„Heban”, odcinek 23 „Stygnące piekło, cz. 1”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Jeszcze piloci nie wyłączyli silników, a już w stronę samolotu pędzi tłum. Podstawiają schodki. Schodzimy po nich, od razu wpadając w zdyszaną, tłoczącą się gromadę ludzi, którzy dopadli już samolotu i teraz przepychają się, szarpią nas za koszule, napierają co sił. – Passport? Passport? – wołają jakieś natarczywe głowy. I zaraz tym samym, groźnym tonem: – Return ticket? A jeszcze inni ostro: – Vaccination? Vaccination? Te żądania, ten atak są tak gwałtowne i dezorientujące, że popychany, duszony i miętoszony zaczynam popełniać błąd za błędem. Zapytany o paszport, posłusznie wyjmuję go z torby. I od razu ktoś mi go wyrywa i gdzieś z nim znika. Nagabywany o bilet powrotny pokazuję, że go mam. Ale za moment już nie widzę biletu, już gdzieś wsiąkł. To samo z książeczką szczepień: ktoś mi wyciągnął ją z ręki i natychmiast się ulotnił. Zostałem bez żadnych dokumentów! Co robić? Komu się poskarżyć? Do kogo odwołać? Tłum, który dopadł mnie przy schodach, nagle rozproszył się i zniknął. Zostałem sam. Ale za chwilę podeszło do mnie dwóch młodych ludzi. Przedstawili się: – Zado i John. Będziemy cię strzegli. Bez nas zginiesz.

O nic nie pytałem. Przede wszystkim pomyślałem: jak tu straszliwie gorąco! Było wczesne popołudnie, wilgotne, mokre powietrze wisiało nieruchomo tak gęste i rozpalone, że nie było czym oddychać. Byle tylko stąd się wydostać, dotrzeć do miejsca, gdzie jest odrobina chłodu! – Gdzież są moje dokumenty? – zacząłem wołać rozdrażniony, zrozpaczony. Traciłem panowanie nad sobą – w takim upale ludzie stają się nerwowi, wściekli, napastliwi. – Staraj się uspokoić – powiedział John, kiedy wsiadaliśmy do jego samochodu stojącego przed barakiem lotniska – zaraz wszystko zrozumiesz.

Jechaliśmy ulicami Monrowii. Po obu stronach jezdni sterczały czarne, zwęglone kikuty wypalonych, zrujnowanych domów. Niewiele tu zostaje po takim zburzonym budynku, bo wszystko, łącznie z cegłą, blachą i ocalałymi belkami, będzie zaraz rozebrane i rozgrabione. W mieście są dziesiątki tysięcy ludzi, którzy uciekli z buszu, nie mają dachu nad głową i czekają, że granat czy bomba rozwali jakiś dom. Zaraz rzucają się na taką zdobycz. Z materiałów, które wyniosą, postawią sobie jakiś szałas, budę czy po prostu daszek chroniący przed słońcem i deszczem. Miasto, które, jak można sądzić, od początku zbudowane było z prostych i niskich domów, teraz, zastawione ową byle jak skleconą prowizorką, skarlało jeszcze bardziej, nabrało wyglądu czegoś doraźnego i przypomina obóz wędrowców, którzy zatrzymali się tu tylko na chwilę, aby skryć się przed spiekotą południowych godzin i zaraz wyruszyć dalej, zresztą nie bardzo wiadomo dokąd.

Poprosiłem Johna i Zado, aby zawieźli mnie do hotelu. Nie wiem, czy istniał jakiś wybór, ale oni bez słowa zawieźli mnie na ulicę, przy której stał piętrowy, odrapany budynek z wystającym szyldem „El Mason Hotel”. Do hotelu przechodziło się przez bar. John otworzył drzwi, ale nie mógł wejść dalej. Wewnątrz, w sztucznym, kolorowym półmroku i dławiącej, stężonej duchocie stały prostytutki. Powiedzieć: „stały prostytutki” nie oddaje jednak stanu rzeczy. W małym lokalu może setka dziewczyn przylegała do siebie spocona, umęczona i tak strasznie stłoczona, ugnieciona i sprasowana, że nie tylko nie można było tam wejść, ale nawet, bodaj, wcisnąć ręki. Mechanizm działał w ten sposób, że jeżeli klient otwierał z ulicy drzwi, ciśnienie panujące wewnątrz baru jak z katapulty wyrzucało dziewczynę wprost w ramiona zaskoczonego amatora. Za moment następna już zajmowała jej miejsce.

