„Heban”, odcinek 25 „Stygnące piekło, cz. 3”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Właściwie nie wiadomo, dlaczego Doe pojechał do portu (czym sprowokował własną śmierć). Możliwe, że zapomniał, że jest prezydentem. Został nim przed dziesięcioma laty, w gruncie rzeczy przypadkowo. Z grupą szesnastu kolegów, jak on – podoficerów zawodowych, poszli do rezydencji prezydenta Tolberta spytać, kiedy dostaną zaległy żołd. Nie spotkali nikogo z ochrony, a Tolbert spał. Korzystając z okazji, zadźgali go bagnetami. I Doe, najstarszy w tej grupie, zajął jego miejsce. Normalnie nikt w Monrowii nie szanuje podoficerów, a tu wszyscy zaczęli mu się kłaniać, oklaskiwać go, przepychać się, aby uścisnąć mu rękę. To mu się spodobało. Szybko nauczył się paru rzeczy. Że jeżeli tłum klaszcze, trzeba wyciągnąć w górę ręce w geście pozdrowienia i zwycięstwa. Że na różne wieczorowe okazje zamiast munduru polowego trzeba wkładać ciemny dwurzędowy garnitur. Że jak gdzieś pojawi się jakiś przeciwnik, to trzeba go dopaść i zabić.

Ale nie nauczył się wszystkiego. Nie wiedział na przykład, co zrobić, jeżeli jego dawni koledzy – Taylor i Johnson – zajmą mu cały kraj, zajmą stolicę i zaczną oblegać jego rezydencję. Taylor i Johnson mieli swoje watahy i obaj, konkurując ze sobą, dążyli do władzy (która ciągle była w rękach Doe). Oczywiście, w takich dążeniach nie chodzi o żadne programy, żadne demokracje czy suwerenności. Chodzi jedynie o to, kto trzyma kasę. Doe trzymał kasę przez dziesięć lat. Mieli prawo uznać, że to wystarczy. Więcej – oni to wprost mówili! „Chcemy tylko – powtarzali w dziesiątkach wywiadów – usunąć Samuela Doe. Następnego dnia zapanuje pokój”.

Doe nie umiał nic na to odpowiedzieć, po prostu pogubił się. Zamiast działać – zbrojnie lub pokojowo – nie robił nic. Zamknięty w rezydencji nie bardzo wiedział, co się wokół dzieje, choć od trzech miesięcy trwały w mieście zażarte walki. I oto ktoś mu donosi, że do portu dopłynęły wojska nigeryjskie. Jako prezydent republiki miał prawo zapytać oficjalnie, co to za obce wojska wkraczają na terytorium jego kraju. Mógł zażądać, aby dowódca tych wojsk stawił się z wyjaśnieniami w jego rezydencji. Nic takiego jednak Doe nie robi. Odezwała się w nim natura podoficera-zwiadowcy, sierżanta-szperacza. Sam zobaczy, co tam w trawie piszczy! Wsiada do samochodu i jedzie do portu. Ale czy wie, że ta część miasta jest zajęta przez Johnsona, który chce go poćwiartować? I że prezydentowi państwa nie wypada jechać, aby zameldować się szefowi obcych wojsk?

Może rzeczywiście nie wiedział. Ale może wiedział, tylko zawiodła go wyobraźnia, nie zastanowił się, postąpił bezmyślnie. Historia jest często produktem bezmyślności. Jest bękartem ludzkiej głupoty, płodem zaćmienia, idiotyzmu i szaleństwa. W takich wypadkach jest robiona przez ludzi, którzy nie wiedzą, co czynią, więcej – nie chcą wiedzieć, odrzucają taką ewentualność z odrazą i gniewem. Widzimy ich, jak zmierzają ku własnej zagładzie, jak sami szykują na siebie wnyki, jak zawiązują sobie pętlę, jak pilnie i wielokrotnie sprawdzają, czy te wnyki i pętle są mocne, czy będą wytrzymałe i skuteczne.

