Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

„Heban”, odcinek 10 „Mój zaułek 67”

Autor: Ryszard Kapuściński
data publikacji: 1998-01-01
——————————————————————–

Mój zaułek 67

Mieszkanie znajduje się w centrum miasta, na wyspie Lagos. Wyspa ta była kiedyś punktem wypadowym handlarzy niewolników i ta haniebna, mroczna proweniencja miasta zostawiła w jego atmosferze jakiś niespokojny, gwałtowny element. Coraz to daje on znać o sobie. Oto jadę taksówką i rozmawiam z kierowcą, który nagle milknie i nerwowo rozgląda się po ulicy. Co się stało? – pytam zaciekawiony – Very bad place! – odpowiada zniżonym głosem. Jedziemy dalej, on odpręża się i znowu spokojnie rozmawia. Ale oto brzegiem ulicy (w mieście nie ma chodników) idzie grupa ludzi, a na ich widok kierowca ponownie milknie, rozgląda się, przyspiesza. – Co się stało? – pytam. – Very bad people! – odpowiada i dopiero po przejechaniu kilometra wraca do przerwanej rozmowy.

W głowie takiego kierowcy musi być odciśnięty plan miasta podobny do tych, jakie widzą na ścianach komisariatów policji. Coraz to zapalają się na nim, błyskają i pulsują różnokolorowe światełka ostrzegawcze, sygnalizujące miejsca zagrożeń, napadów i zbrodni. Tych znaków ostrzegawczych jest szczególnie dużo na planie śródmieścia, a więc właśnie tam, gdzie mieszkam. Co prawda mógłbym sobie wybrać Ikoyi – bezpieczną i luksusową dzielnicę nigeryjskich bogaczy, Europejczyków i dyplomatów, ale jest to miejsce zbyt sztuczne, ekskluzywne, zamknięte i pilnie strzeżone. A ja chcę żyć w mieście afrykańskim, przy ulicy afrykańskiej, w afrykańskim domu. Jak inaczej mogę poznać to miasto? Ten kontynent?

Ale zamieszkać Białemu w dzielnicy afrykańskiej nie jest wcale łatwo. Najpierw burzą się i protestują Europejczycy. Ktoś, kto ma takie jak ja zamiary, musi być pomyleńcem, kimś niespełna rozumu. Próbują więc perswadować, ostrzegają: zginiesz na pewno, a tylko forma tej śmierci może być różna – albo cię zabiją, albo sam umrzesz, tak straszne są tam warunki życia.

Ale i strona afrykańska patrzy na mój pomysł bez entuzjazmu. Po pierwsze są trudności techniczne – gdzie mieszkać? Taka dzielnica to bieda i zatłoczenie, liche domki, lepianki i slumsy, duszno i brak światła, kurz, smród i robactwo. Gdzie się podziać? Gdzie znaleźć dla siebie osobny kąt? Jak się poruszać? Chociażby – sprawa wody. Wodę trzeba przynosić z drugiego końca ulicy, bo tam stoi pompa. Zajmują się tym dzieci. Rzadko – kobiety. Mężczyźni – nigdy. A tu biały pan stoi z dziećmi w kolejce do studni. Ha! Ha! Ha! To niemożliwe! Albo, powiedzmy, że masz swój pokój, w którym chcesz się zamknąć, żeby pracować. Zamknąć się? Coś takiego jest nie do pomyślenia. My żyjemy wszyscy razem w rodzinie, w gromadzie, dzieci, dorośli, starzy, nigdy się nie rozstajemy, nawet po śmierci nasze duchy pozostają wśród żywych, z tymi, którzy jeszcze są na świecie. Zamknąć się samemu w pokoju, tak żeby nikt nie mógł wejść? Ha! Ha! Ha! To niemożliwe! – A poza tym – tłumaczą mi łagodnie miejscowi – w naszej dzielnicy jest niebezpiecznie. Kręci się tu wielu złych ludzi. Najgroźniejsi są „Boma boys” – gangi rozpasanych opryszków, które napadają, biją i rabują, straszna, pustosząca wszystko szarańcza. Szybko zwęszą, że zamieszkał tu jakiś samotny Europejczyk. A dla nich Europejczyk to bogacz. Kto cię wówczas obroni? A jednak uparłem się. Nie słuchałem przestróg, byłem zdecydowany. Trochę może dlatego, że czasem zżymałem się na ludzi, którzy przyjeżdżają tu, mieszkają w „małej Europie” czy „małej Ameryce” (tj. w luksusowych hotelach) i wyjeżdżają, chwaląc się potem, że byli w Afryce, której w rzeczywistości nie widzieli na oczy.

