Fragmenty książki „Wojna futbolowa”.

Płonące bariery

Styczeń roku 1966. W Nigerii toczy się wojna domowa. Jestem korespondentem na tej wojnie. W pochmurny dzień wyjeżdżam z Lagos. Na rogatce patrole policji zatrzymują wszystkie wozy. Rewidują bagażniki, szukają broni. Prują worki z kukurydzą: może w tej kukurydzy jest amunicja?

Droga prowadzi teraz przez zielone okolice, płaskie wzgórza zarośnięte dusznym, gęstym buszem. Jest to droga laterytowa, o rdzawym kolorze, o złej, zdradliwej nawierzchni.

Te wzgórza, ta droga, wioski przy drodze, to kraj Jorubów zamieszkujących południowo-zachodnią Nigerię. Stanowią oni jedną czwartą ludności Nigerii. Niebo Jorubów pełne jest bogów, a ziemia – pełna królów. Największy bóg nazywa się Oduduwa i mieszka wysoko, wyżej niż gwiazdy, nawet wyżej niż słońce. Za to królowie mieszkają blisko ludzi. W każdym mieście jest król, w każdej wiosce. Jorubowie są z tego dumni – patrzą na świat z wyższością, bo żaden naród nie ma tylu królów co oni.

(W roku 1962 Jorubowie podzielili się na dwa obozy: ogromna większość należy do partii UPGA, znikoma mniejszość należy do partii NNDP. Partia mniejszości, dzięki fałszerstwom centralnego rządu Nigerii, zdobyła władzę w prowincji Jorubów. Rząd centralny wolał mieć w prowincji słabszą partię u władzy, ponieważ w ten sposób mógł łatwiej kontrolować Jorubów i temperować ich ambicje separatystyczne. W tej sytuacji partia ogromnej większości – UPGA – znalazła się w opozycji. Oszukana i rozżalona większość przystąpiła do walki. Jesienią roku 1965 odbyły się w prowincji Jorubów wybory. Było oczywiste, że zwyciężyła partia większości – UPGA. A jednak rząd centralny, lekceważąc wyniki wyborów i nastroje Jorubów, ogłosił zwycięstwo marionetkowej NNDP, która utworzyła swój rząd. Większościowcy, protestując przeciw oficjalnym wynikom wyborów, też utworzyli swój rząd. Jakiś czas istniały dwa rządy. Rząd większościowców osadzono w końcu w więzieniu. Wówczas UPGA rozpoczęła otwartą wojnę przeciw rządowi mniejszości.)

Więc mamy nieszczęście, mamy wojnę. Jest to niesprawiedliwa, brudna, chuligańska wojna, w której wszystkie metody są dozwolone, byle najszybciej powalić przeciwnika i zdobyć władzę. Ta wojna potrzebuje dużo ognia, więc ploną domy, płoną plantacje, na ulicach i drogach leżą zwęglone zwłoki.

Cała ziemia Jorubów stoi w płomieniach.

Jadę drogą, o której mówią, że biały tędy żywcem nie przejdzie. Jadę zobaczyć, czy nie przejdzie, bo muszę wszystkiego sam doświadczyć. Wiem, że człowiek odczuwa dreszcz, kiedy w lesie podejdzie blisko lwa. Podszedłem blisko lwa, żeby wiedzieć, jak to jest. Musiałem to poznać, a wiedziałem, że nikt mi tego nie opisze. Ja też nie potrafię tego opisać. Również nie potrafię opisać nocy na Saharze. Gwiazdy nad Saharą są ogromne. Takich gwiazd nie ma nigdzie na świecie. Kołyszą się nad piaskiem jak wielkie żyrandole. Światło tych gwiazd jest zielone. Nocą Sahara jest zielona jak mazowiecka łąka.

Może jeszcze zobaczę Saharę i zobaczę drogę, która mnie niosła przez kraj Jorubów. Tą drogą wjechałem na wzgórze, a kiedy zjeżdżałem ze szczytu, zobaczyłem w dole pierwszą płonącą barierę.

Było za późno, żeby się cofnąć.

