Kapuściński. Mąż. Reporter

Autor: Teresa Torańska, Artur Domosławski
Źródło:Gazeta Wyborcza, „Duży Format”

Tekst ukazał się pierwotnie w „Dużym Formacie” dodatku do Gazety Wyborczej.

Wszystko go wtedy drażniło. I jak widziałam, że się miota, nerwowo
chodzi, cichutko siedziałyśmy z Zojką w pokoju Mąż reporter. Rozmowa z
Alicją Kapuścińską

– Spojrzał na mnie. Raz, drugi. Zaprosił do kina.

W październiku 1951 roku?

– Byliśmy na I roku historii. Nie pytajcie, co to był za film, co za
kino. Byłam nim zafascynowana, bezgranicznie. Może Stolica na Mokotowie.
Był śliczny, czupryniasty, nie jak potem. Z ciemnymi włosami, zgrabny,
wysportowany, kopał piłkę, bardzo lubił grać w piłkę.

Koleżanki powiedziały: poderwałaś najładniejszego chłopaka z roku.
Siedzimy całą gromadą w kawiarni. Noga na nogę, każda z papierosem.
Śmieję się, coś peroruję. Przyjechałam do Warszawy na studia ze
Szczecina, w wielkim mieście czułam się wyzwolona. A naprzeciwko mnie
siedzi Rysio i z dezaprobatą kręci głową. On nie chciał, by dziewczyna,
na którą zwrócił uwagę, paliła papierosy. Dzierlatki takie jak ja
wówczas nie paliły. Udaję przed koleżankami, że go nie widzę, gadam
dalej i gaszę papierosa. Nigdy więcej nie zapaliłam.

Wystarczyło, by kiwnął głową?

– Nie, pokręcił.

Ale sam palił?

– Ponad 30 lat. Za długo. Rzucił dopiero w 1980 roku, kiedy prof.
Noszczyk go nastraszył. Ma pan pozarastane tętnice – powiedział mu –
więc albo rzuci pan palenie, albo będę musiał nogi panu poobcinać.

Spotykaliśmy się na uniwersyteckich wieczornicach. Byliśmy parą.
Czekałam na niego. Rysiek miał zajęcia w ZMP, spóźniał się. Kiedy się
zjawiał, zaczynaliśmy tanga. Ktoś opowiadał, już po jego śmierci, że gdy
tańczyliśmy, koledzy wokół nas tworzyli kółko, a my, wpatrzeni w
siebie, w ogóle tego nie widzieliśmy.

Też należałaś do ZMP?

– Prawie wszyscy należeli. Zapisałam się jeszcze w liceum. Mama
zapytała: po co? dlaczego? Odpowiedziałam: a dlaczego miałabym się nie
zapisać? Ojciec był z tego zadowolony, należał do PPR-u. A mama nie.
Ciągle się o to spierali. Moi rodzice byli nauczycielami wiejskimi.

Na zebraniach ZMP siadywałam w kącie z koleżankami, gadałam, śmiałam
się, byłam bardzo wesołą dziewczyną, lubiłam się śmiać, a Rysio siedział
ważny za stołem prezydialnym i mnie uciszał: – Towarzyszko Mielczarek,
przestańcie rozmawiać. I miał figliki w oczach. Teresa, pamiętasz jego
figliki w oczach? Dawał mi w ten sposób znak, że mnie obserwuje.

Mieszkałam w czteroosobowym pokoju w tzw. Nowej Dziekance. To był
uniwersytecki akademik na Krakowskim Przedmieściu przy pomniku
Mickiewicza, dobudowany do starej Dziekanki, która należała do uczelni
artystycznych. A Rysio mieszkał w strasznej ciasnocie z rodzicami i
siostrą w jednym z fińskich domków na Polu Mokotowskim. To był domek
dwurodzinny, oni zajmowali połowę. Wchodziło się po schodkach do
malutkiej sioneczki, po jednej stronie była ubikacyjka i kucheneczka z
żelaznym zlewem, po drugiej jeden pokój z wnęką. W pokoju stał tapczan
rodziców, szafa, stół i parę krzeseł, a we wnęce oddzielonej od pokoju
zasłonką stały dwa żelazne łóżka. Pod jedną ścianą spał Rysio, pod drugą
młodsza o rok siostra. Ojciec Rysia był nauczycielem robót ręcznych,
mama pracowała w Głównym Urzędzie Statystycznym, a Basia studiowała
anglistykę. Ale wy tego nie piszcie.

