„Heban”, odcinek 27 „Madame Diuf wraca do domu”

Madame Diuf wraca do domu

Z początku nic nie zapowiada tego, co będzie potem. O świcie na dworcu kolejowym w Dakarze jest pusto. Na torach stoi tylko jeden pociąg, który przed południem odjedzie do Bamako. Zresztą pociągi rzadko tu przyjeżdżają i odjeżdżają. W całym Senegalu jest tylko jedna linia międzynarodowa – do Bamako, stolicy Mali, i tylko jedna, krótka, krajowa – do Saint Louis. Pociąg do Bamako kursuje dwa razy w tygodniu, do Saint Louis – raz na dobę. Najczęściej więc na dworcu nikogo nie ma. Trudno nawet znaleźć kasjera, który, podobno, jest jednocześnie zawiadowcą stacji.

Dopiero kiedy słońce jest już nad miastem, pojawiają się pierwsi pasażerowie. Bez pośpiechu zajmują miejsca w przedziałach. Wagony są tu mniejsze niż w Europie, tory węższe, przedziały ciasne. Ale z początku miejsc nie brakuje. Jeszcze na peronie spotkałem dwoje młodych ludzi, Szkotów z Glasgow, którzy wędrowali przez Afrykę Zachodnią z Casablanki do Niamey. – Dlaczego z Casablanki do Niamey? Mają kłopot z odpowiedzią. Po prostu, tak postanowili. Są razem, to im, zdaje się, wystarcza. Co zobaczyli w Casablance? Właściwie nic. A w Dakarze? Też raczej nic. Ich nie interesuje zwiedzanie. Chcą tylko jechać. Jechać i jechać. Ważna jest dla nich niezwykła droga i doświadczenie takiej drogi przeżywane we dwoje. Bardzo do siebie podobni – jasna, a w Afryce wygląda to na niemal przezroczystą – cera, jasne, kasztanowe włosy, dużo piegów. Ich angielski jest bardzo szkocki, to znaczy – mało z niego rozumiem. Jakiś czas siedzimy w przedziale we troje, ale tuż przed odjazdem dołącza do nas tęga, energiczna kobieta, w obszernej, bufiastej, jaskrawokolorowej bou-bou (miejscowa, do kostek sięgająca suknia). – Madame Diuf! – przedstawia się i rozsiada wygodnie na ławce.

Ruszamy. Pociąg jedzie najpierw skrajem dawnego kolonialnego Dakaru. Piękne, nadmorskie miasto, pastelowe, malownicze, położone na cyplu wśród plaż i tarasów, trochę przypominające Neapol, trochę willowe dzielnice Marsylii, kunsztowne przedmieścia Barcelony. Palmy, ogrody, cyprysy, bu genwille. Ulice-schody, żywopłoty, trawniki, fontanny. Paryskie butiki, włoskie hotele, greckie restauracje. Pociąg, rozpędzając się coraz bardziej, mija to miasto-wystawę, miasto-enklawę, miasto-sen, kiedy nagle, w sekundę, w przedziale robi się ciemno, a na zewnątrz rozlega się łoskot, trzask i słychać przeraźliwe krzyki. Dopadam okna, które Edgar (ten młody Szkot) bezskutecznie próbuje zatrzasnąć, żeby powstrzymać tłoczące się kłęby kurzu, pyłu i śmieci.

Co się stało? Widzę, że bujne, kwieciste ogrody znikły, zapadły się pod ziemię, a zaczęła się pustynia, ale pustynia zaludniona, pełna szałasów i klitek, piaski, na których rozpościera się dzielnica nędzy, chaotyczne rojowisko slumsów, typowe, ponure bidonville okalające większość miast Afryki. A ponieważ w tym bidonville jest ciasno, budki tłoczą się i, ściśnięte, aż wchodzą na siebie, jedynym wolnym miejscem dla targowiska są nasyp i tor kolejowy. Więc od świtu panuje tu wielki ruch. Kobiety rozkładają swój towar na ziemi, w miskach, na tacach, na stołkach. Swoje banany, pomidory, mydło i świece. Jedna staje obok drugiej, gęsto, łokieć w łokieć, jak to jest w zwyczaju afrykańskim. I na to nadjeżdża pociąg. Nadjeżdża rozpędzony, rozhukany, z łoskotem i gwizdem. I wtedy wszyscy zaczynają z krzykiem, w przerażeniu, w panice chwytać, co się da, co się zdąży i ile sił w nogach – uciekać. Nie mogą usunąć się wcześniej, bo nie wiadomo dokładnie, kiedy pociąg nadjedzie, w dodatku nie widać go z daleka, gdyż nagle wypada zza zakrętu, więc zostaje tylko jedno: ratować się w ostatniej chwili, w tej sekundzie, kiedy już rozjuszone żelastwo wali się na głowę, pędzi jak śmiercionośna rakieta.