Drogę blokowały płonące kłody drzew. Na środku drogi paliło się wielkie ognisko. Zwolniłem, a potem stanąłem, bo nie sposób było jechać dalej. Zobaczyłem kilkunastu młodych ludzi. Kilku miało strzelby, kilku trzymało noże, reszta uzbrojona była w maczety. Ubrani jednakowo: w niebieskie koszule z białymi rękawami. Były to kolory opozycji, kolory UPGA. Na głowach mieli czapki niebiesko-białe z napisem: UPGA. Do koszul przypięte fotografie chiefa Awolowo. Chief Awolowo to przywódca opozycji, partyjne bożyszcze.

Byłem w rękach aktywistów UPGA. Musieli się zdrowo napalić haszyszu, bo mieli w oczach nieprzytomność, obłęd. Byli mokrzy od potu, opętani, w amoku.

Teraz dopadli mnie i wyciągnęli z samochodu. Słyszałem ich wrzask: ?UPGA! UPGA!? Na tej drodze panowała UPGA. Moją władzą była teraz UPGA. Poczułem trzy końce noży przystawione do pleców i zobaczyłem kilka maczet (są to afrykańskie kosy) wymierzonych w moją głowę. Dwóch działaczy stało kilka kroków dalej celując do mnie ze strzelb, gdybym próbował uciekać. Stałem otoczony. Naokoło widziałem spocone twarze, rozlatane spojrzenia, widziałem noże i lufy.

Moje afrykańskie doświadczenie uczy mnie, że w takiej sytuacji najgorzej objawić moment załamania, najgorzej zrobić jakiś odruch samoobrony, bo to ich ośmieli, bo wyzwoli w nich nową falę agresji.

W Kongu przystawiali nam automaty do brzuchów. Nie wolno było drgnąć. Najważniejszy był bezruch. Żeby ten bezruch w sobie wyrobić, trzeba treningu i woli, bo wszystko w człowieku krzyczy, żeby uciekać albo skoczyć typowi na kark. Ale oni zawsze są w gromadzie i śmierć jest wtedy pewna. To jest taka chwila, w której on, Czarny, bada mnie, szuka we mnie słabego miejsca. On boi się uderzyć w moje twarde miejsce, bo w nim siedzi za dużo strachu przed Białym, i dlatego szuka mojego słabego miejsca. Chce mnie uderzyć i dlatego szuka we mnie słabości. Więc teraz ja z kolei muszę ukryć całą swoją słabość, muszę tę słabość gdzieś schować bardzo głęboko w sobie. To jest Afryka, ja jestem w Afryce. Oni nie wiedzą, że nie jestem ich wrogiem. Oni wiedzą, że jestem Biały, a jedyny Biały, jakiego znali, to kolonialista, przez którego zostali spodleni i teraz chcą mu za to przyłożyć.

Paradoks tej sytuacji: mam zginąć odpowiadając za kolonializm, mam zginąć za handlarzy niewolników, mam zginać za nahajkę białego plantatora, mam zginąć, ponieważ lady Lugard kazała nosić się w lektyce.

Ci na drodze chcieli forsy. Chcieli, żebym wstąpił do partii, żebym został członkiem UPGA i żebym za to zapłacił. Dałem im 5 szylingów. To było za mało, bo któryś palnął mnie z tyłu w głowę. Poczułem ból w czaszce. Za moment – znowu bomba w głowę. Po trzecim ciosie poczułem ogromne zmęczenie. Zmęczony i senny zapytałem, ile chcą forsy.

Chcieli pięć funtów.

Wszystko w Afryce drożeje. W Kongu żołnierze przyjmowali do partii za paczkę papierosów i jeden cios kolby. A tu już dostałem parę razy i jeszcze mam płacić 5 funtów. Widocznie zawahałem się, bo szef, który nadzorował całą akcję, krzyknął do aktywistów: ?Podpalcie samochód!?, a to był samochód nie mój, tylko naszego państwa, peugeot, który mnie nosił po Afryce. Na tego peugeota któryś chlusnął benzyną.

Zrozumiałem, że to był koniec dyskusji i że nie mam wyjścia. Dałem im 5 funtów. Zaczęli je sobie wydzierać.

Ale pozwolili jechać dalej. Dwóch chłopców odsunęło na bok płonące kłody. Rozejrzałem się dokoła siebie. Po obu stronach drogi, w lesie, była wioska i tłum z tej wioski przyglądał się temu, co się działo na drodze. Ludzie milczeli, ktoś w tłumie trzymał sztandar UPGA. Wszyscy mieli do koszul przypięte fotografie Chiefa Awolowo. Najbardziej podobały mi się dziewczęta. Nagie do pasa, miały wypisane na swoich pełnych piersiach nazwę partii: na prawej piersi – UP, na lewej – GA.

