„Heban”, odcinek 24 „Stygnące piekło, cz. 2”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Stygnące piekło, cz. 2

Było to wiosną 1963 roku, w Addis Abebie, w czasie pierwszej konferencji szefów państw Afryki. Tubman miał wówczas blisko siedemdziesiąt lat. Nigdy w życiu nie leciał samolotem – bał się. Na miesiąc przed konferencją wyruszył statkiem z Monrowii, dopłynął do Dżibuti, a stamtąd pociągiem dojechał do Addis Abeby. Był niskim, drobnym, jowialnym panem z cygarem w ustach. Na kłopotliwe pytania odpowiadał długim, donośnym śmiechem, który kończył się wybuchem hałaśliwej czkawki, po czym następował atak świszczącej, konwulsyjnej zadyszki. Trząsł się, wytrzeszczał załzawione oczy. Speszony i wystraszony rozmówca milkł i nie śmiał więcej nalegać. Tubman otrzepywał popiół z ubrania i już uspokojony chował się znowu za gęsty obłok cygarowego dymu.

Był prezydentem Liberii przez dwadzieścia osiem lat. Należał do rzadkiej już dziś kategorii kacyków, którzy rządzą swoimi krajami jak dziedzic folwarkiem: wszystkich znają, o wszystkim decydują. (Rówieśnik Tubmana – Leónidas Trujillo – był dyktatorem Dominikany przez trzydzieści lat. Za jego rządów kościół organizował zbiorowe chrzty – Trujillo podawał dzieci, które się w Dominikanie rodziły. Z czasem stał się ojcem chrzestnym wszystkich swoich podwładnych. CIA nie mogła znaleźć chętnych, żeby zrobili zamach na dyktatora – nikt nie chciał podnieść ręki na swojego ojca chrzestnego).

Tubman przyjmował codziennie około sześćdziesięciu osób. Sam mianował ludzi na wszystkie stanowiska w kraju, decydował, komu dać koncesję, jakich wpuścić misjonarzy. Wszędzie wysyłał swoich ludzi, miał prywatną policję, aby mówiła mu, co się dzieje – a to w tej wiosce, a to w tamtym plemieniu. Nie działo się wiele. Kraj był małą, zapomnianą prowincją Afryki, na piaszczystych uliczkach Monrowii, w cieniu rozwalających się ruder, drzemały za straganami tęgie przekupki, wszędzie wałęsały się męczone malarią psy. Czasem przed bramą pałacu rządowego przeszła grupa ludzi z dużym transparentem, na którym można było przeczytać: „Gigantyczna manifestacja wdzięczności za postęp, jaki dokonał się w kraju dzięki Niezrównanej Administracji Prezydenta Liberii – Dr. WVS Tubmana”. Przed tą samą bramą zatrzymywały się również zespoły muzyczne z prowincji, aby śpiewem chwalić wielkość prezydenta: „Tubman jest ojcem nas wszystkich /ojcem całego narodu/ On buduje nam drogi /sprowadza wodę/ Tubman daje nam jeść /daje jeść/ ye, ye!”. Strażnicy, skryci przed słońcem w budkach wartowniczych, oklaskiwali tych rozśpiewanych entuzjastów.

Największy jednak respekt budziło to, że prezydenta strzegły dobre duchy, które wyposażyły go w nadzwyczajne moce. Gdyby ktoś chciał mu podać zatruty napój, szklanka z tym napojem rozpadłaby się w powietrzu. Pocisk zamachowca nie mógłby go ugodzić – roztopiłby się po drodze. Prezydent miał zioła pozwalające mu wygrać każde wybory. I miał aparat, przez który mógł widzieć wszystko, co się gdziekolwiek dzieje – opozycja nie miała sensu: byłaby wykryta zawczasu.

Tubman umarł w 1971 roku. Zastąpił go jego przyjaciel wiceprezydent William Tolbert. O ile Tubmana bawiła władza, o tyle Tolberta bawiły pieniądze. Była to chodząca korupcja. Handlował wszystkim – złotem, samochodami, w chwilach wolnych sprzedawał paszporty. Za jego przykładem szła cała elita, owi potomkowie czarnych niewolników amerykańskich. Do ludzi wychodzących na ulicę z wołaniem o chleb i wodę Tolbert kazał strzelać. Jego policja zabiła setki ludzi.

