„Kot w pajęczynie”, recenzja książki „Lapidarium III”

Autor: Zbigniew Bauer
źródło: Nowe Książki nr 8 s. 13-15
data publikacji: 1997-01-01

Ukazał się trzeci i – jak zapewnia sam autor – ostatni tom Lapidarium Ryszarda Kapuścińskiego. W odróżnieniu od poprzednich ten tom powstawał szybko, a zapiski w nim zawarte noszą daty zaledwie sprzed kilku miesięcy. Oznacza to, iż zamykając cykl Lapidariów Kapuściński posługiwał się estetyką fragmentu w pełni świadomie, wykorzystując wszystkie szanse, jakie daje ona komuś, kto chce poprzez nią dokonać swoistego rozrachunku z własną twórczością, z doświadczeniem, które „steruje” spojrzeniem na otaczający świat, które każe tak, a nie inaczej dobierać lektury, rodzące serie cytatów, głos i komentarzy.

Nieprzypadkowo trzeci tom Lapidarium jest w tak znacznym stopniu poświęcony językowi; jest – mówiąc nieprecyzyjnie – w najwyższym stopniu „literacki”, o czym świadczy choćby obszerny wykaz cytowanych źródeł. Można odnieść takie wrażenie: oto migotliwa, niespójna, „rozbłyskująca” struktura Lapidarium, do jakiej w pewnym sensie Ryszard Kapuściński przyzwyczaił czytelnika w tomach poprzednich, coraz wyraźniej odwołuje się do tego co „linearne”, co narasta i spełnia się w czasie: do tekstu. I jest w tym pewna prawidłowość: postmodernistyczna świadomość literatury, która bawiła się intertekstualnością, która w obrębie teorii powieści chociażby – produkowała dziesiątki, niekiedy zabawnych, terminów na określenie antylinearności narracji, antyfikcjonalności (jak np.transfikcjonalność, nadfikcjonalność lub sławne, bodaj przez R. Webera wymyślone sformułowanie „faction”, wykorzystujące homonimiczne skojarzenia ze słowem w angielszczyźnie mało przyzwoitym) nagle, u schyłku wieku skłania się, by powrócić do galaktyki Gutenberga, manifestując swoją „literackość” jako tekstualność. Pracowicie narastający poprzez opowiadanie, wyłaniający się z mroków niebytu obraz świata – może to jest przyszłość literatury, udręczonej już fragmentarycznością, niedopowiedzeniami, ustawicznym żeglowaniem wśród obcych głosów? Może nadszedł już czas, by wrócić do opowiadania – o świecie, o bliskich nam ludziach, o sobie samym wreszcie, nie zaś o tym, że właściwie nic nie nadaje się do opowiedzenia, sama zaś forma opowiadania jest generalnie bezsensowna? A jednak Kapuściński zdaje się aprobować opinię R. Barthesa, iż „podstawowa techniką dyskursu jest fragmentacja, czyli – dygresja, czyli – wycieczka. (…) Fragment to >radykalna nieciągłość<, to typ wypowiedzi, która jest >sposobem notowania<, efektem otwarcia i zainteresowania codzienną rzeczywistością, ludźmi, wszystkim tym, co można znaleźć w życiu”.

Jak „wrócić do opowiadania” w reportażu? Jak wrócić zwłaszcza w tej sytuacji, jaką stworzył współczesny rozwój mediów elektronicznych: radia, uformowanego dziś jako accoustic wallpaper; telewizji – potężnego kreatoranie tylko obrazu świata ( jeśli czego nie było w CNN – nie istnieje, myśli wspomniany przez Kapuścińskiego młody Amerykanin, nie odczuwając przy tym żadnych konfliktów poznawczych), ale i modelu bycia, swoistej filozofii istnienia, opartej na nieskomplikowanej elektronice telewizyjnego pilota, pozwalającej być żeglarzem, a raczej „surferem” w oceanie informacji uderzającym w każdej sekundzie o odbiorniki w każdej części świata: od Sudanu, Zairu, Timoru poprzez zaśnieżoną wieś białoruską po zagubiony gdzieś w czeluściach Ameryki drugstore, gdzie jedzą posiłek umęczeni upałem i drogą truckerzy, lub indiańskie pueblo. „Chanel-surfer to ten, kto wraca z pracy, siada w fotelu przed telewizorem, bierze do ręki pilota i naciskając guziczki nieustannie zmienia kanały – skacze czy raczej prześlizguje się z kanału na kanał tak jak morski surfem prześlizguje się z fali na falę. W tej czynności jest wszystko: niemożność człowieka zmęczonego, aby skupić się na jednym przedmiocie czy temacie, powierzchowność naszych zainteresowań, niewyraźna, ale gdzieś prześwitująca nadzieja, że może napotkamy coś, co zafascynuje i oszołomi nas, których nic nie może zadziwić ani porwać (…) Surfing to także metafora: przecież ślizgamy się w naszym myśleniu i w naszych opiniach, w wypowiedziach i oświadczeniach”.