Czego mamy nie pisać?

– Że kiedy ich nie było, spotykałam się z Rysiem w domku fińskim.

Coś w tym złego?

– Ja publicznie o takich prywatnościach nie opowiadam.

A my pytamy?

– Teresa, uważasz, że nikt się nie domyśli?

Alu, domek fiński musi być.

– To z umiarem, proszę.

On jeszcze stoi. W 1988 poszliśmy z Rysiem na spacer na Pole
Mokotowskie. Budowano tam Bibliotekę Narodową. Patrzymy: z kilkunastu
zostały dwa, zamienione na pakamery dla robotników. Jeden – na pewno
Ryśka. Podeszliśmy bliżej, zerknęłam przez okno, pośrodku pokoju stał
stół zrobiony przez ojca, okrągły, czarny, na stole były porozkładane
papiery. Kiedy ojciec przeprowadzał się w latach 70., nie zabrał go, bo
nie mieścił się w nowym mieszkaniu.

Rodzice Ryśka lubili cię?

– Jego mama uważała, że jest za młody do żeniaczki.

Ty też byłaś młoda, miałaś 19 lat.

– Ale mnie młodość nie usprawiedliwiała. Wtedy zawsze winna była dziewczyna. Ona zupełnie inną przyszłość mu planowała.

Jaką konkretnie?

– Chyba dokładnie nie wiedziała. Po studiach Rysiek pojechał na obóz
wojskowy do Nidzicy. Wrócił z jedną gwiazdką. Wszedł w mundurze,
zasalutował, stuknął obcasami i powiedział: – Podporucznik Kapuściński
melduje się w domu! Jego mama rozpłakała się ze szczęścia. „Mój syn jest
oficerem”. W Pińsku, gdzie mieszkała przed wojną, oficerowie byli elitą
miasta, a w kasynie oficerskim odbywały się najwspanialsze bale, na
które była zapraszana. Chodziła na nie, uczesana na Smosarską, w
kapelusiku, dumna, że jest nauczycielką i należy do elity. Jej syn
musiał też być wielki i ważny.

I został.

– Ale wtedy, w 1952 roku, nie była pewna, czy mu w tym nie przeszkodzę.
Dopiero umierając powiedziała: – Alu, byłaś dla mnie córką. Było to
najwyższe odznaczenie, jakie mogłam od niej otrzymać.

Po ilu latach na nie zasłużyłaś?

– Po dwudziestu. Zmarła w 1974 roku.

Pojechaliśmy do moich rodziców do Szczecina. Rysio zrobił dobre
wrażenie, a jakże. Powiedział im, że zamierzamy się pobrać. Ale nie wie
kiedy, bo nie mamy mieszkania. Zapytałam swoją mamę: nie zdziwisz się,
jak będzie dziecko? Moim pytaniem nie wydawała się zaskoczona. Była
mądrą kobietą, widziała, co się z nami dzieje. No to będzie –
zaakceptowała. Wzięliśmy ślub.

W Warszawie?

– Tak, w urzędzie stanu cywilnego. Nie braliśmy kościelnego.

Masz zdjęcie?

– No, skąd! My w ogóle nie mamy wspólnych zdjęć. Może jakieś jedno,
amatorskie. A wtedy, Boże, wtedy nikt w urzędzie stanu cywilnego nie
robił zdjęć. Nikomu nawet do głowy by to nie przyszło. Zastanówcie się,
to był 1952 rok! Zresztą żaden ze znajomych nie miał aparatu
fotograficznego. Rysiek kupił sobie używaną zorkę dopiero kilka lat
później, jadąc pierwszy raz do Indii. Miałam na sobie skromną granatową
sukieneczkę z białym kołnierzykiem, a on czarny garnitur z matury,
jedyny, jaki miał. Usiedliśmy, urzędnik coś mówił, a Rysiek wyjął z
kieszeni obrączki, trącił mnie, podał jedną i: wsadź mi na palec –
powiedział.