I oto nadarzyła się okazja. Poznałem Włocha Emilio Maderę, który w zaułku niedaleko Massey Street miał nieczynny już składzik narzędzi rolnych (Biali powoli likwidowali swoje interesy), a przy nim – a raczej nad nim, dwupokojową służbówkę, pustą, bo nikt nie chciał w niej mieszkać. Był zadowolony, że chcę tę służbówkę wynająć. Któregoś wieczoru przywiózł mnie tu samochodem i pomógł wnieść rzeczy (wchodziło się na piętro po metalowych schodach, przymocowanych do ścian na zewnątrz budynku). Wewnątrz panował przyjemny chłód, bo Emilio jeszcze rano włączył klimatyzator. Była też czynna lodówka. Włoch życzył mi dobrej nocy i zniknął pośpiesznie, bo rano leciał do Rzymu – po ostatnim przewrocie wojskowym bał się nowych zamieszek i chciał wywieźć część swoich pieniędzy.

Zacząłem się rozpakowywać.

Po godzinie zgasło światło.

Od razu mieszkanie pogrążyło się w ciemnościach, a nie miałem żadnej latarki. Najgorsze jednak, że stanął klimatyzator i momentalnie zrobiło się gorąco i duszno. Otworzyłem okno. Do pokoju zaczął wpełzać pomieszany zapach zgniłych owoców, spalonej oliwy, mydlin i moczu. Choć morze musiało być gdzieś niedaleko, w tym zamkniętym i ciasnym zaułku nie czuło się żadnego przewiewu. Był marzec, miesiąc przygniatających upałów, noc wydawała się bardziej duszna i rozgrzana niż dzień. Wyjrzałem przez okno. Na dnie zaułku, na plecionych matach albo wprost na ziemi, leżeli półnadzy ludzie. Kobiety i dzieci spały, kilku mężczyzn, opartych o ściany lepianek, wpatrywało się we mnie. Nie wiedziałem, co znaczą ich spojrzenia. Chcą mnie poznać? Pomóc mi? Zabić mnie?

Pomyślałem, że w upale, jaki panuje w tym mieszkaniu, nie wytrzymam do rana i zszedłem na dół. Dwóch mężczyzn uniosło się, inni przyglądali się, nieporuszeni. Wszyscy byliśmy oblani potem, wszyscy śmiertelnie znużeni, samo istnienie w tym klimacie było już wielkim wysiłkiem. Spytałem ich, czy to jest tak często z tym brakiem światła. Nie wiedzieli. Spytałem, czy można to naprawić. Porozmawiali ze sobą w niezrozumiałym dla mnie języku. Jeden z nich gdzieś poszedł. Mijały minuty i kwadranse. W końcu wrócił, przyprowadzając dwóch młodych ludzi. Ci powiedzieli, że to światło mogą naprawić za 10 funtów. Zgodziłem się. Wkrótce w mieszkaniu było jasno, a klimatyzator znowu pracował. Po kilku dniach – znowu awaria, znowu 10 funtów, a potem 15 i 20.

***

A kradzieże? Z początku, kiedy wracałem do splądrowanego mieszkania, ogarniała mnie wściekłość. Być okradzionym, to przede wszystkim być upokorzonym, oszukanym. Ale tutaj przekonałem się, że odebrać kradzież tylko jako upokorzenie i oszustwo, to jednak pewien psychiczny luksus. Mieszkając wśród biedoty mojej dzielnicy, zrozumiałem, że kradzież, nawet drobna kradzież, może być wyrokiem śmierci. Zobaczyłem kradzież jako zabójstwo, jako morderstwo. W zaułku miała swój kąt samotna kobieta, której jedyną własnością był garnek. Żyła z tego, że u handlarek jarzyn brała na kredyt fasolę, gotowała ją, przyprawiała sosem i sprzedawała ludziom. Dla wielu z nich miska fasoli była jedynym posiłkiem dnia. I oto pewnej nocy obudził nas przejmujący krzyk. Cały zaułek poruszył się. Kobieta biegała wkoło rozpaczająca, oszalała: złodzieje ukradli jej garnek, straciła jedyną rzecz, z której żyła.

