„Heban”, odcinek 15 „Będzie święto”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Uprosiłem Godwina, dziennikarza z Kampali, aby zabrał mnie do swojej rodzinnej wioski. Leży ona stosunkowo blisko – 50 kilometrów od miasta. połowę tej trasy jedzie się główną szosą, która prowadzi na wschód, brzegiem Jeziora Wiktorii, do Kenii. Całe życie kraju toczy się po obu stronach takiej drogi – miejscami pełno tu sklepów, barów i hotelików otwartych dzień i noc. Zwykle rojno jest i gwarno, nawet w południe ruch nie całkiem ustaje. Na werandach, w podcieniach albo pod parasolami siedzą pochyleni nad swoimi maszynami krawcy, szewcy naprawiają buty i sandały, fryzjerzy strzygą i czeszą. Kobiety godzinami ubijają maniok, inne, obok, pieką na ruszcie banany albo sprzedają rozłożone na straganach suszone ryby, soczyste papaje czy zrobione z popiołu i baraniego tłuszczu domowe mydło. Co kilka kilometrów stoi warsztat naprawy samochodów czy rowerów, zakład wulkanizacyjny lub punkt sprzedaży paliw (w zależności od koniunktury jest to stacja z pompą albo po prostu stół, na którym czeka na klienta benzyna w butelkach albo w słoikach).

Wystarczy, żeby jadąc, zatrzymać się gdzieś na chwilę. Od razu samochód otoczy tłum dzieci, a także inny tłum – miejscowych sprzedawczyń wszystkiego, czego może potrzebować podróżny: butelek z coca-colą i tutejszym bimbrem zwanym waragi, herbatników i biszkoptów (w paczkach i na sztuki), gotowanego ryżu i placków z sorghum (rodzaj prosa). Te sprzedawczynie to konkurentki swoich koleżanek, które stoją daleko, nie mogąc się ruszyć od straganów – muszą ich pilnować, bo wszędzie pełno złodziei.

Drogi te to również miejsca ekumenicznej różnorodności i tolerancji. Oto mijamy ozdobny meczet, bogaty, bo jego budowę finansowała Arabia Saudyjska, a oto, dalej, znacznie skromniejszy kościółek, a jeszcze dalej – kilka namiotów Adwentystów Dnia Siódmego, którzy wędrując przez kontynent, ostrzegają o zbliżającym się końcu świata. A ta budowla ze stożkowatym dachem uplecionym z ryżowej słomy? To świątynia Najwyższego Boga Gandów – Katondy.

Podróżując tymi drogami, co jakiś czas natkniemy się na szlaban (może to być wręcz kawałek drutu czy sznurka) i posterunek policji lub wojska. Zachowanie tych ludzi powie nam o aktualnej sytuacji w kraju, nawet jeżeli jesteśmy daleko od stolicy i nie słuchamy radia (gazeta tu nie dociera, a telewizji nie ma). Jeżeli żołnierze i policjanci od razu, ledwie się zatrzymamy, nie pytając o nic, krzyczą i biją – oznacza to, że w kraju zapanowała dyktatura albo toczy się wojna, jeżeli natomiast podchodzą do nas, uśmiechają się, podają rękę i mówią grzecznie: „Na pewno wiecie, że zarabiamy bardzo mało” – oznacza to, że jedziemy przez kraj ustabilizowany, demokratyczny, w którym odbywają się wolne wybory i przestrzegane są prawa człowieka.