Masz ją?

– Nie wiem, może w jakimś puzderku. Przestałam ją nosić, bo pracując w szpitalu, trzeba było bez przerwy myć ręce.

Rysiek też nie nosił, prawda?

– Zgubił.

Byliśmy na drugim roku. Przeniosłam się do akademika na Madalińskiego.
Przychodziłam do Ryśka do domu i jego mama (uśmiech) dawała mi do
cerowania jego skarpetki. Żebym wiedziała, jakie są obowiązki żony. No
to siedziałam i cerowałam.

Koszule też mu prałaś?

– A jakże! Wszystko robiłam, co trzeba. Bardzo chciałam ją udobruchać, że jednak źle nie trafił.

Bo według niej żona Rysia jaka miała być?

– Potulna, pracowita, obsługująca męża.

A ty na to co?

– Byłam jej wdzięczna, że mnie wpuszcza. Nie bałam się obowiązków.

Dla mamy Rysia „mój syn” to było coś najdroższego. On też bardzo był do
niej przywiązany. Mówił do niej „mamińka”. Usłyszał to zdrobnienie w
Czechosłowacji, na swoim pierwszym zagranicznym wyjeździe, jeszcze na
studiach, i bardzo mu się spodobało. Ona była szczęśliwa.

A ojciec lubił z Rysia żartować. Niemal co dzień dochodziło do jakiejś
wymiany zdań. Idź już spać, Rysiu – mówił na przykład ojciec – ja ci do
rana tę całą książkę popodkreślam. Bo Rysio, ucząc się, podkreślał
interesujące go zdania. I Rysiek się wściekał. Albo mówił, też
prowokacyjnie, że Rysiek jest średniego wzrostu, i mama była oburzona: –
Jak to średniego, Rysio jest wysoki. Ojciec się zaśmiał: – Rysio jest
średni wyższy, a ja średni niższy. Matka podnosiła głos: – Co ty, stary,
wygadujesz, to ty jesteś mały, a mój syn jest wysoki! Ona zawsze
mówiła: mój syn, moja córka, moje dzieci. Basię kochała, a syna
wielbiła. Rysiek dla niej był najpiękniejszy, najzdolniejszy i
najmądrzejszy.

Dla ciebie też?

– Och, do końca.

Wzięłam urlop dziekański, pojechałam do Szczecina i, czekając na
rozwiązanie, zaczęłam pracować w Pałacu Młodzieży, w bibliotece.

W maju 1953 roku moja mama posłała Rysiowi depeszę. Że ma córeczkę.

A on…?

– No tak, chciał mieć syna.

Mężczyźni są śmieszni, prawda, Alu?

– Uważaj na słowa, Artur może się obrazić, robisz mu przykrość.

Kiedyś – bo teraz to już nie obowiązuje – uważano, że prawdziwy
mężczyzna powinien spłodzić syna, który po ojcu przejmie kierowanie
rodziną, zbudować dom i zasadzić drzewo. Rysiek zastanawiał się, jak tę
córkę nazwać. Spotkał naszą przyjaciółkę. Zocha – oznajmił – urodziła mi
się córka. Powiedziała mi potem, że wyglądał na zadowolonego. No to
nazwijcie ją Zofia – zaproponowała. Spodobało mu się.

Szybciutko do nas przyjechał. Woził Zojkę na spacery w wózku.

Mówiłaś mi kiedyś, że nie woził.

– W Szczecinie woził.

A w Warszawie?

– Nie było potrzeby. Zojka miała już trzy lata. Wrócili raz ze spaceru,
on ją rozbierał, pamiętam, i opowiadał o psie, którego spotkali. – Hau,
hau – szczekał i ona za nim powtarzała – hau, hau.

Czego się wstydził? Powiedz.

– Że taki młody, a już tata.

