Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

„Heban”, odcinek 18 „Czarne kryształy nocy”

Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Czarne kryształy nocy

Na końcu drogi, którą jedziemy, widać staczającą się za horyzont kulę słońca. Kiedy za chwilę przestanie nas oślepiać i zniknie, od razu zapadnie noc i zostaniemy sam na sam z ciemnością. Kątem oka dostrzegam, że prowadzący toyotę Sebuya zaczyna się denerwować. W Afryce kierowcy unikają podróży nocą – ciemność ich niepokoi. Boją się jej tak bardzo, że często odmawiają jazdy po zachodzie słońca. Obserwowałem ich, kiedy mimo wszystko musieli nocą jechać. Zamiast patrzeć przed siebie, zaczynają się nerwowo rozglądać na boki. Ich twarze mają rysy napięte i wyostrzone. Na skroniach pojawiają się krople potu. Mimo że drogi są wyboiste, pełne jam, wyrw i dołów, zamiast zwolnić, przyspieszają, pędzą na złamanie karku, byleby dotrzeć do miejsca, gdzie są ludzie, gdzie słychać gwar i świeci światło. Jadąc nocą, ni z tego, ni z owego wpadają w panikę, kręcą się, kurczą za kierownicą, jakby ktoś ich ostrzeliwał.

– Kuna nini? – pytam (w swahili: czy stało się coś złego?). Nigdy nie odpowiadają, tylko pędzą dalej w tumanach kurzu, w łoskocie żelastwa.

– Hatari? – pytam po jakimś czasie (jakieś niebezpieczeństwo?). Dalej milczą, nie zwracają uwagi.

Czegoś boją się, zmagają z jakimś demonem, którego nie widzę i nie znam. Dla mnie ta ciemność ma cechy określone i proste: jest mroczna, prawie czarna, upalna, bezwietrzna i – jeżeli staniemy i Sebuya wyłączy silnik – pełna ciszy. Ale jestem przekonany, że zdaniem Sebui na temat ciemności nie wiem właściwie nic. Nie wiem mianowicie, że dzień i noc to są dwie różne rzeczywistości, dwa światy. W dzień człowiek może jakoś radzić sobie z otoczeniem, może istnieć i trwać, nawet żyć spokojnie, natomiast noc czyni go bezbronnym, wystawia na pastwę wrogów, kryje w ciemnościach siły, które czyhają na jego życie. Dlatego lęk, który w ciągu dnia drzemie w sercu człowieka skryty i przytłumiony, w nocy przemienia się w gwałtowny strach, w prześladującą go, napastującą zmorę. Jakże ważne jest, żeby być wówczas w gromadzie! Obecność innych przynosi nam ulgę, uspokaja nerwy, zmniejsza napięcie.

***

– Hapa? (tutaj?) – pyta mnie Sebuya, kiedy widzimy przy drodze glinianą wioskę. Jesteśmy w zachodniej Ugandzie, niedaleko Nilu, i jedziemy w stronę Konga. Robi się ciemno i Sebuya jest już bardzo zdenerwowany. Widzę, że nie namówię go do dalszej jazdy, więc godzę się, abyśmy tu spędzili noc.

Chłopi przyjęli nas bez entuzjazmu, nawet niechętnie, co jest w tych stronach dziwne i zaskakujące. Ale Sebuya wyciągnął plik szylingów i widok pieniędzy, tak przecież dla tych ludzi niezwykły i kuszący, zdecydował, że przygotowali nam zamiecioną i wyłożoną trawą lepiankę. Sebuya szybko zasnął, ale mnie zaraz obudziło ruchliwe i zaczepne robactwo. Pająki, karaluchy, chrząszcze i mrówki, mnóstwo jakichś drobnych, bezgłośnych i zajętych stworzeń, których często nie widać, ale czuje się jak pełzają, czepiają się, łaskoczą i szczypią – żaden sen nie jest możliwy. Długo przewracałem się z boku na bok, wreszcie już zmęczony i pokonany wyszedłem przed lepiankę i siadłem, opierając się o ścianę. Księżyc świecił jasno i noc była widna, srebrna. Panowała cisza, bo w tych stronach rzadko pojawia się samochód, a wszelka zwierzyna dawno już została wybita i zjedzona.