Przez okno widzę pierzchający tłum, wystraszone twarze, ręce odruchowo wyciągnięte w geście obronnym, widzę jak ludzie przewracają się, staczają po nasypie, chowają głowy. A wszystko to w tumanach piasku, fruwających torebek plastikowych, strzępów papieru, szmat i tektury.

Trwa to długo, nim przelecimy przez rynek, zostawiając za sobą stratowane pobojowisko i chmury kurzu. A także ludzi, którzy z pewnością próbują teraz przywrócić tam jakiś ład. Wjeżdżamy na przestronną, spokojną, bezludną sawannę porośniętą akacjowcami i krzakami tarniny. Madame Diuf mówi, że ten moment, kiedy pociąg burzy i jakby wysadza w powietrze całe targowisko, jest idealny dla złodziei, którzy czyhają na tę chwilę. Korzystając z zamieszania, ukryci za zasłoną pyłu, jaką podnoszą koła wagonów, rzucają się na rozsypany na ziemi towar i kradną, co się da. – Ils sont malins, les voleurs! – woła niemal z zachwytem.

Mówię młodym Szkotom, którzy są pierwszy raz na tym kontynencie, że w ostatnich dwóch-trzech dekadach miasta afrykańskie zmieniły swój charakter. To, co przed chwilą zobaczyli – piękny Dakar śródziemnomorski i straszny Dakar pustynny – dobrze ilustruje to, co stało się tu z miastami. Dawniej stanowiły one centra administracji, handlu i przemysłu. Twór funkcjonalny, spełniały funkcję produkcyjną, twórczą. Z reguły niewielkich rozmiarów, zamieszkiwane były tylko przez tych, którzy mieli tam swoją pracę. To, co pozostało z tych dawnych miast, jest dzisiaj tylko skrawkiem, ułamkiem, fragmentem miast nowych, które nawet w krajach małych i słabo zaludnionych rozrosły się monstrualnie, stały się wielkimi molochami. To prawda, że na całym świecie miasta powiększają się w przyspieszonym tempie, jako że ludzie wiążą z nimi nadzieję na lżejsze i łatwiejsze życie, ale w wypadku Afryki wystąpiły czynniki dodatkowe, które jeszcze spotęgowały ową hiperurbanizację. Pierwszym była klęska suszy, jaka spadła na kontynent w latach siedemdziesiątych, a potem osiemdziesiątych. Wysychały pola, ginęło bydło. Miliony ludzi umierały z głodu. Miliony innych zaczęły szukać ratunku w miastach. Miasta dawały większą szansę przeżycia, ponieważ tu rozdzielano pomoc zagraniczną. Transport w Afryce jest zbyt trudny i drogi, żeby mogła ona docierać na wieś; to mieszkańcy wsi muszą przyjść do miasta, aby z niej skorzystać. Ale klanu, który raz porzuci swoje pola i straci stada, nie będzie stać na to, aby je odzyskać. Ci ludzie, na zawsze skazani na pomoc zagraniczną, będą żyć, dopóki nikt jej nie przerwie.

Miasto kusiło też mirażem spokoju, nadzieją bezpieczeństwa. Zwłaszcza w krajach nękanych przez wojny domowe i terror warlordów. Słabi i bezbronni uciekali do miast, licząc, że dają one większą szansę przeżycia. Pamiętam miasteczka wschodniej Kenii – Manderę, Wajir, Garissę – w czasie wojny somalijskiej. Kiedy zbliżał się wieczór, Somalijczycy przychodzili ze swoimi stadami z pastwisk i gromadzili się wokół tych mieścin. Nocą otaczał je jarzący się pierścień światła. To przybysze palili swoje lampki, łojówki, łuczywa. Blisko miasta czuli się bardziej spokojni, pewniejsi. O świcie ów pierścień gasł, Somalijczycy rozchodzili się, szli ze swoimi stadami daleko, na odległe pastwiska.

