„Heban”, odcinek 11 „Salim”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Nagle zobaczyłem w ciemnościach dwa rozjarzone ślepia. Były daleko i poruszały się gwałtownie, jakby należały do jakiegoś zwierzęcia miotającego się niespokojnie w klatce nocy. Siedziałem na kamieniu, na skraju oazy Ouadane, na Saharze, w Mauretanii, na północny wschód od stolicy tego kraju – Nouakchott. Od tygodnia próbowałem się stąd wydostać – na próżno. Do Ouadane trudno bowiem dojechać, ale jeszcze trudniej – wyjechać. Nie prowadzi tam wytyczona, bita droga, nie ma też stałego transportu. Co kilka dni, albo tygodni, przejeżdża tędy ciężarówka i jeżeli kierowca zabierze nas ze sobą – pojedziemy, jeżeli nie, będziemy tu tkwić nadal, oczekując następnej okazji, która nie wiadomo kiedy znowu się nadarzy.

Maurowie, którzy siedzieli obok mnie, poruszyli się. Zaczynał się chłód nocy, który tu przychodzi nagle i po piekle słonecznego dnia przenika człowieka aż do bólu. Nie ma takiego kożucha czy takiej kołdry, która mogłaby nas przed tym zimnem ochronić. Oni mieli natomiast tylko stare wystrzępione derki, w których tkwili szczelnie zakutani, nieruchomi jak posągi.

W pobliżu wystawała z ziemi czarna rura zakończona okrytym rdzą i solą mechanizmem pompy ssąco-tłoczącej. Była to jedyna w tej okolicy stacja paliwowa i jeżeli jechał tędy samochód, musiał się w tym miejscu zatrzymać. W oazie nie ma żadnej innej atrakcji. Zwykle dni płyną tu jednostajne i niezmienne, podobne do monotonii pustynnego klimatu: zawsze świeci to samo słońce, rozpalone i samotne na wymarłym, bezchmurnym niebie.

***

Na widok odległych jeszcze świateł Maurowie zaczęli wymieniać między sobą jakieś uwagi. Nie rozumiałem ani słowa z ich języka. Być może mówili do siebie: no, nareszcie! Nareszcie jedzie! Doczekaliśmy się!

Byłaby to zapłata za długie dni oczekiwania, cierpliwego wpatrywania się w zastygły, nieporuszony horyzont, na którym od dawna nie pojawiał się żaden ruchomy kształt, nic żywego, co mogłoby zwrócić uwagę i wyrwać człowieka z drętwoty beznadziejnego oczekiwania. Zresztą przejazd ciężarówki – samochody osobowe są zbyt słabe, aby tędy jeździć – też niczego w życiu tych ludzi nie zmieniał. Wóz stał zwykle chwilę i zaraz odjeżdżał. A jednak nawet ten krótki postój był dla nich niezmiernie potrzebny i ważny: urozmaicał życie, dawał temat do późniejszych rozmów, a przede wszystkim był materialnym dowodem istnienia jakiegoś innego świata i krzepiącym potwierdzeniem, że ów świat, skoro wysyła do nich swojego mechanicznego zwiastuna, musi wiedzieć, że oni tu żyją.

Może też prowadzili między sobą rutynowy spór na temat: dojedzie – nie dojedzie? Podróżowanie w tych zakątkach Sahary jest bowiem ryzykowną przygodą, nieustanną loterią, ciągłą niewiadomą. Po tych bezdrożach pełnych wyrw, dziur, zapadlisk, wystających kamieni i skał, piaszczystych wydm i barchanów, usypisk i łach śliskiego żwiru samochód posuwa się w ślimaczym tempie kilku kilometrów na godzinę. W takiej ciężarówce każde koło ma własny napęd i każde, metr po metrze, to obracając się, to zatrzymując w piętrzących się nierównościach i załamaniach, szuka sobie niejako „na własną rękę” jakiegoś zaczepienia. Dopiero suma tych uporczywych wysiłków i zmagań, którym cały czas towarzyszy wycie utrudzonego i zgrzanego silnika, a także karkołomny chybot rozkołysanej platformy, pozwala poruszać się ciężarówce do przodu.

Ale Maurowie wiedzieli także, że czasem ciężarówka utknie beznadziejnie, już będąc o krok od oazy, na samym jej progu. Dzieje się tak, kiedy burza naniesie na szlak góry piasku, które uniemożliwiają dalszą jazdę. Wówczas albo ludziom uda się odkopać drogę, albo kierowca poszuka objazdu, albo po prostu zawróci do bazy. Trzeba będzie czekać, aż nowy sztorm przesunie wydmy dalej i oczyści trasę. Tym razem jednak elektryczne ślepia zbliżały się coraz bardziej. W pewnym momencie ich blask zaczął odsłaniać ukryte w ciemnościach korony palm daktylowych, odrapane ściany lepianek i drzemiące przy drodze kozy i owce, aż wreszcie ciągnący za sobą tumany pyłu ogromny berlier zatrzymał się przed nami w huku i łoskocie żelastwa. Berliery to francuskie ciężarówki przystosowane do jazdy po pustynnych bezdrożach. Mają one duże koła o szerokich oponach, a z maski wystaje do góry zamocowany wysoko filtr powietrza. Wielkie rozmiary i pękaty kształt filtru sprawiają, że z daleka ciężarówki te przypominają wyglądem przód starej, parowej lokomotywy.

Z szoferki zszedł po drabince kierowca – ciemny, bosonogi Maur w długiej do kostek galabii w kolorze indygo. Był, jak większość jego pobratymców – wysoki i potężnej budowy. Ludzie i zwierzęta o dużej masie ciała lepiej znoszą tropikalne upały, stąd mieszkańcy Sahary są z reguły ludźmi okazałego wyglądu. Działa tu także prawo doboru naturalnego – w skrajnie trudnych warunkach, jakie istnieją na pustyni, wieku dojrzałego dożywają tylko najmocniejsi.

Kierowcę od razu otoczyli Maurowie z oazy. Zaczął się harmider głośnych powitań, pozdrowień, pytań i życzeń. Trwało to i trwało. Wszyscy przekrzykiwali się i wymachiwali rękoma, jakby uczestniczyli w targu na hałaśliwym rynku. W tej rozmowie z kierowcą po jakimś czasie zaczęli pokazywać na mnie. Wyglądałem żałośnie. Byłem brudny, zarośnięty i przede wszystkim wycieńczony koszmarnymi upałami saharyjskiego lata. – To będzie tak – ostrzegał mnie wcześniej doświadczony Francuz – jakby ktoś wbijał w ciebie nóż. W plecy, w głowę. W południe promienie słońca uderzają tam z siłą noża.

Kierowca spojrzał na mnie i najpierw nie powiedział nic, ale potem pokazał ręką samochód i zawołał przyzwalająco: – Jalla! (Jazda! Właź!) Wdrapałem się do szoferki i zatrzasnąłem drzwiczki. Zaraz ruszyliśmy.

W gruncie rzeczy nie wiedziałem, dokąd jedziemy. W świetle reflektorów przesuwał się przed nami piasek, cały czas ten sam, iskrzący się różnymi odcieniami piasek, przetykany ławicami żwiru i odłamkami skał, koła coraz to podskakiwały na granitowych progach albo zapadały się w wyrwach i kamiennych szczelinach. W głębokiej, czarnej nocy widać było tylko dwie plamy światła, które ślizgały się po powierzchni pustyni, dwa jasne, wyraźnie obramowane kręgi. Poza tym nie widać było nic – nic zupełnie.

Po jakimś czasie zacząłem podejrzewać, że jedziemy na oślep, na przełaj, wprost przed siebie, bo nigdzie nie było widać żadnych punktów orientacyjnych, żadnych znaków, palików czy innych śladów drogi. Próbowałem podpytać Maura. Pokazałem noc przed nami i spytałem: – Nouakchott?