Wielu ludzi w zaułku ma tylko jakąś jedną rzecz. Ktoś ma koszulę, ktoś pangę, ktoś – nie wiadomo skąd? – kilof. Kto ma koszulę, może zatrudnić się jako stróż nocny (nikt nie zechce półnagiego stróża), kto ma pangę, może być wynajęty do ścinania zielska, ten z kilofem może kopać rów. Inni mają na sprzedaż tylko swoje mięśnie. Ci liczą na to, że ktoś będzie ich potrzebować jako tragarzy lub posłańców. Ale we wszystkich tych wypadkach szanse na zatrudnienie są małe, bo konkurencja jest olbrzymia. Często zresztą są to tylko zajęcia dorywcze – na jeden dzień, na kilka godzin.

Toteż mój zaułek, sąsiednie ulice i cała dzielnica są pełne bezczynnych ludzi. Budzą się rano i szukają wody, żeby obmyć twarz. Potem kto ma pieniądze, kupuje sobie śniadanie: szklankę herbaty i kawałek suchej bułki. Ale wielu ludzi nie je nic. Przed południem upał jest już trudny do zniesienia – trzeba poszukać miejsca, w którym jest cień. W miarę upływu godzin cień będzie się przesuwać razem ze słońcem, a razem z tym cieniem – człowiek, dla którego to jest jedynym zajęciem dnia: pełznąć za cieniem, chronić się w jego mrocznym, chłodnym wnętrzu. Głód. Bardzo chce się jeść, ale niczego nie ma. W dodatku z pobliskiego baru dolatuje zapach pieczonego mięsa. Dlaczego ci ludzie nie rzucają się na bar, przecież są młodzi i silni?

***

A jednak któryś z nich nie wytrzymał. Bo nagle rozlega się krzyk. To woła uliczna handlarka, której chłopak zwędził ze stolika pęczek bananów. Ta okradziona i jej sąsiadki puściły się za nim i w końcu go złapały. Nie wiadomo, skąd znalazła się policja. Policjanci noszą tu wielkie, drewniane pały, którymi biją na odlew, okrutnie. Chłopak leży teraz na ulicy, skulony, zwinięty, zasłania się przed ciosami pałek. Od razu zrobiło się zbiegowisko, o które tu łatwo, bo ta masa bezczynnych ludzi czyha na każde zdarzenie, zamieszanie, sensację, byle się rozerwać, coś zobaczyć, czymś zająć. Teraz cisną się bliżej i bliżej bitego, tak jakby łoskot pałek i jęki bitego sprawiały im prawdziwą rozkosz. Krzykami i wrzaskiem zachęcają i judzą policjantów. Tu, jeżeli złapią złodzieja, chcą go od razu rozszarpać, zlinczować, posiekać. Chłopak postękuje, wypuścił już z ręki banany. Ci, którzy stoją najbliżej, rzucają się na nie, rozszarpują je między sobą.

Potem wszystko wraca do normy. Handlarka żali się jeszcze i pomstuje, policjanci odchodzą, pobity, skatowany chłopak wlecze się do jakiejś kryjówki – obolały i głodny. Ludzie rozchodzą się, wszyscy wracają na swoje miejsca pod mury, pod ściany, pod daszki – do cienia. Zostaną tu, aż nadejdzie wieczór. Po upalnym i głodnym dniu człowiek jest osłabiony i otępiały. Ale pewne ogłuszenie, wewnętrzne odrętwienie jest nawet zbawienne – inaczej by człowiek nie przeżył: biologiczna, zwierzęca część jego natury, zagryzłaby wszystko, co jeszcze w nim ludzkie.

***

Wieczorem zaułek trochę się ożywia. Zbierają się jego mieszkańcy. Jedni przesiedzieli tu cały czas nękani atakami malarii. Inni – właśnie wracają z miasta. Niektórzy mieli szczęśliwy dzień: gdzieś pracowali albo spotykali krewniaka, który podzielił się z nimi swoim groszem. Ci będą jeść kolację – miskę kassawy z ostrym sosem z papryki, czasem do tego nawet gotowane jajko albo kawałek baraniny. Część dostanie się z tego dzieciom, które wpatrują się chciwie, jak mężczyźni połykają kęs po kęsie. Każda ilość jedzenia znika tu natychmiast i bez śladu. Zjada się wszystko, co jest, do ostatniego okrucha, nikt nie ma żadnych zapasów, nie miałby ich nawet gdzie przechować, w czym zamknąć. Żyje się doraźnie, bieżącą chwilą, każdy dzień jest przeszkodą trudną do pokonania, poza bieżący dzień wyobraźnia już nie sięga, nie snuje planów, nie marzy.