Byłam jeszcze w Szczecinie, przyjeżdża, bardzo zdenerwowany. Jego mama
dostała udaru. To był albo wylew, albo zator w tętnicy mózgowej.
Wyglądało bardzo groźnie. W dom-kach fińskich nie było oczywiście
telefonów. Rysio pobiegł na Hożą wezwać pogotowie. Lekarz powiedział:
najlepiej przystawić pijawki, żeby ściągnęły krew z tętnicy szyjnej.
Rysiek biegiem na Polną, na bazar, kupił słoik pijawek. One ją
uratowały. Nie wróciła wprawdzie do pracy, ale w miarę normalnie
funkcjonowała.

Rysiek powiedział mi: – Nie wracaj na historię. Ja po historii zostanę
dziennikarzem, a ty co, pójdziesz do szkoły i będziesz uczyć rozwydrzone
bachory? Idź na medycynę, jak chciałaś.

Chciałam rzeczywiście. W wypracowaniach szkolnych pisałam, że będę
leczyć dzieci, bo „Uśmiech zdrowego dziecka jest największą nagrodą dla
lekarza”. A na historię trafiłam dlatego, że dyrektorka mojego liceum
skierowała mnie do klasy o profilu pedagogicznym. Po maturze obowiązywał
tam nakaz pracy i zwolniono mnie z niego pod warunkiem, że ukończę
studia uprawniające do pracy w szkole. Medycyna była niespełnionym
marzeniem także mojej mamy. Od zawsze mi mówiła: ja nie miałam warunków,
ale ty zostań lekarzem, to najlepszy zawód na świecie.

Zdałam w Szczecinie na medycynę i zaliczyłam tam I rok. Rysiek skończył
studia, poszedł pracować do redakcji „Sztandaru Młodych” i dostał
przydział na mieszkanie pracownicze. Przeniosłam się do Warszawy na
studia. Zojka została z dziadkami. Była za mała, żeby iść do
przedszkola. Zabraliśmy ją po roku.

Mieliśmy pokój z kuchnią i łazienką w bloku na rogu Nowolipek i
Marchlewskiego. Kuchnia była dość duża, widna, bo z oknem, postawiliśmy w
niej biurko. Rysiek siedział przy biurku i pisał.

Ręcznie?

– Oczywiście, przecież nie miał maszyny.

A ty, gdzie gotowałaś?

– (Uśmiech).

Jakoś musiałam sobie radzić. Byłam szalenie zdyscyplinowana. Raniutko
coś podszykowałam, poprasowałam koszule, potem szybko Zojkę do
przedszkola i na wykłady czy do szpitala. Do przedszkola na szczęście
było blisko, w sąsiednim domu. A wieczorem pranie, w wannie, nie miałam
pralki.

Najgorsze było to, że nasze mieszkanie znajdowało się między między
windą a zsypem. Z jednej więc strony co chwila trzaskały drzwi od windy i
winda z hałasem ruszała, łubudu, a z drugiej strony był zsyp. I znowu
słyszeliśmy łubudu. Na dodatek zsyp był połączony z naszą kuchnią
wywietrznikiem. Bo kuchnia miała się wietrzyć do zsypu, a było
odwrotnie. Zakleiłam wywietrznik, ale to nie pomagało. Rysiek był
zdenerwowany.

On nie znosił, by mu coś przeszkadzało w tym, co nazywał wydzielonym
czasem. Potrzebował go do realizacji swoich planów. Wszystko go wtedy
drażniło. I jak widziałam, że się miota, nerwowo chodzi, cichutko
siedziałyśmy z Zojką w pokoju. Na tyle już go znałam, że wiedziałam, że
muszę się usunąć, nie odpowiadać na zaczepki.

A tak czasem pięścią w stół?

– Nie, nie.

Powiedzieć, że masz dość?

– Co ty, przecież to był mój Rysio! No co ty!

Potem przychodził, mówił: zaczynam pisać. Odczytywał pierwsze zdanie.
Byłam pierwszą czytelniczką jego pierwszego zdania kolejnego reportażu.
Oddychałam z ulgą, cieszyłam się, skakałam prawie z radości, że już
teraz pójdzie.

I szło tylko do następnego akapitu, prawda?