Nagle usłyszałem jakieś szmery, stąpania, potem trucht bosych nóg. I cisza. Rozejrzałem się, ale nic z początku nie zobaczyłem. Za chwilę szmery i stąpania powtórzyły się. I znowu cisza. Zacząłem przyglądać się kępom rzadkich krzaków, stojących w oddali parasolowatym akacjowcom, sterczącym w buszu oddzielnym głazom. Wreszcie dostrzegłem przemykającą się grupę ośmiu mężczyzn, którzy nieśli na prostych, zrobionych z gałęzi, noszach okrytego jakąś płachtą człowieka. Ich sposób poruszania się zwracał uwagę. Ci ludzie nie szli przed siebie, lecz przemykali się, skradali, manewrowali. Przycupnęli za krzakiem, rozglądali się i znowu podbiegali do następnej kryjówki. Krążyli, kluczyli, sunęli ukradkiem, jakby grali w podchody. Patrzyłem na ich przykulone, półnagie sylwetki, na nerwowe ruchy, całe to dziwaczne, sekretne zachowanie. W końcu zniknęli mi na dobre gdzieś za załomem skarpy, a wokół mnie była znowu cicha, jasna, nieporuszona noc.

***

O świcie pojechaliśmy dalej. Spytałem Sebuyę, czy wie, jak nazywają się ludzie z wioski, w której spędziliśmy noc? – Nazywają się Amba – powiedział. I po chwili dodał: – Kabila mbaya. (znaczy to mniej więcej: źli ludzie). Nie chciał powiedzieć nic więcej – tu ludzie omijają zło nawet jako temat rozmowy, wolą nie wkraczać na ten teren, nie wywoływać wilka z lasu. Jadąc, myślałem o nocnym zdarzeniu, którego byłem przypadkowym świadkiem. Te zagadkowe zygzaki i skręty tragarzy, ich niepokój i pośpiech, całe to nocne misterium kryło w sobie niedostępną mi tajemnicę. O coś musiało tu chodzić. Ale o co?

Tacy ludzie jak Amba i ich pobratymcy głęboko wierzą, że światem rządzą siły nadnaturalne. Są to siły konkretne, duchy, które mają imiona, czary, które można określić. To one nadają bieg i sens zdarzeniom, rozstrzygają o naszym losie, decydują o wszystkim. Dlatego w tym, co się dzieje, nic nie jest przypadkowe, przypadek po prostu nie istnieje. Weźmy taki przykład. Sebuya jedzie samochodem, ma wypadek i ginie. Dlaczego właśnie Sebuya miał wypadek? Przecież tego dnia na całym świecie jechały miliony samochodów, które bezpiecznie dotarły do celu, a akurat Sebuya miał wypadek i zginął. Biali ludzie będą szukać różnych przyczyn. Na przykład – że zepsuły mu się hamulce. Ale takie myślenie do niczego nie prowadzi, nic nie objaśnia. Bo dlaczego właśnie Sebui zepsuły się hamulce? Przecież tego samego dnia na całym świecie jechały miliony samochodów, które miały dobre hamulce, a właśnie Sebuya – złe. Dlaczego? Biali ludzie, których myślenie jest przecież szczytem naiwności, powiedzą, że Sebui zepsuły się hamulce, bo za wczasu nie pomyślał, aby je sprawdzić i naprawić. Ale dlaczego właśnie Sebuya miał pomyśleć? Przecież tego samego dnia, miliony itd., itd.

Widzimy więc, że sposób rozumowania białego człowieka nic nie daje. Gorzej! Biały człowiek, ustaliwszy, że przyczyną wypadku i śmierci Sebuyi były złe hamulce, sporządza o tym protokół i zamyka sprawę. Zamyka! Kiedy ona w tym momencie powinna się właśnie zacząć! Bo Sebuya zginął, gdyż ktoś na niego rzucił czary. To jest proste i oczywiste. Nie wiemy natomiast, kto był tym sprawcą, i to właśnie musimy teraz ustalić.