Kto ma szylinga – idzie do baru. Barów jest pełno, w zaułkach, na skrzyżowaniach, na placach. Czasem są tu ubogie pomieszczenia, mają ściany sklecone z karbowanej blachy, a zamiast drzwi – perkalowe zasłonki. A jednak mamy poczuć się, jak byśmy weszli do lunaparku, znaleźli się na kolorowym festynie. Ze starego radia dobiega jakaś muzyka, pod sufitem świeci czerwona żarówka. Na ścianach wiszą wycięte z czasopism błyszczące fotosy filmowych aktorek. Za ladą stoi zwykle potężna, otyła madame – właścicielka. Sprzedaje jedyną rzecz, jaka jest w takim barze – pędzone przez siebie domowym sposobem piwo. Piwo może być rozmaite – bananowe albo kukurydziane, ananasowe, palmowe. Na ogół każda z tych kobiet specjalizuje się w warzeniu jednego gatunku piwa. Szklanka takiego trunku ma trzy zalety: a – zawiera alkohol, b – jako płyn zaspokaja pragnienie i c – ponieważ na dnie szklanki roztwór ten jest gęsty i zawiesisty, stanowi on dla głodnego namiastkę pożywienia. Toteż jeżeli ktoś w ciągu dnia zdobył tylko szylinga – najpewniej wyda go właśnie w barze.

W moim zaułku rzadko zadomowi się ktoś na dłużej. Ludzie, którzy się tu przewijają, to wieczni koczownicy miasta, wędrowcy błądzący w chaotycznych i zakurzonych labiryntach ulic. Wynoszą się szybko i znikają bez śladu, ponieważ nic właściwie nie mieli. Idą dalej albo kuszeni mirażem jakiejkolwiek pracy, albo wystraszeni epidemią, która nagle wybuchła w zaułku, albo wypędzeni przez właścicieli lepianek i werand, którzy nie mają czym płacić za zajmowane miejsce. Wszystko w ich życiu jest tymczasowe, płynne i kruche. Jest i nie jest. Nawet jeśli jest – to na jak długo? Ta wieczna niepewność sprawia, że sąsiedzi z mojego zaułka żyją w ciągłym zagrożeniu, w nie słabnącym strachu. Rzucili wiejską biedę i przywędrowali do miasta w nadziei, że będzie im lepiej. Kto znalazł tu swojego kuzyna, mógł liczyć, że ten go wesprze, że umożliwi mu jaki taki start. Ale wielu z tych wczorajszych wieśniaków nie znalazło nikogo z bliskich, żadnego współplemieńca. Często nawet nie rozumieli języka, który słyszeli na ulicy, nie wiedzieli, jak się rozpytać o cokolwiek. Żywioł miasta wchłonął ich, stał się ich jedynym światem, już nazajutrz nie umieli się z niego wydostać.