12 kwietnia 1980 nad ranem grupa żołnierzy wtargnęła do rezydencji prezydenta i poćwiartowała Tolberta w łóżku. Wyjęli mu wnętrzności i wyrzucili na dziedziniec psom i sępom na pożarcie. Żołnierzy było siedemnastu. Dowodził nimi 28-letni sierżant Samuel Doe. Doe był ledwie piśmiennym młodym człowiekiem. Pochodził z małego, żyjącego głęboko w dżungli plemienia Krahn. Tacy właśnie jak on ludzie, wypędzeni przez biedę ze swoich wiosek, od lat już napływali do Monrowii w poszukiwaniu zajęcia i pieniędzy. W ciągu trzydziestu lat (między 1956 a 1986 r.) ludność stolicy Liberii zwiększyła się dziesięciokrotnie: z 42 do 425 tysięcy. A skok ten nastąpił w mieście bez przemysłu i komunikacji, w którym niewiele domów miało światło elektryczne, a jeszcze mniej – wodę bieżącą.

Wyprawa z dżungli do Monrowii wymaga wielu dni marszu przez trudne do pokonania tropikalne bezdroża. Mogli z tym się uporać tylko młodzi, silni ludzie. I właśnie oni przychodzili do miasta. Ale nie czekało ich tu nic: ani praca, ani dach nad głową. Od pierwszego dnia stawali się bayaye – ową armią młodych bezrobotnych koczujących bezczynnie na wszystkich większych ulicach i placach miast afrykańskich. Istnienie tej armii jest jedną z przyczyn zamętu na kontynencie: to z jej szeregów, za tani grosz, często za obietnicę żywienia, lokalni watażkowie rekrutują swoje wojska do walki o władzę, do organizowania przewrotów i rozpętywania wojen domowych.

Doe, podobnie jak Amin w Ugandzie, był właśnie takim bayaye. I podobnie jak Amin wygrał los na loterii: dostał się do wojska. Można by pomyśleć – osiągnął szczyt kariery. Dowiódł wszakże, że miał większe ambicje.

W wypadku Liberii przewrót Doe nie był tylko prostą zamianą skorumpowanego kacyka-biurokraty na półanalfabetę w mundurze. Była to bowiem jednocześnie krwawa, okrutna i karykaturalna rewolucja uciskanych, półniewolniczych mas z dżungli afrykańskiej przeciwko ich znienawidzonym władcom – byłym niewolnikom z plantacji amerykańskich. Dokonał się więc jak gdyby przewrót wewnątrz świata niewolników: aktualni niewolnicy zbuntowali się przeciw byłym niewolnikom, którzy narzucili im swoją władzę. Całe to wydarzenie zdawało się dowodzić tezy najbardziej pesymistycznej i tragicznej, że – w jakimś sensie, choćby mentalnym czy kulturowym – z niewolnictwa nie ma wyjścia. Albo że jest ono niesłychanie trudne i zawsze – długotrwałe.

***

Doe natychmiast ogłosił się prezydentem. Zaraz kazał zabić 13 ministrów rządu Tolberta. Egzekucja ciągnęła się długo, na oczach tłumnie zgromadzonej, ciekawej widowiska, gawiedzi.

Nowy prezydent coraz to ujawniał zamach na swoje życie. Mówił, że było ich trzydzieści cztery. To, że jednak żył i rządził nadal, było dowodem, że chronią go zaklęcia i niezwyciężone moce – dzieło czarowników z jego wsi. Można było do niego strzelać – kule po prostu zatrzymywały się w powietrzu i spadały na ziemię.

Niewiele da się powiedzieć o jego rządach. Sprawował je przez dziesięć lat. Kraj po prostu stanął. Nie było światła, zamknięto sklepy, zamarł ruch na tych nielicznych drogach, które są w Liberii.