Tak więc susza i wojna wyludniały wsie i wypędzały ich mieszkańców do miast. Latami. Milionami. W Angoli i w Sudanie, w Somalii i w Czadzie. Iść do miasta! Była w tym nadzieja na ratunek, ale także i odruch rozpaczy. Przecież nikt ich tam nie czekał, nikt nie zapraszał. Szli tam gnani strachem, ostatkiem sił, byle się gdzieś schować, jakoś ocalić.

To koczowisko, które minęliśmy, wyjeżdżając z Dakaru, los jego mieszkańców. Prowizoryczność ich egzystencji, pytanie o jej celowość, jej sens, których zresztą nikomu nie zadają, nawet sobie. Jeżeli ciężarówka nie dowiezie żywności – umrą z głodu. Jeżeli cysterna nie dowiezie wody – umrą z pragnienia. Do miasta nie mają po co iść, we wsi nie mają do czego wrócić. Nic nie uprawiają, niczego nie hodują, nic nie wytwarzają. Nigdzie się nie uczą. Nie mają adresów, pieniędzy, dokumentów. Wszyscy potracili domy, wielu potraciło rodziny. Nie mają do kogo pójść, aby się poskarżyć, nie ma nikogo, od kogo by czegoś oczekiwali.

***

Coraz ważniejszym pytaniem świata nie jest – jak wyżywić ludzi, bo żywności jest dużo, czasem chodzi tylko o organizację i transport, ale – co z ludźmi zrobić? Co zrobić z obecnością na ziemi wielu, wielu milionów? Z ich niewykorzystaną energią? Z mocami, które w sobie noszą, a wydają się nikomu niepotrzebne? Jakie jest miejsce tych ludzi w rodzinie człowieczej? Pełnoprawnych członków? Skrzywdzonych bliźnich? Natrętnych intruzów?

Pociąg zwalniał, dojeżdżaliśmy do jakiejś stacji. Zobaczyłem, jak w stronę wagonów pędzi masa ludzi, wali desperacko, jakby to był tłum samobójców, którzy za chwilę rzucą się pod koła. Były to kobiety i dzieci sprzedające banany, pomarańcze, pieczoną kukurydzę, daktyle. Tłoczyli się do okien wagonów, ale ponieważ swoje produkty mieli wyłożone na tacach, które trzymali na głowach, nie widać było ani sprzedawców, ani ich twarzy, tylko tłoczące się sterty bananów, które wypierały kopki daktyli i piramidy arbuzów, które spychały na bok rozsypujące się pomarańcze.

Madame Diuf od razu zajęła swoją okazałą figurą całą przestrzeń okna. Przebierała w tych poruszających się nad peronem stosach owoców i jarzyn. Targowała się i kłóciła. Coraz to odwracała się od okna i pokazywała nam a to wiązkę zielonych bananów, a to dojrzałą papayę. Ważyła zdobycz na pulchnej, grubej ręce i mówiła z triumfem: – A Bamako? Cinq fois plus chere! A Dakar? Dix fois plus chere! Voila! I składała kupione owoce na podłodze i półkach. Ale kupujących nie było wielu. Bazar owocowy falował przed naszymi oczyma praktycznie nietknięty. Zastanawiałem się, z czego ci oblegający nas ludzie żyją? Następny pociąg będzie jechał tędy za kilka dni. W pobliżu nie widać żadnej miejscowości. Komu więc coś sprzedają? Kto od nich kupuje?

Pociąg drgnął i pojechał, a Madame Diuf usiadła zadowolona. Ale usiadła jakoś tak, że było jej teraz wyraźnie więcej. Nie tylko usiadła, ale władczo rozsiadła się, jakby postanowiła zwolnić masę swojego ciała z krępujących ją dotąd, a niewidocznych dla nas gorsetów, dać jej odetchnąć i wypuścić na wolność. Przedział wypełnił się ogromniejącą, dyszącą i spoconą Madame, której ramiona i biodra, ręce i nogi zdominowały nas i zepchnęły – Edgara i Clare (jego dziewczynę) w jeden kąt, a mnie w drugi, przy czym zostało mi już tylko ledwo, ledwo miejsca.

