„Heban”, odcinek 8 „Zanzibar, cz. 1”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Zanzibar, cz. 1

Jechałem na zachód, z Nairobi do Kampali. Zaczynał się niedzielny poranek, droga była pusta, prowadziła przez ziemię sfałdowaną, pagórkowatą. Przede mną promienie słońca tworzyły na szosie jeziora świateł, połyskujące, rozwibrowane. Kiedy podjeżdżałem bliżej, światło znikało, przez moment asfalt był szary, potem wpadał w czerń, ale za chwilę zapalało się następne jezioro i za jakiś czas – znowu następne. Podróż zamieniała się w rejs przez krainę rozjarzonych wód, które raptownie zapalały się i gasły jak błyski reflektorów w zwariowanej dyskotece. Po obu stronach szosy pięła się bujna zieleń, eukaliptusowe lasy, rozległe plantacje „Tea and Bond Co.”, to tu, to tam mignął stojący wśród cyprysów i cedrów biały dworek angielskiego farmera.

Nagle daleko, daleko na końcu szosy zobaczyłem świetlistą kulę, która zaczęła gwałtownie rosnąć i zbliżać się do mnie. Ledwie zdążyłem zjechać na pobocze, kiedy koło mnie przemknęła kolumna motocykli i samochodów, w środku jechał czarny mercedes, zobaczyłem, że siedzi w nim Jomo Ke-nyatta. Kenyatta rzadko bywał w swoim biurze premiera w Nairobi, większość natomiast czasu spędzał w Gatundu – prywatnej rezydencji położonej o 160 kilometrów od stolicy. Jego ulubioną rozrywką było tam oglądanie zespołów tanecznych różnych plemion kenijskich, które przyjeżdżały umilać czas swojemu przywódcy. Mimo hałasu, jaki czyniły bębny, piszczałki i okrzyki tancerzy, Kenyatta, siedząc w fotelu, wsparty o laskę – zapadał w drzemkę. Ożywał dopiero wówczas, kiedy po skończonym pokazie tancerze wychodzili na palcach i zapadała cisza.

Ale Kenyatta tu, teraz? W niedzielę rano? Jego wozy pędzące z taką szaloną szybkością? Coś musiało się stać nadzwyczajnego!

Bez namysłu zawróciłem i pognałem śladem kolumny. Po kwadransie byliśmy w mieście. Wozy zajechały pod gmach Urzędu Premiera – nowoczesny 12-piętrowiec na City Square w centrum Nairobi; natomiast mnie policja zastawiła drogę – musiałem się zatrzymać. Zostałem sam, na pustej ulicy, nie było nikogo, żeby zasięgnąć języka. W każdym razie nie wyglądało na to, żeby coś działo się w samym Nairobi: miasto było senne, niedzielnie rozlazłe, puste.

***

Pomyślałem, że byłoby dobrze zajrzeć do Feliksa – on mógł coś wiedzieć. Feliks Naggar był szefem biura Agence France Presse w Afryce Wschodniej. Mieszkał w willi w Ridgeways – ekskluzywnej, supereleganckiej dzielnicy Nairobi. Feliks to była cała instytucja. Wiedział wszystko, sieć jego informatorów rozciągała się od Mozambiku po Sudan, od Konga do Madagaskaru. Sam rzadko wychodził z domu. Albo nadzorował swoich kucharzy – prowadził najlepszą kuchnię w Afryce – albo siedział w hallu przed kominkiem i czytał kryminały. Cały czas trzymał w ustach cygaro. Nigdy go nie wyjmował, może tylko na moment, żeby przełknąć kęs pieczonego homara albo spróbować łyżeczkę pistacjowego sorbetu. Od czasu do czasu dzwonił telefon. Naggar podnosił słuchawkę, zapisywał coś na skrawku papieru i szedł na koniec domu, gdzie przy dalekopisach siedzieli jego pomocnicy (byli to najbardziej przystojni młodzi Hindusi, jakich mógł znaleźć w Afryce). Dyktował im tekst depeszy płynnie, jednym ciągiem, bez żadnej poprawki. I wracał albo do kuchni – mieszać w garnkach, albo przed kominek – czytać kryminały.

Właśnie teraz zastałem go siedzącego w fotelu; jak zawsze – z cygarem i z kryminałem.