John cofnął się i poszukał innego wejścia. W małym kantorku siedział młody Libańczyk o pogodnym, poczciwym wyglądzie – właściciel. To do niego należały te dziewczyny i ten rozpadający się budynek o oślizgłych, zapleśniałych ścianach, na których obwisłe, sczerniałe zacieki układały się w niemą procesję wydłużonych, chudych i zakapturzonych zjaw, chimer i duchów.

– Nie mam dokumentów – przyznałem się Libańczykowi, który się tylko uśmiechnął. – To nieważne – powiedział. – Tu mało kto ma dokumenty. Dokumenty! – roześmiał się i spojrzał porozumiewawczo na Johna i Zado. Najwyraźniej byłem dla niego przybyszem z jakiejś innej planety. Na tej, która nazywała się Monrowia, myślano raczej, jak przeżyć do następnego dnia. Kogo obchodziły papiery? – Czterdzieści dolarów za noc – powiedział. – Ale bez jedzenia. Jeść można za rogiem. U Syryjki.

Od razu zaprosiłem tam Johna i Zado. Starsza, nieufna i ciągle spoglądająca na drzwi kobieta miała tylko jedną potrawę – szaszłyki z ryżem. Wpatrywała się w drzwi, bo nigdy nie wiedziała, kto wejdzie – klienci, żeby coś zjeść, czy rabusie, żeby jej wszystko zabrać. – Co mam robić? – spytała nas, podając talerze. Już straciła wszystkie nerwy i wszystkie pieniądze. – Straciłam życie – powiedziała, nawet bez rozpaczy, ot, tak, żebyśmy po prostu o tym wiedzieli. W lokalu było pusto, z sufitu zwisał nieruchomy wiatrak, latały muchy, w drzwiach stawał coraz to inny żebrak i wyciągał rękę. Za brudnym oknem też tłoczyli się wpatrzeni w nasze talerze żebracy. Jacyś obszarpani mężczyźni, kobiety o kulach, dzieci, którym miny oberwały rękę albo nogę. Tu, za tym stołem, nad tym talerzem nie wiadomo było, jak się zachować, co z sobą zrobić.

Długo milczeliśmy, w końcu zapytałem o moje dokumenty. Zado odpowiedział, że rozczarowałem służby na lotnisku, bo miałem wszystkie papiery. Najlepiej, żebym nie miał nic. Dzikie linie przywożą tu różnych niebieskich ptaszków. To przecież kraj złota, diamentów i narkotyków. Wielu z tych typów nie ma wiz czy książeczek szczepień. Na nich właśnie się zarabia: płacą, żeby ich wpuścić. Z nich żyją ludzie lotniska, bo rząd nie ma pieniędzy i nie dostają pensji. To nawet nie są ludzie skorumpowani. Oni są zwyczajnie głodni. Ja też będę musiał wykupić swoje dokumenty. Zado i John wiedzą, gdzie i u kogo. Mogą to załatwić.

***

Przyszedł Libańczyk i zostawił mi klucz. Zmierzchało i jechał do domu. Mnie też radził iść do hotelu. Wieczorem, powiedział, nie będę mógł chodzić sam po mieście. Wróciłem do hotelu, bocznymi drzwiami wszedłem na piętro, gdzie miałem pokój. Na dole przy wejściu i na schodach zaczepiali mnie jacyś oberwańcy, zapewniając, że będą mnie w nocy pilnować. Mówiąc to, wyciągali rękę. Ze sposobu, w jaki patrzyli mi w oczy, rozumiałem, że jeżeli im nic nie dam, w nocy, kiedy będę spał, przyjdą i poderżną mi gardło.

