„Heban”, odcinek 9 „Zanzibar, cz.2”

Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Zanzibar, cz. 2

Co stało się na Zanzibarze? Dlaczego jesteśmy tu, w hotelu, pilnowanym przez kilku bosonogich zapaleńców z maczetami? (co prawda ich dowódca ma karabin, ale nie jestem pewien, czy w magazynku jest jakiś nabój).

Otóż, jeśli kto spojrzy uważnie na dokładną mapę Afryki, zauważy, że kontynent ten jest otoczony licznymi wyspami. Niektóre są tak małe, że rejestrują je tylko drobiazgowe mapy nawigacyjne, ale inne są już na tyle duże, że można je odnaleźć w zwykłych atlasach. Po zachodniej stronie kontynentu leżą: Dżalita i Kerkena, Lampione i Lampedusa, Wyspy Kanaryjskie i Zielonego Przylądka, Goree i Fernando Po, Książęca i Świętego Tomasza, Tristana da Cunha i Annobón, a po stronie wschodniej – Szaduan i Gifatun, Szuakin i Dahlak, Sokotra, Pemba i Zanzibar, Mafia i Amiranty, Komory, Madagaskar i Maskareny. W rzeczywistości wysp tych jest znacznie, znacznie więcej, można ich naliczyć dziesiątki, jeśli nie setki, bo wiele z nich rozgałęzia się w całe archipelagi, inne są otoczone przedziwnym światem koralowych łach i piaszczystych mielizn, który ukazuje nam całe swoje olśniewające bogactwo barw i kształtów tylko w godzinach odpływów. Tych wysp i przylądków są takie krocie, iż można by wyobrazić sobie, że w wypadku Afryki dzieło stworzenia zostało jakby zaniechane, nie dokończone i to, co jest dziś widocznym i dotykalnym kontynentem, jest tylko wyłonioną z oceanów częścią Afryki geologicznej, której reszta pozostała na dnie i że te wyspy to są właśnie jej wystające ponad powierzchnię wody szczyty.

Ten fenomen geologiczny miał swoje historyczne następstwa. Bo od dawna Afryka była jednocześnie postrachem i pokusą. Z jednej strony wśród cudzoziemców budziła lęk, istniała nie poznana i niezdobyta. Wiekami skutecznie broniły jej wnętrza – ciężki, tropikalny klimat, nieuleczalne kiedyś, zabójcze choroby (malaria, ospa, śpiączka, trąd itd.), brak dróg i transportu, a także, jakże często, zaciekły opór jej mieszkańców. Ta nieprzystępność Afryki zrodziła mit jej tajemniczości: conradowe jądro ciemności zaczynało się już u słonecznych wybrzeży kontynentu, po zejściu ze statku na ląd.

Ale zarazem Afryka wabiła, przyciągała mirażem sutych zdobyczy, obfitego łupu.

Kto wyprawiał się ku jej brzegom, przystępował do gry najbardziej ryzykownej, ostatecznej, na śmierć i życie: jeszcze w pierwszej połowie XI wieku ponad połowa Europejczyków, którzy tu docierali, umierała na malarię, ale jednocześnie wielu z tych, co przeżyli, wracało już jako posiadacze nagłych i wielkich fortun – ładunków złota, kości słoniowej i przede wszystkim – czarnych niewolników.

I tu właśnie z pomocą międzynarodówce żeglarzy, kupców i rabusiów przychodzą owe rozsiane u wybrzeży kontynentu tuziny wysp. Stają się one dla nich punktami zaczepienia, ostoją, przystanią i faktorią. Są przede wszystkim bezpieczne: leżą dostatecznie daleko, aby Afrykanie nie mogli dosięgnąć ich na swoich chybotliwych, dłubanych w kadłubach drzew – czółnach, natomiast są dość blisko lądu, aby nawiązać i utrzymywać z nim kontakt.

Rola tych wysp wzrasta szczególnie w epoce handlu niewolnikami, albowiem wiele z nich zamieniono w obozy koncentracyjne, w których więziono niewolników w oczekiwaniu na statki, jakimi byli przewożeni do Ameryki, Europy i Azji.