Chciałem wyjść z przedziału, aby wyprostować nogi, ale okazało się to niemożliwe. Była pora modlitwy i korytarze zapełniali klęczący na swoich dywanikach, pochylający się rytmicznie mężczyźni. Korytarz był jedynym miejscem, w którym mogli się modlić. A i tak jazda pociągiem stwarzała problem liturgiczny: islam bowiem nakazuje wiernym, aby modlili się zwróceni w stronę Mekki, tymczasem nasz pociąg ciągle kluczył, skręcał i zmieniał kierunki, niebezpiecznie ustawiając się pod takimi kątami, że pobożni mogli czynić pokłony zwróceni tyłem do miejsc świętych.

Mimo że pociąg ciągle skręcał i lawirował, krajobraz był cały czas ten sam. Sahel: sucha, piaszczysta, jasnobrązowa, a czasem brunatna, rozpalona słońcem równina. Tu i tam, wyrastające ponad piasek i kamienie kępy suchej, ostrej, żółtej jak słoma trawy. Krzewy różowych berberysów i niebieskawych, wiotkich tamaryszków. Rzadkie, blade cienie rozsiewane po krzakach, trawach i ziemi przez rosnące tu wszędzie zwęźlone, kolczaste akacjowce. Cicho. Pusto. Drgające, białe powietrze upalnego dnia.

Na dużej stacji Tambakunda zepsuła się lokomotywa. Pękły jakieś zawory, a struga oleju ściekała po nasypie. Miejscowi chłopcy napełniali nim pospiesznie swoje butelki i puszki. Nic tu nie będzie zmarnowane. Jeżeli wysypie się ziarno – zbiorą je dokładnie, jeżeli pęknie garnek z wodą, każdy łyk będzie ocalony i wypity.

Zapowiadało się, że będziemy tu stać dłużej. Szybko zebrało się dużo ciekawskich z miasteczka. Zachęcałem Szkotów, żebyśmy wyszli rozejrzeć się i porozmawiać. Odmówili stanowczo. Nie chcą się z nikim spotykać ani rozmawiać. Nie chcą nikogo poznać, nikogo odwiedzać. Jeżeli ktoś zaczyna się do nich zbliżać, odwracają się i oddalają. Najchętniej po prostu by uciekli. Ta ich postawa wynika z krótkich, ale złych doświadczeń. Przekonali się, że jeżeli z kimś rozmawiali, rozmówca zawsze potem czegoś chciał. Były to różne rzeczy – liczył, że załatwią mu stypendium, znajdą pracę, dadzą pieniądze. Zawsze miał chorych rodziców, młodsze rodzeństwo na utrzymaniu, a sam od kilku dni chodził głodny. Te narzekania i skargi zaczęły się wkrótce powtarzać. Nie wiedzieli, jak reagować. Opadały im ręce. W końcu zniechęceni i rozczarowani zgodnie podjęli decyzję: żadnych kontaktów, spotkań, rozmów. I tego teraz się trzymają.

Mówię Szkotom, że te roszczenia ich rozmówców wynikają z przekonania wielu Afrykańczyków, iż Biały ma wszystko. W każdym razie, że ma wiele, dużo więcej niż Czarny. I że jeżeli na jego drodze pojawia się Biały, to tak jakby kura zniosła Czarnemu złote jajko. Musi skorzystać z tej szansy, nie może zagapić się, przepuścić okazji. Tym bardziej że rzeczywiście wielu z tych ludzi nic nie ma, wszystkiego potrzebuje i tylu rzeczy pragnie.

Ale jest w tym także i wielka odmienność zwyczajów i oczekiwań.