Najogólniej – zrobił to czarownik. Czarownik to zły człowiek, zawsze działający w złej intencji. Istnieją dwa rodzaje czarowników (ale język polski tego nie rozróżnia). Pierwszy jest groźniejszy, bo to diabeł w ludzkiej skórze. Anglicy nazywają go – witch. Witch to groźna postać. Ani wygląd, ani zachowanie nie zdradzają jego szatańskiej natury. Nie nosi specjalnych strojów ani nie ma czarnoksięskich instrumentów. Nie warzy mikstur, nie preparuje trucizn, nie wpada w trans i nie czyni zaklęć. Ten rodzaj czarownika działa siłą mocy psychicznej, z którą się rodzi. Jest ona cechą jego osobowości. To, że czyni źle i przynosi nieszczęścia, nie wynika z jego upodobań. Nie sprawia mu to przyjemności. On po prostu taki jest.

Jeżeli jesteśmy blisko – wystarczy, że spojrzy. Czasem ktoś na nas patrzy uważnie, przenikliwie i długo. Może to być czarownik, który właśnie rzuca na nas czary. Ale to, że będziemy daleko, wcale nie stanowi dla niego przeszkody. Może on rzucać czary z wielkiej odległości, choćby na drugi koniec Afryki albo nawet dalej.

Drugi typ czarownika to odmiana bardziej łagodna, słabsza, mniej demoniczna. O ile witch urodził się już jako zło upostaciowane, jako diabeł wcielony, to sorcerer (bo tak nazywa się po angielsku ów słabszy typ) jest czarownikiem profesjonalistą, dla którego rzucanie czarów jest zawodem wyuczonym, rzemiosłem i źródłem utrzymania.

Żeby skazać nas na chorobę czy zesłać na nas inne nieszczęście lub zadać nam śmierć, witch nie potrzebuje żadnych środków pomocniczych. Wystarczy, że skieruje w naszą stronę swoją piekielną, niszczycielską wolę zranienia i unicestwienia. Wnet choroba powali nas z nóg, a i rychło nastąpi śmierć. Sorcerer nie ma sam w sobie takich mocy destrukcyjnych. Żeby nas zniszczyć, musi uciec się do różnych zabiegów magicznych, tajemniczych obrzędów, ustalonych gestów. Na przykład jeżeli idziemy nocą przez gęsty busz i tracimy oko, to nie dlatego, że przypadkiem nadzialiśmy się na wystającą, a niewidoczną gałąź. Nic przecież nie dzieje się przypadkiem! To po prostu jakiś nasz wróg chciał się zemścić i poszedł w tej sprawie do czarownika. Czarownik ulepił z gliny figurkę – naszą podobiznę – i kolcem jałowca, umoczonym w kurzej krwi, wydłubał z niej oko. W ten sposób wydał na nasze oko wyrok – rzucił na nie czar. Wystarczy, żebyśmy kiedyś nocą przedzierali się przez gęsty busz i okiem nadziali się na gałąź, a będzie to dowód, że jakiś nasz wróg chciał się na nas zemścić i poszedł w tej sprawie itd. Ale teraz my musimy ustalić, kto był tym wrogiem, i pójść do czarownika, żeby tym razem zamówić naszą zemstę.

Jeżeli Sebuya zginął w wypadku, to dla jego rodziny najważniejsze będzie teraz ustalić nie to, czy hamulce były dobre, bo nie ma to przecież żadnego znaczenia, tylko czy czary, które spowodowały tę śmierć, rzucił czarownik-diabeł (witch), czy zwyczajny czarownik-rzemieślnik (sorcerer). Jest to zasadnicze pytanie i w tym kierunku pójdzie całe długie i zawiłe śledztwo, w które zostaną zaangażowani wróżowie, starcy, znachorzy itd. Wynik tego śledztwa będzie miał kapitalne znaczenie! Bo jeśli Sebuya zginął od czarów czarownika-diabła, to stała się tragedia dla rodziny i klanu, gdyż klątwa witcha spada na całą zbiorowość i śmierć Sebui była ledwie zapowiedzią, wierzchołkiem góry lodowej: tylko czekać w rodzinie następnych chorób i zgonów. Jeżeli natomiast Sebuya zginął, bo tak chciał czarownik-rzemieślnik, to nie jest źle, bo rzemieślnik może razić i niszczyć tylko jednostki, tylko cele pojedyncze, więc rodzina i klan mogą spać spokojnie!

***

Zło jest przekleństwem świata i dlatego czarowników, którzy są jego agentami, nosicielami i rozsadnikami, muszę trzymać jak najdalej od siebie i mojego klanu, ponieważ ich obecność zatruwa powietrze, rozsiewa zarazę i sprawia, że życie jest niemożliwe, że staje się swoim przeciwieństwem – śmiercią. Jeżeli umarł ktoś bliski, spłonął dom, padła krowa, jeżeli wiję się z bólu albo leżę bezwładny powalony atakiem malarii, wiem, co się stało: ktoś rzucił na mnie czary. Toteż jeżeli mam siłę, to sam, a jeżeli jestem zbyt słaby, to moja wieś czy klan, zaczynamy poszukiwać winowajcy-czarownika. Ten czarownik, ex definitione, musi żyć i działać wśród innych, w innej wiosce, w innym klanie czy plemieniu. Nasza współczesna podejrzliwość i niechęć do Innego, do Obcego, bierze się jeszcze z owego lęku naszych plemiennych prapraprzodków, którzy widzieli w Drugim, w Obcoplemieńcu, nosicieli zła, źródło nieszczęścia. Przecież ból, pożar, zaraza czy susza i głód nie brały się same z siebie. Ktoś musiał je przynosić, zadawać, rozpleniać. Ale kto? Nie moi, nie najbliżsi, nie nasi – bo ci są dobrzy: życie jest możliwe tylko wśród ludzi dobrych, a przecież – żyję. Winowajcami są więc Inni, Obcy. Dlatego szukając zemsty za nasze krzywdy i porażki, wchodzimy z nimi w zatargi, popadamy w konflikty, prowadzimy wojny. Słowem, jeżeli spotkało nas nieszczęście, jego źródło nie jest w nas, jest gdzie indziej, na zewnątrz, poza mną i moją społecznością, daleko, w Innych.

***

Dawno już zapomniałem o Sebui, o naszej wyprawie do Konga i nocy spędzonej w wiosce Amba, kiedy lata później, w Maputo, wpadła mi w ręce książka o świecie czarów w Afryce Wschodniej, a w niej raport antropologa E.H. Wintera, w którym zdaje on sprawę z badań, jakie prowadził wśród Amba.

Amba, stwierdza Winter, stanowią bardzo osobliwą społeczność. To prawda, że podobnie jak inne ludy kontynentu również oni traktują poważnie istnienie zła i groźbę czarów i z tego powodu boją się i nienawidzą czarowników. Ale w przeciwieństwie do powszechnego przekonania, że czarownicy żyją wśród innych, że działają na zewnątrz, z daleka, Amba utrzymują, że czarownicy są wśród nich, w ich rodzinach, w ich wioskach, że tworzą integralną część plemienia. To przekonanie sprawia, że społeczność Amba rozpada się, bo przeżera je nienawiść, niszczy wzajemna podejrzliwość, unicestwia wspólny lęk: brat boi się brata, syn – ojca, matka – własnych dzieci, jako że wszyscy mogą być czarownikami. Amba odrzucili tak wygodny i kojący pogląd, że wróg to ktoś obcy, to cudzoziemiec, człowiek innej wiary lub koloru skóry. Nie! Amba opętani masochistyczną myślą żyją w udręce i poniżeniu przekonani, że wróg jest wśród nich, że może w tej chwili być pod moim dachem, spać razem ze mną, jeść z tej samej miski. W dodatku, trudność szczególna jest w tym, że właściwie nie można określić, jak czarownik wygląda. Nikt go przecież nie widział. Wiemy o ich istnieniu dzięki temu, że widzimy skutki ich działań: spowodowali suszę, więc nie ma co jeść, coraz to wybuchają pożary, wielu ludzi jest chorych, ciągle ktoś umiera. Ergo, czarownicy nie spoczywają na chwilę, aby zwalać nam na głowy nieszczęścia, klęski, tragedie.