– Feliks – wrzasnąłem od progu – coś się dzieje, bo Kenyatta wrócił właśnie do Nairobi! I opowiedziałem mu o kolumnie rządowej, którą spotkałem, jadąc do Ugandy.

Naggar pobiegł do telefonu i zaczął wydzwaniać na wszystkie strony. A ja włączyłem jego radio. Był to Zenith, odbiornik telekomunikacyjny, fenomenalny, o którym marzyłem od lat. Odbierał kilkaset stacji, nawet radiostacje okrętowe. Z początku łapałem same transmisje z nabożeństw, niedzielne kazania i muzykę organową. Reklamy, audycje w niezrozumiałych językach, wołania muezinów. Aż nagle, przez szum i trzaski, przebił się ledwie dosłyszalny głos: …tyrania sułtana Zanzibaru skończyła się raz na zawsze… rządy krwiopijców, które… podpisany sztab generalny rewolucji, marszałek polny…

Nowe szumy i trzaski, odpływające, luźne słowa i rytmy modnego tu zespołu Mount Kenya. To było wszystko, ale wiedzieliśmy najważniejsze – przewrót w Zanzibarze! Musiało się to stać dzisiejszej nocy. Teraz wyjaśniło się, dlaczego Kenyatta wrócił w pośpiechu do Nairobi. Rewolta mogła ogarnąć Kenię i całą Afrykę Wschodnią. Mogła przemienić ją w drugą Algierię, w drugie Kongo. Ale w tej chwili, dla nas – dla Feliksa i dla mnie – decydujące było jedno: dostać się na Zanzibar.

Zaczęliśmy od telefonu do East African Airways. Powiedzieli, że najbliższy samolot na Zanzibar odlatuje w poniedziałek. Zarezerwowaliśmy miejsca. Jednakże zadzwonili po godzinie, że lotnisko na Zanzibarze jest zamknięte i że loty zostały wstrzymane. Co robić, jak dostać się na Zanzibar? Jest samolot, który leci wieczorem do Dar es-Salaam. Stamtąd na wyspę już blisko – 40 kilometrów oceanem. Nie ma wyboru, decydujemy się lecieć do Dar i stamtąd dotrzeć na wyspę. Tymczasem do domu Feliksa zjechała się reszta stacjonujących w Nairobi korespondentów. Było nas czterdziestu. Amerykanie, Anglicy, Niemcy, Rosjanie, Włosi. Wszyscy postanowili lecieć tym samym samolotem.

***

W Dar es-Salaam zajęliśmy hotel Imperial. Stary hotel z wielką werandą, z której widać było zatokę. Na jej wodach kołysał się biały jacht sułtana Zanzibaru. Młody sułtan – Seyyid Jamshid bin Abdulla bin Khalifa bin Harub bin Thwain bin Said – uciekł tym jachtem, zostawiając pałac, skarbiec i czerwonego rolls-royce’a. Ludzie z załogi jachtu opowiadali nam o wielkiej rzezi na wyspie. Wszędzie leżą zabici. Ulicami płynie krew. Dzicz rabuje, gwałci kobiety, podpala domy. Nie ma ocalenia dla nikogo.

Na razie Zanzibar był odcięty od świata. Ich radio ogłaszało co godzina, że każdy samolot, który będzie próbował lądować na wyspie, zostanie zestrzelony. I że zatopią łódź czy statek, jeżeli się zbliżą. Ostrzegali w ten sposób, ponieważ musieli obawiać się interwencji. Słuchaliśmy tych komunikatów skazani na bezczynność, na nie kończące się wyczekiwanie. Jeszcze rano otrzymaliśmy wiadomość, że w stronę Zanzibaru płyną brytyjskie okręty wojenne. Tony z Reutersa zacierał ręce, liczył, że przewiozą go helikopterem na okręt i wyląduje na wyspie z pierwszym oddziałem piechoty morskiej. Wszyscy myśleliśmy o jednym – jak dostać się na wyspę? Byłem w najgorszej sytuacji, bo nie miałem pieniędzy. W takich wypadkach, jak rewolucje, przewroty i wojny, wielkie agencje nie liczą się z wydatkami. Płacą tyle, ile trzeba, żeby zdobyć wiadomość z pierwszej ręki. Korespondent AP, AFP czy BBC wynajmie samolot, wynajmie statek, kupi samochód potrzebny mu tylko na kilka godzin – wszystko to, byle dostać się na miejsce wydarzenia. W takiej konkurencji nie miałem szans, mogłem liczyć tylko na okazję, na łut szczęścia.