Zobaczyłem, że w moim pokoju (nr 107) jedyne okno wychodziło na ponurą, cuchnącą studnię wewnętrzną, z której bił odrażający smród. Zapaliłem światło. Ściany, łóżko, stolik i podłoga były czarne. Czarne od karaluchów. Na świecie mieszkałem z wszelkim możliwym robactwem i nawet nauczyłem się obojętności i zgody na fakt, że żyjemy wśród milionów i milionów muszek, komarów, prusaków i pluskiew, wśród niezliczonych chmar, zagonów i rojów os, pająków, szczypawek i skarabeuszy, w obłokach gzów i moskitów, w tumanach żarłocznej szarańczy, ale tym razem poraziła mnie nie tyle nawet ilość karaluchów – też, co prawda, szokująca – ile ich rozmiary, wielkość każdego z obecnych tu osobników. Bo to były karaluchy olbrzymy, rozrosłe jak żółwie, ciemne, połyskujące, szczeciniaste i wąsate. Co sprawiło, że urosły takie duże? Czym się pasły? Ta ich monstrualna wielkość działała teraz na mnie paraliżująco. Od lat bez namysłu tłukłem wszelkie moskity i muchy, pchły i pajączki, ale teraz stanąłem wobec zupełnie nowego problemu: jak poradzić sobie z takim kolosem? Co z nim zrobić? Jak się do niego odnieść? Zabić go? Czym? Jak? Na samą myśl zadrżała mi ręka. Były za duże. Poczułem, że nie potrafię, że nawet nie odważę się spróbować. Więcej – z powodu nadzwyczajnych rozmiarów tych karaluchów zacząłem się nad nimi pochylać i nadstawiać ucha w oczekiwaniu, że wydadzą jakiś głos, że się odezwą. Przecież wiele tak dużych jak one stworzeń przemawia na różny sposób – piszczy, skrzeczy, mruczy, chrząka, dlaczegóżby więc i karaluch nie mógł się odezwać? Taki normalny jest zbyt mały, abyśmy go dosłyszeli, ale te olbrzymy, wśród których się znalazłem? Czy wydadzą jakiś głos? Jakiś dźwięk? Ale cały czas panowała w pokoju zupełna cisza: wszystkie milczały – zamknięte, bezgłośne, tajemnicze.

Zauważyłem natomiast, że ilekroć pochylałem się nad nimi, licząc, że może je usłyszę, one cofały się pospiesznie i zbijały w gromadę. Ponawiałem swój ruch i reakcja była ta sama, identyczna. Najwyraźniej karaluchy brzydziły się człowieka, cofały przed nim ze wstrętem, postrzegały go jako twór wyjątkowo nieprzyjemny, odrażający.

Mógłbym wyjaskrawić tę scenę i opisać, jak zezłoszczone moją obecnością ruszają na mnie, jak mnie atakują i obłażą, a ja wpadam w histerię, dostaję dreszczy i szoku, ale przecież byłaby to nieprawda. W rzeczywistości, jeżeli nie zbliżałem się do nich, zachowywały się obojętnie, poruszały się niemrawo i sennie. Czasem przedreptały z miejsca na miejsce. Czasem wypełzały ze szpary, to znów w niej się kryły. Ale poza tym – nic.

Wiedziałem, że czeka mnie trudna i bezsenna noc (bo poza tym w pokoju było nieludzko duszno i gorąco), więc sięgnąłem do torby po notatki na temat Liberii.

***

W 1821 roku do miejsca, które znajduje się gdzieś niedaleko mojego hotelu (Monrowia leży nad Atlantykiem, na półwyspie o kształcie podobnym do Helu), dopłynął statek, którym przybył z Ameryki agent American Colonisation Society Robert Stockton. Stockton, przykładając miejscowemu wodzowi plemiennemu królowi Peterowi pistolet do skroni, wymusił na nim sprzedaż – za sześć muszkietów i skrzynkę paciorków – ziemi, na której owo towarzystwo amerykańskie zamierzało osiedlić tych niewolników z plantacji bawełny (głównie ze stanów Wirginia, Georgia, Maryland), którzy uzyskali status wolnych ludzi. Towarzystwo Stocktona miało charakter liberalny i charytatywny. Jego działacze sądzili, że najlepszym zadośćuczynieniem za krzywdy niewolnictwa będzie odesłanie byłych niewolników do ziemi, skąd pochodzili ich przodkowie – do Afryki.

Od tego czasu, co roku, statki przywoziły z USA grupy kolejnych wyzwolonych niewolników, którzy zaczęli osiedlać się w rejonie dzisiejszej Monrowii. Nie byli dużą społecznością. Kiedy w 1847 roku ogłosili utworzenie Republiki Liberii, było ich sześć tysięcy. Możliwe, że liczba ich nigdy nie przekroczyła kilkunastu tysięcy – co stanowiło mniej niż jeden procent ludności kraju.

