„Heban”, odcinek 14 „Zasadzka”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Zasadzka

Jechaliśmy z Kampali na północ Ugandy, w stronę granicy z Sudanem. Kolumnę wozów prowadził jeep z wystającym ponad szoferką CKM-em, za nim ciężarówka wiozła pluton żołnierzy, potem jechało kilka samochodów osobowych, a na końcu odkryta, japońska półciężarówka, w której siedzieliśmy my – trzej dziennikarze. Dawno nie podróżowałem w tak komfortowych warunkach, ochraniany przez pluton wojska, a w dodatku jeszcze i CKM! Ale, oczywiście, nie o mnie tu chodziło. Była to bowiem wyprawa pojednawcza trzech ministrów rządu Museveniego, udająca się do grasujących na północy rebeliantów. Prezydent Joveri Museveni, wówczas u władzy od dwóch lat, tj. od roku 1986, ogłosił właśnie amnestię dla tych, którzy poddadzą się i dobrowolnie złożą broń. Chodziło o ludzi z armii Idi Amina, Miltona Obote i Tito Okello – trzech kolejnych dyktatorów, zbiegłych ostatnimi laty za granicę. Wszyscy jednak pozostawili swoje wojska. Teraz każde z nich, na swoją rękę, grabiło i mordowało, paliło wsie i rabowało bydło, pustoszyło i terroryzowało prowincje północne, a więc właściwie połowę kraju. Oddziały Museveniego były zbyt słabe, aby zbrojnie uporać się z rebeliantami. Prezydent wysunął więc hasło pojednania. Był w tym kraju pierwszym od 25 lat przywódcą, który zwrócił się do przeciwników ze słowami zgody, porozumienia i pokoju.

W naszym samochodzie, oprócz dwóch miejscowych reporterów i mnie, jedzie jeszcze trzech żołnierzy. Swoje kałasznikowy zawiesili na nagich ramionach (jest gorąco, więc zdjęli koszule). Nazywają się – Onom, Semakula i Konkoti. Najstarszy z nich – Onom – ma 17 lat. Czasem czytam, że w Ameryce czy Europie dziecko strzeliło do innego dziecka. Że dziecko zabiło kogoś z rówieśników czy z dorosłych. Informacjom takim zwykle towarzyszą głosy przerażenia i grozy. Otóż w Afryce dzieci zabijają dzieci masowo, i to od lat, od bardzo dawna. Właściwie współczesne wojny na tym kontynencie to wojny dzieci.

Tam, gdzie walki trwają już dziesięciolecia (jak w Angoli czy Sudanie), większość starszych już dawno wyginęła albo wymarła z głodu i epidemii – zostały dzieci i to one dalej prowadzą wojnę. W krwawym chaosie, jaki panuje w różnych krajach Afryki, pojawiły się dziesiątki tysięcy sierot – głodnych i bezdomnych. Szukają one, kto by je nakarmił i przygarnął. Najłatwiej znaleźć jedzenie tam, gdzie jest wojsko – żołnierze mają największą szansę zdobycia żywności: w tych krajach broń jest nie tylko orężem walki, to także sposób na przetrwanie, czasem jedyny, jaki istnieje.

Opuszczone, osamotnione dzieci ciągną tam, gdzie stacjonuje wojsko, gdzie ma ono swoje koszary, obozy, punkty postoju. Tu pomagają, pracują, stają się częścią armii, „synami pułku”. Dostają broń i szybko przechodzą chrzest bojowy. Ich starsi koledzy (też zresztą dzieci!) często lenią się i kiedy zanosi się na bój z nieprzyjacielem, wysyłają tych malców na front, w ogień starcia. Te zbrojne potyczki dzieciarni są szczególnie zażarte i krwawe, bo dziecko nie ma w sobie instynktu samozachowawczego, nie czuje i nie rozumie grozy śmierci, nie zna lęku, który dopiero przyniesie dojrzałość.

Wojny dzieci stały się możliwe także dzięki rozwojowi techniki. Ręczna broń maszynowa jest dziś lekka i krótka, jej nowe generacje coraz bardziej przypominają zabawki dziecinne. Stary mauser był za duży, za ciężki, za długi dla dziecka. Małe dziecko miało za krótką rękę, aby swobodnie sięgnąć do spustu, za długa też była dla jego oka linia celowania. Współczesna broń rozwiązuje te problemy, usuwa te niedogodności. Jej rozmiary świetnie pasują do figury chłopca i raczej w rękach rosłego, masywnego żołnierza pistolety owe wyglądają zabawnie i dziecinnie.