Ruszyłem w drogę.

Nie mogłem zawrócić: pozwalali jechać tylko naprzód. Więc jechałem dalej przez kraj walczący, tuman kurzu za mną. Ładny jest tutaj krajobraz, cały w mocnych kolorach, Afryka taka, jaką lubię. Cicho, pusto, czasem ptak jakiś poderwie się przed wozem. Tylko w głowie mi huczy jak w młynie. Ale pusta droga i samochód stopniowo przywracają spokój.

Teraz już znałem cenę: UPGA żądała ode mnie 5 funtów. Miałem już tylko 4,5 funta i jeszcze 50 kilometrów drogi. Minąłem wieś, która się paliła, pustą wieś, ludzie uciekli do buszu. Dwie kozy pasły się przy drodze, po drodze włóczył się dym.

Za wsią płonęła nowa bariera.

Aktywiści w mundurach UPGA, z nożami w ręku, kopali jakiegoś kierowcę, który nie chciał dać wpisowego. Obok stał człowiek, pobity, skrwawiony – też nie miał na składkę, Wszystko wyglądało jak przy pierwszej barierze. Przy tej drugiej barierze, zanim zdążyłem zgłosić chęć wstąpienia do UPGA, dostałem dwa straszne haki w brzuch i podarli mi koszulę. Przeszukali mi kieszenie i zabrali wszystkie pieniądze.

Czekałem, kiedy mnie spalą, bo UPGA dużo ludzi pali żywcem. Spalone trupy widziałem tu często. Szef operacji przy tej barierze zdzielił mnie pięchą w twarz, w ustach poczułem ciepłą słodycz. Potem oblał mnie benzolem, bo tu palą ludzi w benzolu, który zapewnia spalenie doszczętne.

Poczułem zwierzęcy strach, strach, który mnie poraził, jak paraliż, stałem jak wbity w ziemię, jak zakopany w ziemi po szyję. Czułem, że oblewa mnie pot, ale pod skórą czułem takie zimno, jakbym stał nagi na wielkim mrozie.

Chciałem żyć, ale życie mnie opuściło. Chciałem żyć, ale nie umiałem obronić życia. Moje życie będzie ginąć w nieludzkim bólu, będzie odchodzić w płomieniach.

Czego ode mnie chcieli? Przystawili mi noże do oczu. Przystawili mi nóż do serca. Szef operacji upychał forsę w kieszeni i ryczał do mnie, ział na mnie schlany piwem: ?Power! UPGA must get power! We want power! UPGA is power P (?Władzy! UPGA musi zdobyć władzę! My chcemy władzy! UPGA – to władza!?). Był rozdygotany, ponosiła go namiętność do władzy, szalał za władzą, samo słowo władza wprawiało go w ekstazę, w najwyższe upojenie. Miał twarz zalaną potem, żyły na skroniach, oczy nabiegłe krwią, szaleństwem. Był szczęśliwy, zaczął się śmiać z radości. Wszyscy zaczęli się śmiać. Ten śmiech mnie uratował.

Kazali mi jechać.

Tłumek przy barierze wołał ?UPGA!? i podnosił w górę ręce rozstawiając dwa palce w kształcie litery V: zwycięstwo UPGA na wszystkich frontach.

Jakieś cztery kilometry dalej płonęła trzecia bariera. Droga tu była prosta i już z daleka widziałem dym, a potem ogień i aktywistów. Nie mogłem zawrócić: z tyłu miałem dwie bariery. Mogłem tylko jechać naprzód. Byłem w potrzasku, wpadałem z jednej pułapki w drugą. Ale teraz nie miałem już pieniędzy na wykup i wiedziałem, że jeśli nie dam składki, spalą samochód. Nade wszystko nie chciałem być bity. Byłem zdemolowany, miałem koszulę w strzępach i cuchnąłem benzolem.

Zostało mi jedno wyjście – wziąć barierę rozpędem. Było to ryzyko, bo mogłem rozwalić wóz albo wóz mógł się spalić. Ale nie miałem wyboru.