Pasjonujące są losy i zachowanie tych osadników (nazywali oni siebie Americo-Liberians, Amerykano-Liberyjczykami). Jeszcze wczoraj byli czarnymi pariasami, wyzutymi z prawa niewolnikami z plantacji w południowych stanach Ameryki. W większości nie umieli czytać ni pisać, nie mieli też żadnego zawodu. Ich ojcowie zostali przed laty porwani w Afryce, przywiezieni w kajdanach do Ameryki i sprzedani na targach niewolniczych. A teraz oni, potomkowie tamtych nieszczęśników, sami do niedawna czarni niewolnicy, znaleźli się znowu w Afryce, na ziemi przodków, w ich świecie, wśród pobratymców o wspólnych korzeniach i tym samym kolorze skóry. Z woli liberalnych, białych Amerykanów zostali tu teraz przywiezieni i zdani na siebie, pozostawieni własnemu losowi. Jak się teraz zachowają? Co zrobią? Otóż wbrew oczekiwaniom swoich dobroczyńców przybysze nie całują odzyskanej ziemi i nie rzucają się w ramiona mieszkających tu Afrykańczyków.

Ci Amerykano-Liberyjczycy znają z własnego doświadczenia tylko jeden typ społeczeństwa – niewolniczy, bo takie istniało wówczas w południowych stanach Ameryki. Toteż po przybyciu ich pierwszym posunięciem na nowej ziemi stanie się odtworzenie podobnego społeczeństwa z tym, że panami będą teraz oni – wczorajsi niewolnicy, a niewolnikami miejscowe, zastane tu plemiona, które oni podbijają i będą nad nimi panować.

Liberia – to przedłużenie porządku niewolniczego z woli samych niewolników, którzy nie chcą burzyć niesprawiedliwego systemu, lecz pragną go zachować, rozwinąć i wykorzystać we własnym interesie. Najwyraźniej umysł zniewolony, skażony doświadczeniem niewolnictwa, umysł „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” nie umie pomyśleć, wyobrazić sobie wolnego świata, w którym wszyscy byliby wolni.

Znaczną część obszaru Liberii pokrywa dżungla. Gęsta, tropikalna, wilgotna, malaryczna. Mieszkają w niej niewielkie, biedne i słabo zorganizowane plemiona (plemiona potężne, o silnych strukturach militarnych i państwowych, rozwijały się najczęściej na szerokich, otwartych przestrzeniach sawanny. Ciężkie warunki zdrowotne i komunikacyjne dżungli afrykańskiej sprawiały, że takie organizmy nie mogły tam powstać). Teraz na te tereny, zajmowane tradycyjnie przez miejscową, rodzimą ludność, zaczynają się wprowadzać przybysze zza oceanu. Stosunki od początku układają się fatalnie, wrogo. Przede wszystkim Amerykano-Liberyjczycy ogłaszają, że tylko oni są obywatelami kraju. Reszcie – to jest 99 procentom ludności – odmawiają tego statusu, tego przywileju. Według przyjętych ustaw ta reszta to tylko tribesmen (członkowie plemion), ludzie bez kultury i prawa, dzikusi i poganie.

Najczęściej zresztą dwie społeczności żyją z dala od siebie, mając rzadki, sporadyczny kontakt. Nowi panowie trzymają się brzegu morskiego i osad, które tam zbudowali (największą jest Monrowia). Dopiero w sto lat od powstania Liberii jej prezydent (był nim wówczas William Tubman) wyjechał po raz pierwszy w głąb kraju. Przybysze z Ameryki, nie mogąc odróżnić się od miejscowych kolorem skóry i typem fizycznym, starają się w jakiś inny sposób podkreślać swoją inność i wyższość. W straszliwie upalnym i parnym klimacie, jaki panuje w Liberii, mężczyźni, nawet w zwykły dzień, chodzą we frakach i spencerach, noszą meloniki i zakładają białe rękawiczki. Panie na ogół przebywają w domach, ale jeżeli wychodzą na ulicę (do połowy XX wieku w Monrowii nie ma asfaltu ani chodników), to w sztywnych krynolinach, gęstych perukach i zdobnych sztucznymi kwiatami kapeluszach. Całe to wyższe, ekskluzywne towarzystwo mieszka w domach, które są wierną kopią dworków i pałacyków, jakie budowali sobie właściciele plantacji na południu Ameryki. Amerykano-Liberyjczycy zamykają się również we własnym świecie religijnym niedostępnym dla miejscowych Afrykańczyków. Ci przybysze to gorliwi baptyści i metodyści. Na nowej ziemi budują swoje proste kościoły. Spędzają w nich cały wolny czas na śpiewaniu nabożnych hymnów i słuchaniu okolicznościowych kazań. Z czasem świątynie te staną się także miejscem spotkań towarzyskich, rodzajem zamkniętych klubów.