Ten fakt, że dziecko jest w stanie posługiwać się tylko ręczną, krótkodystansową bronią (bo nie potrafi prowadzić ognia baterii artyleryjskiej czy pilotować bombowca) spowodował, że starcia w wojnach dziecięcych mają formę bezpośredniego zderzenia, bliskiego, niemal fizycznego, kontaktu, że malcy strzelają do siebie, będąc oddaleni o krok. Żniwo tych pojedynków jest zwykle straszne. Bo nie tylko giną ci, co padają zabici na miejscu. W warunkach, w jakich toczą się tamte wojny, umrą również ranni – z upływu krwi, z zakażenia, z braku lekarstw.

***

Po całym dniu jazdy dotarliśmy do miasteczka Soroti. Po drodze mijaliśmy spalone wsie i osady – wszystkie doszczętnie ograbione. Żołnierze zabrali, co się dało – nie tylko to, co mieszkańcy mieli na sobie, nie tylko ich meble i sprzęty, narzędzia, którymi pracowali, i naczynia, w jakich jedli, ale także wszelkie rury, druty i gwoździe, wszystkie okna, drzwi i nawet dachy. Jak mrówki, objadając kość, nie zostawiają na niej grama mięsa, tak kolejne fale uciekających i rozbestwionych maruderów oczyściły własny kraj ze wszystkiego, co dało się ruszyć z miejsca i zabrać ze sobą. Również Soroti było zniszczone. Stacja benzynowa rozbita, pompy zabrane. Ławki ze szkoły wywiezione. Z wielu domów zostały tylko szkielety, ale inne ocalały, zachował się również hotel, w którym zatrzymaliśmy się na noc. Czekała już tu na nas grupa miejscowych notabli, kupców, nauczycieli, wojskowych, otoczona tłumem ciekawskich. Zaczęły się powitania, poklepywania, śmiechy.

Soroti to stolica ziem zamieszkałych przez dorodny lud nilo-chamicki – Iteso. Jest ich ponad milion. Dzielą się na wiele plemion i klanów. Zajmują się głównie hodowlą krów. Krowa to ich największy skarb. Jest ona nie tylko miernikiem bogactwa, ale posiada również właściwości mistyczne. Jej istnienie, jej obecność łączą człowieka z niewidocznym, wyższym światem. Iteso nadają krowom imiona i wierzą, że każda ma swoją osobowość, własny charakter. Chłopiec Iteso w pewnym wieku dostaje pod opiekę krowę. W czasie specjalnej uroczystości przejmuje również jej imię – odtąd będzie nazywać się tak jak ona. Dziecko bawi się ze swoją krową, spędza z nią wolne chwile, jest za nią odpowiedzialne.

Wśród witających nas osób był mój znajomy jeszcze z lat 60. (wówczas minister) Cuthbert Obwanor. Ucieszyłem się tym spotkaniem, zaraz zaczęliśmy rozmawiać. Chciałem, aby pokazał mi okolicę, bo w tych stronach byłem po raz pierwszy. Poszliśmy na spacer. Zaraz jednak spacer okazał się dość kłopotliwy. Bo tu na widok idącego mężczyzny kobiety usuwają się z drogi i klękają. Klęcząc na obu kolanach, czekają, aż on nadejdzie. Zwyczaj nakazuje, aby je pozdrowił. One, odpowiadając, pytają – co mają dla niego uczynić? Jeżeli powie, że nic, poczekają, aż odejdzie, wstaną i pójdą w swoją stronę. Siedzieliśmy później z Cuthbertem na ławce przed jego domem i sceny powtórzyły się: przechodzące kobiety podchodziły do nas, klękały i w milczeniu czekały. Bywało, że mój gospodarz zajęty rozmową nie zwracał na nie uwagi. Nie poruszone klęczały nadal. Wreszcie pozdrawiał je i życzył dobrej drogi, wtedy wstawały i bez słowa odchodziły. Mimo że był już wieczór, ciągle panowało gorąco, w powietrzu wisiała jakaś duszna, rozgrzana ociężałość. Ukryte w głębokich zakamarkach nocy natarczywie i donośnie grały świerszcze.