Handel niewolnikami: trwa 400 lat, zaczyna się w połowie XV wieku, a kończy? Oficjalnie – w drugiej połowie XIX wieku, ale bywa też, że później, np. w Nigerii Północnej dopiero w 1936 roku. Ten handel zajmuje centralne miejsce w dziejach Afryki. Miliony (różnie liczą: 15-30 milionów ludzi) porwano i wywieziono w strasznych warunkach za Atlantyk. Szacują, że w czasie takiej podróży (trwała ona dwa-trzy miesiące) wymierała z głodu, duchoty i pragnienia blisko połowa niewolników, czasem ginęli na statku wszyscy. Ci, co przeżyli, pracowali później na plantacjach trzciny cukrowej i bawełny w Brazylii, na Karaibach, w Stanach Zjednoczonych, budując bogactwo tamtej półkuli. Handlarze niewolników (głównie Portugalczycy, Holendrzy, Anglicy, Francuzi, Amerykanie, Arabowie i ich afrykańscy wspólnicy) wyludnili kontynent i skazali go na apatyczną wegetację: jeszcze w naszych czasach duże połacie tego lądu były opustoszałe i zamienione w pustynię. Afryka do dziś nie podniosła się z tego nieszczęścia, z tego koszmaru.

Ale handel niewolnikami miał także swoje zgubne skutki psychologiczne. Zatruł wśród mieszkańców Afryki stosunki międzyludzkie, rozkrzewił nienawiść, rozmnożył wojny. Silniejsi starali się obezwładnić słabszych i sprzedać ich na targu, królowie handlowali poddanymi, zwycięzcy – jeńcami, sądy – skazanymi.

A także handel ów zostawił w psychice Afrykanina skazę może najgłębszą i boleśnie trwałą – kompleks niższości: ja, Czarny, to znaczy ten, którego Biały handlarz, okupant, oprawca może porwać z domu lub z pola, zakuć w dyby, zagnać na statek, wystawić na sprzedaż, potem pędzić batogiem do upiornej harówki.

Ideologią handlarzy niewolników był pogląd, że Czarny to nie-człowiek, że ludzkość dzieli się na ludzi i podludzi i że z tymi ostatnimi można zrobić, co się chce, najlepiej – wykorzystać ich pracę, a potem unicestwić. W notatkach i zapiskach tych handlarzy wyłożona jest (co prawda w prymitywnej formie) cała późniejsza ideologia rasizmu i totalitaryzmu, z jej tezą-rdzeniem, że Inny – to wróg, więcej – to nie-człowiek. Cała ta filozofia obsesyjnej pogardy i nienawiści, podłości i zdziczenia nim zainspirowała budowę Kołymy i Oświęcimia, została wieki wcześniej sformułowana i zapisana przez kapitanów „Marthy” i „Progresso”, „Mary Ann” czy „Rainbow” w ich kabinach, kiedy patrząc przez okno na lasy palmowe i rozgrzane plaże, czekali w swoich statkach uczepionych wysp Sherbro, Kwale czy Zanzibar, na załadunek kolejnej partii czarnych niewolników.

W tym handlu, właściwie planetarnym, bo brały w nim udział Europa, obie Ameryki, wiele krajów Bliskiego Wschodu i Azji – Zanzibar jest smutną, czarną gwiazdą, ponurym adresem, przeklętą wyspą. W jej stronę ciągną latami, ba, wiekami, karawany niewolników świeżo pojmanych we wnętrzu kontynentu, w Kongu i Malawi, w Zambii, Ugandzie i Sudanie. Często powiązani sznurami, żeby nie zbiegli, służą zarazem jako tragarze – niosą do portu, na statki cenny towar – tony kości słoniowej, oleju palmowego, skór dzikich zwierząt, drogich kamieni, hebanu.