Ostatnie godziny Doe pozwalają nam zobaczyć historię w tym punkcie i w tym momencie, kiedy ulega ona całkowitemu rozpadowi. Godna i wyniosła bogini zamienia się w takiej chwili w swoją krwawą i żałosną karykaturę. Oto siepacze Johnsona ranią w nogi prezydenta państwa, aby nie mógł uciec, chwytają go, wyłamują mu i wiążą ręce. Będą go torturować jeszcze przez kilkanaście godzin. Dzieje się to w małym mieście, w którym przecież urzęduje legalny rząd. Gdzie są w tym czasie ministrowie? Co robią pozostali urzędnicy? Gdzie jest policja? Prezydenta torturują obok budynku właśnie zajętego przez żołnierzy nigeryjskich, którzy przybyli do Monrowii, żeby ochraniać legalną władzę. I ci żołnierze – nic? Nic ich to nie obchodzi? Mało tego! O kilka kilometrów od portu stacjonuje kilkuset żołnierzy doborowej gwardii prezydenta, których jedynym zadaniem i sensem istnienia jest ochrona szefa państwa. Tymczasem szef ów wyjechał rano z krótką wizytą do portu, a tu mijają godziny i nie ma po nim śladu. I nawet ich nie zaciekawi, co się z nim stało? Gdzie się podział?

Zresztą wróćmy do sceny, w której Johnson przesłuchuje prezydenta. Johnson chce się dowiedzieć, gdzie Doe ma konto bankowe. Doe jęczy, bolą go rany, przed godziną dostał kilkanaście kul. Coś bełkoce, nie wiadomo co. Czy mówi numer konta? Czy w ogóle ma konto? Wściekły Johnson każe mu natychmiast obciąć uszy. Dlaczego? Czy to rozsądne? Czy Johnson nie rozumie, że w tym momencie krew zalała prezydentowi przewody słuchowe i że rozmowa z nim będzie jeszcze trudniejsza?

Widać, jak ci ludzie nie mogą sobie z niczym poradzić, jak przerasta ich sytuacja, jak wszystko po kolei partaczą. A potem rozjuszeni próbują coś nadrobić. Ale czy można to nadrobić krzykiem? Znęcaniem się? Zabijaniem innych?

***

Po śmierci Doe wojna trwała nadal. Taylor walczył z Johnsonem, obaj – z resztkami armii liberyjskiej, a z nimi wszystkimi wojska interwencyjne kilku krajów Afryki, które, pod nazwą ECOMOG, miały zaprowadzić porządek w Liberii. Po długich walkach ECOMOG zajęło Monrowię i najbliższe okolice miasta, resztę kraju pozostawiając Taylorowi i jemu podobnym watażkom. Można było poruszać się po stolicy, ale po przejechaniu 20-30 kilometrów wyrastał na drodze posterunek żołnierzy z Ghany, Gwinei czy Sierra Leone. Zatrzymywali wszystkich – dalej nie można było jechać.

Dalej zaczynało się piekło, do którego nawet ci uzbrojeni po zęby żołnierze nie mieli odwagi zajrzeć. Bo była to kraina, która znajdowała się we władaniu liberyjskich watażków. Owych watażków, których jest wielu, także w innych krajach Afryki, przyjęło się nazywać na kontynencie panami, lordami wojny – warlords.

Warlord – to były oficer, eksminister czy działacz partyjny lub inny żądny władzy i pieniędzy, pozbawiony skrupułów, bezwzględny, mocny typ, który, wykorzystując rozpad państwa (do czego sam się przyczynił i przyczynia), chce wykroić dla siebie własne nieformalne minipaństewko i sprawować w nim dyktatorską władzę. Najczęściej warlord wykorzystuje do tego celu klan lub plemię, do którego należy. Warlordowie to siewcy nienawiści plemiennej i rasowej w Afryce. Nigdy się do tego nie przyznają. Zawsze głoszą, że przewodzą jakimś ruchom czy partiom o ogólnonarodowym charakterze. Najczęściej będzie to Ruch Wyzwolenia Czegoś Tam albo Ruch w Obronie Demokracji lub Niepodległości. Nie może być nic poniżej tych ideałów.

Mając już wybraną nazwę, warlord przystępuje do zwerbowania armii. Z tym nie ma problemów. W każdym kraju, w każdym mieście są tysiące głodnych i bezrobotnych chłopców, którzy marzą, żeby znaleźć się w drużynie warlorda. Przecież wódz da im broń, a także, co równie ważne, poczucie przynależności. Najczęściej ich caudillo nie będzie im płacił. Powie im – macie broń, wyżywcie się sami. Ta zgoda im wystarczy: będą wiedzieli, co dalej robić.

