, złożone z trzech części „Lapidarium” Ryszarda Kapuścińskiego, zbiór przeróżnych zapisków autora „Cesarza”. Zapisków o wszystkim: życiu, otaczającej nas rzeczywistości, planecie. Te rozmaite drobiazgi pisarskie, fragmenty reporterskie, sentencje, myśli, wrażenia z lektur ułożyły się w dzieło wyjątkowe, przynoszące próbę wstępnego zdefiniowania świata porewolucyjnego, świata po i w trakcie rewolucji elektronicznej.

W ostatniej części książki – „Lapidarium III” autor zajmuje się jednak i innymi sprawami, m.in. Istotą pisarstwa, w tym specyfiką reportażu i paradoksami z nim związanymi. Paradoksy te, choć niewątpliwie zdawaliśmy sobie z nich sprawę, ukazane i nazwane przez Kapuścińskiego muszą zdumiewać.

Kultowy komputer

Reportaż to gatunek bardzo czasochłonny, a dziennikarze pracujący w redakcjach mają mało czasu, zajmują się więc wszystkim innym, tylko nie reportażem. W efekcie autorami najgłośniejszych, najlepszych reportaży są pisarze, naukowcy, wojskowi. W wielu krajach do gazet pisują najwybitniejsi myśliciele współcześni. Nie jest ujmą dla Umberto Eco, Güntera Grassa, Mario Vargasa Llosy czy André Gluksmana publikowanie w dziennikach swoich przemyśleń w postaci esejów, felietonów i, właśnie, reportaży. W Polsce – dodaję od siebie – wciąż jest to rzadkością, choć warto zwrócić uwagę na próby czynione w tym zakresie, np. przez Jacka Bocheńskiego.

Słabnąca rola pracy powoduje jednak, że reportaże – te najlepsze – znajdują dla siebie miejsce w prasie literackiej i książkach. Automatycznie, reportaż staje się przez to bardziej artystyczny, czerpiąc pełną garścią z technik charakterystycznych dla literatury pięknej. Nie wpływa natomiast korzystnie na rozwój gatunku to, co – zdawałoby się – powinno mu sprzyjać, a więc rozwój techniki i środków łączności. Współczesny dziennikarz, wyposażony w modem, fax, e-mail i telefon bezprzewodowy, bez problemu wprawdzie kontaktuje się z redakcją, do której przekazuje informacje, z drugiej jednak strony związany z tą swoją centralą elektronicznie, gruncie rzeczy nie rusz się z niej. Ryszard Kapuściński opowiada o tym, jak podróżował po Afryce z ekipą telewizji brytyjskiej. Tych ludzi, z których większość była po raz pierwszy na Czarnym Lądzie, kontynent ten nie interesował zupełnie. Przez cały czas prowadzili długie rozmowy telefoniczne z Londynem: rodzinami i pracodawcami. Operator NBC – pisze autor „Lapidarium” – rejestrujący walki uliczne w Meksyku, nie wie, z jakiego powodu doszło do zamieszek, nie ma pojęcia, co się tam dzieje. On tylko filmuje i wysyła taśmę do Nowego Jorku, „tam już szefowie wybiorą, co im będzie potrzebne”.

Kim są ci szefowie? Na rynku prasy panowali kiedyś politycy i dziennikarze piszący, dziś dominuje na nim dircom (manadżer komunikacji, mediów). I to on kształtuje gusta, zainteresowania i poglądy czytelników. Na naszych oczach ginie zawód dziennikarski, profesja ta zmieniła się całkowicie i nie ma już w niej miejsca dla reportera, z natury rzeczy samotnika, „człowieka osobnego”. Reportażu uczy się dziś na wydziałach sztuki pisarskiej w uniwersytetach, a nie w szkołach dziennikarskich, zajmujących się głownie reklamą, promocją i marketingiem.

Współczesnym redakcjom nie są potrzebne gwiazdy pisarskie, lecz sprawni wyrobnicy (chciałoby się napisać – pióra) komputera, którzy w ciągu jednego dnia zamienić mogą pracę w redakcji na działalność maklerską na giełdzie. Tak dzieje się w całym świecie mediów, tak jest i w Polsce, tak jest i w „Rzeczpospolitej”.

Trudno być zadowolonym z takiego stanu rzeczy, trudno też bez melancholii czytać następującą uwagę Ryszarda Kapuscińskiego: „Wiele dotychczasowych cywilizacji czciło jako obiekt kultu K s i ę g ę: Wedy, Bilblię, Koran, Popol Vuh. Co będzie takim obiektem w naszej cywilizacji? Komputer?”

Epizod w historii kultury

Ryszard Kapuściński w „Lapidarium III” jest, jak zawsze, uważnym obserwatorem i pilnym rejestratorem zjawisk, rzeczy, lektur, ludzi. Nic w tym dziwnego i nowego, zatem nie tylko dlatego odniósł tą książką kolejny sukces, bo została ona świetnie przyjęta, może nawet lepiej przez czytelników niż przez krytykę. W „Lapidarium III” najistotniejszym było dla mnie nieustające zadziwienie autora, który nie krytykuje, nie osądza, nie potępia, co najwyżej stawia pytania. Bardzo dużo tych pytań, bo też powodów do zdziwień mu nie brakuje.