Wcisnąłem gaz do dechy. Barierę była o kilometr. Strzałka szybkościomierza skoczyła naprzód, 110 – 120 – 140. Wóz dygotał, chwyciłem mocniej kierownicę. Przygniotłem klakson. Zobaczyłem, już blisko, ogień w poprzek całej drogi. Aktywiści wymachiwali nożami, żebym stanął. Zobaczyłem, że dwaj z nich zamachnęli się w samochód butelkami z benzyną, i przez sekundę pomyślałem – no to koniec – teraz to koniec – ale nie było odwrotu. Już nie było odwro…

Runąłem w ogień, wóz skoczył, pod spodem załomotała blacha, w szybę sypnęło iskrami. I nagle – bariera, ogień, krzyki były za mną. Butelki nie dosięgły mnie. Noże mnie nie dosięgły. Gnany przerażeniem przejechałem jeszcze kilometr, a potem stanąłem, aby zobaczyć, czy nie pali się wóz. Nie palił się. Byłem cały mokry. Odeszły mnie siły, byłem niezdolny do walki, byłem odsłonięty, bezbronny. Siedziałem na piachu, mdliło mnie. Naokoło wszystko było obce. Niebo i drzewa obce. Obce wzgórza i pola manioku. Nie mogłem dłużej tu zostać, więc pojechałem, dotarłem do miasteczka, które nazywa się Idiroko. Przy wjeździe stał posterunek policji, tam się zatrzymałem. Policjanci siedzieli na ławce. Dali mi się obmyć i ogarnąć.

Chciałem wrócić do Lagos, ale nie mogłem wrócić sam. Komendant zaczął organizować eskortę. Ale policjanci bali się jechać w pojedynkę. Trzeba było gdzieś pożyczyć wóz, więc komendant poszedł do miasteczka. Siedziałem na ławce i czytałem ?Nigerian Tribune? – gazetę UPGA. Cała gazeta poświęcona była działalności partii oraz metodom, jakimi partia walczy o władzę. ?W dalszym ciągu – czytałem – trwa nasza gniewna walka. M.in. nasi aktywiści spalili żywcem ośmioletnią uczennicę Janet Bosede Ojo z Ikere. Ojciec dziewczynki głosował na NNDP?. Czytałem dalej: ?W Ilesha został żywcem spalony farmer Alek Aleke. Grupa aktywistów zastosowała wobec niego metodę (, metoda zwana też tutaj <świecami UPGA>). Farmer wracał na swoje pole, kiedy aktywiści schwytali go i kazali mu rozebrać się do naga. Farmer rozebrał się, padł na kolana i błagał o litość. W tej pozycji został spryskany benzolem i spalony?. Cała gazeta była pełna takich doniesień. UPGA walczyła o władzę, płomień tej walki pochłaniał ludzi.

Komendant wrócił, ale bez samochodu. Wyznaczył trzech policjantów, którzy pojechali w moim wozie. Bali się jechać. W końcu wsiedli, wystawili karabiny przez okna i tak jechaliśmy jak w pancernym wozie. Przy pierwszej barierze dopalał się ogień, ale nie było już nikogo. Przy dwóch dalszych barierach praca szła na całego, ale widząc policję aktywiści nas przepuszczali. Policjanci nie pozwolili za nic zatrzymać wozu – nie chcieli zadzierać z aktywem. Rozumiałem ich – oni tu mieszkają i chcą żyć. Dzisiaj mieli karabiny, ale normalnie policja chodzi tu bez broni. Wielu policjantów zginęło w okolicy.

O zmierzchu byliśmy w Lagos. 1966 Ryszard Kapuściński

Mieli nas rozstrzelać.

Usumbura (Usumbura: obecnie Budjumbura. Stolica republiki Burundi. Wówczas terytorium pod kontrolę Belgii).

Teraz zaczęło się najgorsze. O tym, co wyprawiali z nami w Usumburze, pisał później ?Le Monde? i inne gazety na świecie. Na płycie lotniska oczekiwali nas belgijscy spadochroniarze. Gdyby to byli żołnierze z Belgii, myślę, że traktowaliby nas kulturalnie i po ludzku. Ale oddziały stacjonujące w Usumburze były uformowane z kongijskich kolonów – drapieżnych, brutalnych i prymitywnych. W ogóle nie traktowali nas jako dziennikarzy, tylko agentów Lumumby, i triumfowali, że wpadliśmy im w ręce.

– Paszporty i wizy! – powiedział ostro podoficer. Oczywiście, nie mieliśmy wiz. – Aha, nie macie! – ucieszył się – no to zobaczycie!