O broń też nietrudno. Jest tania i wszędzie jej pełno. Poza tym warlordowie mają pieniądze. Albo zagrabili je z instytucji państwowych (jako ministrowie czy generałowie), albo czerpią zyski, okupując tę część kraju, która ma wartość gospodarczą, gdzie są kopalnie, fabryki, lasy do wycięcia, porty morskie, lotniska. Np. Taylor w Liberii czy Savimbi w Angoli zajmują tereny, na których są kopalnie diamentów. Wiele wojen w Afryce można by nazwać diamentowymi. Wojna o diamenty toczyła się w prowincji Kasai w Kongo i trwa latami w Sierra Leone. Zresztą nie tylko kopalnie przynoszą pieniądze. Drogi i rzeki też dają dobry dochód: można ustawić posterunki i od każdego ściągać myto.

Niewyczerpalnym źródłem zysków jest dla warlordów międzynarodowa pomoc dla biednej, głodującej ludności. Z każdego transportu biorą tyle worków zboża i tyle litrów oleju, ile im potrzeba. Rządzi tu bowiem prawo, które brzmi: kto ma broń – je pierwszy. Dopiero to, co zostanie, mogą wziąć głodni. Problem dla organizacji międzynarodowych: jeżeli nie dać rabusiom, w ogóle nie przepuszczą transportów z pomocą i głodujący umrą. Daje się więc watażkom to, czego chcą, w nadziei, że może jakaś resztka dotrze do cierpiących głód.

Warlordowie są jednocześnie przyczyną i produktem kryzysu, w jakim w epoce postkolonialnej znalazło się wiele krajów kontynentu. Jeżeli słyszymy, że jakieś państwo w Afryce zaczyna się chwiać, możemy być pewni, że zaraz pojawią się tam warlordowie. W Angoli, w Sudanie, w Somalii, w Czadzie, wszędzie są, wszędzie panują. Co robi warlord? Teoretycznie walczy z innymi warlordami. Ale niekoniecznie musi tak być. Najczęściej warlord zajmuje się grabieniem bezbronnej ludności własnego kraju. Warlord jest przeciwieństwem Robin Hooda. Robin Hood zabierał bogatym, żeby dawać biednym. Warlord zabiera biednym, żeby bogacić siebie i żywić swoją watahę. Obracamy się w świecie, w którym nędza jednych skazuje na śmierć, innych przemienia w potwory. Ci pierwsi to ofiary, ci drudzy to kaci. Nikogo innego tam nie ma.

Swoje ofiary warlord ma pod ręką. Nie musi daleko szukać: to mieszkańcy okolicznych wsi i miasteczek. Jego bandy półnagich, obutych w podarte adidasy kondotierów bez przerwy buszują po ziemiach swojego warlorda w poszukiwaniu żeru i łupu. Dla tych rozbestwionych, głodnych i często znarkotyzowanych biedaków – wszystko jest zdobyczą. Garść ryżu, stara koszula, kawałek koca, gliniany garnek są obiektami pożądania, przedmiotami, które mają wartość, wprawiają w drżenie, rozpalają błysk w oku. Ale ludzie nabrali już doświadczenia. Wystarczy wiadomość, że zbliżają się watahy warlorda, a już cała okolica pakuje się i zaczyna uciekać. To tych ludzi właśnie, idących w kilometrowych kolumnach, oglądają w telewizorach mieszkańcy Europy i Ameryki.

Przypatrzmy się tym, którzy idą. To najczęściej kobiety i dzieci. Bo wojny warlordów są skierowane przeciw najsłabszym. Tym, którzy nie mogą się obronić. Nie potrafią, nie mają czym. Zwróćmy także uwagę, co te kobiety niosą. Niosą na głowie tobołek albo miskę z różnym drobiazgiem. Nie mają nic więcej. Ten tobołek, ta miska to ich cały skarb, dorobek życia, bogactwo, z którym wchodzą w XXI wiek.

Liczba warlordów rośnie. To nowa siła, nowi władcy. Biorą dla siebie najlepsze kęsy, najbogatsze części kraju, sprawiając, że państwo, jeżeli nawet utrzyma się przy życiu, będzie słabe, biedne i bezsilne. Dlatego państwa próbują się bronić, tworzą związki i sojusze, aby walczyć o przetrwanie, aby przeżyć. To dlatego w Afryce właściwie nie ma wojen międzypaństwowych, bo państwa łączy ta sama niedola, jadą na tym samym wozie zagrożone o swój los. Wiele natomiast jest wojen domowych, tj. takich, w czasie których warlordowie dzielą między siebie kraj i grabią jego ludność, surowce, ziemię.