Właściwie nie bardzo wiedział, co ma robić jako prezydent. Ponieważ miał dziecinną, pucołowatą twarz, kupił sobie wielkie okulary w złotej oprawie, żeby wyglądać poważnie i dostatnio. Był dość leniwy, toteż całymi dniami przesiadywał w rezydencji, grając z podwładnymi w warcaby. Dużo czasu spędzał też na dziedzińcu, gdzie żony strażników z jego gwardii prezydenckiej gotowały na ogniskach albo prały bieliznę. Rozmawiał z nimi, dowcipkował, czasem brał którąś do łóżka. Niepewny, co dalej robić i jak tu, po zabiciu takiej liczby ludzi, ocalić się przed zemstą, widział wyjście tylko w tym, aby otoczyć się ludźmi swojego plemienia – Krahn. Toteż ściągał ich masowo do Monrowii. Władza z rąk zamożnych, zasiedziałych i światowych Amerykano-Liberyjczyków (którzy zdołali tymczasem uciec z kraju) przeszła teraz w ręce nędznego, niepiśmiennego i wystraszonego swoją nową sytuacją plemienia ludzi leśnych – Krahn, którzy nagle wyciągnięci ze swoich z łyka i liści plecionych szałasów, po raz pierwszy widzą takie rzeczy jak miasto, samochód czy buty. Rozumieli oni, że jedynym sposobem przetrwania będzie zastraszenie albo likwidacja rzeczywistych czy ewentualnych wrogów, to znaczy wszystkich nie-Krahn. Toteż garstka tych wczorajszych jeszcze nędzarzy, ciemnych i zagubionych, chcąc utrzymać się u lukratywnej władzy, która wpadła im w ręce jak złote jajo, od początku próbuje sterroryzować naród. Biją, maltretują, wieszają, właściwie bez powodu. – Dlaczego tak cię skatowali? – pytają sąsiedzi jakiegoś posiniaczonego człowieka. – Ponieważ stwierdzili, że nie należę do Krahn – odpowiada nieszczęśnik.

Zrozumiałe, że w tej sytuacji kraj czeka tylko, żeby uwolnić się od Doe i jego ludzi. Z pomocą przychodzi mu niejaki Charles Taylor, były człowiek Doe, który, jak twierdził prezydent, ukradł mu milion dolarów, wyjechał do Stanów Zjednoczonych, tam wpadł na jakichś interesach, dostał się do więzienia, ale uciekł i znalazł się nagle na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Stąd, z grupą 60 ludzi, w grudniu 1989 roku zaczyna wojnę z Doe. Doe mógłby go łatwo zniszczyć, ale wysłał przeciw niemu armię swoich bosonogich Krahn, którzy miast walczyć z Taylorem, tuż po opuszczeniu Monrowii, rzucili się grabić i kraść, co i gdzie popadło. Wieść o marszu tej armii rabusiów rozeszła się szybko po dżungli i przerażona ludność, w nadziei na ratunek, zaczęła uciekać do Taylora. Armia Taylora rosła błyskawicznie i już w sześć miesięcy znalazła się pod Monrowią. W obozie Taylora wybucha kłótnia: kto ma zdobywać miasto i czyj będzie łup. Szef sztabu, też były człowiek Doe, Prince Johnson zrywa z Taylorem i tworzy własną armię. Teraz trzy armie – Doe, Taylora i Johnsona – walczą między sobą w mieście o miasto. Monrowia zmienia się w ruinę, miasto płonie, trupy zalegają ulice.

W końcu interweniują kraje Afryki Zachodniej. Nigeria wysyła statkami desant, który latem dociera do portu w Monrowii. Doe dowiaduje się o tym i postanawia odwiedzić Nigeryjczyków. Bierze swoją obstawę i wyrusza mercedesem do portu. Jest 9 września 1990. Prezydent jedzie przez miasto umęczone, zdewastowane, rozgrabione, opustoszałe. Dojeżdża do portu, ale tu już czekają na niego ludzie Johnsona. Otwierają ogień. Ginie cała ochrona prezydenta. On sam dostaje kilka kul w nogi, nie może uciekać. Chwytają go, wiążą mu z tyłu ręce i wloką na tortury.