Ten spojrzał na mnie i roześmiał się: – Nouakchott! – powiedział z takim rozmarzeniem, jakby chodziło o ogrody Semiramidy, piękne, ale dla nas, maluczkich, zbyt wysoko rozwieszone. Z tego wywnioskowałem, że nie jedziemy w kierunku, na którym mi zależy, ale nie wiedziałem, jak go zapytać, dokąd właściwie jedziemy. Bardzo chciałem nawiązać z nim kontakt, poznać się bliżej. – Ryszard – powiedziałem pokazując na siebie. Z kolei pokazałem na niego. Zrozumiał. – Salim – odparł i znowu się roześmiał. Zapadło milczenie. Musieliśmy natrafić na jakąś gładką powierzchnię pustyni, bo berlier zaczął jechać łagodniej i szybciej (dokładnie, jak szybko, nie wiem, bo wszystkie zegary w wozie były zepsute). Jakiś czas jeszcze jechaliśmy nic do siebie nie mówiąc, aż w końcu zasnąłem.

Obudziła mnie nagła cisza. Zgasł silnik i za chwilę ciężarówka zatrzymała się. Salim zaczął naciskać pedał gazu i coraz to przekręcał kluczyk w stacyjce. Akumulator działał, rozrusznik też, ale silnik milczał. Wstał dzień i było już jasno. Maur szukał w szoferce dźwigni otwarcia maski silnika. Od razu wydało mi się to dziwne i podejrzane: jak to, kierowca nie umie otworzyć maski samochodu? W końcu doszedł, że maskę otwiera się zwalniając uchwyty, które są na zewnątrz. Wdrapał się na błotnik i zaczął przyglądać się silnikowi, ale patrzył na jego poplątaną konstrukcję, tak jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Czegoś dotykał, czymś próbował poruszyć, ale to wszystko było bardzo amatorskie. Przekręcał kluczyk w stacyjce, ale silnik milczał jak grób. Odnalazł skrzynię z narzędziami, ale niewiele w niej było rzeczy. Wyciągnął młotek, kilka kluczy i śrubokrętów. Po czym zabrał się do rozbierania silnika.

***

Wyszedłem z szoferki. Wokół nas, jak okiem sięgnąć, była pustynia. Piasek, rozrzucone na nim ciemne kamienie. W pobliżu tkwiący w ziemi obły, czarny głaz – po południu, kiedy nagrzeje się w słońcu, będzie promieniował z niego żar jak z hutniczego pieca. Krajobraz księżycowy, zamknięty poziomą, idealnie równą linią horyzontu – kończy się ziemia, a potem już tylko niebo i niebo. Żadnych gór. Żadnych wydm piaszczystych. Żadnego listka. I, oczywiście, żadnej wody. Woda! To jest to, co od razu przychodzi w takiej sytuacji na myśl. Ponieważ na pustyni pierwszą rzeczą, którą człowiek widzi, kiedy rano otwiera oczy, jest twarz jego wroga – rozpalona twarz słońca. Ten widok budzi w nim natychmiast odruch samozachowawczy – sięgnąć po wodę. Pić! Pić! Tylko w ten sposób choć trochę poprawi swoje szanse w odwiecznym, pustynnym zmaganiu – w rozpaczliwym pojedynku ze słońcem.

Postanowiłem rozejrzeć się za wodą, bo ze sobą nie miałem nic – ani wody, ani jedzenia. W szoferce niczego nie znalazłem. Ale trochę wody było: do skrzyni ciężarówki, u dołu, pod spodem, po lewej i po prawej stronie przywiązane były sznurkami po dwa bukłaki. Każdy z nich to była skóra zdarta z kozy, dość marnie wyprawiona i potem zeszyta, tak że zachowała kształt zwierzęcia. Jedna z kozich nóżek służyła za dzióbek do picia.

Na chwilę odetchnąłem z ulgą, ale tylko na moment, zaraz zacząłem obliczać. Bez wody można przeżyć na pustyni jedną dobę, z wielkim trudem i to nie zawsze – dwie. Rachunek jest prosty: w tamtych warunkach człowiek może utracić w ciągu dnia około dziesięciu litrów potu i żeby żyć – musi wypić podobną ilość wody. Pozbawiony jej, zacznie zaraz odczuwać pragnienie. Prawdziwe, przeciągające się pragnienie w gorącym i suchym tropiku jest męczącym, destrukcyjnym uczuciem, trudniejszym do opanowania niż głód. Po kilku godzinach pragnienia człowiek staje się ospały i wiotki, zaczyna słabnąć i tracić orientację. Zamiast mówić – bełkoce, coraz bardziej nieskładnie. Jeszcze tego samego wieczoru, albo następnego dnia, dostanie wysokiej gorączki i szybko umrze.