Bywa jednak i tak, że warlordowie uznają, iż wszystko, co było do zrabowania, zostało rozgrabione i że wyczerpało się dotychczasowe źródło zysku. Wówczas zaczynają tzw. proces pokojowy. Zwołują konferencję walczących stron (tzw. warring factions conference), podpisują porozumienie i ustalają datę wyborów. W odpowiedzi Bank Światowy udzieli im wszelkich pożyczek i kredytów. Teraz warlordowie będą nawet bogatsi, niż byli, bo od Banku Światowego można dostać znacznie więcej niż od swoich głodujących pobratymców.

***

Do hotelu przyjechali John i Zado. Wezmą mnie do miasta. Ale najpierw pójdziemy się napić, bo od rana doskwiera i zamęcza upał. Nawet o tej porze w barze jest pełno ludzi, boją się chodzić po ulicach, tutaj czują się bezpieczniej. Afrykańczycy, Europejczycy, Hindusi. Jednego z nich poznałem już wcześniej. James P., emerytowany urzędnik kolonialny. Co tu robi? Nie odpowiada, uśmiecha się, wykonuje nieokreślony ruch ręką. Przy lepkich, koślawych stolikach siedzą bezczynne prostytutki. Czarne, zaspane, bardzo ładne. Właściciel, Libańczyk, nachyla się do mnie przez ladę i mówi mi do ucha: – To wszystko złodzieje. Chcą zrobić pieniądze i wyjechać do Ameryki. To wszystko handlarze diamentów. Skupują je za grosze od warlordów i wywożą ruskimi samolotami na Bliski Wschód. – Ruskimi? – zapytałem zdziwiony. – Tak – powiedział – jedź na lotnisko. Tam stoją ruskie samoloty, które wywożą te diamenty na Bliski Wschód. Liban, Jemen, Dubaj – tam najwięcej.

W czasie naszej rozmowy bar nagle opustoszał. Zrobiło się luźno, przestronnie. – Co się stało? – spytałem Libańczyka. – Zobaczyli, że masz aparat fotograficzny. Woleli się wynieść, nie chcą wpaść w obiektyw.

***

My też wyszliśmy na zewnątrz. Od razu oblepiło nas mokre, rozgrzane powietrze. Nie wiadomo, gdzie się podziać. Wewnątrz budynku – gorąco, na zewnątrz – gorąco. Nie sposób iść, nie sposób siedzieć, leżeć ani jechać. Taka temperatura zabija wszelką energię, czucie, ciekawość. O czym się myśli? Żeby przetrwać dzień. No, już minął ranek. O, już przeszło południe. Nareszcie nadciąga zmierzch. Ale o zmierzchu wcale nie jest lżej, nie jest lepiej. Zmierzch jest tak samo duszny, lepki, oślizgły. A wieczór? Wieczór paruje rozgrzaną, duszącą mgłą. A noc? Noc okleja nas mokrym, gorącym prześcieradłem.

Na szczęście wiele spraw można załatwić tuż obok hotelu. Więc najpierw – wymienić pieniądze. W obiegu jest tylko jeden nominał – jeden banknot: pięć dolarów liberyjskich. To mniej więcej pięć centów amerykańskich. Paczki tych pięciodolarówek leżą na stojących na ulicach stolikach – do wymiany. Żeby coś kupić, trzeba nosić pełną torbę pieniędzy. Ale nasza transakcja jest prosta: przy jednym stoliku wymieniamy pieniądze, przy następnym – kupujemy paliwo. Benzynę sprzedają w litrowych butelkach, stacje są zamknięte, istnieje tylko czarny rynek. Patrzę, ile ludzie kupują – kupują litr, dwa litry: nie mają pieniędzy. John jest bogaty, więc kupuje dziesięć litrów.

Jedziemy. Patrzę, co John i Zado chcą mi pokazać. Więc najpierw muszę zobaczyć rzeczy imponujące. Rzeczy imponujące to są obiekty amerykańskie. Za Monrowią, po kilku kilometrach jazdy, zaczyna się wielki, metalowy las. Maszty i maszty. Masywne, wysokie, a z nich wyrastają jeszcze wyżej sięgające rozgałęzienia, odnogi, sieci anten, prętów, drutów. Te konstrukcje ciągną się kilometrami, w pewnej chwili mamy wrażenie, że jesteśmy gdzieś w świecie science fiction, zamkniętym, niezrozumiałym, nie z tej ziemi. To stacja retransmisyjna Voice of America na Europę, Afrykę i Bliski Wschód, zbudowana w erze przedsatelitarnej, w czasie II wojny światowej, teraz bezczynna, opuszczona, zjadana przez rdzę.

