Fragmenty książki „Kirgiz schodzi z konia”

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Reportaż z tomu „Kirgiz schodzi z konia”

Podróż zaczynałem od Gruzji i to był błąd.

Gruzja powinna być zakończeniem, a nie początkiem. Wszystko tu stwarza wrażenie przybicia do przystani, dotarcia pod dach. Wszystko – klimat, krajobraz i obyczaje – namawia, żeby przysiąść w cieniu, łyknąć wina, odetchnąć i pomyśleć: fajnie tu.

Piękny to kraj, Gruzja.

Z każdego miejsca widać góry. Podniebny Kaukaz, zielone grzbiety Suramu. Słońce pada na śnieżne szczyty kaukaskie, odbija się i oświetla Gruzję. Dlatego promienie słoneczne, zabarwione kolorem śniegu, są tu nie złote, a srebrne, jak oprawa starej ikony.

Gruzja to mały kraj, ponad cztery razy mniejszy od Polska. Ale to właśnie porównanie nigdy nie przychodzą tam na myśl. Wrażenie kłóci się z faktami, ponieważ wszechobecność gór zmienia prawa optyki. Gruzja wydaje się ogromna, bezgraniczna jak ocean. Góry pomnażają krajobraz. Na danej przestrzeni równina oferuje tylko jeden pejzaż. Na tej samej przestrzeni góry pokażą dziesiątki, a nawet setki widoków. Wystarczy przejechać kilometr dalej, wystarczy minąć jakieś zbocze, wejść na skałę albo opuścić się w dolinę. Obraz będzie się rozrastać, potężnieć, przekraczać ramy, nabierać nowych wymiarów; w końcu, obracając się niemal w jednym miejscu, zaczynamy odczuwać, że poruszamy się w nieskończoności. Nie byłem w stanie przewędrować Gruzji ani nie umiałem znaleźć z niej wyjścia. Przez kilka dni dzieliłem los Gruzinów, przekonany, jak oni, że jednego życia za mało, aby obejść całą ich Republikę.

Góry kształtują również naturę Gruzina. Gruzin strzeże tajemnicy gór i wierzy, że trzeba je rozumieć. Wie on, że urodził się jako ich strażnik i opiekun, i z tego przekonania czerpie najgłębszą satysfakcję. Dlatego Gruzin nie ma w sobie nic z obywatela świata. Jeździ za granicę bez entuzjazmu i niechętnie osiedla się w innych krajach.

Gruzinów można spotkać właściwie tylko w Gruzji.

Ich patriotyzm jest patriotyzmem ziemi, tej doliny albo tego wzgórza, gdzie człowiek się urodził i gdzie – jak nakazuje zwyczaj – powinien umrzeć. Gruzini nigdy nie byli koczownikami, co w tej części globu, przedeptywanej przez ciągle wędrujące ludy, jest rzadkim zjawiskiem. Pędzili życie osiadłe, zamknięci w swoich mikroświatach, często nie większych niż jedna dolina. Granica tej doliny – zawsze górzysta – mogła być dawniej dla Gruzina granicą ziemi. W każdym takim zaścianku ludzie mówili własnym dialektem, mieli swoje obyczaje, swój porządek społeczny. Trudny do poruszania teren pchał ich w stronę partykularyzmu. Świat kończył się tam, dokąd można było dojechać koniem. Stąd w przeszłości Gruzini albo odpierali kolejnego najeźdźcę, albo toczyli między sobą nie kończące się wojny. Księstwo najeżdżało na księstwo, zaścianek na zaścianek, dolina na dolinę. Okresy pełnej jedności, choć wspaniałe, nie były nigdy długie.

Dzisiaj to wszystko jest przeszłością. Gruzin jest obywatelem Gruzji, jest częścią tej ziemi. Przy każdej okazji, nawet w sytuacjach najbardziej rodzinnych i prywatnych pije on toast „za naszą wspaniałą Gruzję”. W barach również piją taki toast. U nas podobna manifestacja uznana byłaby za zbyt patetyczną. A tutaj jest naturalnym, przyjętym rytuałem.

Gruzja jest rówieśniczką Grecji i starszą siostrą Rzymu. Jest ona tak stara jak Biblia. Pieśni, które tu śpiewają, mają wiek Akropolu, może nawet wiek Babilonu. W 1924 roku przyjechał do Tibilisi Jesienin. „Szedłem z Jesieninem ulicą – mówi Georgi Leonidze – na ulicy stał ślepy bandurzysta i śpiewał gruzińską piosenkę:

I cóż z tego, żem jest smagłą,

słońce tak mnie opaliło!

