Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Fragmenty książki „Lapidarium V”

Zawsze zwracałem się ku innym widnokręgom, zawsze starałem się wiedzieć, co dzieje się gdzie indziej. Emil Cioran

„58-letni bezdomny mieszkaniec Leszna, który ukradł swojemu znajomemu 8 tys. marek, a następnie rozdał część innym bezdomnym, stanie przed sądem. Akt oskarżenia w tej sprawie skierowała do sądu prokuratura rejonowa. Bezdomny „Janosik” rozdał 2 tys. marek swoim współtowarzyszom z noclegowni dla bezdomnych w Lesznie, za pozostałe pieniądze wyjechał w podróż po Polsce. Przez kilkanaście dni podróżował. Na dworcach kolejowych w Poznaniu, we Wrocławiu i Kaliszu kupował ludziom bezdomnym jedzenie i rozdawał ukradzione pieniądze. Zgłosił się na policję sam po tym, jak z prasy dowiedział się, że okradziony przez niego znajomy umarł na zawał serca”. („Gazeta Wyborcza”, 6 kwietnia 2000).

Toż to gotowy scenariusz filmowy! Ale czy wszystko nie jest gotowym scenariuszem filmowym?

Niedziela, 4 marca 2001

Meksyk. Jedziemy na śniadanie do pięknej dzielnicy – San Angel. Restauracja w stylu kolonialnym – mury z czerwonego tufu, łuki z jasnego piaskowca, z tego samego kamienia wysokie, zdobne portale. Lokal nazywa się Fondo de Santa Clara i jest miejscem porannych spotkań tych, którzy mają dużo pieniędzy. Po drodze mija się już czynne (zresztą otwarte całą dobę) ogromne, pyszne, przeobfite rynki kwiatów. Pełno róż, goździków, azalii i petunii, góry zieleni, bukietów i wiązanek. Sama restauracja też tonie w kwiatach i na szczęście – w cieniu, bo mimo iż to ranek, już jest upalnie, już słońce dopieka.

Śniadanie meksykańskie: jugo de naranja, tacos al pastor, galletas, cafecito (ale możliwa jest kombinacja dziesiątka innych soków, mięs, jarzyn, owoców, przypraw i ciast). Na wielkich stołach wznoszą się piramidy wszelkiego jadła, stoją dzbany pełne napojów, a w glinianych misach spoczywa, zanurzony w lodzie, pokraczny świat frutti di mare. Kelnerzy na miejscu wyciskają ze świeżych owoców soki, tną długimi nożami meksykańską odmianę prosciuto, smażą jajecznice i omlety.

Potem samochodem na Plaza San Jacinto, na Calle del Arbou, wszystko to w kolonialnej dzielnicy willowej, luksusowej, zacisznej, wzdłuż ulicy: wysokie, kamienne mury, za którymi – tego możemy się tylko domyślać, bo na zewnątrz nie widać nic – ogrody, drzewa, kwietniki, fontanny i sadzawki, półcień, chłód i cisza.

Dalej, następna urocza i zamożna dzielnica – Chimalistac, a za nią inna – Coyoacan – tu stoi dom, ostatni dom Octavio Paza. Kiedy przejeżdża się samochodem, kierowca wyłącza silnik: w tak ważnym miejscu wypada zachować ciszę.

lato 2001

Nocnym pociągiem z Moskwy do Rygi. W dwuosobowym przedziale wagonu sypialnego siedział naprzeciw mnie starszy, niski, barczysty mężczyzna. Po kwadransie rozmowy sięgnął do brązowej, ceratowej torby i wyjął z niej słoik z ogórkami, bochenek razowego chleba i butelkę wódki. Pokroił chleb, podzielił ogórki, nalał mnie i sobie po pół szklanki.

– No! – powiedział zapraszająco i podniósł szklankę. Wypiliśmy. Jego twarz wyrażała teraz ulgę i zadowolenie. Przedstawił się: – Siergiej Iwanowicz Sielajew, pułkownik w stanie spoczynku, Bohater Związku Radzieckiego.

Powiedziałem mu, jak się nazywam. Zaczął mnie wypytywać o Polskę, o Warszawę. W jakimś momencie wspomniałem, że urodziłem się w Pińsku, na Polesiu.