– No tak. Rysio pisał wolno. Każde zdanie musiał przemyśleć. Jemu
zawsze zależało, żeby pisać dobrze, a nie dużo. Zarabiał grosze. Z
trudem wyrabiał redakcyjną normę.

Mój ojciec nam pomagał. Oni obydwoje pracowali, pensje nauczycielskie
nigdy nie były wysokie, ale mój brat skończył już politechnikę i oni
sami tę pomoc finansową nam zaproponowali. My ich o to nie prosiliśmy.
To była ich dobra wola.

Kiedy skończyłam studia w 1959 roku i dostałam pierwszą pensję, napisałam ojcu, że już za pomoc dziękujemy, damy sobie radę.

Rysiek zaczął coraz więcej wyjeżdżać. I było tak, że kiedy był w
Polsce, pożyczałam pieniądze, a kiedy wyjeżdżał – żył z diet, a ja tutaj
z jego pensji oddawałam długi. To była normalka. Na jedno Boże
Narodzenie, pamiętam, poszłam sprzedać makulaturę, żeby kupić szpic na
choinkę, bo chciałam Zojce ubrać choinkę.

Nagle zawiadomiono mnie, że jest chory. W Ugandzie złapał mózgową
postać malarii. Ze szpitala odebrała go Iza Nowakowa, żona attaché,
naszego przyjaciela. Przywiozła do Dar es-Salaam, stolicy Tanzanii, żeby
się podkurował.

Akurat byłam na stażu w klinice zakaźnej. Powiedziałam lekarce
specjalistce. Ona zdrętwiała – zauważyłam. Zapytała jednak spokojnie:
ale jest już jakaś poprawa? Przytaknęłam. Nie chciała mnie denerwować,
że z mózgowej malarii śmiertelne powikłania mogą wyniknąć.

Powinien był wtedy wrócić. Wiem od Izy Nowakowej, że zastanawiał się,
co zrobić. Bał się, że jeżeli o chorobie powiadomi PAP, to oni go
odwołają i więcej nie wyślą, bo powiedzą, że jeżeli ty w tropiku łapiesz
ciężkie choroby, to nie nadajesz się do tego klimatu. Postanowił
zostać. Miał do wyboru: albo leczyć się w szpitalu dla białych, za który
PAP musiałby płacić, albo za darmo w przychodni dla Afrykańczyków.
Poszedł do przychodni dla Afrykańczyków. Opisał potem, że jeden z nich
nazywał się Edu, od słowa edukacja. I że strzykawki gotowali razem z
jajkami, a po ugotowaniu naciągali w nie streptomycynę i z rozpędu ciach
mu w tyłek – wbijali, podskakując i zaśmiewając się.

Dlaczego?

– Dla żartów! Bo się z nimi zaprzyjaźnił. Więc uznali, że wobec
przyjaciela mogą sobie pozwolić na takie żarty. On – przecież wiecie –
ze wszystkimi bardzo łatwo się zaprzyjaźniał i starał się nie pokazywać,
że jest od nich inny czy lepszy.

Rysiek miał wtedy etat w tygodniku „Polityka”. To były pierwsze lata
60. Pracowała tam Marysia Rutkiewicz, trochę Ryśkowi patronowała.
Zadzwoniła, bym przyszła do niej do redakcji. Rozważamy możliwość –
powiedziała mi – by pani pojechała do męża i się nim zaopiekowała. Coś
ma z płucami – dodała. Nie chciała mi powiedzieć, co. Strzeliłam: – A
nie jest to przypadkiem gruźlica? Dopiero wtedy powiedziała, że kaszle i
pluje krwią. Był bardzo wycieńczony. Odezwała się wojenna gruźlica. –
Jadę – zdecydowałam natychmiast. Zojka miała dziesięć lat. Załatwiłam
paszport i bezpłatny urlop w szpitalu, cioteczna siostra Ryśka zajęła
się mieszkaniem, a Zojkę odesłałam do swojej mamy do Szczecina, poszła
tam do szkoły.

Po roku, w 1964, wróciliśmy przez Niemcy
do Polski. Z „garbusem”. Rysiek odłożył trochę pieniędzy i w NRF-ie
kupił sobie pierwszy samochód. „Garbus” – jakie to wtedy było szczęście!