Panem tego świata dróg, szlaków i traktów afrykańskich jest kierowca ciężarówki. Samochody osobowe są za słabe, aby poruszały się po tych wybojach i wertepach. Połowa z nich szybko utknęłaby gdzieś na trasie (zwłaszcza w porze deszczowej), a wiele innych od razu nadawałoby się do wyrzucenia. Ciężarówka natomiast dojedzie prawie wszędzie. Ma ona potężny silnik i szerokie opony, ma zawieszenie mocne jak Brooklyński Most. Kierowcy tych wozów wiedzą, jakim dysponują skarbem i w czym jest ich siła. W przydrożnym tłumie poznacie ich od razu po sposobie, w jaki się poruszają. Każdy z nich zachowuje się jak król. Często zresztą, zatrzymawszy się, nawet nie schodzą z wyżyn swojego fotela – wszystko i tak im przyniosą. Jeżeli ciężarówka stanie w jakiejś miejscowości, od razu przypadnie do niej gromada wymęczonych, błagających ludzi – to ci, którzy gdzieś chcą się dostać i nie mają jak. Koczują więc przy drodze, licząc na okazję, na tego, kto za jakąś opłatę zabierze ich ze sobą. Nikt nie liczy na litość. Kierowcy ciężarówek nie znają tego uczucia. Jeżdżą oni drogami, wzdłuż których w skwarze i ogniu tropiku nieustannie ciągną gęsiego obładowane tobołkami kobiety. Gdyby kierowca miał w sercu odrobinę litości i chciał im pomóc, musiałby się co chwilę zatrzymywać, nigdy nie dojechałby na miejsce. Dlatego stosunki między kierowcami a idącymi poboczem kobietami cechuje zupełny chłód – nie dostrzegają się, mijają się obojętnie.

***

Godwin pracuje do wieczora, więc nie możemy zobaczyć tego widowiska, jakim jest droga wyjazdowa z Kampali na wschód (podobnie zresztą wyglądają inne trasy podmiejskie). Jedziemy późno, właściwie nocą, kiedy ta sama droga wygląda zupełnie inaczej. Wszystko pogrążone jest w głębokich ciemnościach. Jedyne, co widać, to ciągnące się po obu stronach szosy świetliste linie chybotliwych, wątłych płomyków lampek i świec ustawionych przy straganach przez sprzedawców. Najczęściej zresztą nie są to nawet stragany czy stoiska, lecz rozłożone wprost na ziemi bieda-towary, rzeczy najdziwniej zestawione przez drobnych handlarzy: piramidka pomidorów obok pasty do zębów, płyn przeciw moskitom obok paczki papierosów, kamień zapałek i metalowe pudełko herbaty. Godwin mówi, że dawniej, w latach dyktatury, lepiej było koczować na dworze przy świecach, niż przebywać w jasno oświetlonych pomieszczeniach. Człowiek, widząc nadciągające wojsko, momentalnie gasił świecę i znikał w ciemnościach. Nim wojsko nadjechało, nie było już żywej duszy. Świeca jest dobra, bo widzi się wszystko, samemu nie będąc widocznym. Natomiast w oświetlonym pomieszczeniu jest odwrotnie i przez to bardziej niebezpiecznie.

W końcu z głównej szosy zjechaliśmy w boczną, nierówną, polną drogę. W świetle reflektorów widać było tylko wąski tunel pomiędzy dwoma ścianami gęstej, soczystej, nasyconej zieleni. To Afryka wilgotnego tropiku – bujna, rozkrzewiona, w nieustannym pączkowaniu, w rozmnożeniu i fermencie. Tym tunelem, pełnym załamań i zakrętów układających się w zawiły i chaotyczny labirynt, dotarliśmy do miejsca, w którym nagle wyrosła przed nami ściana domu. Tu kończyła się droga. Godwin zatrzymał wóz i wyłączył silnik. Zapanowała głęboka cisza. Było już tak późno, że milczały już nawet świerszcze, a widocznie w pobliżu nie było psów. Odezwały się tylko moskity, takie złe i zniecierpliwione, jakby już nie mogły się nas doczekać. Godwin zastukał do drzwi. Otworzyły się i na dwór wysypał się tuzin zaspanych, półnagich dzieci. Potem wyszła wysoka, poważna, o ruchach pełnych godności i nawet namaszczenia kobieta – matka Godwina. Po wstępnych powitaniach zabrała wszystkie dzieci do jednej izby, a w drugiej rozłożyła nam na podłodze maty do spania.