Zaczęło się od kompletnej, zegarmistrzowsko drobiazgowej rewizji. Wywalili cały nasz bagaż na ziemię, całą żałosną zawartość walizek, bo co wozi reporter po świecie? Kilka brudnych koszul i trochę wycinków z gazet, szczoteczkę do zębów i maszynę do pisania. Dalej nastąpiła rewizja osobista, ze szczególnym obmacywaniem wszelkich szwów i zaszewek, mankietów, kołnierzyków, pasków i podeszew. A wszystko z popychaniem, poszturchiwaniem, poganianiem, pod nos podsuwaniem. Zabrali nam wszystko łącznie z dokumentami i pieniędzmi. Zostaliśmy w koszulach, spodniach i w butach.

Budynek dworca lotniczego miał część centralną i dwa skrzydła. Zaprowadzili nas do pomieszczenia na końcu jednego z trzech skrzydeł i tam nas zamknęli. Było to na parterze. Pod oknem postawili spadochroniarza na warcie. Myślę, że w normalnych czasach nasza cela służyła jako przechowalnia krzeseł, ponieważ jedynymi przedmiotami w tym pomieszczeniu były metalowe krzesła. Tam właśnie spraktykowałem, że krzesła są najbardziej ryzykownym legowiskiem do spania, gdyż poruszenia ciała w czasie snu powodują rozsuwanie się krzeseł i człowiek spada na podłogę (w tym wypadku betonową) doznając różnych i dolegliwych obrażeń ciota. Z kolei przewaga krzeseł nad betonem polega na tym, że na krzesłach jest cieplej i nie ciągnie wilgocią – no, słowem, każdy musi wybrać, co bardziej mu odpowiada, albo dygotać z zimna na betonie, albo rozcierać kości potłuczone w czasie nocnych upadków.

Po raz pierwszy siedziałem w ciupie (właściwie po raz drugi – pierwszy raz w Kabulu, kilka lat wcześniej) i muszę powiedzieć, że jest to naprawdę przykre. Szczególnie przykry jest początek, moment przejścia od formy wolnej do niewolniczej, odgłos zamykających się drzwi. Wiele myśli przychodzi wtedy do głowy. Na przykład już po kilku godzinach zacząłem rozważać problem – gdzie lepiej siedzieć: w ojczyźnie czy na obczyźnie? Logiczna odpowiedź brzmiałaby – gdzie mniej biją. Ale jeźli porównać dwa więzienia bez bicia, lepiej jednak siedzieć w ojczyźnie. Tu mogą odwiedzić nas najbliżsi, możemy pisać listy, otrzymywać paczki i liczyć na amnestię. Nic takiego nie oczekiwało nas w Usumburze. Byliśmy całkowicie odcięci od świata. Spadochroniarze czuli się zupełnie bezkarni, mogli nas zgładzić, a nikt nie dowiedziałby się, gdzie i w jaki sposób zeszliśmy ze świata. Po prostu zniknęliśmy ze Stanleyville.

Tymczasem zaczęło się śledztwo. Śledztwo prowadzili cywile, chyba kolonowie ze Stanleyville, bo znali miasto na wylot. Oczywiście nie dawali wiary, że jesteśmy dziennikarzami. Na całym świecie policja nie wierzy, że taki zawód w ogóle istnieje, i czasem nie wierzy słusznie, bo środowisko korespondentów zagranicznych jest infiltrowane przez najróżniejsze męty. Mało mieliśmy jednak do powiedzenia i ostatecznie przestali zamęczać nas swoimi pytaniami. Spadochroniarze, którzy nas pilnowali, zmieniali się dwa razy na dobę, o dziewiątej rano i dziewiątej wieczorem. Ten, który przyjeżdżał na nocną wartę, przywoził nam posiłek. Dostawaliśmy jedzenie raz dziennie, właśnie wieczorem – butelkę piwa na trzech i po małym kawałku mięsa. Ten, który obejmował dzienną wartę, zaczynał od tego, że kolejno wyprowadzał każdego do ubikacji, bo tam, gdzie trzymali nas, nie było kibla. W nagłych wypadkach trzeba było zwracać się o specjalne pozwolenie, ale było ono udzielane z niechęcią.