Przewiezieni łodziami z lądu na wyspę są wystawiani na targu – na sprzedaż. Targ nazywa się Mkunazini i jest to położony niedaleko mojego hotelu plac, na którym stoi dziś katedra anglikańska. Ceny – różne: od jednego dolara za dziecko, do dwunastu – za młodą, piękną dziewczynę. Dość drogo, skoro w Senegambii Portugalczycy dostawali za jednego konia – dwunastu niewolników.

Najzdrowszych i najsilniejszych pędzą następnie z Mukanzini do portu: to blisko, kilkaset metrów. Stąd, na statkach specjalnie przeznaczonych do przewozu niewolników, popłyną albo do Ameryki, albo na Bliski Wschód. Ciężko chorych, za których nikt nie chciał dać nawet kilku centów, kiedy kończy się ruch na targu – wyrzucają na kamienisty brzeg: tu zjadają ich grasujące stadami dzikie psy. Natomiast ci, którym uda się z czasem wyzdrowieć i nabrać sił, zostaną na Zanzibarze i jako niewolnicy będą pracować u Arabów – właścicieli wielkich plantacji drzew goździkowych i palm kokosowych. Wielu wnuków tych niewolników weźmie udział w rewolucji.

***

Wczesnym rankiem, kiedy wiatr od morza jest jeszcze rześki i względnie chłodny, ruszyłem do miasta. Tuż za mną poszli dwaj młodzi ludzie z maczetami. Ochrona? Straż? Policja? Nie próbowałem się z nimi porozumieć. Proste i liche maczety, które posiadali, stwarzały im wyraźnie problem. Jak je nieść? Z dumą i groźnie, czy raczej nieśmiało i skrycie? Maczeta była dotąd narzędziem wyrobnika, pariasa, oznaką niskiego stanu, a oto od kilku dni była symbolem prestiżu i władzy. Kto miał ją przy sobie, musiał należeć do klasy zwycięskiej, pokonani bowiem chodzili z pustymi rękoma, bezbronni.

Z hotelu wchodzi się od razu w wąskie uliczki, typowe dla starych, arabskich miast. Trudno mi powiedzieć, dlaczego ci ludzie tak ciasno i tłoczno budowali, tak się cisnęli, że jedni drugim musieli siedzieć na głowie. Żeby nigdzie za daleko nie chodzić? Żeby łatwiej obronić miasto? Nie wiem. Z drugiej strony ta masa spiętrzonego w jednym miejscu kamienia, to nagromadzenie ścian, nawarstwienie krużganków, wnęk, okapów i dachów, pozwalało przetrzymać i zachować, jak w lodowatym skarbcu – cień, odrobinę chłodu i przewiewu w godzinach najstraszniejszego upału – w czasie południa.

Z podobną przezornością i wyobraźnią planowano ulice. Tak są bowiem wytyczone i rozmieszczone, że którąkolwiek się pójdzie i w jakimkolwiek kierunku i tak ostatecznie trafi się na brzeg morza, na szeroki bulwar, gdzie jest przestronniej i przyjemniej niż w zagęszczonym śródmieściu.

Miasto jest teraz puste i martwe. Jakiż kontrast z tym, jak wyglądało wcześniej, jeszcze kilka dni temu! Bo Zanzibar to było miejsce, w którym spotykało się pół świata. Wieki temu, na wyspie zamieszkanej przez tubylcze plemiona osiedlili się muzułmańscy uchodźcy z irańskiego Szirazu, którzy z czasem zmieszali się z miejscową ludnością, stali się jej częścią, choć zachowali pewne poczucie odrębności: nie pochodzili z Afryki, lecz z Azji. Potem zaczęli napływać Arabowie z Zatoki Perskiej. Pokonali rządzących wyspą Portugalczyków i zdobyli władzę, którą sprawowali przez dwieście sześćdziesiąt lat. Zajęli dominujące pozycje w najbardziej dochodowych dziedzinach – handlu niewolnikami i kością słoniową. Stali się właścicielami najlepszych ziem i największych plantacji. Posiadali wielką flotę. Poważną pozycję w handlu zdobyli z czasem Hindusi i Pakistańczycy, a także Europejczycy – głównie Anglicy i Niemcy.