***

Rano wyjrzałem przez okno. Zdawało mi się, że jestem w wielkim, tropikalnym ogrodzie. Palmy, bananowce, tamaryndy i krzewy kawowe – wszystko to rosło wokół, dom tonął w poplątanej, zbitej roślinności. Wysokie trawy i kłębiące się krzewy tak zewsząd napierały, tak się wszechwładnie panoszyły, że właściwie ludziom nie zostawało wiele miejsca. Podwórko Godwina było małe, nigdzie nie widziałem też drogi (poza tą, którą przyjechaliśmy) i przede wszystkim nie dostrzegłem żadnych domów, choć Godwin mówił mi, że jedziemy na wieś. W tym gęsto zarośniętym regionie Afryki wsie jednak nie są rozłożone wzdłuż drogi (której często po prostu nie ma), ale mają domy rozproszone na dużej przestrzeni i w znacznej od siebie odległości. Łączą je tylko tonące w wiecznej gęstwinie, ukryte dla niewprawnego oka, ścieżki. Trzeba być mieszkańcem wsi albo znać ją dobrze, aby orientować się w układzie tych ścieżek, w ich przebiegu i połączeniach.

Wybrałem się z dziećmi po wodę, bo noszenie wody jest ich zajęciem. Może dwieście metrów od domu płynął zarośnięty łopianami i szuwarem mały, ledwie ciurkający strumyk, w którym z trudem i dużą zwłoką chłopcy napełnili wiadra. Wiadra te niosą później na głowie w taki sposób, że nie uronią kropli wody. Ale idą skupieni i uważnie starają się zachować równowagę swoich drobnych, dziecięcych ciał.

Woda w jednym z wiader jest przeznaczona na mycie poranne. Myje się twarz i to w taki sposób, żeby nie zmarnować dużo wody. Więc nabiera się jej garstkę z wiadra i następnie rozprowadza po twarzy – starannie i niezbyt energicznie, aby nie uciekła przez palce. Ręcznik nie jest potrzebny, bo od rana pali słońce i twarz szybko obsycha. Teraz każdy urywa kawałek gałązki z krzewu i rozgryza jej koniec na miazgę. Tworzy się z tego drewniany pędzelek. Tym pędzelkiem czyścimy zęby długo i starannie. Są ludzie, którzy robią to godzinami, jest to dla nich zajęcie takie jak dla innych żucie gumy.

Następnie, ponieważ to podwójne święto (jest niedziela i z miasta przyjechali goście), mama Godwina robi śniadanie. Normalnie na wsi jada się raz dziennie, wieczorem, a w porze suchej raz na dwa dni, o ile w ogóle nie przymiera się głodem. Na śniadanie jest herbata i kawałek placka z kukurydzianej mąki, a także miska matoke (potrawa z rozgotowanych zielonych bananów). Dzieci zachowują się jak pisklęta w gnieździe: chciwie wpatrują się w miskę matoke, a kiedy mama pozwala już jeść – połykają wszystko w sekundę.

Cały czas jesteśmy na podwórzu. Obiektem, który tu od razu zwraca uwagę, jest leżąca pośrodku kamienna, prostokątna płyta – to grób przodków, masiro. W Afryce obyczaje grzebalne są bardzo różne. Niektóre plemiona leśne składają zmarłych wprost w buszu – na pożarcie dzikim zwierzętom. Inne grzebią ciała w osobnych miejscach, na prostych, nieozdobnych cmentarzach. Są takie, które zakopują zmarłych pod podłogą domu, w którym się mieszka. Najczęściej jednak chowa się ich niedaleko domu – na podwórzach, w ogródkach, byle mieć ich w pobliżu, czuć ich krzepiącą obecność. Wiara w duchy przodków, w ich moc opiekuńczą, w ich czujną uwagę, zachętę i życzliwość jest ciągle żywa i stanowi źródło otuchy i ufności. Mając je koło siebie, czujemy się bardziej bezpieczni, kiedy nie wiemy, co robić, one pospieszą nam z radą i – co niezmiernie ważne – w porę powstrzymają przed zrobieniem błędnego kroku lub wejściem na złą drogę. Każdy więc dom, każde gospodarstwo ma dwa wymiary: ten widoczny, namacalny, i ten ukryty, tajemniczy, święty, a człowiek, jeżeli może, stara się swój dom rodzinny, swój pradom regularnie odwiedzać – tam nabiera siły i umacnia swoją tożsamość.