Najważniejsze dla niego były wyjazdy. Po nich?

– Praca nad książką.

A potem? Długo, długo nic i…?

– Gdzieś tam się znajdowałam. Myślę, że miałam swoje trwałe miejsce. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Nie miałaś pretensji?

– Przecież on nie wyjeżdżał dla turystyki, dla przyjemności. Tylko do
pracy. A ja wiedziałam, że muszę szanować jego pracę. Zawsze miałam
głębokie przekonanie, że ta praca jest jedyną, którą chce i ma ambicje
wykonywać. Nigdy nie powiedziałam mu „może byś nie pojechał” albo
„wolałabym, żebyś został”, albo wprost „nie jedź”.

A chciałaś powiedzieć?

– Może i chciałam. Ale rozumiałam, że każdy wyjazd – mniej lub bardziej
niebezpieczny – jest spełnieniem jego marzeń. I jedynym sposobem, w
jaki chciałby się realizować. To co ja miałam w tej sytuacji do
powiedzenia, no co? Powiedzcie.

Nie było go czasem pół roku, czasami po kilka miesięcy. Chodziłam do
PAP-u prosić, by pokazywali mi, jakie depesze przysyła. Patrzyłam, skąd
są, i dzięki temu mniej więcej wiedziałam, gdzie jest i co się z nim
dzieje. Ta komunikacja z nim zawsze była koszmarna.

Mówił: wracam za sześć tygodni. I raptem okazywało się, że coś dzieje
się w Mozambiku. Albo w Kongu, albo w Zanzibarze. Występował do PAP-u o
zgodę, dostawał i jechał.

Razem, we trójkę, pojechaliśmy do Meksyku. Został stałym korespondentem
PAP na całą Amerykę Łacińską, jechał na kilkuletni pobyt, przejął tę
placówkę po Osmańczyku, poprzednicy byli z rodzinami i on też miał prawo
wziąć nas. Córka była tylko półtora roku, zażądała powrotu, miała 16
lat, nie podobało jej się.

Dlaczego?

– Nie wiem, nauczyła się hiszpańskiego i oświadczyła, że woli być w Polsce. Takie miała życzenie.

Podobna jest do niego?

– Nie, do jego matki.

Wróciłam z nią, zakładając, że być może na stałe, bo przecież samej w
Warszawie jej nie zostawię. Ale zgłosiła się Zosia, po której ma imię, i
zaproponowała: niech mieszka u mnie. Chcesz zostać u cioci Zosi? Była
szczęśliwa, zrobiła maturę, dostała się na iberystykę. Wróciłam po roku.
Rysiek pół roku później, musiał jeszcze zlikwidować placówkę. A po
kolejnym roku Zojka się zakochała w Kanadyjczyku, który przyjechał do
Polski poznać kraj ojca. Latem wybrali się autostopem do Szwecji trochę
popracować, potem do Francji. Rok akademicki się zaczął, ona mi daje
wymijające odpowiedzi i raptem dzwoni albo pisze, żeby jej przysłać
metrykę, bo wychodzi za mąż. Wzięli ślub w Grenoble w Wigilię.

Byłaś na ślubie?

– No, skąd. Ona mnie o ślubie zawiadomiła, ale nie zaprosiła. Rysiek
był wtedy w Angoli. Wraca i jest zły. Czy ona sobie za granicą sama
poradzi. I był zły, bo jakiekolwiek związki rodzinne z zagranicą były
bardzo źle widziane, a dzien-nikarza, który jeździł jako korespondent,
wręcz dyskwalifikowały.

I wtedy Jurek Nowak, który był już wieloletnim dyplomatą, bardzo
doświadczonym, powiedział mu: – Rysiek, przestań, czasy się zmieniły.
Już nie jest tak, że ona musi zrzec się polskiego obywatelstwa i przyjąć
obce, ona może dalej być polską obywatelką. Ona zmienia tylko miejsce
pobytu i dostanie paszport konsularny. I powiedział mu jeszcze: To jest
jej wybór i jej życie.