Zaczęli budować sobie jakiś dach nad głową, jakiś kąt, jakieś miejsce własne. Ponieważ ci przybysze nie mieli pieniędzy, bo właśnie po nie przyszli do miasta (tradycyjna wieś afrykańska nie znała pojęcia pieniądza), mogli tylko szukać dla siebie miejsca w dzielnicach slumsów. To niezwykły widok – budowa takiej dzielnicy. Zwykle władze miasta wyznaczają na ten cel tereny najgorsze – bagna, grzęzawiska, tereny malaryczne albo nagie pustynne piaski. Potem – następny. Tak spontanicznie powstaje ulica. Naprzeciw niej posuwa się inna ulica. Kiedy spotkają się – powstanie skrzyżowanie. Teraz te ulice zaczną rozchodzić się, kluczyć, rozgałęziać. Tak powstanie dzielnica. Na razie ludzie zdobywają materiał. Nie sposób dojść – skąd? Wykopują spod ziemi? Ściągają z obłoków? W każdym razie to pewne, że ta rzesza bez grosza niczego nie kupuje. Na głowach, na plecach, pod pachą znoszą kawałki blachy, desek, dykty, plastiku, tektury, karoserii, skrzynek i to wszystko składają, montują, zbijają i zlepiają w coś pośredniego między budą i szałasem, którego ściany układają się w spontaniczny arcybarwny, slumsowy kolaż. Żeby było na czym spać, bo często podłoga to grząskie bagno albo ostre kamienie, wykładają owe pomieszczenie trawą słoniową, liśćmi bananowymi, ratafią czy słomą ryżową. Te dzielnice, te monstrualne afrykańskie papier-mache są zrobione naprawdę z byle czego i to one, a nie Manhattan czy paryska Defence są najwyższym wytworem ludzkiej wyobraźni, pomysłowości i fantazji. Całe miasta postawione bez jednej cegły, metalowego pręta, metra kwadratowego szyby!

Jak wiele wytworów żywiołowego happeningu, również dzielnice slumsów miewają krótki żywot. Wystarczy, że za bardzo rozprzestrzenią się albo że miasto postanowi tam coś zbudować. Byłem raz świadkiem takiej zagłady, niedaleko mojego zaułka. Slumsy rozrosły się na brzegu wyspy. Rząd wojskowy uznał to za niedopuszczalne. Rankiem nadjechały ciężarówki z policją. Od razu zebrał się tłum. Teraz policjanci ruszyli na kolonię slumsów, przepędzając z nich mieszkańców. Podniósł się krzyk i zrobił się tumult. Na to nadjechały buldożery, wielkie, jaskrawożółte caterpillary. Za chwilę buchnęły w górę tumany pyłu i kurzu: maszyny ruszyły naprzód, demolując ulicę po ulicy i zostawiając za sobą stratowaną, pustą ziemię. Tego dnia na jakiś czas zaułek zapełnił się uchodźcami ze zburzonego osiedla. Było tłoczno, gwarnie i jeszcze bardziej duszno.

***

Któregoś dnia miałem gościa. Był to mężczyzna w średnim wieku, w białym, muzułmańskim stroju. Na imię miał Sulejman i pochodził z północy Nigerii. Kiedyś pracował u Włocha jako stróż nocny. Znał zaułek i całą najbliższą okolicę. Zachowywał się nieśmiało, nie chciał usiąść w mojej obecności. Spytał, czy nie potrzebuję stróża nocnego, bo właśnie stracił pracę. Powiedziałem, że nie, ale zrobił na mnie dobre wrażenie i dałem mu pięć funtów. Po kilku dniach przyszedł znowu. Tym razem usiadł. Zrobiłem mu herbaty. Zaczęliśmy rozmawiać. Zwierzyłem mu się, że ciągle mnie okradają. Sulejman uznał to za rzecz zupełnie normalną. Kradzież jest formą – przykrą, to prawda – niwelowania nierówności. To dobrze, że mnie okradają, stwierdził, to nawet przyjazny gest z ich strony. W ten sposób dają mi znać, że jestem im użyteczny i że w związku z tym mnie akceptują. W gruncie rzeczy mogę się czuć bezpieczny. Czy coś mi tu kiedyś groziło? Przyznałem, że nie. A no właśnie! Będę tu bezpieczny tak długo, dopóki pozwolę się bezkarnie okradać. W momencie kiedy zawiadomię policję i zaczną ich ścigać – lepiej, abym się stąd wyniósł.

Znowu przyszedł po tygodniu. Dostał herbaty, a potem powiedział tajemniczym głosem, że weźmie mnie na Jankara Market i tam zrobimy odpowiedni zakup. Jankara Market to rynek, na którym czarownicy, zielarze, wróżbiarze i zaklinacze sprzedają wszelkiego rodzaju amulety, talizmany, różdżki i cudowne lekarstwa. Sulejman chodził od stolika, do stolika, patrzył, pytał. Wreszcie, od jednej kobiety kazał mi kupić pęk piór białego koguta. Były drogie, ale nie stawiałem oporu. Wróciliśmy do zaułka. Sulejman ułożył pióra, owinął je nitką i przywiązał do górnej framugi drzwi.

Od tej chwili nie zginęło mi w mieszkaniu nigdy nic.