W końcu poszliśmy zaproszeni przez miejscowe władze do jedynego czynnego tu baru. Nazywał się Club 2000. Na piętrze był salonik dla ważnych gości. Posadzono nas przy długim stole. Weszły kelnerki, młode, wysokie dziewczyny. Każda uklękła przy swoim gościu i powiedziała imię. Następnie wyszły i wniosły wielki, gliniany dzban. Dymiło z niego rozgrzane, miejscowe piwo marwa, zrobione z ziaren milletu (millet to rodzaj prosa). Marwę pije się przez długą, wydrążoną trzcinę, która nazywa się epi. Teraz trzcina ta zaczyna krążyć od jednego do drugiego gościa. Każdy pociąga kilka łyków i oddaje ją następnemu. Przez cały czas kelnerki dolewają do dzbana albo wodę, albo nową porcję marwy: od tego – co dolewają i jak szybko krąży epi – zależeć będzie stopień pijaństwa biesiadników. Problem polega na tym, że Soroti, jak i cała tu okolica, to jeden z obszarów o najwyższym natężeniu AIDS i, sięgając po epi, człowiek każdorazowo żegna się z życiem. Ale jak postąpić? Odmówić? Coś takiego byłoby uznane za najbardziej poniżającą obrazę, za dowód, że się tymi ludźmi gardzi.

***

Rano, nim jeszcze ruszyliśmy w dalszą drogę, przyjechało dwóch misjonarzy, Holendrów – Albert i Johan. Wymęczeni, okryci kurzem chcieli jednak znaleźć się w Soroti, żeby „zobaczyć ludzi z wielkiego świata”: dla nich, mieszkających na tych pustkowiach ponad dziesięć lat, Kampala stała się już owym wielkim światem. Do Europy nie jeżdżą, nie chcą zostawiać kościoła i zabudowań misji (mieszkają gdzieś pod sudańską granicą). Boją się, że po powrocie zastaliby tylko gołe, spalone ściany. Tereny, na których pracują, to sucha latem, a zielona w porze deszczowej, rozległa, gorąca sawanna, wielka prowincja północno-wschodniej Ugandy, zamieszkała przez fascynujący wielu antropologów lud Karamodżong. Mieszkańcy Kampali mówią o swoich pobratymcach z Karamodżong (to jednocześnie nazwa miejsca, ludu i osoby) z niechęcią i zawstydzeniem. Karamodżong chodzą nago i obstają przy tym zwyczaju, uważając, że ciało ludzkie jest piękne (rzeczywiście, są to wspaniale zbudowani, rośli i szczupli ludzie). Ale ta ich opozycja ma i inne uzasadnienie: wszyscy Europejczycy, którzy dawniej do nich docierali, szybko zapadali na zdrowiu i umierali. Karamodżong wyciągnęli wniosek, że wobec tego ubiór powoduje choroby, że ubrać się to tyle, co wydać na siebie wyrok śmierci (a samobójstwo w ich religii to największy wyobrażalny grzech). Stąd zawsze panicznie bali się ubrania. Amin, który uważał, że chodzenie nago kompromituje Afrykańczyków, wydał dekret nakazujący im nosić ubrania, a schwytanych nago, jego wojsko rozstrzeliwało na miejscu. Przerażeni Karamodżong zdobywali, gdzie mogli, a to kawałek materiału, a to koszulę lub spodnie, robili z tego zawiniątko i nosili ze sobą. Na wiadomość, że gdzieś jedzie wojsko albo że w pobliżu kręci się jakiś agent rządu, ubierali się na ten moment, żeby później z ulgą znowu się rozebrać.

Karamodżong są hodowcami krów i żywią się głównie ich mlekiem. Spokrewnieni z Iteso też uważają krowy za największy skarb i za istoty mistyczne. Wierzą, że Bóg dał im wszystkie krowy świata i że ich misją dziejową jest odzyskanie tych krów. W tym celu permanentnie urządzają zbrojne wyprawy przeciwko sąsiednim plemionom. Najazdy te (po angielsku – cattle-raiding) to połączenie wyprawy łupieżczej, misji patriotycznej i obowiązku religijnego. Młody człowiek, aby zdobyć status mężczyzny, musi wziąć udział w cattle-raiding. Wyprawy te są głównym tematem rodzimych legend, opowieści, mitów. Mają one swoich bohaterów, swoją historię i mistykę.

Ksiądz Albert opowiada, jak wygląda taka wyprawa. Karamodżong idą gęsiego, równym krokiem, w zwartym szyku. Posuwają się znanymi sobie ścieżkami wojny. Każdy oddział liczy 200-300 ludzi. Śpiewają pieśni albo rytmicznie wznoszą głośne okrzyki. Ich wywiad przed tym ustalił już, gdzie pasą się stada krów należące do innego plemienia. Ich celem jest porwanie tych stad. Kiedy docierają na miejsce, dochodzi do bitwy. Karamodżong to wyszkoleni, nieustraszeni wojownicy, dlatego zwykle zwyciężają i uprowadzają swoją zdobycz.