Nie pozwalali nam umyć się, co w warunkach tropiku jest formą tortury, gdyż po krótkim czasie spocona skóra bardzo swędzi i boli. W tych dniach najbardziej cierpiał Jarda, któremu odnowiła się astma. Oddychał z trudem, dusiły go ataki kaszlu. Nie było mowy o lekarzu.

Przez nasze okno widok był następujący: na pierwszym planie hełm i ramiona spadochroniarza, na drugim – równina schodząca do jeziora, na trzecim – zamykające horyzont góry. Czasem widzieliśmy lądujące i startujące samoloty.

Dni upływały w nużącej monotonii i bezdziejstwie. Mieliśmy czas zastanowić się nad naszym położeniem. Punkt pierwszy – spadochroniarze mogą zrobić z nami, co zapragną. Utopią nas w jeziorze, nikt nie będzie wiedział, (Wszystko to dzieje się w czasach ostrej i bezwzględnej walki, w której mordowano, nie patrząc na nic, ludzi du,żo od nas ważniejszych). Po drugie – jesteśmy w sytuacji bohaterów Kafki: oskarżono nas, ale nie możemy dochodzić swoich praw. Nie wolno nam z nikim porozumieć się, nikogo zawiadomić. Nie wiemy, co nas czeka, co zamierzają z nami zrobić. Spadochroniarze milczą. Nie pojawia się żaden przedstawiciel wyższych władz.

Pewnego wieczora objął wartę nowy spadochroniarz, zupełnie inny od poprzednich. Zaczął z nami rozmawiać z chciał, żebyśmy kupili od niego zęby hipopotama. Ale nie mieliśmy pieniędzy, które zabrano nam w czasie rewizji, więc skończyło się na obietnicy, że jeśli wyjdziemy na wolność i zwrócą nam forsę, kupimy zęby.

Ten spadochroniarz bardzo nam pomógł, a mianowicie – było popołudnie (wartę pełnił inny, nieprzystępny spadochroniarz), kiedy do naszego okna zbliżył się Afrykańczyk, wysoki, postawny Tutsi o poważnej, inteligentnej twarzy i szybko – nim wartownik zdążył go odpędzić – powiedział, że podsłuchał rozmowę oficerów, którzy mówili w barze na lotnisku (gdzie ten Tutsi pracował), iż jutro mają nas rozstrzelać. Wartownik dobiegł do okna i po sekundzie ten człowiek zniknął nam z oczu.

To, co piszę, nie jest książką, lecz tylko planem (a plan to nawet mniej niż skrót, szkic) nie istniejącej książki, więc nie ma tu miejsca na opis przeżyć, jakich doznaje człowiek, któremu wysoki i poważny Tutsi powtórzył rozmową oficerów w barze na lotnisku. Niemal momentalnie ogarnia go stan przygnębiającej pustki, zapaści, otępiającego bezwładu, jakby znalazł się pod działaniem narkozy albo silnej dawki leków odurzających. Stan ten pogłębia jeszcze poczucie zupełnej bezsilności, świadomość, że niczego nie można zmienić, niczemu przeciwdziałać. Raptem z mięśni odpływają wszystkie siły, brakuje energii nawet na podniesienie krzyku, walenie pięściami w ścianę, bicie głową w podłogę. Nie, ciało nie jest już nasze, jest to obca materia, którą musimy jeszcze dźwigać, zanim ktoś uwolni nas od tego męczącego ciężaru. Robi się duszno i tę duszność odczuwa się najdotkliwiej, niejako najbardziej namacalnie. Siedzieliśmy z Duszanem nie patrząc na siebie, nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Jarda leżał na przęsłach spocony, wymęczony atakiem astmy.

Bezsenna noc.

Jeszcze nocą zaczął padać deszcz. Kiedy rozwidniło się, deszcz padał nadal, było pochmurno, wilgotno, nad jeziorem leżała mgła. O świcie z tego deszczu i mgły wyłonił się samolot, który zatrzymał się na bocznym pasze, niedaleko nas. Było to niepojęte, ponieważ wszystkie samoloty (zresztą rzadko tu lądujące) zatrzymywały się po przeciwnej strome lotniska, daleko, a ten jeden, może ze względu na złe warunki lądowania, usiadł właśnie po naszej stronie, gdzie było mniej mgły (ta część lotniska znajdowała się najdalej od jeziora). Dwaj biali piloci poszli zaraz do głównego budynku dworca, ale przy samolocie kręciło się kilku czarnych stewardów. Zaczęliśmy ich przywoływać i machać rękami. Mogliśmy to robić, ponieważ nocną wartę pełnił poczciwy spadochroniarz z zębami hipopotama, nasz facet, który chciał zwyczajnie zarobić i żyć, czyli po prostu człowiek (wtedy przekonałem się, że ci, których można rozmiękczyć jakimś groszem, są często bardziej ludzcy niż nieprzekupni formaliści), więc kiedy zobaczył, że chcemy pogadać ze stewardami, wyniósł się na drugą stronę budynku.