Pomyślałem, że jeżeli Salim nie podzieli się ze mną – umrę jeszcze dziś. Jeżeli nawet odda mi część wody, wystarczy nam zapasu tylko na jeden dodatkowy dzień – to znaczy umrzemy jutro, najpóźniej – pojutrze.

Próbowałem zahamować gonitwę myśli i postanowiłem przypatrzyć się temu, co robi Maur. Umazany smarami i spocony Salim rozbierał silnik, rozkręcał śruby i zdejmował przewody, a wszystko to bez żadnego ładu i sensu, jak dziecko, które ze złością rozbija zabawkę, kiedy nie chce funkcjonować. Na błotnikach, na zderzaku leżało pełno sprężyn, zaworów, uszczelek i drutów, część z nich spadła już na ziemię. Zostawiłem go i poszedłem na drugi koniec ciężarówki, na tę jej stronę, gdzie był jeszcze cień. Usiadłem na ziemi i oparłem się o koło.

Salim. Nic nie wiedziałem o tym człowieku, w którego rękach było moje życie. W każdym razie – było na ten dzień. Jeżeli Salim odpędzi mnie od ciężarówki i od wody – a miał w ręku młotek i pewnie w kieszeni nóż, a poza tym znaczną przewagę fizyczną – jeżeli każe mi się stąd wynosić i iść przed siebie, w głąb pustyni – nawet nie dożyję nocy. A wydało mi się, że tak właśnie może postąpić – przecież w ten sposób przedłuży sobie życie albo w ogóle uratuje się, jeżeli w porę nadejdzie pomoc.

Wyraźnie Salim nie był profesjonalnym kierowcą, w każdym razie kierowcą berliera. Także – nie znał dobrze tych stron. Zresztą czy można naprawdę dokładnie znać pustynię, na której kolejne burze i sztormy zmieniają nieustannie krajobraz, przesuwając góry piasku w coraz to inne miejsce i przestawiając dowolnie znaki orientacyjne? Ale często tu bywa tak, że jeżeli ktoś ma odrobinę pieniędzy, zaraz wynajmuje takiego, który ma ich jeszcze mniej i będzie za niego pracować, wykonywać zadania. Najpewniej kierowca tej ciężarówki wynajął Salima, aby ten odprowadził za niego wóz do jednej z oaz. Ale tu człowiek nigdy nie przyzna się, że czegoś nie wie albo nie umie. Jeżeli podejdziemy do kierowcy taksówki, pokażemy mu adres i spytamy, czy wie, gdzie to jest, bez chwili namysłu odpowie, że tak. Po czym zaczyna się jazda po całym mieście, w koło i w koło, bo oczywiście nie ma on pojęcia, dokąd jechać.

***

Słońce podnosiło się wyżej i wyżej. Nieruchome, skamieniałe morze pustyni wchłaniało jego promienie, nagrzewało się i zaczynało płonąć. Zbliżała się godzina, kiedy wszystko stawało się piekłem – ziemia, niebo, my sami. Jorubowie wierzą, że jeżeli cień opuści człowieka, człowiek umrze. A tu wszystkie cienie zaczynały się kurczyć, maleć, blednąć. Zaczynały znikać. Zbliżały się przerażające godziny południa – pora świata, w której ludzie i przedmioty nie mają cienia, istnieją – nie istnieją, są już tylko rozświetloną, żarzącą się bielą.

Myślałem, że ta chwila już nadeszła, kiedy nagle zobaczyłem przed sobą widok zupełnie inny. Martwy, nieruchomy horyzont, tak przytłoczony ciężarem upału, iż zdawało się, że nic nie może się na nim pojawić, nic zdarzyć – w jednej chwili ożył i zazielenił się. Jak okiem sięgnąć, widziało się tam daleko wysokie, dorodne palmy, całe gaje palmowe rosnące wzdłuż horyzontu, gęsto, bez żadnej przerwy. A również można było zobaczyć jeziora, tak, wielkie, błękitne jeziora, o żywej, falującej powierzchni. I także były tam krzewy dorodne, rozgałęzione, które miały zieleń świeżą, intensywną, soczystą, mocną. A wszystko to nieustannie drgało, mieniło się, pulsowało jakby za lekką mgłą, nieostre i nieuchwytne. A jeszcze panowała w powietrzu – tu, wokół nas, i tam, na horyzoncie – głęboka, niczym nie zmącona cisza: nie wiał wiatr, a tamte gaje były bez ptaków.