Formalnie wyspą rządził sułtan – potomek Arabów z Omanu, faktycznie – była ona brytyjską kolonią (oficjalnie: protektorem).

Bujne, rodne plantacje Zanzibaru przyciągają ludzi z kontynentu. Znajdują tu pracę przy zbiorach goździków i kokosów. Coraz częściej też pozostają tu, zaczynają się osiedlać. W tym klimacie i w takim ubóstwie przenoszenie się z miejsca na miejsce nie jest trudne: w kilka godzin można postawić slum i złożyć w nim cały swój dobytek: koszulę, garnek, butelkę na wodę, kawałek mydła i matę. W ten sposób człowiek ma już dach nad głową i przede wszystkim – ma już swoje miejsce na ziemi i teraz zaczyna się rozglądać, co by tu zjeść. Z tym jest gorzej. Praktycznie pracę można dostać tylko na plantacji Araba – wszystko jest w ich rękach. Ten porządek rzeczy przybysz z kontynentu traktuje jako normalny, dopóki w okolicy nie pojawi się jakiś lider, jakiś agitator i nie powie mu, że ten Arab – to inny i że pojęcie innego ma swoje złowrogie, szatańskie konsekwencje, bo inny – to obcy, to krwiopijca i wróg. Świat, który ów przybysz postrzegał jako urządzony raz na zawsze przez bogów i przodków, teraz widzi jako krzywdzącą go i poniżającą rzeczywistość, którą – aby żyć dalej – trzeba zmienić.

Na tym polega atrakcyjność etnicznej agitacji – na jej łatwości i przystępności: innego się widzi, każdy może go zobaczyć i zapamiętać jego wizerunek. Nie trzeba czytać książek, zastanawiać się, dyskutować: wystarczy zobaczyć.

Na Zanzibarze ową dychotomię etniczną, coraz bardziej naładowaną, tworzą z jednej strony panujący Arabowie (20 procent ludności), z drugiej – ich poddani: czarni Afrykanie z wyspy i z kontynentu, a więc drobni farmerzy i rybacy, nieokreślona i płynna masa wyrobnicza, służba domowa, poganiacze osłów, tragarze.

To, o czym piszę, dzieje się w chwili, kiedy jednocześnie i świat arabski, i czarna Afryka są w drodze do niepodległości. Ale co to oznacza na Zanzibarze? Tu Arabowie mówią: chcemy niepodległości (przez co rozumieją: chcemy pozostać u władzy). Afrykanie mówią to samo: chcemy niepodległości, ale nadają temu hasłu inny sens, a mianowicie – ponieważ jesteśmy większością, władza powinna przejść w nasze ręce.

Oto kość niezgody i istota konfliktu. A jeszcze oliwy do ognia dolewają Anglicy. Ponieważ mają dobre stosunki z sułtanami Zatoki Perskiej (z których wywodzi się sułtan Zanzibaru), a boją się zrewoltowanej Afryki, ogłaszają, że Zanzibar jest częścią świata arabskiego, a nie afrykańskiego i przyznając mu niepodległość jednocześnie utwierdzają Arabów u władzy. Przeciw temu protestuje partia afrykańska – Afro-Shirazi Party, której przywódcą jest Abeid Karume, ale protestuje legalnie, przestrzegając prawa, ponieważ co prawda jest opozycją, ale opozycją parlamentarną.