Rysiek się uspokoił.

I pojechał do Ghany?

– Nie, do Etiopii. Zaczął pisać „Cesarza”.

Płakałaś w poduszkę?

– Nie.

Nigdy?

– Chyba nie. Za dużo szczegółów ode mnie żądacie. Człowiek musi dostosować się do sytuacji.

Życie szło do przodu i już. On miał swoją pracę, ja swoją.

Byłaś pediatrą, bardzo cenionym, kochanym przez dzieci.

– Ojciec mnie kiedyś spytał: – Jestem ciekaw, ile polskie państwo ci płaci. Jak powiedziałam, pokręcił głową.

Ile?

– Grosze. Wstydziłam się ludziom przyznać, ile zarabiam. Pracowałam w
szpitalu na Działdowskiej. Pracowałam tam od pierwszych staży do
emerytury, 35 lat. To był szpital Akademii Medycznej, prowadził
dydaktykę dla studentów – ćwiczenia, wykłady. Były w nim dwa rodzaje
etatów: akademickie i szpitalne. Z akademickim wiązały się: wyższa
pensja, krótszy dzień pracy, dłuższy urlop. Oraz obowiązek robienia
specjalizacji i zdawania egzaminów na stopnie naukowe. Miałam szpitalny,
ale na Działdowskiej utarło się, że wszyscy lekarze prowadzą zajęcia ze
studentami. Prowadziłam więc te zajęcia i bez żadnego przymusu zrobiłam
I, a potem II stopień specjalizacji.

Rozmawiam któregoś razu z moim dyrektorem. Był nim dr Kajetan
Kaliciński, wspaniały człowiek, już nie żyje. Kaliciński był niezwykle
dowcipnym i inteligentnym człowiekiem. Pyta mnie: pani chyba nie
utrzymuje się za to, co tu pani płacę?

Odpowiadam: no, mam męża, on dostaje pensję. Czyli – mówi dalej – pani
do szpitala przychodzi uprawiać swoje hobby. Odpowiadam: można tak
powiedzieć. I za to – śmieje się – my pani jeszcze płacimy.

Pośmialiśmy się i tyle. Nie od niego przecież zależały moje zarobki. Taki był stan prawny.

Rysiek zaczął wydawać książki za granicą.

– Byłam szczęśliwa.

A on wchodził do kawiarni Czytelnika i wszystkie dziewczyny wodziły za nim oczyma.

– I on obdarzał je uśmiechem. Pewnie się w nim kochały. Wiem, że się kochały. Ale co miałam robić. Myślałam: niech się kochają.

Byłam tam niedawno. Zaproszono mnie na wigilijny obiad. Bardzo było ciepło, miło, serdecznie i smakowicie.

Serce nie bolało?

– Oj, czasami bolało, ale przestawało, kiedy widziałam, że jednak jestem dla niego osobą ważną.

Zrobiłam doktorat. Z celiakii – nietolerancji białka zbożowego u
dzieci. Okazał się szalenie w nauce przydatny. Dostał wyróżnienie.
Odbierałam go w Teatrze Wielkim. Ubrana w togę, z biretem na głowie.
Rysio siedział w drugim rzędzie i patrzył na mnie z dumą. Miałam
satysfakcję. Myślałam: widzisz, nie jestem gorsza niż inne.

I cóż z tego, że więcej go w domu nie było, niż był. Już tego nawet nie
pamiętam. A może nie chcę pamiętać? Obecność fizyczna nie jest
najważniejsza. Najważniejsze były klucze. Ojej, klucze! Klucze! – wołał
przed wyjazdem. Zabierał klucze od mieszkania, pakował do walizki. Muszę
wiedzieć – mówił – że mam dokąd wrócić. Wiedział, że ma dom, do którego
zawsze, cokolwiek by się stało, może wrócić.

I w końcu wrócił.