Podszedł jeden steward i Jarda spytał go, dokąd lecą. Odparł, że do Leopoldville. Wtedy Jarda powiedział mu krótko o naszej sytuacji i że mamy policzone godziny życia, i że my go błagamy (biały, który błaga czarnego, to była w tamtych latach rzecz szokująca), aby zaraz po przylocie do Leopoldville zawiadomił miejscową kwaterę Narodów Zjednoczonych, że my tu jesteśmy w więzieniu i żeby zawiadomili cały świat, bo wtedy spadochroniarze nie ośmielą się zabić nas, i żeby przysłali wojsko, które nas odbije. Czarny patrząc na nas musiał widzieć ramę okna, w tej ramie – kratę, a za kratą trzy białe twarze, strasznie brudne, nie ogolone, wymęczone, z tym że twarz Jardy była okrągła i pełna, a Duszona i moja – chude.

– Ok – powiedział – ja spróbuję to zrobić.

Dopiero teraz zaczęły się godziny tortur. Steward wrzucił do naszej celi okruch nadziei i to wystarczyło, aby wyrwać nas ze stanu wewnętrznego paraliżu, obezwładniającej depresji. Ten rodzaj samoogluszenia jest psychobiologicznym mechanizmem obrony przed obłędem. Ale wystarczy jeden błysk światła w ciemnościach, aby ci, którzy bezwolnie i apatycznie pogrążali się w zapaść oczekując tylko, kiedy uderzą w dno, zerwali się do nowej wspinaczki. Szczęśliwy przypadek przerwał ich spadanie w śmierć, wracają do życia. To, co za nimi zostało, to obszar pustki, której nie sposób określić, ponieważ nie ma odniesień, kształtów ani znaków, a której istnienie – podobnie jak w wypadku bariery dźwięku – odczuwamy dopiero w momencie, kiedy się do niej zbliżymy. Wystarczy odsunąć się od tej pustki na krok, aby zniknęła. Ale myślę, że ktoś, kto przez nią przeszedł, nigdy nie będzie już tym samym człowiekiem, co przedtem. Pozostanie mu skaza psychiczna, stwardniała zgorzel, której obecność będą wyczuwać inni bardziej niż on sam, po jakimś czasie uświadomią sobie, że coś jest w tym człowieku wypalone, czegoś w nim już nie ma. Za każde spotkanie ze śmiercią płaci się, o tym wiedzą ci, którzy to przeszli.

Patrzyliśmy, jak odlatuje samolot, a potem zaczęliśmy gorączkowo krążyć między krzesłami, rozmawiać i spierać się (przez całe popołudnie, wieczór i noc w celi panowało milczenie). Czy steward rzeczywiście zawiadomi Narody Zjednoczone? A jeżeli tak, to na kogo tam trafi? Na kogoś, kto przejmie się i zacznie działać, czy na typa, który machnie ręką i nie zrobi nic? A nawet jeżeli zacznie działać, czy zdążą nas uwolnić? Zakładając, że akcja rozwinie się po naszej myśli musi upłynąć co najmniej pół dnia, nim steward doleci do Leopoldville, porozumie się z kwaterą, a tamci zawiadomią kzwterę w Usumburze. A zanim coś stanie się, spadochroniarze mogą sto razy wywieźć nas i zlikwidować albo oddać w ręce najemników Mullera.

Widać nerwy, wojna nerwów, gorączka i wzburzenie, ale to wszystko wewnętrznie, w nas, bo na zewnątrz, za oknem, ciągle to, co zawsze: hełm z ramiona spadochroniarza, dalej – równina, jezioro (Tanganika), góry. I dzisiaj na dodatek deszcz.