Tymczasem na Zanzibarze pojawia się młody człowiek z Ugandy – John Okello. Właśnie skończył 25 lat. Jak to często w Afryce, ma, czy udaje, że ma, wiele zawodów – jest kamieniarzem, murarzem, potem malarzem pokojowym. Półanalfabeta, ale obdarzony charyzmą, samorodek z poczuciem misji. Kieruje nim kilka prostych myśli, które przychodzą mu do głowy, kiedy łupie kamień albo układa cegłę:

– Pan Bóg dał Zanzibar Afrykanom i obiecał mi, że teraz wyspa do nas wróci;

– Musimy pokonać i wyrzucić Arabów, inaczej nie ustąpią i będą nas dalej uciskać;

– Trzeba wiedzieć, po której stronie chleb jest posmarowany masłem: nie ma co liczyć na poparcie tych, co mają pracę, poprzeć sprawę mogą tylko głodni;

– Nie będziemy wciągać do walki polityków takich jak Karume i inni. To wielcy ludzie i szkoda, jeśli przegramy, żeby ich zabili;

– Zaczekamy, aż pójdą Anglicy. Anglikom nie damy rady. Jak zostaną tylko Arabowie, uderzymy następnego dnia.

Te myśli tak go absorbują i pochłaniają, że musi często przebywać sam w lesie, bo tylko tam może się im spokojnie oddawać. Równocześnie jednak, już na rok przed niepodległością Zanzibaru, Okello na własną rękę zaczyna organizować swoją tajną armię. Jeżdżąc po wyspie, po wsiach i miasteczkach, tworzy oddziały, w których w sumie znajdzie się ponad trzy tysiące ludzi. Od razu rozpoczyna się szkolenie. Obejmuje ono trening w posługiwaniu się łukami, nożami, kijami i dzidami. Inne oddziały ćwiczą walkę z użyciem siekier, maczet, łańcuchów i młotów. Dodatkowe zajęcia obejmują naukę zapasów, boksu i rzucania kamieniami.

W przededniu powstania Okello mianuje się marszałkiem polnym, a kilku swoim najbliższym pomocnikom, najczęściej robotnikom plantacji i byłym policjantom, nadaje stopnie generałów armii.

W trzy tygodnie po tym, jak książę Filip w imieniu królowej Elżbiety przekazuje wyspę w ręce rządu arabskiego, marszałek polny John Okello w ciągu jednej nocy zdobywa na Zanzibarze władzę.

***

Przed południem Feliks, Arnold i ja jedziemy z naszą obstawą do kwatery marszałka polnego. Na dziedzińcu jakiegoś arabskiego domu (nie wiem, co to za dom), tłoczą się dziesiątki ludzi. Pełno tu ludzi i pełno kóz. Kobiety gotują na ogniskach kassawę i jarzyny, pieką kurczaki i baranie szaszłyki. Nasi przewodnicy popychają nas przez ten tłum – do wnętrza. Tłum rozstępuje się niechętnie, patrzy na nas podejrzliwie, ale i z ciekawością, w takich godzinach wszyscy Biali kryją się gdzieś po kątach. W wielkim, orientalnym holu siedzi w hebanowym fotelu Okello i pali papierosa. Ma bardzo ciemną karnację skóry, twarz masywną, o grubych rysach. Na głowie ma czapkę policyjną, bo zdobyli magazyny policyjne, a w nich trochę karabinów i mundurów. Ta czapka ma jednak otok przepasany kawałkiem niebieskiego materiału (dlaczego akurat niebieskiego – nie wiem). Okello jest jakby nieobecny, w szoku, sprawia wrażenie, że nas nie widzi. Ludzie tłoczą się wokół niego, pchają się, napierają, wszyscy coś mówią, gestykulują, bałagan jest kosmiczny, nikt nie próbuje nad nim zapanować. O rozmowie, oczywiście, ani myśleć. Chodzi nam już tylko o jedno – żeby dał nam zgodę na dalszy pobyt na wyspie. Nasi przewodnicy mówią mu o tym, Okello kiwa przyzwalająco głową. Po chwili coś nagle trafia do niego, bo ciska papierosa i postanawia nas odprowadzić. Zarzuca na ramię stary karabin, a następny bierze do ręki. Drugą ręką poprawia najpierw pistolet wetknięty za pas, a potem bierze w nią inny pistolet. I tak uzbrojony po zęby pcha nas przed sobą, wyprowadza na dziedziniec, jak na rozstrzelanie.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*