Amba są niepiśmienni i wątpliwe, żeby czytali książkę, której autor utrzymuje, że w miarę upływu czasu walka będzie się zaostrzać i pojawi się coraz więcej i więcej wrogów. A jednak sami, na drodze własnego doświadczenia, doszli do podobnej konkluzji. Nie mogli również wyczytać, że w jakimś innym punkcie świata wrogie otoczenie będzie starało się nasyłać swoich agentów i rozsadzać zdrową społeczność od wewnątrz. A przecież w wypadku Amba tak właśnie się stało.

Amba, którzy stanowią jednolite, zwarte plemię, żyją w małych wioskach rozrzuconych w rzadko zalesionym buszu i choć przyjęli, że czarownicy stanowią integralną część ich społeczności, często posądzają sąsiednią wioskę swoich pobratymców, że czarownik, który zesłał nieszczęście, żyje w utajeniu właśnie tam. Wtedy takiej wiosce, którą podejrzewają o zło, wypowiadają wojnę. Napadnięta wioska broni się, a z czasem przystąpi do wojny odwetowej, wówczas, w odpowiedzi, zagrożeni itd., itd. W rezultacie Amba toczą nieustanne wojny między sobą, które osłabiają ich do reszty i czynią bezbronnymi wobec zewnętrznych, obco- plemiennych agresorów. Są jednak tak zajęci sobą, że nie potrafią dostrzec tego zagrożenia. Sparaliżowani widmem wroga wewnętrznego, niepowstrzymanie staczają się w przepaść.

Mimo dzielącej ich podejrzliwości i wrogości przygnębiające fatum, które nad nimi zaciążyło, łączy też ich we wspólnotę, sprawia, że potrafią być solidarni. Jeżeli na przykład przekonam się, że żyjący w mojej wiosce utajony czarownik nie daje mi żyć, wówczas przeniosę się do innej wioski i choćby moja wieś była z nią w stanie wojny, będę gościnnie przyjęty. Bo też czarownik może człowieka naprawdę zadręczyć. Ot, chociażby na ścieżkach, po których chodzimy, zacznie rozkładać kamyki, listki, piórka, patyczki, zdechłe muchy, włosy małpy lub skórki mango. Wystarczy, abyśmy na jedną z tych rzeczy weszli – zaraz rozchorujemy się i umrzemy. A przecież na każdej ścieżce mogą leżeć podobne drobiazgi. Więc praktycznie nie można się ruszyć? Tak, nie można. Człowiek boi się nawet wyjść z lepianki, bo od razu na progu może leżeć kawałek kory baobabu albo zatruty kolec akacjowca.

Czarownik chce nas zamęczyć na śmierć – oto, do czego dąży. W dodatku nie ma na niego lekarstwa, nie wiadomo, jak się bronić. Jedynym ratunkiem jest ucieczka. Oto dlaczego ludzie, których widziałem wówczas nocą, jak nieśli chorego na noszach, przemykali się chyłkiem, uciekali. Czarownik rzucił na chorego czary, a choroba była sygnałem, że szykuje on jego zgon. I dlatego krewni, pod osłoną nocy, próbowali schować gdzieś ofiarę, ukryć ją przed wzrokiem czarownika, aby w ten sposób uratować jej życie.

Choć nikt nie wie, jak wygląda czarownik, dużo o nim wiemy. Porusza się tylko nocą. Uczestniczy w sabatach, na których zapadają na nas wyroki. Śpimy, a tam zdecydowano o naszym nieszczęściu, którego się nawet nie spodziewamy. Może przenosić się w dowolne miejsce z wielką szybkością, nawet szybciej niż błyskawica. Pasjami lubi ludzkie mięso, przepada za ludzką krwią. Nie mówi, nie znamy jego głosu. Nie znamy rysów twarzy, kształtu głowy.

Ale być może urodzi się kiedyś człowiek o takim wzroku i takiej sile woli, że usilnie wpatrując się w ciemności nocy, zobaczy, jak zaczynają one gęstnieć, tężeć, skupiać w czarne kryształy i jak coraz wyraźniej układają się one w milczącą i mroczną twarz czarownika