Oto np. Opowiada Kapuściński zasłyszaną historię o młodym Amerykaninie, który spędził wakacje w Warszawie. Był w Europie po raz pierwszy, ale dokładnie gdzie, tego nie wiedział, bo to go nie interesowało. Gdy jego rodzice zwiedzali miasto, on słuchał radia w samochodzie. W domu przez cały czas oglądał telewizję, najchętniej CNN. Z równa uwagą śledził informacje polityczne, rolnicze i kulturalne, wszystko było dla niego ważne. „bo tak naprawdę nic nie jest ważne”. Warszawa go nie ciekawiła, bo nic o niej nie było w CNN. „CNN nie tylko kształtuje światopogląd Paula. Wyznacza również jego rytm biologiczny: kiedy jest przerwa w transmisji – Paul zasypia”.

I znów Kapuściński zwraca uwagę na coś, z czego nie zdajemy sobie na co dzień sprawy: „Historia ludzkości zaczęła się od obrazków (rysunki naskalne w Australii, w Altamirze, w Lascaux, na Saharze) i kończy się obrazkami (telewizja, Internet). Wnet okaże się, że pismo literowe, druk i książka były krótkim epizodem w historii kultury”.

Jeżeli nawet jest to zbyt daleko idące przypuszczenie, to trudno nie docenić rangi mediów, szczególnie telewizji, w świecie polityki. Dość oczywiste jest – zważywszy na to, co widzieliśmy w Wilnie, Moskwie czy Bukareszcie – że władzę sprawuje nie ten, kto aktualnie ma w swoim posiadaniu pałac prezydencki, lecz ten, kto zajmuje gmach telewizji.

Telewizja jest wszechogarniająca, dotrzeć może wszędzie, sęk w tym jednak, że nie dociera tam, gdzie – jej zdaniem – nie dzieje się nic ciekawego. A tam z bezbłędnym wyczuciem trafia reporter, jak np. Ryszard Kapuściński do Brześcia latem ubiegłego roku. Tylko, co telewizja mogła zobaczyć w pociągu przez zasklepione brudem i błotem okno, którego nie sposób otworzyć. Czego mogła dowiedzieć się o kraju podczas kontroli celnej, przy aparatach do prześwietlania bagaży, wszystkich nieczynnych, gdyż nie ma światła. Na dworcu w Brześciu „tynki odpadają, drzwi nie chcą się zamknąć, żyrandole połamane, poskręcane, ślepe”. Stanowczo, nie są to wnętrza dla CNN.

Społeczeństwo szykuje się do wojny

Ryszard Kapuściński, wszystko jedno – w Afryce, na terenach byłego ZSRR czy w Polsce stara się widzieć więcej i to mu się udaje. Dociera do istoty tego, co ogląda, nie zadowalając się widokiem zewnętrznym i oficjalnymi objaśnieniami. Nie wystarczają mu gotowe formułki, którymi dziennikarze, politycy, a nawet naukowcy próbują nazwać współczesny świat. Świat wcale nie jest jednoznaczny, świat, w którym ani dobro nie jest do końca dobre, ani zło aż takie złe. Prawda – powiada autor „Lapidarium”: „Komunizm zwalczył wszelką niezależność”, ale „Zachód ją marginalizuje”.

Przez ostatnie pół wieku konfrontacja między Wschodem a Zachodem przesłaniała inny, znacznie poważniejszy konflikt, który – zdaniem Kapuścińskiego – charakteryzował będzie świat w następnym stuleciu. Jest to konflikt między bogatymi i biednymi, Północą i Południem.

„Wartość majątku – czytamy – jaki posiada dzisiaj 358 najbogatszych na wiecie ludzi, równa się sumie rocznych dochodów uboższych 45 procent mieszkańców świata (jest ich 2 miliardy 300 milionów ludzi)”. Czy potrzebny jest jeszcze komentarz?

Problem biedy w świecie i walki z nią został przez media zmanipulowany i zafałszowany. Ograniczono go wyłącznie do głodu, a przecież tych, którzy głodują, jest „tylko” 800 milionów, podczas gdy w ubóstwie żyje dwie trzecie ludności. „Ubóstwo nie jest problemem tyko wyżywienia – pisze Ryszard Kapuściński – głód, o którym się mówi i który chce się ograniczyć przez podesłanie tu i ówdzie żywności, to jest tylko szczyt góry lodowej. Za pojęciem głód „kryją się straszne warunki życia i mieszkania, choroby, analfabetyzm, agresja, rozbicie rodzin, rozluźnienie więzi społecznych, brak przyszłości i nieprodukcyjność”. Głód, tu i ówdzie, można zaspokoić transportem ryżu i mleka, na nędzę świat nie znalazł lekarstwa, co więcej – nie szuka nawet.