– A, Polesie! – ożywił się Sielajew. – Tak, to było tam, na Prypeci. Szliśmy ofensywą na zachód. Byłem prostym szeregowcem. Nasz batalion miał przeprawić się przez Prypeć, ale na przeciwnym brzegu Niemcy okopali się głęboko, mieli silne fortyfikacje, czuliśmy, że będą bronić się do ostatka. Była wczesna wiosna, rzeka rozlała szeroko, wyglądała jak morze.

Kończyła się noc, kiedy ruszyliśmy na pontonach. Płynęliśmy cicho, żeby ich zaskoczyć, ale kiedy znaleźliśmy się w połowie rzeki, na niebie pojawiły się rakiety. Zrobiło się jasno. – Czort, pomyślałem, to koniec! Niemcy otworzyli ogień, spadła na nas lawina pocisków, usłyszałem krzyki. Ludzie skakali do wody. Ale nasz ponton płynął dalej, aż dobiliśmy do gęstych szuwarów. Weszliśmy między porosty, nogi grzęzły w ciężkim, lodowatym błocie. Człowiek myśli wtedy, żeby tylko dojść do celu, ale co jest celem – nie wiadomo. Niemcy? Twardy grunt? Schowek, żeby nie trafili? Wszystko było celem.

Niemcy jakby z ziemi wyrośli. Szli na nas. Strach, przerażenie, ale trzeba iść do przodu, nie ma wyboru. Tu Niemcy, ale z tyłu wrzeszczy lejtnant, kto zacznie się cofać – zastrzeli. W końcu widać sam musiał dostać, bo jakoś mi zniknął i więcej go nie widziałem. Rano przyszła ulewa. Padało do wieczora. Cały byłem umazany w błocie, musiałem wyglądać jak diabeł, ale już nie myślałem o niczym, bo Niemcy uderzyli ponownie i zaczęli spychać nas do rzeki. Znowu pomyślałem – koniec, bo w wodzie człowiek ledwie się rusza, łatwo go ustrzelić. Ale nie mogliśmy utrzymać pozycji. Ja też zacząłem uciekać w stronę rzeki. Nagle poczułem straszny ból w nodze, bo wpadłem do głębokiego wykrotu i stopa ugrzęzła mi między grubymi korzeniami. Próbowałem wyszarpać ją, ale nie mogłem, za każdym poruszeniem bolało jeszcze bardziej.

Poczułem się jak zwierzę złapane w potrzasku. Leżałem nie wiedząc, co robić. Czekałem, aż Niemcy nadejdą i dobiją mnie w tym dole. Cały dzień przeszedł w męczarniach, w głodzie i w strachu. Przyszła noc. Jakoś podważając karabinem jeden z korzeni uwolniłem nogę, ale nawet nie próbowałem wydostać się z wykrotu, bo nie wiedziałem, gdzie jestem, dokąd pójść. Byłem głodny i trzęsłem się z zimna. W końcu nie wiem jak, ale zasnąłem.

Nad ranem obudziła mnie straszliwa kanonada. Zaczęło się piekło! Wyją pociski, pękają granaty. Gdzieś daleko słychać krzyki. Potem coraz bliżej i bliżej.

Słyszę, że to nasi, nasi idą! Myślałem, że oszaleję z radości, zacząłem wydostawać się z dołu.

No, a potem było tak: front poszedł do przodu, na zachód. Mnie wzięli do szpitala polowego, ale zaraz przyjechała podwoda i zawieźli mnie do sztabu dywizji. – Brawo, Sierioża – mówi szef sztabu, pułkownik był, Leonid Maksymowicz. – Ocaliliście honor dywizji. Natarcie musiało się cofnąć, ale wy jeden nie cofnęliście się, zostaliście na miejscu, broniąc w pojedynkę zdobytego przyczółku. Za to dostaliście pochwałę dowództwa frontu. Teraz występują o wasze odznaczenie. – I patrzeć, a z Moskwy przychodzi rozkaz: nadać tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.