Filozofia internetu ( i świata multimediów ) powołała do życia nowy gatunek literacki: hyperfiction (lub hypernovel), wykorzystujący właściwości hipertekstu ( tzn. tekstu antylinearnego, rozwijającego się poniekąd w wirtualnej przestrzeni, za pośrednictwem kolejnych, wiodących nas w głąb tej przestrzeni odsyłaczy – linków). Hipertekst umożliwia niekończący się surfing w głąb ludzkiej myśli i emocji, przez kolejne pokłady wiedzy doświadczenia, nieprzekazywalnych w inny – linearny – sposób. W światowej sieci znajdują się już dzieła wielkich pisarzy i poetów (hyperpoetry); w fascynującym eseju – możliwym do przeczytania w hipertekstowej postaci – D. Norris udowadnia, iż twórczość Vonneguta, Pynchona i Cortazara znalazła swój najlepszy wyraz dopiero w hipertekstowej postaci, albowiem hipertekst ( co zostało udowodnione przy pomocy metod psychoanalitycznych) odpowiada seksualności kobiecej…

Hipertekst, estetyka fragmentu, centonowość, antyfikcjonalność, wykorzystywanie intertekstualności przekazu – dla większości zachodnich badaczy są echami postmodernizmu. W polskiej wrażliwości, do której – bo jakże by inaczej!- domieszano Pana Boga i politykę, postmodernizm nie ma dobrej prasy. Jest znakiem zła moralnego, ambiwalencji etycznej, „skundlenia” wartości, które powinny być jasne, oczywiste i niedwuznaczne, albowiem w przeciwnym razie trącą „krecią robotą”.

Tymczasem pisarstwo reportażowe Ryszarda Kapuścińskiego, tak bliskie przecież w rozmaitych rozwiązaniach formalnych, a także w ogólnym przesłaniu etycznym, światowym tendencjom prozie powieściowej, jest mocno i – jeżeli wolno tak napisać – dramatycznie osadzone w sytuacji komunikacyjnej typowej dla kultury końca XX wieku.

W II a szczególnie w III tomie Lapidarium spotkamy uwagi opisujące tę sytuację: ironicznie, gorzko, sceptycznie. Kapuściński doskonale wie, że wzorce owej sytuacji tworzy przekaz medialny, osobliwie – telewizyjny. I jeśli wspomniałem o „dramatyzmie” tkwiącym w pisarstwie autora Imperium, to głównie dlatego, że podstawowym problemem dla niego staje się odpowiedź na pytanie o szanse dziennikarstwa wewnątrz kultury mediatyzowanej. Pisze Kapuściński: ” Rozwój mediów, cała dokonująca się rewolucja informacyjna powołały do życia nową, liczną warstwę zawodową ludzi, dla których dziennikarstwo jest już pozbawioną wszelkiej emocji i mistyki profesją, stanowiąc tylko jedną z możliwych dróg kariery, dróg, którą mogą porzucić nazajutrz, dla zupełnie innych, lepiej opłacanych materialnie zajęć. Ludzie ci dobrze czują się w wielkich wytwórniach informacji, obrazów i dźwięków (…) Nie ma tam już miejsca dla takiego indywidualisty, samotnika, kota chodzącego swoimi drogami, jakim z natury swojej jest reporter”. A w innym miejscu: „Samotność reportera, który jeździ po świecie, do dalekich krajów: pisze dla tych, którzy go nie czytają, dla tych, których mało interesują jego bohaterowie. (…) Reporter to postawa życiowa, to charakter”. I jest rzeczą oczywistą, jak zauważa autor Lapidariów, że reportaż w takiej sytuacji zbliża się do literatury, nie tylko, by tak rzec „formalnie”, ale „profesjonalnie”: uczą go na świecie nie w szkołach dziennikarskich ( zwanych coraz częściej szkołami medialnymi, szkołami p-r ), ale w szkołach dla pisarzy. Być może nie byłoby w tym nic szczególnie dziwnego, gdyby nie fakt, ze owe szkoły dla pisarzy mają wykształcić w swych słuchaczach wiedzę, jak osiągnąć sukces: trening obejmuje przecież techniki pisarskie, nikt bowiem w tych młodych, zamożnych i zapewne na jakiś tam sposób wartościowych ludziach nie zaszczepi wrażliwości, owej zdolności słyszenia, jak budzi się sawanna i jak zasypia pustynia ( to piękny fragment z poprzedniego Lapidarium ).