W południe blisko hotelu podpłynęła łódź rybacka. Przywiozła kilku dziennikarzy amerykańskich, mieli twarze czerwone od słońca, spalone na raka. Rano próbowali tą łodzią dostać się na wyspę, byli już blisko, ale z brzegu zaczęli do nich tak gęsto strzelać, że musieli zrezygnować i zawrócić: droga morska była zamknięta.

***

Po obiedzie pojechałem na lotnisko zobaczyć, co się tam dzieje. W holu było pełno dziennikarzy, leżały stosy kamer i walizek. Większość reporterów drzemała w fotelach, inni popijali w barze piwo, spoceni, znużeni upałem, tropikalnie rozmemłani. Odleciał samolot do Kairu i wokół zrobiło się cicho. Przez pas startowy przechodziło stado krów. Poza tym żadnego śladu życia w tej przestrzeni rozgrzanej i martwej, w tej bezludnej pustce na końcu świata.

Myślałem już wracać do miasta, kiedy nagle pojawił się Naggar, zatrzymał mnie i odprowadził na bok. Rozejrzał się, czy aby nikt go nie słyszy, i choć w tym miejscu byliśmy sami, powiedział szeptem, bardzo tajemniczo, że on i Arnold (operator NBC) wynajęli awionetkę i opłacili pilota, który zgodził się polecieć na Zanzibar, ale nie mogą się ruszyć, bo lotnisko jest tam nadal zamknięte. Byli właśnie na wieży kontrolnej i rozmawiali z wieżą lotniska na Zanzibarze, pytając, czy będą mogli przylecieć, ale tamci odpowiedzieli, że nie i że otworzą ogień.

Mówiąc o tym wszystkim, Naggar był zdenerwowany, bo zauważyłem, że wyrzucił ledwie zapalone cygaro i pośpiesznie wyciągnął nowe.

– Jak myślisz – powiedział – co by można zrobić?

– Jaki to samolot? – spytałem.

– Cessna – odparł – czteroosobowa.

– Feliks – powiedziałem – a jeżeli uda mi się załatwić zgodę na lądowanie, to weźmiesz mnie za darmo?

– Oczywiście! – zgodził się od razu.

– Dobrze. Potrzebuję jednej godziny.

Kiedy to wszystko mówiłem, wiedziałem, że blefuję, ale później okazało się, że nie był to tak już zupełny blef. Wskoczyłem w samochód i pognałem do miasta.

***

W samym centrum, w połowie Independence Avenue, stoi czteropiętrowy, szalowany budynek, który okalają cieniste, ażurowe balkony – New Africa Hotel. Na jego dachu znajduje się wielki taras. Jest tam kontuar barowy i stoi kilka stolików. Oto miejsce, w którym konspiruje dziś Afryka. Tu spotykają się uciekinierzy, zbiegowie i emigranci z różnych stron kontynentu. Przy jednym stoliku zwykle siadają Mondlane z Mozambiku, Kaunda z Zambii, Mugabe z Zimbabwe. Przy innym – Karume z Zanzibaru, Chisiza z Malawi, Nujoma z Namibii itd. Tanganika jest w tych stronach pierwszym niepodległym państwem, więc tu ciągną ludzie z wszystkich kolonii. Wieczorem, kiedy robi się chłodniej i górą wieje od morza orzeźwiający wiaterek, taras zapełnia się ludźmi, którzy dyskutują, ustalają plany działania, obliczają siły i szanse. Staje się on centrum dowodzenia, prowizorycznym mostkiem kapitańskim. My, korespondenci, zachodzimy tu często, żeby się czegoś dowiedzieć. Znamy już wszystkich liderów, wiemy, do kogo warto się przysiąść. Wiemy, że pogodny, otwarty Mondlane rozmawia chętnie, a tajemniczy, zamknięty Chisiza nawet nie otworzy ust.