Kultura afrykańska jest kulturą wymiany. Ty mi coś dajesz i moim obowiązkiem jest ci się odwzajemnić. Nie tylko obowiązkiem. Tego wymaga moja godność, mój honor, moje człowieczeństwo. W akcie wymiany stosunki międzyludzkie przybierają swoją najwyższą formę. Związek dwojga młodych ludzi, którzy poprzez swoje potomstwo przedłużają obecność człowieka na ziemi i zapewnią, że będziemy istnieć, że życie będzie trwało, ten związek powstaje właśnie w akcie międzyklanowej wymiany: kobiety – na różne dobra materialne niezbędne dla jej klanu. W takiej kulturze wszystko przybiera postać podarku, prezentu domagającego się rekompensaty. Prezent nieodwzajemniony ciąży na tym, który go nie odpłacił, pali jego sumienie, a nawet może sprowadzić nieszczęście, chorobę, śmierć. Dlatego otrzymanie prezentu jest sygnałem, bodźcem do natychmiastowego działania zwrotnego, do szybkiego przywrócenia stanu równowagi: dostałem? odpłacam!

Wiele nieporozumień powstaje, kiedy jedna ze stron nie rozumie, że wymianie mogą podlegać wartości różnego rzędu, na przykład wartości symboliczne wymieniamy na materialne i vice versa. Jeżeli Afrykańczyk zbliża się do Szkotów, to obsypuje ich przecież różnymi podarkami: obdarza ich swoją osobą i uwagą, udziela im informacji, ostrzegając przed złodziejami, zapewnia im bezpieczeństwo itd. Jest zrozumiałe, że ów hojny człowiek oczekuje teraz wzajemności, rekompensaty, zaspokojenia oczekiwań. Tymczasem widzi ze zdumieniem, że Szkoci robią kwaśne miny, a nawet odwracają się tyłem i odchodzą!

***

Wieczorem pojechaliśmy dalej. Zrobiło się trochę chłodniej, można było oddychać. Jechaliśmy na wschód, coraz bardziej w głąb Sahelu, w głąb Afryki. Szlak kolejowy prowadził przez Gaudiry, Diboli i większe miasto, już po stronie malijskiej – Keyes. Na każdej stacji Madame Diuf robiła zakupy. Przedział pełen już był pomarańcz, arbuzów, owoców papaya, nawet winogron. Teraz kupowała rzeźbione stołki, mosiężne świeczniki, chińskie ręczniki, francuskie mydła toaletowe. Cały czas wznosiła okrzyki triumfu: – Voila, m’sieurs dames! Combien cela cout a Bamako? Cinq fois plus chere! Et a Dakar? Dix fois! Bon Dieu! Quel achat! Teraz już rozciągnęła się na całą długość ławki. Straciłem siedzące miejsce, ale i Szkotom został już tylko skrawek po przeciwnej stronie przedziału wypełnionego po sufit owocami, proszkami do prania, bluzkami, pękami suszonych ziół, woreczkami nasion, prosa i ryżu.

Miałem wrażenie, a trochę byłem senny i czułem, jak ogarnia mnie maligna, że Madame ciągle ogromnieje, że jest jej więcej i więcej. Jej obszerne bou-bou chwytało wiatr wpadający przez okno, pęczniało, wydymało się jak żagiel, falowało i furkotało. Wracała do domu, do Bamako dumna z tanich zakupów. Zadowolona, triumfująca wypełniała sobą cały przedział.

Patrząc na Madame Diuf, na jej wszechobecność, dynamiczne panowanie, monopol i bezpardonową wszechwładzę zdałem sobie sprawę, jak bardzo zmieniła się Afryka. Przypomniało mi się, jak jechałem tą koleją przed laty. Byłem wówczas sam w przedziale, nikt nie śmiał zakłócać spokoju i ograniczyć wygody Europejczyka. A teraz właścicielka straganu w Bamako, pani tej ziemi, bez zmrużenia powiek wypiera z przedziału troje Europejczyków, pokazując, że nie ma tu dla nich miejsca.

***

O czwartej nad ranem dotarliśmy do Bamako. Dworzec był pełen ludzi, na peronie stał gęsty tłum. Do naszego przedziału wpadła gromada rozgorączkowanych chłopców. To drużyna Madame przyszła dźwigać jej zakupy. Wyszedłem z wagonu. Usłyszałem krzyk jakiegoś mężczyzny. Przepchnąłem się w tę stronę. Zobaczyłem Francuza w podartej koszuli, jak siedzi na peronie, jęczy i przeklina. Kiedy wysiadał z wagonu, w sekundę ukradli mu wszystko. Został mu tylko w ręku uchwyt od walizki i teraz tym strzępem podartej dermy wygrażał światu.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn