Godność faktów

Autor:Francesco M. Cataluccio
Źródło:Tygodnik Powszechny, dodatek do nr 5

Wraz z Ryszardem Kapuścińskim odchodzi jeden z ostatnich pisarzy, który
uczył tolerancji, szacunku i ciekawości wobec Innego. „Ten Inny” (Znak
2006) to tytuł ostatniej, niewielkiej objętościowo książki, którą
dzisiaj można uznać za jego testament. Po raz kolejny wzywał w niej do
szacunku i tolerancji, równości i wolności.

Rzymskie wakacje

Kapuściński nienawidził cynizmu: wyznawał gorzki optymizm, który
skłaniał go do poszukiwania prawdy w każdej ludzkiej istocie. Dlatego
też łatwo było się z nim zaprzyjaźnić, chociaż nie miał z pewnością
łatwego charakteru. Poznałem go osobiście na początku lat 90., kiedy
zacząłem pracować nad jego książkami w wydawnictwie Feltrinelli, gdzie
byłem zatrudniony jako redaktor. Zaprosiliśmy go do Mediolanu na
promocję „Imperium” (moim zdaniem, najpiękniejszej z jego książek).
Podbił wszystkich swoim urokiem i skromnością. Okazało się, że należymy
obaj do dziwacznego klubu miłośników Witolda Gombrowicza. Spędziliśmy
wiele godzin w kawiarni, wymieniając wrażenia na temat filozoficznych
aspektów „Kosmosu”, powieści, która, jak miałem z czasem się przekonać,
pomaga bardzo w zrozumieniu stylu myślenia i pisania Kapuścińskiego.

Licznie zgromadzonej publiczności, która sądziła, że ma przed sobą
kogoś w rodzaju sobowtóra Bruce’a Chatwina, Kapuściński oświadczył już
na wstępie, że kocha Włochy, ponieważ są one pierwszym krajem zachodnim,
który odwiedził pod koniec lat 50., wybierając się do Trzeciego Świata
na swoją pierwszą misję. Pamiętał wrażenie, jakie zrobił na nim widziany
w nocy z okna samolotu Rzym, cały oświetlony i przypominający morze
świeczek. „Wydawało mi się, że trafiłem do filmu Felliniego”, powiedział
ze śmiechem. Narodził się wówczas pewien zwyczaj, którego mieliśmy
przestrzegać za każdym jego pobytem we Włoszech. Kapuściński był
przekonany, że włoskie koszule są najlepsze i najtańsze na świecie. A
zatem od tamtego pierwszego spotkania dyskutowaliśmy na tematy
wydawnicze, wchodząc i wychodząc ze sklepów, w których, wciąż
niezadowolony, oglądał dziesiątki koszul. Kupował w końcu jedną z nich,
lecz w ciągu piętnastu lat naszej znajomości widziałem go zawsze w tej
samej. Powiedział mi kiedyś, że żałuje, iż nie może nosić owych
pięknych, wielobarwnych afrykańskich szat. Szczerze mówiąc, nie bardzo
mogę go sobie w czymś takim wyobrazić.

Z czasem stał się we Włoszech bardzo popularny. Trudno zliczyć nagrody i
doktoraty honoris causa, które otrzymał. Za każdym razem twierdził, że
to już ostatni raz, ale kiedy zapraszało go choćby jakieś miasteczko na
południu Włoch, nigdy nie odmawiał. Cieszyła go serdeczność ludzi i
podziw, jaki żywili wobec niego młodzi. Często porównywano go do
dziennikarza–antropologa Tiziana Terzaniego, zmarłego kilka lat temu,
którego wspaniałe reportaże pozwoliły poznać Włochom Daleki Wschód.
Zawarli znajomość i łatwo się porozumieli. Trzy lata temu Kapuściński
zgodził się wejść w skład jury nagrody imienia Terzaniego, przeznaczonej
dla najlepszego korespondenta roku. To on zasugerował niedawno, aby
pośmiertnie przyznać tę nagrodę bohaterskiej rosyjskiej dziennikarce
Annie Politkowskiej.