Po południu przed oknem zawył silnik samochodu, zgrzytnęły hamulce i odezwały się głosy ludzi mówiących w nie znanym mi języku. Przywarliśmy do krat. Koło budynku stal jeep z flagą Narodów Zjednoczonych, z którego wysiedli czterej ciemnoskórzy żołnierze w błękitnych hełmach. Byli to Etiopczycy z gwardii cesarza Hajle Sellasje. Stanowili część kontyngentu wojsk Narodów Zjednoczonych w Kongu. Teraz oni wystawili swoją wartę obok warty spadochroniarzy.

Nie mam pojęcia, jak nazywał się ten Kongijczyk, który uratował nam życie. Nigdy go później nie spotkałem. Był człowiekiem, to wszystko, co o nim wiem,

Tego, który pracując w kwaterze Narodów Zjednoczonych w Leopoldville uratował nam życie, nie tylko nie znam z nazwiska, ale nawet nie widziałem w oczy. Na świecie jest dużo świństw, ale istnieje także coś takiego jak uczciwość i inne ludzkie uczucia.

Trudno mi powiedzieć, czy były o nas jakieś targi między Etiopczykami i spadochroniarzami. Jedni i drudzy nie lubili się, robili sobie na złość. Toczyła się między nimi walka prestiżowa o to, kto rządzi Kongiem.

Następnego dnia rano odlecieliśmy samolotem linii Sabair przez Fort Lamy, Maltę – do Rzymu. W wielkiej szklanej bryle, jaką jest lotnisko Fiumicino, paradował wspaniały i – dla nas w tym momencie – niezwykle egzotyczny świat zadowolonej, sytej i spokojnej Europy, świat modnie ubranych dziewczyn, eleganckich panów udających się na międzynarodową konferencję, podnieconych turystów, którzy przylecieli zobaczyć Forum Romanum, bardzo zadbanych pan, młodych par odlatujących na plaże Majorki i Las Palmas, więc kiedy ten niebywały Świat przepływał przed nami (a byliśmy trójką strasznie wyglądających facetów, brudnych, śmierdzących, nie ogolonych, w okropnych koszulach i parcianych spodniach, w czasie kiedy panowała chłodna wiosna i wszyscy chodzili w płaszczach, swetrach i ciepłych ubraniach), poczułem nagle – i przeraziłem się tą myślą – że prawem smutnego, a nawet potwornego paradoksu byłem bardziej zadomowiony tam, w Stanleyville i w Usumhurze, niż w tym mijającym mnie teraz tłumie.

A może po prostu poczułem się samotny.

Policjanci patrzyli na nas podejrzliwie i nie można się im dziwić. Nie mogliśmy jechać do miasta, bo nie mieliśmy wiz. Policja zadzwoniła do naszych ambasad, które poszukiwały już nas po całym świecie. Na lotnisko przyjechali ambasadorzy, ale był już późny wieczór i musieliśmy tu nocować, gdyż dopiero nazajutrz mogli załatwić nam wizy.

Wróciłem do Warszawy. Miałem przygotować notatkę o tym, co widziałem w Kongu. Opisałem walkę, rozpad, klęskę. Wtedy wezwał mnie pewien towarzysz z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. – Co wyście wypisali! – oburzył się. – Rewolucję nazywacie anarchią! Uważacie, że Gizenga odejdzie, a Mobutu wygra! To szkodliwe teorie! – Jedźcie tam – odparłem zmęczonym głosem, bo jeszcze czułem w kościach Stanleyville i Usumburę. – Jedźcie i zobaczcie sami. I życzę wam, żebyście wrócili żywi. – Trudno – powiedział na zakończenie rozmowy ten towarzysz – ale nie możecie jeździć za granicę jako dziennikarz, bo nie rozumiecie procesów marksistowsko-leninowskich zachodzących w tamtym świecie. – Ok – zgodziłem się – tu też mam o czym pisać.

Znowu pracowałem w ?Polityce”, jeździłem po kraju, drukowałem reportaże. W Kongu stało się tak, jak musiało stać się, co zresztą było oczywiste dla każdego, kto tam był. W kilka miesięcy później dostałem propozycję wyjazdu na kilka lat do Afryki. Miałem być pierwszym stałym polskim korespondentem w czarnej Afryce i założyć tam placówkę PAP. Na początku roku 1962 wyjechałem do Dar es-Salaam. Ryszard Kapuściński, ?Wojna futbolowa?

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*