Siergiej Iwanowicz spojrzał na mnie. W tym spojrzeniu mieszało się wszystko. I duma z powodu tak wysokiego odznaczenia, i radość, że przeżył wojnę. Ale był w tych oczach także pewien chłopięcy, szelmowski błysk, jakiś odblask triumfującej chytrości kogoś, komu z powodu czystego przypadku i przedziwnego zbiegu okoliczności nagle udało się wejść w posiadanie tylu dobrodziejstw naraz. Bo jako Bohater Związku Radzieckiego dostał od razu stopień oficera, darmowe mieszkanie w Moskwie, wstęp do sklepów o najlepszym zaopatrzeniu, bezpłatny bilet na wszystkie pociągi i autobusy, a także co roku darmowy pobyt w wybranym przez siebie sanatorium. Teraz też, Siergiej Iwanowicz jechał do uzdrowiska w Jurmali, koło Rygi, leczyć reumatyzm, jakiego, jest pewien, nabawił się w owym wykrocie nad Prypecią, do którego pięćdziesiąt lat temu wpadł pechowo, ale i zarazem jakże szczęśliwie!

30 sierpnia 2001

Tingatinga. Musiałem go spotkać w Dar es-Salaam na początku lat sześćdziesiątych, kiedy tam mieszkałem. W katalogu wystawy jego malarstwa – którą właśnie zwiedzam w Muzeum Etnograficznym w Warszawie – mówi się, że Tingatinga, urodzony w 1932 roku na południu Tanzanii, był w latach sześćdziesiątych ulicznym handlarzem jarzyn w Dar es-Salaam i że w roku 1972 został zabity przez patrol policji, która goniła jakiegoś złodzieja i strzelając do uciekającego przestępcy zabiła przypadkowo Tingatingę. Łatwo mogę wyobrazić sobie tę sytuację, ponieważ byłem świadkiem kilku podobnych scen. Działy się one w rejonie głównej ulicy Dar es-Salaam, która wówczas nazywała się Independence Avenue, a dziś – Eduardo Mondlane. Było to miejsce tłoczne i hałaśliwe, pełne przechodniów, którzy przeciskali się między rzędami straganów, opędzając się przed tłumem ulicznych handlarzy obładowanych wszelką tandetną galanterią, elektronicznymi gadżetami i spożywczą taniochą.

Zmorą Independence Avenue były tabuny złodziei kieszonkowych – młodych i zwinnych chłopców, którzy pojawiali się jak błyskawica, zrywali i wyrywali, co kto miał z przechodniów – torebki, teczki, portmonetki, zegarki, łańcuszki i bransoletki, a nawet kolczyki i pierścionki, po czym momentalnie znikali, zapadali się pod ziemię. W trakcie takiego natarcia ofiary podnosiły krzyk, lament, wrzeszczały, jakby je odzierano ze skóry. Robiło się zamieszanie, ludzie biegali we wszystkie strony, ulicę ogarniała panika. Jeżeli w pobliżu był patrol policji, zaczynał się pościg za złodziejami. Schwytanego złodzieja policjanci, na miejscu, na ulicy, bili straszliwie drewnianymi pałkami, łomot tłuczonego ciała działał na zgromadzonych gapiów podniecająco, tłum domagał się od katów, żeby walili mocniej, żądał tortur, żądał śmierci, chciał trupa. Ale czasem zwinne złodziejaszki zaczynały się wymykać, wówczas policjanci otwierali ogień, trafiając, jakże często, w zupełnie przypadkowych ludzi. W takiej właśnie sytuacji zabili Tingatingę, kiedy stał za ulicznym wózkiem z jarzynami i owocami, którymi od lat handlował.

Tingatinga był wielkim talentem malarskim – afrykańskim Celnikiem Rousseau, Pirosmaniszwilim, Ociepką. Malował kolorowy, bujny, wibrujący świat Afryki. Na jego obrazach pełno stylizowanych zwierząt – słoni, lwów i krokodyli, pełno ptaków, mnóstwo drzew. Są tu i czarownicy oraz ich niezliczone skarby – skórki wężów, wysuszone jaszczurki, utarte zioła, tajemnicze kamyki.

Źródło: http://czytelnia.onet.pl