Drugim obok grobu przodków obiektem na tym podwórzu jest pomieszczenie na kuchnię. Kuchnia to obudowane trzema ścianami z gliny zagłębienie w ziemi, w którym leżą trzy, ułożone w trójkąt, osmolone kamienie. Stawia się na nich garnek, a pali węglem drzewnym. Najprostsze urządzenie wymyślone jeszcze w neolicie, a przecież nadal pożyteczne.

***

Był jeszcze ranek, panował względny, dający się tolerować upał, więc Godwin poszedł odwiedzać sąsiadów, godząc się wcześniej, abym mu towarzyszył. Ludzie mieszkają tu w glinianych, prostych domkach krytych karbowaną blachą, która w południe grzeje jak rozpalony rożen. W miejsce okien są po prostu otwory w ścianach, a drzwi są najczęściej z dykty lub blachy, luźno osadzone, bez framug, raczej symboliczne, bo nawet nie mają klamek ni zamków.

Ktoś przyjeżdżający z miasta jest tu postrzegany jako wielkie panisko, krezus, lord. Choć miasto nie jest przecież tak daleko, należy już ono do innego, lepszego świata, do planety obfitości. Zresztą obie strony, ci z miasta i ci ze wsi, wiedzą o tym, dlatego ten z miasta jest świadom, że nie może tu przyjechać z pustymi rękoma. Toteż przygotowania do wyjazdu na wieś pochłaniają ludziom miejskim dużo czasu i pieniędzy. Kiedy w mieście mój znajomy coś kupuje, zaraz objaśnia: – Muszę to wziąć ze sobą na wieś. Chodzi ulicami, ogląda towary i rozważa: – To by było dobre na prezent, kiedy pojadę na wieś.

Prezenty, prezenty. Jest to kultura nieustannego obdarowywania się prezentami. Ponieważ jednak Godwin nie zdążył zrobić zakupów, zostawiał swoim sąsiadom zwitki szylingów ugandyjskich, które dyskretnie wkładał im do kieszeni.

Najpierw odwiedziliśmy Stone’a Singewendę i jego żonę Victę. Stone ma 26 lat i siedzi w domu, bo czasem zatrudnia się na budowach, ale teraz nie może dostać pracy. Pracuje Victa: uprawia poletko manioku, z którego żyją. Victa co rok rodzi dziecko. Są cztery lata małżeństwem i mają czworo dzieci, a piąte w drodze. Zwyczaj jest tu taki, że gościa czymś się podejmuje, ale Victa i Stone nie częstują nas – nie bardzo mają czym.

Inaczej ich sąsiad Simon, ten od razu stawia przed nami talerzyk orzeszków ziemnych. Ale Simon to człowiek zamożny: ma rower i dzięki temu zajęcie. Simon to bicycle trader. W kraju dużych dróg jest niewiele. I mało jest ciężarówek. Miliony ludzi mieszka na wsiach, do których nie ma dróg i nie docierają ciężarówki. Ci ludzie są najbardziej poszkodowani, są najbiedniejsi. Mieszkają daleko od rynku, zbyt daleko, aby donieść tam na głowie tych trochę bulw kassawy czy yamsu, kiść matoke (zielone banany) czy worek sorghum – a więc jarzyn i owoców rosnących w tej okolicy. Nie mogąc ich sprzedać, nie mają żadnych pieniędzy, tym samym nie mogą nic kupić – beznadziejne koło biedy zamyka się. Ale oto pojawia się ze swoim rowerem Simon. Jego rower ma zrobione domowym sposobem najprzeróżniejsze urządzenia – bagażniki, torby, spinacze, podpórki. Służy on bardziej do transportu niż do jeżdżenia. Tym rowerem, za drobną opłatą (drobną, bo cały czas poruszamy się tu w obrębie gospodarki groszowej), Simon (a takich jak on są tu tysiące) przewozi kobietom towar na targ (kobietom, bo drobny handel jest właśnie ich zajęciem). Simon mówi, że im dalej od dużej drogi, od ciężarówek i rynku – tym więcej biedy. Najgorzej jest tam, gdzie chłopi mają zbyt daleko, aby swój towar przydźwigać na rynek. A ponieważ ludzie z Europy, zauważa Simon, bywają u nas tylko w miastach i jeżdżą wielkimi drogami, nawet nie wyobrażają sobie, jak wygląda nasza Afryka, to znaczy takich jak ja i moich klientek.