– Salim! – zawołałem – Salim!

Spod skrzydeł otwartej maski wyłoniła się głowa. Spojrzał na mnie.

– Salim! – powtórzyłem jeszcze raz i pokazałem ręką gaje i jeziora, cały przepyszny ogród pustyni, raj Sahary.

Salim rzucił okiem w tamtą stronę – bez wrażenia. W mojej brudnej, zalanej potem twarzy musiał zobaczyć zdumienie, oszołomienie i zachwyt, ale także coś jeszcze, co go wyraźnie zaniepokoiło, bo podszedł do ciężarówki, odwiązał jeden bukłak, upił trochę i podał mi resztę bez słowa. Chwyciłem skórzany, szorstki worek i zacząłem pić. Zakręciło mi się w głowie i żeby nie upaść, oparłem się ramieniem o skrzynię berliera. Piłem przyssany do koziej nogi, ciągle wpatrzony w horyzont. Ale w miarę jak czułem, że zaspokajam pragnienie, że cichnie we mnie jakieś szaleństwo, zaczął mi sprzed oczu znikać zielony pejzaż. Jego barwy płowiały i bladły, jego kształty kurczyły się i zacierały. Kiedy już opróżniłem worek do sucha, horyzont był ponownie płaski, pusty i martwy. Woda, wstrętna saharyjska woda, ciepła, zaśmiecona, gęsta od piachu i brudu, pozwoliła mi jeszcze żyć, ale odebrała mi widok raju. Największe jednak w tym dniu było to, że Salim sam dał mi pić. Przestałem się go bać. Czułem, że jestem bezpieczny, przynajmniej do momentu, kiedy zostanie nam ostatni łyk.

***

Drugą połowę dnia przeleżeliśmy pod ciężarówką, w jej wątłym, płowym cieniu. W tym świecie otoczonym płonącymi horyzontami byliśmy z Salimem jedynym życiem. Przyglądałem się ziemi, którą miałem w zasięgu ręki, najbliższym kamieniom. Szukałem jakiejś żywej istoty, czegoś, co by drgnęło, ruszyło się, popełzło. Przypomniałem sobie, że gdzieś na Saharze żyje mały żuczek, którego Tuaregowie nazywają Ngubi. Kiedy jest bardzo gorąco, Ngubiego męczy pragnienie, chce mu się pić. Niestety, nigdzie nie ma wody, wokół jest tylko rozpalony piasek. Więc żeby się napić, żuczek wybiera jakieś wzniesienie, może to być pochyła fałdka piachu, i zaczyna pracowicie wdrapywać się na jej szczyt. Ogromny to wysiłek, trud prawdziwie syzyfowy, ponieważ rozżarzony i sypki piasek ciągle osuwa się, spychając żuczka w dół, do początku jego katorżniczej drogi. Dlatego nie mija wiele czasu, kiedy żuczek zaczyna się pocić. Na końcu jego odwłoku pęcznieje duża kropla potu. Wówczas Ngubi przerywa wspinaczkę, kuli się i zanurza swój pyszczek w owej kropli.

Pije.

***

W papierowej torebce Salim miał kilka herbatników. Wypiliśmy drugi bukłak wody. Zostały nam jeszcze dwa bukłaki. Myślałem coś napisać. Uświadomiłem sobie, że czasem ludzie coś w takich momentach piszą. Nie miałem siły. Właściwie nic mnie nie bolało. Tylko robiło się coraz bardziej pusto. W tej pustce narastała jakaś inna pustka.

I nagle zobaczyłem w ciemnościach dwa rozjarzone ślepia. Były daleko i poruszały się gwałtownie. Potem nadciągnął szum motoru, zobaczyłem ciężarówkę, usłyszałem głosy w niezrozumiałym dla mnie języku. – Salim! – powiedziałem. Pochyliło się nade mną kilka ciemnych, podobnych do niego twarzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*