Zawsze fragmenty

W ostatnich latach Kapuściński czuł się trochę patriarchą
korespondentów z całego świata. Wielu jego słynnych kolegów już nie
żyło. Czasami mówił, że czuje się ostatnim przedstawicielem profesji,
której praktyka i etyka zawodowa uległy daleko idącym zmianom.
Solidaryzował się jednak głęboko z podobnymi sobie i cierpiał, kiedy
któryś z nich zginął. Z pewnością nie omieszkałby w tych dniach potępić
zabójstwa tureckiego dziennikarza Dinka. Coraz częstsze na świecie ataki
na wolność prasy i na dziennikarzy bardzo go martwiły. Starał się, aby
jego świadectwo i jego rady docierały wszędzie, gdzie żyją młodzi,
którzy chcą wybrać ten trudny zawód. Poparł entuzjastycznie propozycję
Garcii Marqueza, aby otworzyć w kolumbijskiej Cartagenie szkołę dla
przyszłych dziennikarzy z Ameryki Łacińskiej.

Cztery lata temu w Buenos Aires, gdzie pojechaliśmy na otwarcie wystawy
zdjęć Kapuścińskiego z Afryki, wysłuchałem jego „wykładów na temat
nowego dziennikarstwa”, wygłoszonych dla czterdziestki młodych ludzi,
przybyłych z całego kontynentu, którzy słuchali go przejęci i kiedy
zadawali mu pytania, nazywali go Mistrzem. Świetnie potrafił
wytłumaczyć, z pasją i wyczuciem rzeczywistości, co znaczy być
dziennikarzem w świecie, w którym żyją, i jak wielka spoczywa na nich
odpowiedzialność wobec ich własnych społeczeństw.

Zawsze jednak podejrzewałem, że niezależnie od swojej wielkiej pasji
Kapuściński traktował w gruncie rzeczy dziennikarstwo jako zawód, który
należy wykonywać solidnie i z zaangażowaniem, ale który jest przecież
pracą dostarczającą środków do życia. Powiedział mi kiedyś, podczas
spaceru po ulicach Mediolanu, że chciałby być pamiętany jako poeta i
autor aforyzmów: ktoś, kto w kilku słowach opisuje świat. Wraz z upływem
czasu coraz mniej wierzył w linearność i ciągłość sekwencji faktów, jej
szybkość i oczywistość. Chciał zatrzymać się i rozmyślać nad
fragmentem.

Pracując przez wiele lat jako korespondent agencji prasowej,
przyzwyczaił się do precyzji krótkiej i wyczerpującej wiadomości. Potem
jednak zauważył, że zbyt dużo materiału zostaje w jego notesach. Dlatego
zaczął pisać swoje książki, które należą do bardzo szczególnego gatunku
literackiego. Łączą one jego zainteresowanie historią (lubił wspominać,
że studiował w Warszawie, w szkole wielkiego historyka feudalizmu
Witolda Kuli) z pasją do fotografii. Na rzeczywistość, o której
opowiada, składa się wiele ujęć, wzbogaconych o obserwacje i wiadomości z
pierwszej ręki lub będące owocem licznych lektur. Uporządkowywał chaos
faktów w sekwencję wiele mówiących zdjęć, często tylko pozornie o
drugorzędnym znaczeniu.

Którejś niedzieli w Buenos Aires postanowiliśmy wyruszyć na
poszukiwanie miejsc, gdzie żył Gombrowicz. Każdy z nas notował w swoim
zeszyciku to, co widział. Wieczorem, w restauracji, kazał mi przeczytać
to, co zapisałem. Potem przeczytał mi swoje notatki: wydawało się, że
byliśmy w dwóch różnych miejscach. On zwrócił uwagę na stłuczoną butelkę
leżącą koło kałuży, na kulawego pieska, na okno w granatowych ramach, z
którego wychylała się dziewczyna w dziwnych różowych rękawiczkach…
Nie ufał swojej bezpośredniej intuicji, dlatego gromadził wszystko, z
wielkim szacunkiem dla osób, ale i dla rzeczy. Nadawał im sens,
przypisując im godność faktów (czyż nie to właśnie robią dwaj
bohaterowie „Kosmosu”?).