Na tarasie zawsze słychać było dochodzącą z dołu muzykę. Dwa piętra niżej pan Henryk Subotnik z Łodzi prowadzi nocny lokal Paradise. Kiedy wybuchła wojna, Subotnik znalazł się w Związku Radzieckim, a następnie, przez Iran, dotarł statkiem do Mombasy. Tu zachorował na malarię i zamiast dołączyć do armii Andersa i wylądować w Europie, znalazł się ostatecznie w Tanganice.

W jego lokalu zawsze panuje tłok, ścisk i jest hałas. Klientów przyciąga tu uroda czekoladowej Miriam, pięknej striptizerki z odległych Seszelów. Jej popisowy numer to obieranie i zjadanie, w specjalny sposób, banana.

– Czy wie pan, panie Henryku – spytałem Subotnika, którego akurat zastałem w barze – że na Zanzibarze jest zawierucha?

– Czy wiem? – zdziwił się. – Wiem wszystko!

– Panie Henryku – spytałem znowu – a czy pan myśli, że Karume tam jest?

Abeid Karume był na Zanzibarze przywódcą Afro-Shirazi Party. Choć partia ta, skupiająca czarną, afrykańską ludność wyspy, zdobyła w ostatnich wyborach większość, rząd stworzyła popierana przez Londyn partia mniejszości arabskiej – Zanzibar Nationalist Party. Oburzeni tym faktem Afrykanie zrobili rewoltę i obalili rząd Arabów. Oto co właśnie stało się przed dwoma dniami na wyspie.

– Czy Karume tam jest? – Subotnik roześmiał się w taki sposób, że wiedziałem jedno: jest tam na pewno.

I tylko to mi było potrzebne.

Wróciłem na lotnisko. Klucząc z Feliksem, tak aby nikt nie zobaczył, dokąd idziemy, dotarliśmy do wieży kontrolnej. Feliks poprosił jednego z dyżurnych, aby połączył nas telefonicznie z wieżą kontrolną lotniska na Zanzibarze. Kiedy po tamtej stronie odezwał się czyjś głos, wziąłem słuchawkę i spytałem, czy mogę rozmawiać z Karume. Nie było go w pobliżu, ale miał tam być lada moment. Odłożyłem słuchawkę i postanowiliśmy czekać. Po kwadransie zadzwonił telefon. Poznałem jego tubalny, zachrypnięty głos. Przez dwadzieścia lat Karume pływał po świecie jako zwykły marynarz i teraz, nawet jeśli mówił coś komuś na ucho, grzmiał tak donośnie, jakby przekrzykiwał ryk sztormującego oceanu.

– Abeid – powiedziałem – mamy tu mały samolot i jest nas trzech: Amerykanin, Francuz i ja. Chcieliśmy do was przylecieć. Czy jest to możliwe? Nie będziemy pisać żadnych świństw, to obiecuję. Przysięgam – żadnych kłamstw. Czy mógłbyś sprawić, żeby do nas nie strzelali, kiedy będziemy lądować?

Zapadła długa cisza, nim ponownie usłyszałem jego głos. Powiedział, że mamy zgodę i że będą czekać na lotnisku. Pobiegliśmy do samolotu i po chwili byliśmy już w powietrzu, nad morzem. Siedziałem obok pilota, a z tyłu – Feliks i Arnold. W kabinie panowało milczenie. Na pewno byliśmy radzi, że udało się przełamać blokadę i że na wyspie będziemy pierwsi, ale zarazem tak naprawdę nie wiedzieliśmy jednak, co nas czeka.

Z jednej strony doświadczenie uczyło mnie, że takie kryzysowe sytuacje wyglądają z daleka gorzej i groźniej, niż okaże się potem z bliska. Nasza wyobraźnia bowiem łaknie i łapczywie chłonie każdą odrobinę sensacji, najsłabszy sygnał zagrożenia czy najlżejszy zapach prochu, aby natychmiast rozmnożyć te oznaki do monstrualnych, obezwładniających rozmiarów. Z drugiej jednak strony wiedziałem też, że wszelkie wybuchy społeczne, te chwile, kiedy spokojna i ociężała woda zaczyna burzyć się i kipieć, to momenty ogólnego chaosu, bezhołowia, szalonego zamętu. Łatwo wtedy zginąć z powodu bałaganu, przez pomyłkę, bo ktoś czegoś nie dosłyszał lub w porę nie za-uważył. W takich dniach przypadek przeżywa wielkie chwile, staje się prawdziwym panem i władcą historii.