Potem jedziemy na drugą stronę miasta, do miejsca, gdzie otwiera się przed nami ogromna równina, płaskie, niekończące się błonie przecięte betonowym pasem startowym. To lotnisko Robertsfield, największe w Afryce, jedno z największych w świecie. Teraz puste, zniszczone, zamknięte (czynne jest tylko małe lotnisko w mieście, na którym lądowałem). Budynek lotniska – zbombardowany, pas startowy – podziurawiony lejami od pocisków i bomb.

Wreszcie obiekt największy, państwo w państwie, plantacja kauczuku Firestone’a. Ale trudno tam dojechać, bo coraz to napotykamy posterunek wojskowy. Przed każdym stoi bariera i trzeba się zatrzymać. Zatrzymać i czekać. Po jakimś czasie wychodzi z budki żołnierz. Z budki, zza worków z piaskiem – różnie. Rozpytuje – a kto, a co? Powolność jego ruchów, jego rzadkie słowa – sylaby, jego bezbarwne, tajemnicze spojrzenie, namysł i zaduma na twarzy mają dodać powagi i autorytetu osobie i funkcji wartownika. – Czy można dalej jechać? Nim odpowie, otrze pot z twarzy, poprawi broń, obejrzy samochód z różnych stron, nim, nim – John w końcu postanawia wrócić, nie dojedziemy na miejsce do wieczora, a od zmroku wszystkie drogi są zamknięte, nie będziemy mieli co ze sobą zrobić.

Znowu jesteśmy w mieście. Wiozą mnie na skwer, na którym leżą, zarośnięte już zielenią, szczątki wysadzonego w powietrze pomnika prezydenta Tubmana. Pomnik kazał wysadzić Doe, aby pokazać, że skończyło się panowanie postniewolników z Ameryki, a władzę objął uciśniony lud liberyjski. Tutaj, jeżeli coś ulegnie destrukcji, rozbiciu, zniszczeniu, to już tak będzie zostawione. Na drodze spotkamy wbite w pień zardzewiałe szczątki karoserii: to przed laty rozbił się o drzewo samochód i jego resztki tkwią tam do dzisiaj. Jeżeli na szosę zwali się drzewo, nie ruszą go, będą omijać polem, wydepcą nową drogę. Dom niedokończony – pozostanie niedokończonym, zrujnowany – zrujnowanym. Podobnie z tym pomnikiem. Nie myślą go odbudować, ale także nie usuną szczątków. Sam akt destrukcji kończy sprawę: jeżeli pozostał jakiś materialny ślad, nie ma on już znaczenia, ciężaru, a tym samym nie warto poświęcać mu uwagi.

Nieco dalej, bliżej portu i morza, zatrzymaliśmy się w pustym miejscu, przed potwornie cuchnącą górą śmieci. Widziałem, jak latają po niej szczury. W górze krążyły sępy. John wyskoczył z samochodu i zniknął wśród stojących obok, walących się szałasów. Po chwili pojawił się z jakimś starym człowiekiem. Poszliśmy za nim. Wstrząsały mną dreszcze, bo szczury łaziły nam między nogami, bez lęku. Zaciskałem nos palcami, dusiłem się. W końcu stary zatrzymał się i pokazał gnijący stok śmietnika. Coś powiedział. – On powiedział – przetłumaczył mi Zado – że tu rzucili trupa Doe. Gdzieś tu, gdzieś w tym miejscu.

***

Żeby odetchnąć lepszym powietrzem, pojechaliśmy jeszcze nad rzekę Świętego Pawła. Rzeka była granicą między Monrowią a światem warlordów. Przez rzekę szedł most. Po stronie Monrowii ciągnęły się bez końca szałasy i klitki obozu uchodźców. Był tu też wielki rynek – barwne królestwo zapalczywych i rozgorączkowanych handlarek. Ci z drugiej strony rzeki, z wnętrza piekła warlordów, ze świata, w którym rządzi terror, głód i śmierć, mogli przechodzić na naszą stronę po zakupy, tyle że przed wejściem na most musieli zostawić u siebie broń. Patrzyłem, jak już przeszedłszy most, zatrzymują się po tej stronie, jednak nieufni i niepewni, zdziwieni, że istnieje normalny świat. I jak wyciągają ręce, jakby chodziło o coś materialnego, coś, co da się dotknąć.