– Rzecz w tym – mówi ksiądz Albert – że dawniej te kolumny były uzbrojone w dzidy i w łuki. Kiedy dochodziło do potyczki, ginęło w niej kilka osób, reszta poddawała się lub uciekała. A dzisiaj? Dalej są to kolumny nagich mężczyzn, ale już uzbrojonych po zęby w broń maszynową. Natychmiast otwierają ogień, masakrują okoliczną ludność, granatami burzą ich wioski, sieją śmierć. Tradycyjne konflikty plemienne trwają nadal, te same od wieków, ale dziś pociągają za sobą nieporównanie większą liczbę ofiar. – Z nowoczesnej cywilizacji – kończy – nie ma tu nic, ani światła elektrycznego, ani telefonu czy telewizora. Jedyne, co z niej dotarło, to broń maszynowa.

Pytam misjonarzy, jak wygląda ich praca, jakie mają problemy.

– To bardzo trudny teren – przyznaje ksiądz Johan. – Ci ludzie pytają nas, ilu jest bogów w naszej religii i czy mamy specjalnego boga od krów. Tłumaczymy im, że Bóg jest tylko jeden. Są tym rozczarowani. Nasza religia jest lepsza, mówią, mamy specjalnego boga, który opiekuje się krowami. Krowy przecież są najważniejsze!

***

Ruszyliśmy na północ przed południem, nasz wóz jako ostatni w kolumnie, ale nie ujechaliśmy daleko, kiedy usłyszałem wybuch, strzały, a potem przeraźliwe krzyki. Znajdowaliśmy się na wąskiej, pełnej dziur i kolein laterytowej drodze, która biegła między dwoma ścianami gęstej, wysokiej na dwa metry trawy słoniowej.

Najwyraźniej wpadliśmy w zasadzkę.

Siedzieliśmy skuleni wewnątrz samochodu, nie wiedząc, jak się zachować. Zostać wewnątrz? Wyskoczyć?

Zasadzka to najczęściej stosowana tu forma walki. Ma ona dla tych, którzy ją organizują, wiele zalet. Zasadzający się wykorzystują przede wszystkim moment zaskoczenia: ludzie jadący drogą nie są w stanie przez cały dzień zachować uwagi i gotowości, w tym klimacie, na tych drogach, szybko męczą się i przysypiają. Po drugie – ci, którzy urządzają zasadzkę, są dla zbliżających się niewidoczni, a tym samym bezpieczni. Po trzecie – zasadzka to nie tylko pokonanie przeciwnika: przynosi ona również drogocenne zdobycze materialne – samochody, mundury, żywność, broń. Forma zasadzki odpowiada też tym, którym upał, głód i pragnienie (permanentny stan, w jakim żyją rebelianci i żołnierze) utrudnia dalekie marsze i szybkie przegrupowania. Natomiast w tym wypadku grupa uzbrojonych ludzi może zająć w buszu ocienione, wygodne miejsce i wylegiwać się spokojnie, aż ofiara sama wpadnie im w ręce.

Zasadzający stosują dwie różne taktyki – pierwsza nazywa się po angielsku hit and run (uderz i zwiej). Ta jeszcze daje zaskoczonym jakieś szanse oprzytomnienia i nawiązania walki oraz druga – hit and hit (uderz i uderz, tj. strzel i pójdź za strzałem), ta zwykle kończy się dla napadniętych zagładą.

***

W końcu wyskoczyliśmy z samochodu i pobiegliśmy do przodu. Napastnicy trafili rakietą w ciężarówkę. Na platformie leżał martwy żołnierz, dwóch trzymało się za brzuchy. Przednia szyba była wybita, z rękawa munduru jednego z konwojentów ciekła krew. Panował chaos, bałagan, bieganie ludzi wzdłuż kolumny tu i tam, bez ładu i sensu. Bo nie było wiadomo, co stanie się za chwilę, za sekundę. Może nasi przeciwnicy stoją tuż obok, ukryci za gęstą, dwumetrową trawą, patrzą na naszą histeryczną bieganinę, mierzą w nas, biorą spokojnie na cel? Przecież nie mieliśmy pojęcia, co nas czeka, w czyich jesteśmy rękach. Odruchowo zacząłem wypatrywać, czy spomiędzy tej trawy nie widać skierowanych w naszą stronę luf.

Ciężarówka, na tylnym biegu, bo było tak wąsko, że nawet nie miała gdzie zawrócić, cofała się z powrotem do Soroti. My, po jakimś czasie, ruszyliśmy do przodu. Ale nasi oficerowie zdecydowali, że nie będziemy jechać samochodami, tylko posuwać się wolno, idąc za żołnierzami, którzy z bronią gotową do strzału otwierali naszą kolumnę.