Jednym z sąsiadów Simona jest Apollo – człowiek nieokreślonego wieku, chudy i małomówny. Stoi przed domem i na desce prasuje koszulę. Ma żelazko na węgiel drzewny, wielkie, stare i zar-dzewiałe. Jeszcze starsza jest koszula. Żeby ją opisać, należałoby posłużyć się językiem krytyków sztuki, kapryśnych postmodernistów, speców do suprematyzmu, visual-artu i ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Toż to arcydzieło patch-worku, informelu, kolażu i pop-artu, popis najżywszej wyobraźni owych pracowitych krawców, których mijaliśmy, jadąc tu szosą z Kampali. Koszula ta bowiem musiała mieć tyle razy łatane dziury, tyle na niej naszytych jest skrawków i ścinków najprzeróżniejszej materii, barwy i tekstury, że już nie sposób dojść, jakiego koloru i z jakiego płótna zrobiona była owa pierwotna, wstępna prakoszula, która dała początek długiemu procesowi przeróbek i przekształceń, jakich efekt leży teraz przed Apollem na jego desce do prasowania.

Baganda to ludzie ogromnie dbali o czystość i ubiór. W przeciwieństwie do swoich współziomków Karamodżong, którzy gardzą ubraniem, uważając, że jedynym pięknem jest nagie ciało ludzkie, Baganda ubierają się schludnie i starannie, zakrywając ręce do nadgarstków i nogi do kostek.

Apollo mówi, że jest teraz dobrze, bo skończyła się wojna domowa, ale źle, bo spadły ceny kawy (są lata 90.), a oni uprawiają kawę, z tego żyją. Nikt nie chce jej kupować, nikt po nią nie przyjeżdża. Kawa marnuje się, krzewy dziczeją, a oni nie mają pieniędzy. Wzdycha i uważnie przeprowadza żelazko przez łaty i ściegi jak żeglarz swoją łódź między zdradliwymi rafami.

Kiedy tak stoimy i rozmawiamy, z bananowej gęstwy wychodzi krowa, za nią kilku rozbrykanych pastuszków, a na końcu zgarbiony wiejski starzec – Lule Kabbogozza. W 1942 roku Lule był na wojnie w Burmie – wymienia to jako jedyne wydarzenie w jego życiu. Potem już cały czas mieszkał w tej wsi. Teraz bieduje tak jak inni: – What I eat? – pyta sam siebie. – Cassava. Day and night cassava. Ale ma pogodne usposobienie i z uśmiechem pokazuje na krowę. Na początku roku zbiera się kilka rodzin, supła grosz i kupuje na targu krowę. Krowa pasie się na wsi, trawy jest dosyć. Kiedy przychodzą święta Bożego Narodzenia – zarzynają krowę. Wszyscy schodzą się na tę okazję. Wszyscy patrzą, czy jest sprawiedliwie podzielona. Dużo krwi oddają na ofiarę przodkom (krowia krew – nie ma cenniejszej ofiary). Resztę od razu pieką i gotują. To jest ten jedyny raz w roku, kiedy wieś je mięso. Potem kupią następną krowę i za rok będzie nowe święto.

Jeżeli znajdę się w okolicy – zapraszają. Będzie pombe (piwo z bananów), będzie waragi. I dostanę tyle mięsa, ile będę chciał!