Jestem taka jak i inne,

Bóg mnie stworzył jak i inne.

– Co on śpiewa? – spytał Jesienin.

– Biblię – odpowiedziałem.

– Jak to? – zdumiał się Jesienin.

– On śpiewa Pieśń nad Pieśniami. Nie pamiętasz? . Stary śpiewa to jak nową piosenkę, nie wiedząc, że ta pieśń ma dwa tysiące lat.”

Historia jest tu zawsze obecna, jest elementem krajobrazu, solą gruzińskiej gleby. Język Gruzji jest jednym z najstarszych języków świata, a alfabet gruziński ma już szesnaście wieków. Przeszłość zostawiła tu wszędzie swój ślad. -Mamy ciągłe kłopoty z archeologami – powiedziała mi wicepremier Gruzji, Wiktoria Sziradze. – Jeśli chcemy gdzieś zacząć budować, natychmiast protestują – tu nie można, tu są zabytki. – Samochody jeżdżą dziś po drogach, które znali starożytni, a na południu pije się wodę ze źródeł przebitych trzy tysiące lat temu. Antyk i nowoczesność łączą się często w śmiały sposób. W Suchumi Guram zabrał mnie na smażoną rybę do restauracji „Dioskuna”. Urocze to miejsce. Lokal jest zbudowany na skałach, zatopionych w Morzu Czarnym. A skały, o które się opiera, są ruinami greckiej kolonii – Dioskurii, istniejącej tu 25 wieków temu. Siedząc przy stoliku można oglądać pogrążone na dnie morza miasto, zamienione teraz w jakieś monstrualne akwarium, którego ulicami przeciągają gromady tłustych, leniwych ryb.

W czasie Dioskurii Gruzja dzieliła się na dwa państwa antyczne: Kolchidy i Iberii, handlujące z Grecją, o czym pisze Herodot. Potem, rozpierani ideą ekspansji, próbowali zawładnąć Gruzją Rzymianie. Nieco później, w 337 roku, Gruzja przyjmuje chrześcijaństwo – na sześć wieków wcześniej niż Polska. Już w tym czasie o wpływy w Gruzji walczy Bizancjum i Persja Sasanidów. W VII wieku zajmują Gruzję Arabowie. Ale Gruzja islamu nie przyjęła. Książęta gruzińscy stopniowo wyparli Arabów i w IX wieku zaczął się proces jednoczenia kraju. Gruzję zjednoczył cesarz cesarzy – Dawid III, w 1001 roku. Zaczyna się najlepszy okres w historii Gruzji, którego szczytem jest wiek XII, W Gruzji panuje wtedy cesarzowa Tamara, którą malarscy panegiryści przedstawiają jako kobietę władczej i wspaniałej urody. Kult Tamary jest w Gruzji żywy do dzisiaj i Gogi pokazując mi sztuczne jezioro pod Tbilisi komentuje: – O tym jeziorze marzyła cesarzowa Tamara – choć oczywiście nikt nie wie, o czym Tamara naprawdę marzyła. W wieku XII Gruzja jest wielka, sięga od morza do morza (tzn. od Morza Czarnego do Morza Kaspijskiego) i przeżywa swój Renesans na dwa wieki wcześniej niż Włochy i trzy wieki wcześniej niż reszta Europy. Złote czasy kończą się w XIII wieku najazdem Mongołów, którzy przemieniają Gruzję w popiół i cmentarzysko. „Czerepów ludzkich było tyle co kamieni” – zapisał, jakimś cudem ocalały z tych rzezi, mnich gruziński.

Tak na dobre Gruzja już nigdy nie podniosła się do dawnej świetności. Gruzję podbijał później Iran, potem Turcja, znowu Turcja i znowu Iran itd. Ale przede wszystkim Gruzja rozdrobniła się feudalnie. rozleciała się na dzielnice i księstwa, które toczyły ze sobą nieskończoną ilość zaciekłych i bratobójczych wojen. Oświeceni cesarze próbowali Gruzję jednoczyć, ale te wysiłki były niweczone przez liczne gruzińskie Targowice.

Ostatni z cesarzy Gruzji, Georgi XII, prowadził politykę podobną do polityki ostatniego z królów Polski – Stanisława Augusta, któremu był zresztą współczesny. Georgi, bezsilny i opuszczony przez magnaterię, niezdolny nic naprawić ani zbudować, przyłączył Gruzję do Rosji w 1801 roku. Z tej okazji car Aleksander I, ten sam, który mianował się później królem Polski, wydał specjalny manifest.