Światło, twarze i kurz

Kapuściński lubił też bardzo dyskutować o polityce. Na temat sytuacji
we Włoszech był zawsze doskonale poinformowany. Ale o jakimkolwiek
narodzie by się mówiło, wykazywał się nadzwyczajną rozległością lektur i
informacji. Potrafił na przykład wymienić premierów i ministrów
wszystkich krajów afrykańskich, zupełnie jak gdyby rozmawiał o
piłkarzach z drużyny swojego miasta. Za młodu wierzył szczerze w
rewolucyjny zryw ruchów antykolonialnych. Być może na początku lat 60.
znalazł w Trzecim Świecie lekarstwo na polskie rozczarowanie
Październikiem 1956 roku. Rozumiem taki mechanizm, ponieważ zadziałał on
też w wypadku mojego ojca, profesora historii współczesnej, partyzanta,
komunisty, który w tych samych latach dostrzegał w ruchach
wyzwoleńczych Afryki i Azji nadzieję, że ich polityczne utopie mają sens
mniej nędzny i opresywny niż rzeczywistość tak zwanego „realnego
socjalizmu”. Wkrótce jednak dla nich obu (pewnego razu poznałem ich z
sobą i polubili się w trakcie rozmowy prowadzonej w dziwacznej
hiszpańszczyźnie) rozczarowanie okazało się bolesne: po wypędzeniu potęg
kolonialnych, niemal wszędzie w Trzecim Świecie pojawiły się okrutne i
skorumpowane dyktatury. Kapuściński doskonale opisuje je w swoich
książkach. A jednak, pewien rodzaj wrażliwości (i odrobinę sceptycznej
sympatii) wobec rewolucji mu pozostał. Dzięki niej w czasie rewolucji
irańskiej, podróżując i rozmawiając z ludźmi, zdołał opisać to, czego
jego koledzy nie zauważyli. W „Szachinszachu” Kapuściński pokazuje jako
pierwszy, że Historia przybiera tam nową i dramatyczną postać, łącząc z
sobą religię i politykę.

W stylu tej książki, jak i w przypadku pozostałych, jeden aspekt rzuca
się w oczy: Kapuściński nigdy nie osądzał. Prywatnie tak, i również w
dyskusjach (chociaż z większą ostrożnością), ale w jego tekstach
widoczne pozostaje powstrzymywanie się od sądu, godne klasyka (Tytusa
Liwiusza lub Machiavellego). Kiedy mu o tym powiedziałem, sprawiłem mu
wielką przyjemność. Wyznał mi, że stanowiło to dla niego zawsze
imperatyw zawodowy. Nie należy wpływać na sąd czytelnika za pomocą
własnych opinii. Słyszałem, jak mówił do studentów pewnej szkoły koło
Turynu: „Dziennikarstwo nie jest środkiem politycznej propagandy, lecz
informacją i poszukiwaniem prawdy”.

Był człowiekiem bardzo niespokojnym: nie potrafił tkwić w jednym
miejscu. Po kilku dniach spędzonych w swoim domu, w Warszawie, znajdował
zawsze jakiś pretekst, żeby wyjechać. Zawsze myślałem, że jego żona
jest świętą osobą. Kiedy początkowo próbowaliśmy się do niego dodzwonić z
wydawnictwa, odpowiadała nam, że nie wie dokładnie, gdzie jest, i że
może zadzwoni do niej za kilka tygodni. Przepadał w świecie. Zresztą aby
pisać, potrzebował ruchu. I również ponaglania ze strony redaktorów.
Rozdziały jego książek są odcinkami reportażu.

W Afryce, jak wyjaśniał mi wielokrotnie, kochał przede wszystkim
światło, twarze ludzi, przestrzenie i – nigdy nie udało mi się
zrozumieć, dlaczego – kurz. Zwierzęta nie robiły na nim szczególnego
wrażenia (chyba że same go odnajdywały, jak na przykład wąż, który
dostał się do jego śpiwora). Na zdjęciach i w jego tekstach czuć wielki
szacunek, a także miłość. Tęsknił za Afryką, ale może tęsknił za swoją
niepowtarzalną i pełną przygód młodością.

***

Kiedy spotkałem go po raz ostatni, w październiku, w Rzymie,
korzystając z wolnego przedpołudnia poszliśmy na wystawę rysunków Paula
Klee. W całkowicie ciemnej sali snop światła padał na obraz
przedstawiający śmiesznego człowieczka utrzymującego równowagę za pomocą
długiej tyczki, na linie przeciągniętej między lekkimi rusztowaniami z
belek. Kapuściński przyglądał mu się w zachwycie i powiedział cicho:
„Umieram”. Na moje protesty i zwyczajowo wypowiadane w takich okazjach
zdania (jak na przykład „ależ przecież miewasz się świetnie”) odparł:
„Nie myślmy już o tym”.

Przełożyła Joanna Ugniewska

Francesco M. Cataluccio (ur. 1955) jest krytykiem, eseistą, tłumaczem
literatury polskiej (przetłumaczył na włoski m.in. prozę Schulza,
Herlinga-Grudzińskiego, Gombrowicza, Kapuścińskiego) i wydawcą. Ostatnio
opublikował „Niedojrzałość. Choroba naszych czasów” (Znak 2006).

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*