Na długo przed tym, nim biali Afrykanerzy wprowadzili apartheidt (tj. system segregacji w imię dominacji) w Południowej Afryce, system ten już w połowie XIX wieku wymyślili i wcielili w życie potomkowie czarnych niewolników – władcy Liberii. Już sama przyroda i gęstwina dżungli sprawiały, że między tubylcami a przybyszami istniała naturalna, oddzielająca ich, sprzyjająca segregacji granica, nie zamieszkana, niczyja przestrzeń. Ale to nie wystarczyło. W małym, bigoteryjnym światku Monrowii rządzi zakaz bliskich kontaktów z miejscową ludnością, przede wszystkim zakaz małżeństw. Robi się wszystko, aby „dzikusi znali swoje miejsce”. W tym celu rząd w Monrowii wyznacza każdemu z plemion (jest ich szesnaście) terytorium, na którym wolno mu przebywać – typowe homelands utworzone dla Afrykańczyków dopiero kilkadziesiąt lat później przez białych rasistów z Pretorii. Wszyscy, którzy się przeciw temu buntują, są surowo karani. Do miejsc buntu i oporu Monrowia wysyła wojskowe i policyjne ekspedycje karne. Szefowie niepokornych plemion są ścinani na miejscu, zbuntowana ludność mordowana lub więziona, jej wioski niszczone, a zbiory puszczane z dymem. Starym światowym zwyczajem i tu te ekspedycje, wyprawy i wojny lokalne służą jednemu celowi: chwytaniu niewolników. Bo Amerykano-Liberyjczycy potrzebują rąk do pracy. I rzeczywiście, już w drugiej połowie XIX wieku zaczną w swoich gospodarstwach i warsztatach zatrudniać własnych niewolników. A także sprzedawać ich do innych kolonii, przede wszystkim do Fernando Po i Gujany. W końcu lat 20. XX wieku prasa światowa ujawnia ten proceder uprawiany oficjalnie przez rząd Liberii. Interweniuje Liga Narodów. Pod jej naciskiem ówczesny prezydent Charles King musi ustąpić. Ale praktyka, tyle że już po cichu, będzie trwać nadal.

Od pierwszych dni swojego osiedlenia w Liberii czarni przybysze z Ameryki myśleli, jak zachować i umocnić swoją dominującą pozycją w nowym kraju. Najpierw nie dopuścili jego rodowitych mieszkańców do udziału w rządach, odmawiając im praw obywatelskich. Pozwalali im żyć, ale tylko na wyznaczonych terenach plemiennych. Potem poszli dalej – wymyślili jednopartyjny system władzy. Na rok przed urodzeniem Lenina, a mianowicie w 1869 roku, powstała w Monrowii True Whig Party, która będzie miała w Liberii monopol władzy przez 111 lat, to jest do 1980 roku. Kierownictwo tej partii, jej biuro polityczne – A National Executive – od początku decyduje o wszystkim: kto będzie prezydentem, kto zasiądzie w rządzie, jaką ten rząd będzie prowadzić politykę, jaka firma zagraniczna dostanie koncesję, kto będzie szefem policji, kto naczelnikiem poczty itd. – drobiazgowo, do najniższych szczebli. Szefowie tej partii byli prezydentami republiki albo odwrotnie – bo te stanowiska traktowano wymiennie. Tylko będąc w tej partii, można było coś osiągnąć. Jej przeciwnicy przebywali albo w więzieniu, albo na emigracji.

Jej wodza, a zarazem prezydenta Liberii w latach sześćdziesiątych Williama Tubmana, spotkałem osobiście.

Ryszard Kapuściński, „Gazeta Wyborcza” z 11.07.1998 r.