***

Kilkadziesiąt minut lotu i zbliżamy się do lotniska. Zanzibar: biała, kamienna, kunsztownie rzeźbiona brosza starego, arabskiego miasta, a dalej lasy palmy kokosowej i olbrzymie, rozgałęzione drzewa goździkowe i pola kukurydzy, pola kasawy, a to wszystko obramowane świecącym piaskiem plaż z wyżłobieniami seledynowych zatok, w których kołyszą się flotylle łódek rybackich.

Już kiedy jesteśmy blisko ziemi, widzimy uzbrojonych ludzi rozstawionych po obu stronach pasa startowego. Uczucie ulgi, ponieważ nie mierzą do nas, nie strzelają. Jest ich kilkudziesięciu i od razu widać, że są licho, byle jak ubrani, że są półnadzy. Pilot podprowadza maszynę do głównego budynku. Nie ma Karume, ale są jacyś ludzie, którzy przedstawiają się jako jego pomocnicy. Mówią, że zawiozą nas do hotelu i proszą, żeby samolot od razu odleciał.

Dwoma policyjnymi wozami jedziemy do miasta. Droga jest pusta, widać mało ludzi, mijamy jakieś zniszczone domy, jeden rozbity, wybebeszony sklepik. Do miasta wjeżdża się przez okazałą masywną bramę, za którą zaraz zaczynają się wąskie uliczki, tak wąskie, że ledwie mieści się w nich samochód. Jeżeli ktoś idzie naprzeciw, musi wejść do bramy i przeczekać, aż przejedziemy. Ale w tej chwili miasto jest głuche, drzwi do domów pozamykane albo wyrwane z framug, okiennice zatrzaśnięte. Oberwany szyld z napisem: „Maganlal Yejchand Shah”, rozbita wystawa sklepu Noorbhai Aladin and Sons, podobnie otwarty i pusty sklep sąsiedni M.M. Bhagat and Sons, Agents for Favre Leuba-Geneva.

Idzie kilku bosonogich chłopców, jeden z nich ma karabin.

– To nasz problem – mówi jeden z przewodników. Ma na imię Ali. Pracował na plantacji goździków. – Mieliśmy tylko kilkadziesiąt starych karabinów, odebranych policji. Bardzo mało broni automatycznej. Główne uzbrojenie to maczety, noże, łomy, pałki, kije, siekiery, młotki. Zresztą sami zobaczycie.

Dostaliśmy pokoje w opustoszałej dzielnicy arabskiej w Zanzibar Hotel. Dom tak zbudowany, że zawsze dawał chłód i cień. Usiedliśmy w barze, żeby odetchnąć. Jacyś nie znani nam ludzie przychodzili nas zobaczyć i pozdrowić. W pewnej chwili weszła drobna, rześka staruszka. Zaczęła nas rozpytywać: a co my tu, a po co, a skąd. Kiedy doszła do mnie i powiedziałem jej, skąd jestem, kobieta chwyciła mnie za rękę, znieruchomiała i zaczęła płynnie deklamować:

Pogodą rana lśni polana.

Cisza opieszcza smukłość drzew,

Dygotem liści rozszeptana.

Zdźbła trawy kłoni lekki wiew.

Naggar, Arnold, nasza obstawa, wszyscy ci bosonodzy bojownicy, którzy już zdążyli zapełnić hol recepcyjny hotelu, stali zaskoczeni.

Tak cicho jest i słodko wszędy

I tak przedziwny wkoło świat,

Jakbyś przed chwilą przeszła tędy,

Musnąwszy trawy skrajem szat.

– Staff? – zapytałem z wahaniem.

– Oczywiście, że Staff. Leopold Staff! – powiedziała triumfująco. Nazywam się Helena Trembecka. Z Podola. Mam tu obok hotel. Nazywa się Pigalle. Niech pan przyjdzie. Zastanie pan Karume i tych wszystkich jego ludzi, bo daję im piwo za darmo!

1 Trackback / Pingback

  1. Polacy na Zanzibarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*