Historia Gruzji ma wiele podobieństw do dziejów Polski.

Dobrze jest zobaczyć muzeum w Tbilisi. Mieści się ono w dawnej siedzibie seminarium duchownego, w którym uczył się kiedyś Stalin. Mówi o tym murowana tablica przed wejściem. Budynek jest ciemny, ale przestronny i stoi w centrum miasta, na skraju starej dzielnicy śródmiejskiej. W salach było właściwie pusto. Oprowadzała mnie studentka, Tamiła Tewdoradze, dziewczyna o subtelnej, skupionej urodzie.

Stara sztuka Gruzji swoim przepychem i doskonałością wprawia takiego prostaczka jak ja w zupełne oszołomienie. Najbardziej fantastyczne są ikony! Są one dużo wcześniejsze od ikon ruskich, najlepsze gruzińskie ikony powstały długo przed Rublowem. Zdaniem Tamiły ich oryginalność jest w tym, że są to ikony metaloplastyczne: malowana była tylko twarz. Najlepszy ich okres to VIII-XIII wiek. Twarze świętych, ciemne, ale emanujące w świetle, tkwią znieruchomiałe w przebogatych, złotych oprawach, utkanych drogimi kamieniami. Są ikony otwierane, tak jak otwiera się ołtarz Wita Stwosza. Rozmiary ich są ogromne, niemal monumentalne. Jest tu ikona, którą mistrzowie robili przez kilka pokoleń, przez trzy wieki. Jest tu mały krzyżyk, najcenniejszy eksponat muzeum, jedyne, co zostało z rzeczy cesarzowej Tamary.

Potem idą freski z gruzińskich kościołów. Takie cuda i tak się o tym mało wie. Nic właściwie. Niestety, najlepsze freski zostały zniszczone. Pokrywały one wnętrze największego kościoła Gruzji – Sweti Tschoweli, zbudowanego w 1010 roku w dawnej stolicy Gruzji, w Mcchecie, koło Tbilisi. Te freski były takim arcydziełem średniowiecza jak witraże z Chartres. Zostały zamalowane na rozkaz carskiego gubernatora, który chciał, żeby wybielono kościół, „jak u nas baby bielą. piece”. Żadne wysiłki restauratorskie nie mogą przywrócić światu tych fresków. Ich blask już zgasł na zawsze.

Sweti Tschoweli jest najlepiej zachowanym w Europie zabytkiem architektury XI wieku. Kościół wygląda tak, jakby miał nie więcej niż sto lat, chociaż nie był restaurowany. Budował go architekt gruziński, Arsukizdze, któremu cesarz kazał potem obciąć rękę: żeby nie postawił już nic konkurencyjnego. Kilka razy próbował ten kościół wysadzić Tamerlan, ale mur ani drgnął. Świątynia jest czynna do dzisiaj i głowa Kościoła gruzińskiego, Katolikos Wszechgruzji Jefrem II, odprawia nabożeństwa.

Zobaczyłem również, ale już tylko na zdjęciach – Wardzję. Jest to jeden z tych niepojętych dziwów, których współczesny człowiek nie może sobie wytłumaczyć. Wardzja to gruzińskie miasto z XII wieku, całe wykute w skale. Miasto położone jest nie płasko, a pionowo, jakby rozmieszczone na piętrach. Ważne jest, aby zrozumieć, że tu chodzi nie o jakieś pieczary czy rozpadliska, ale o całe miasto, z planem, z ulicami, z oryginalną architekturą, tyle że to wszystko jest wcięte w skałę, wpuszczone w przeogromną górę. Tylko jak, przy pomocy jakich narzędzi? Wykuć takie miasto musiało być trudniej, niż zbudować egipską piramidę. Za to Wardzja była kiedyś tworem praktycznym. Dzisiaj, tak samo jak piramidy, jest martwa. Została ściana skały, uformowana w posępną, surrealistyczną kompozycję.

W końcu Tamiła zaprowadziła mnie do sali Nika Pirosmanaszwili, żebym zobaczył obrazy, które niedługo miały jechać na wystawę do Paryża. Tamiła twierdzi, że Paryż pasjonuje się teraz Nikłem Pirosmanaszwili. Niko umarł w 1916 roku. Był to gruzińska Nikifor czy Celnik Rousseau.

Wielki naiwny.