Nie zaszczepi zdolności odczuwania świata smakiem ( jak smakuje woda w Tadżykistanie, z kranu w potwornej, zalanej fekaliami toalecie na Szeremietiewie, z bukłaka beduina…), dotykiem ( nikt nie nauczy ich wniknąć w tajemnice ruin willi Tyberiusza na Capri tak bardzo, by odczytać z nich jeden z przedziwnych cudów wczesnochrześcijańskiego – i późnorzymskiego – świata, a może tajemnicę wszelkiej tyranii, która zadając śmierć sama stoi na granicy śmierci. Literatura pragnie szybkiego, chciałoby się powiedzieć: „gwałtownego” sukcesu. Tak jak reportaż, jak przekaz w wieczornym dzienniku telewizyjnym. Dla literatury czas nie płynie ” po epicku”, co można przecież usłyszeć ( to wspaniały, cytowany przez Kapuścińskiego, Andriej Sieniawski).

Reportaż i powieść znalazły się w tej samej sytuacji komunikacyjnej. Jeżeli jeszcze przed kilkunastoma laty reportaż stanowił nadzieję dla powieści, to teraz i on odczuwa głęboki pesymizm owej sytuacji. Amerykanie stworzyli niegdyś termin „literatura wyczerpana”, dla którego alternatywą wydawał się kiedyś gorzki śmiech Vonneguta czy Bartha, „realizm magiczny”Carpentiera, Asturiasa czy Cortazara ( nota bene: to w odniesieniu do pisarstwa Kapuścińskiego jeden z krytyków zachodnich użył świetnego w swej lapidarności określenia: „faktografizm magiczny”), dokumentaryzm i new journalism w stylu Mailera. Dzis szanse się wyrównały: reportaż – jak powieść – istnieje wśród tekstów, języków, artefaktów; kot spaceruje po niewidocznej pajęczynie milionów bitów oplatającej świat.

Rytm narracji reportażu od zawsze wyznaczała podróż: wtedy, gdy była jeszcze powolnym smakowaniem świata, znaczonym schematycznymi, pośpiesznymi rysunkami ( rysunek – choćby pod palcami Słowackiego – zastępował kodaka; przyjrzyjmy się, jak Jul, w stosownym kapeluszu, w spodniach i kubraku przemyślnie dobranych do sielskich alpejskich ekspedycji, wybiera fragmenty pejzażu, jak odrzuca z niego to, co nieistotne dla gorączkowo penetrującego świat umysłu…), odczuwaliśmy stopniowe wyłanianie się celu: Livingstone, zagubiony gdzieś w sercu Afryki nagle widzi przed sobą olbrzymi wodospad, którego nie widział przed nim żaden z Europejczyków, płacze, porażony wspaniałością widowiska. Dziś cel to reflektory lotniskowe, zapalające się pod kołami lądującego jumbo; pas betonu, miękkie „paf” spod potężnych opon. I już. Już koniec drogi. Rano obrazy śmierci głodowej: trzysta tysięcy umierających na granicy Sudanu i Etiopii; wieczorem Rzym: ciepły koniec dnia na Piazza Navona. Restauracje pełne ludzi, góry jedzenia, piękne, zadbane kobiety. „Gdy uświadomiłem sobie ten kontrast – pisze Kapuściński – rozpłakałem się, co mi się rzadko zdarza. Wówczas też własnie uprzytomniłem sobie, jak bardzo nieprzekazywalne jest moje doświadczenie”.

Być może gdyby Kapuściński był korespondentem w innych rejonach świata, to doświadczenie byłoby możliwe do przekazania: doświadczenia Afryki nie da się zastąpić żadnym innym. Ale – zarazem – doświadczenia Afryki nie da się dziś zastąpić jakimkolwiek „całościowym” obrazem: ono musi pozostać w „rozbłyskach”, w nagłych olśnieniach, zaskakiwać reportera, a wraz z nim jego czytelnika, na Trafalgar Square, Piazza Navona, Trocadero, kto wie – może i na Sadowom Kolcu. Tego doznania całości świata nie zastąpi światowa pajęczyna ani komórkowy telefon. To jest doznanie, które pojawia się nagle: wyłania z jakiegoś kamyka podniesionego z lapidarium.

Dlatego samotny kot wędruje przez wielką pajęczynę, albowiem – jak pisze Quasimodo:

Każdy stoi sam na sercu ziemi
przebity promieniem słońca
i nagle jest wieczór.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*