– W 1994 roku miał udar. Zszedł od siebie z góry – w domu, w którym już
mieszkaliśmy, miał na górze swoją pracownię, z książkami, płytami,
całymi dniami tam siedział. Mówi: – Słuchaj, coś z moją ręką niedobrze,
nie mogę trafić we właściwy klawisz. I słyszę, że mówi niewyraźnie.
Położył się, widzę: leży, patrzy na rękę i zaczyna płakać. Niedawno na
raka mózgu zmarł jego młodszy kolega, którego lubił, też dziennikarz.
Nie – mówię do niego – to, co masz, to objawy porażenia lewej półkuli
mózgowej. Jest piątek wieczór, zaczynam obdzwaniać znajomych neurologów,
wszyscy każą natychmiast do szpitala. – Nie pójdę na weekend do
szpitala! Nie będę leżał w pustym szpitalu, na zimnym korytarzu! Nigdzie
nie pójdę!

Wytrwałam z nim do poniedziałku, aplikując leki rozkurczowe, a w
poniedziałek z samego rana zadzwoniłam do mojego dawnego stażysty,
kierownika kliniki neurologicznej na Banacha. Rysiek, jedziemy na
Banacha, Hubert cię zbada. A Rysio: to po co piżamę pakujesz, ja w
szpitalu nie zostanę. Mówię: dobra, jedziemy bez piżamy. Piżamę
wsadziłam po kryjomu do worka i pojechaliśmy. Prof. Hubert Kwieciński
zrobił badanie komputerowe mózgu, stwierdził zator tętnicy i zdecydował,
że natychmiast trzeba go rozpuścić. Nie zostanę w szpitalu – oświadczył
Rysio – mam umówione spotkanie w Berlinie. To pani Ala – profesor
Kwieciński starał mu się wytłumaczyć – zadzwoni i powie, że pan nie
może, bo jest chory.

– I co powie! Że mam udar! Oni mnie tam skreślą, wszyscy mnie skreślą.
Bo Kapuściński jest mente captus, niepotrzebny, już nic nie napisze, nie
ma na co liczyć.

A profesor spokojnie: – Pani Ala zadzwoni, że miał pan drobną kraksę
drogową i poleży kilka dni na obserwacji, czy nie ma żadnego złamania.
Został. Zator rozpuścili, postawili go na nogi, przywiozłam do domu.
Miałam cichą satysfakcję, że dopięłam swego.

W domu poinformował, że jest zaproszony na Kongres Polonii do Australii i właśnie pojedzie. Zlituj się – prosiłam.

Pojechał. Tłumaczenia neurologów nie pomogły. Zwiedził Australię, wrócił szczęśliwy.

W 2005 roku musiał mieć operację biodra. Nie mógł chodzić. Operacji nie
chciał, zgodził się na rehabilitację. Przez półtora roku dwa razy w
tygodniu woziłam go na Bielany na rehabilitację. Źle znosił siedzenie w
samochodzie, miałam tico – twarde, kupiliśmy nissana micrę, żeby było
miękko i wygodnie. Rehabilitowano go przez godzinę, a ja w tym czasie
wszystkie sprawy, jakie miałam do załatwienia, załatwiałam. Poczta,
apteka, sklepy.

Z wielu chorób go wyciągnęłam, a z tej jednej nie potrafiłam. Może coś zaniedbałam?

13 grudnia, dwa lata temu, zostałam zaproszona na mikołajki do swojej
kliniki. Mówię do Rysia – on taki biedny leżał, chory, nie miał apetytu –
Rysiek, nie będę gotowała obiadu. Na Krzywickiego bliziutko wydawano
obiady domowe, bardzo smaczne. Mówię – idź tam, przejdziesz się. – Nie
mam siły. Namawiam: – Przejdź się. Poszedł. Wracam z mikołajek, Rysio
mówi: – Jedzenie dzisiaj było fatalne, przesolone, zrobiłem im awanturę.
Już wiedziałam. Masz coś z przewodem pokarmowym – rzekłam – to nie jest
tylko noga.

Zrobiłam nazajutrz USG. Guz na trzustce.

Nie mogłam sobie darować, że tak późno to odkryłam. Ale chirurdzy
powiedzieli mi potem, że rak trzustki bardzo długo nie daje żadnych
objawów. Mógł się rozwijać od roku. Zrobiono operację. A po operacji był
zawał serca.

I tyle.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*