Johnson, któremu zależało na reklamie, kazał scenę tortur dokładnie sfilmować. Na ekranie widzimy Johnsona, jak siedzi i popija piwo. Obok stoi kobieta, wachluje go i ociera pot z czoła (jest bardzo gorąco). Na podłodze siedzi spętany Doe, ocieka krwią. Ma zmasakrowaną twarz, prawie nie widać oczu. Wokół tłoczą się ludzie Johnsona, zafascynowani widokiem torturowanego dyktatora. To oddział, który już pół roku idzie przez kraj, grabi i zabija, a jednak widok krwi od nowa i od nowa wprawia go w stan ekstazy, w szaleństwo. Młodzi chłopcy przepychają się, każdy chce zobaczyć, nasycić oko. Doe siedzi w kałuży krwi, nagi, mokry od krwi, potu i wody, którą polewają go, żeby nie zemdlał, głowa spuchnięta od ciosów. – Prince! – mamrocze Doe do Johnsona (mówi do niego po imieniu, bo przecież to wszystko koledzy, ci, którzy walczą ze sobą i dewastują kraj – Doe, Taylor i Johnson to koledzy). – Każ tylko rozluźnić pęta na rękach. Wszystko powiem, tylko poluzujcie mi pęta! – Najwyraźniej powiązali mu ręce tak mocno, że sprawia to większy ból niż posiekane kulami nogi. Ale Johnson krzyczy na Doe, krzyczy w lokalnym, kreolskim dialekcie, nie można wiele z tego zrozumieć, poza jednym – żeby podał swoje konto bankowe. Ilekroć w Afryce dopadną dyktatora, całe śledztwo, bicie, tortury będą obracać się zawsze wokół jednego – numeru jego prywatnego konta. W tutejszej opinii polityk jest synonimem szefa przestępczego gangu, który robi interesy na handlu narkotykami i bronią i odkłada pieniądze na kontach zagranicznych, bo wie, że jego kariera nie potrwa długo, że trzeba będzie uciekać i z czegoś żyć.

– Obetnijcie mu uszy! – krzyczy Johnson zły, że Doe nie chce mówić (choć Doe twierdzi, że chce!). Żołnierze rzucają prezydenta na podłogę, przytrzymują go butami, a jeden bagnetem obcina mu ucho. Słychać nieludzki ryk bólu.

– Drugie ucho! – woła Johnson. Panuje harmider, wszyscy są podnieceni, kłócą się, każdy chciałby obciąć prezydentowi ucho. Znowu słychać wycie.

Podnoszą prezydenta. Doe siedzi, plecy przytrzymywane butem żołnierza, jego głowa, bez uszu, zalana krwią, chwieje się. Teraz Johnson właściwie nie wie, co robić dalej. Kazać mu uciąć nos? Rękę? Nogę? Najwyraźniej nie ma pomysłu. Zaczyna go to nudzić. – Zabierzcie go stąd! – rozkazuje żołnierzom, którzy wezmą go na dalsze tortury (też sfilmowane). Doe, katowany, żył jeszcze kilka godzin i umarł z upływu krwi. Kiedy byłem w Monrowii, kaseta wideo pokazująca jak torturowano prezydenta była największą atrakcją na rynku mediów. W mieście było jednak mało magnetowidów, a poza tym często wyłączali światło. Żeby obejrzeć tortury (cały film trwa dwie godziny), ludzie musieli wpraszać się do bardziej zamożnych sąsiadów albo chodzić do tych barów, gdzie kasetę puszczano bez przerwy.

***

Ci, którzy piszą o Europie, mają wygodne życie. Pisarz może na przykład zatrzymać się we Florencji (albo umieścić tam swojego bohatera). I już – resztę za niego wykonuje historia. Niekończących się tematów dostarczają mu bowiem dzieła starych architektów, którzy wznieśli florentyńskie kościoły, rzeźbiarzy – autorów niezwykłych posągów, bogatych mieszczan, których stać było na zdobne, renesansowe kamienice. To wszystko można opisać, nie ruszając się z jednego miejsca albo robiąc krótki spacer po mieście. „Stanąłem na Piazza del Duomo” – pisze autor, który znalazł się we Florencji. I dalej może nastąpić wielostronicowy opis tego bogactwa rzeczy, dzieł, cudów sztuki, wytworów ludzkiego geniuszu i smaku, które zewsząd go otaczają, które wszędzie widzi, w których jest zanurzony. „A teraz idę przez Il Corso i Borgo degli Albizi w stronę Muzeum Michała Anioła, żeby koniecznie zobaczyć płaskorzeźbę Madonny dell Scala” – pisze nasz autor. Jakże mu dobrze! Wystarczy, że idzie i patrzy. Świat, który go otacza, sam podsuwa mu się pod pióro. Można stworzyć cały rozdział o tym krótkim spacerze. Taka tu różnorodność wszystkiego, taka obfitość, takie nieprzebranie! Weźmy Balzaca. Weźmy Prousta. Strona po stronie ciągną się wykazy, ewidencje, katalogi rzeczy i przedmiotów wymyślonych i zrobionych przez tysiące meblarzy, snycerów, foluszników i kamieniarzy, przez niezliczone sprawne, wrażliwe i pieczołowite ręce, które zbudowały w Europie miasta i ich ulice, wzniosły domy i wyposażyły ich wnętrza.