Media opowiadają bajki o Trzecim Świecie, zachłystując się rozwojem „azjatyckich tygrysów”: Singapuru czy Taiwanu. „Ignoruje się fakt – zauważa Kapuściński – że w skali już tylko samej Azji ludność tych krajów to zaledwie jeden procent populacji”.

Na naszej planecie – czytamy w „Lapidarium III” – żyją dwaj ludzie, całkiem inni. Jednego spotykamy np. Na pustyni Gobi lub w wysokich Andach. Ma tylko imię, kij, łyk wody w daktylowym naczyniu. Drugi, najczęściej spotykany w Stanach Zjednoczonych lub Europie Zachodniej, posiada przedłużenie w postaci komputera podłączonego do sieci Internetu, w jednej kieszeni ma pęk kluczy, w drugiej – karty kredytowe, w ręku trzyma aktówkę lub telefon komórkowy. Ludzie ci nigdy się nie spotkają, „zresztą nie mieliby sobie nic do powiedzenia”. Tak wygląda nasze, szukające tożsamości, społeczeństwo globalne.

To wielkie społeczeństwo szykuje się do wojny. Przyszła wojna – tu Kapuściński przyjmuje tezę Huntingtona – będzie wojną cywilizacyjną. Cywilizacji amerykańskiej z cywilizacją islamu. Dla Amerykanów, którzy zamerykanizować chcą wszystko i wszystkich, jedyną poważną przeszkodą jest islam. Dlatego zwalczają go, nie tylko militarnie – jak w Iranie i w Zatoce Perskiej – ale i propagandowo. Ryszard Kapuściński plastycznie pokazuje, jak zmanipulowano w mediach islam, nazywając go na początku konfliktu islamem wojującym, później fundamentalizmem islamskim, wreszcie, wprost – terroryzmem. Ta przyszła wojna będzie zmaganiem o przyszłość Zachodu i Stanów Zjednoczonych – państwa, w którym uniwersytety zatrudnią więcej ludzi niż rolnictwo. Czy taki kraj zgodzi się, by ktoś inny kontrolował źródła ropy naftowej, bez której świat rozwinięty ze Stanami Zjednoczonymi na czele nie może istnieć?

Drobiny na dnie przepaści

„Lapidarium III” przynosi także diagnozę sytuacji, w jakiej znalazła się Polska u schyłku wieku. Diagnozę niezbyt optymistyczną: „Nasz słaby instynkt państwowy, nasza niezdolność do myślenia kategoriami państwa, nasze klanowe zacietrzewienie, nasz kult prywaty – oto, co w rzeczywistości czyni nas słabymi i bezbronnymi wobec sąsiadów”.

Mocno brzmią te słowa, a bardzo gorzki wydźwięk ma konstatacja, iż wiele z tego, co w przyszłości służyło przetrwaniu narodu polskiego, teraz stanowi dla nas ciężar i zawadę. Kapuściński ma tu na myśli między innymi tendencje anarchistyczne, złą pracę, łamanie prawa, konserwatyzm, kulturę skansenu. Na to wszystko nakładają się spory polityczne, puste etycznie i kulturalnie. „Nie pada w nich – czytamy – franklinowskie pytanie: jak zrobić coś lepiej, tylko leninowskie: kto – kogo”.

Reporter powiada: – Jak tu u was ciemno i brudno!, a w odpowiedzi słyszy: – To nie nasz budynek. No więc nie – nie zgadza się autor „Lapidarium” – to jest też nasz budynek. I ta zdewastowana Białoruś, i ten głodny Trzeci Świat, i ta obolała swymi problemami Afryka, i bogaty Zachód, miotający się z nadmiarem wszystkiego od ściany do ściany, w poszukiwaniu – Bóg raczy wiedzieć – nowej religii, ideologii, nie odkrytej prawdy, i gdzieś w tym wszystkim mieszcząca się Polska. To jest nasz wspólny budynek, w którym niezbędne zmiany zaczynać trzeba od samych siebie.

Kapitalne są uwagi Ryszarda Kapuścińskiego dotyczące ekologii, na którą zwraca szczególną uwagę. To nie tylko wielki przemysł zanieczyszcza środowisko. Dymiące kominy fabryk i zatrute rzeki mają wiele wspólnego z tym, że nie myjemy okien, nie odnawiamy ścian, nie wkręcamy żarówek do latarń i nie wietrzymy mieszkań. Niczym w czytance do IV klasy, autor „Lapidarium” tłumaczy, że trzeba „chodzić w czystej koszuli, myć ręce i nogi, usuwać brudne kałuże z chodników, błoto z rynsztoków, śmieci sprzed domu. Środowisko zaczyna się w tym miejscu, w którym kończy się nasza skóra, jest w zasięgu naszej ręki”.

Diabelnie minimalistyczny to program, a przecież jako jedyny chyba – całkiem realny. Cała reszta jest szalenie niepewna. Nie znając przyszłości, nie będąc jej pewnymi, usiłujemy zakotwiczyć się w przeszłości. Tylko że pamięć staje się wielką przepaścią: „Coś tam majaczy na dnie. Jakieś drobiny. Punkty. Drgania. Gdzieniegdzie. Zniekształcone. Zamazane. Nieczytelne”.