Monrowia stawia przybysza w zupełnie innej sytuacji. Identyczne z wyglądu tandetne i zaniedbane domki ciągną się kilometrami, ulica przechodzi w ulicę, a dzielnica w dzielnicę tak niepostrzeżenie, że tylko zmęczenie, które szybko odczujemy w tym klimacie, będzie informacją, że przeszliśmy z jednej części miasta do drugiej. Również wnętrza domów (poza kilkoma willami notabli i bogaczy) są jednakowo ubogie i monotonne. Stół, krzesła albo stołki, łoże małżeńskie, maty z rafii czy plastiku dla dzieci, gwoździe w ścianie do wieszania ubrań, jakieś, najczęściej wycięte z kolorowych czasopism, obrazki. Duży garnek do gotowania ryżu, mniejszy do gotowania sosu, kubki do picia wody i herbaty. Plastikowa miska do mycia, która w razie ucieczki (co ostatnio zdarzało się często, bo coraz to wybuchały walki) jest rodzajem podręcznej, noszonej przez kobiety na głowie walizki.

To wszystko?

Mniej więcej tak.

Najłatwiej i najtaniej zbudować dom z cynkowej, karbowanej blachy. Drzwi zastępuje perkalowa zasłona, otwory okienne są małe, w porze deszczowej, która jest tu długa i uciążliwa, zasłania się je kawałkami dykty albo grubej tektury. Taki dom jest w ciągu dnia rozpalony jak piec, jego ściany płoną i buchają żarem, dach skwierczy i roztapia się w słońcu, toteż od świtu do zmierzchu nikt nie odważy się tu wejść. Ledwie zacznie się rozwidniać, pierwszy brzask wyrzuci wszystkich, zaspanych jeszcze mieszkańców na podwórze i ulicę, gdzie pozostaną do wieczoru. Wyjdą mokrzy od potu, drapiąc bąble po moskitach i pająkach i zaglądając do garczka, czy została w nim od wczoraj resztka ryżu.

Patrzą na ulicę, na domy sąsiadów, bez ciekawości, bez oczekiwań.

Może coś trzeba by i robić.

Ale co? Co robić?

***

Rano poszedłem Carrey Street, przy której stoi mój hotel. To śródmieście, centrum, dzielnica handlowa. Nie da się pójść daleko. Wszędzie siedzą pod ścianami grupy bayaye – bezczynnych, głodnych chłopców, bez nadziei na cokolwiek, bez szansy na życie. Zaczepiają, a to, żeby zapytać, skąd jestem albo że będą mi przewodnikami, albo żebym załatwił im stypendium w Ameryce. Nawet nie chcą dolara na bułkę, nie, od razu mierzą najwyżej – w Amerykę.

Po stu metrach już jestem otoczony przez małych chłopców o obrzękłych twarzach i zmąconych oczach, czasem bez ręki albo nogi. Proszą. To byli żołnierze ze Small Boys Units Charlesa Taylora, jego najstraszniejszych oddziałów. Taylor rekrutuje małe dzieci i daje im broń. Daje im także narkotyki i kiedy są pod ich wpływem, pcha tych chłopców do ataku. Oszołomione dzieci zachowują się jak kamikadze, rzucają się w ogień walki, idą wprost na kule, wylatują na minach. Kiedy stają się tak uzależnieni, że zaczynają być mało przydatni, Taylor wyrzuca ich od siebie. Niektórzy docierają do Monrowii i kończą swoje krótkie życie gdzieś w rowach lub na śmietnikach zżarci przez malarię, przez cholerę albo przez szakale.