Niko mieszkał w Nachałowce – tbillskiej dzielnicy lumpów i biedoty. Nigdy nic nie miał. Pędzle robił sam. W obrazach Nika dominuje czerń – miał zawsze najwięcej czerni, bo mu farbę dawali trumniarze. Zbierał stare, blaszane szyldy, żeby mieć na czym malować. Dlatego z tła jego obrazów przebijają napisy niedokładnie zamalowane, jakieś „Magaz” albo „Tabak”. Reklama w złocie i czerwieni, a na tym czarno–białe wizje Nika. Gruziński prymityw nałożony na ruską recesję kupiecką. Niko malował w tawernach, w zaduchu nachałowskich knajp. Czasem gapie stawiali mu wino. Może miał gruźlicę? Może miał padaczkę? Mało o nim wiadomo. Wiele rzeczy Nika zginęło, część ocalała. Główny temat jego obrazów to wieczerze.

Niko malował wieczerze jak Veronese.

Tylko wieczerze Nika są gruzińskie i są świeckie. Na tle krajobrazu Gruzji – obfity stół, za tym stołem Gruzini piją i jedzą. Stół jest na pierwszym planie. Ten stół jest najważniejszy. Nika fascynują kulinaria. Co będzie do jedzenia, czym się człowiek opcha. Niko to wszystko namaluje. Niko pokaże, co chciałby zjeść i czego nie będzie jadł ani dzisiaj, ani może nigdy. Stoły zawalone żarciem. Pieczone barany. Tłuste prosiaki. Wina czerwone i ciężkie jak cielęca krew. Soczyste arbuzy. Pachnące granaty. Jest w tym malowaniu jakiś masochizm, jakieś wbijanie noża we własny brzuch, chociaż sztuka Nika jest pogodna, nawet zabawna.

Gruzja Nika jest syta, ciągle biesiadująca, dobrze odkarmiona. Kraj płynie mlekiem. Z nieba sypie się manna. Wszystkie dni są tłuste. Taka Gruzja śniła się Nachałowce po nocach.

Niko malował sny Nachałowki.

Malarstwo nie przyniosło mu szczęścia. Miał dziewczynę imieniem Margerita. Nie wiadomo, co to była za dziewczyna. Niko ją kochał i namalował jej portret. Twarz Margerity jest zrobiona w konwencji wielkich naiwnych, u których wszystko jest za duże i nie w normie. Usta za duże, gały wybałuszone, uszy wielgachne. Niko ten portret dał Margericie. Oburzona dziewczyna wybuchnęła wrzaskiem. Porzuciła go, rozwścieczona, nienawidząca. Jego talent skazał go na samotność.

Odtąd żył w opuszczeniu.

Znosił zardzewiałe szyldy, trumniarze dawali mu farbę. Ciągle malował swoje uczty, z tym stołem na tle górzystego pejzażu. Czasem gapie stawiali mu wino. Miał 54 lata, kiedy umarł, w Tbilisi, w jakiejś izbie, nie wiadomo na co, w głodzie, a może w szaleństwie.

W Tbilisi lubię dwie ulice: Nakaszidze – ulicę słońca, i Czachruchadze – ulicę cienia. Ich bieg jest kręty, spadzisty i sobie przeciwny: Nakaszidze kieruje się na południe, a Ozachruchadze – na północ.

Obie ulice są wystrugane z drewna.

Są jak z jasełek.

Obie wąskie, ciasno zabudowane, o skąpym metrażu. Domki na tych ulicach mają taką barwę jak pudła starych skrzypiec albo antycznych zegarów. Są to miniaturowe budynki z dębu, z klonu, a czasem ze świerku. Tynków jest mało, a cegły jeszcze mniej. Jest natomiast trochę kamienia mozolnie ciosanego. Z kamienia i z drewna starzy mistrzowie stworzyli arcydzieło tych dwóch ulic. Można tam chodzić bez końca. Architektoniczny urok tego zakątka wciąga bez reszty. Tyle tu przybudówek, ganeczków, przemyślnie skomponowanych podcieni, schodów ułożonych w ryzykowne i fantazyjne kombinacje, różnych werand, sieni, daszków! Z pozoru zupełny chaos, nieznośny brak dyscypliny. W rzeczywistości tym barokowo rozmnożonym układem konstrukcji rządzi stanowcza logika. Tylko na każdej ulicy inna. Na Nakaszidze, ulicy słońca, daszki i werandy są skomponowane tak, żeby dawały cień. Na Czachruchadze, ulicy cienia, ganki i tarasy są ułożone tak, żeby miały słońce. Każdy dom chwyta to, czego ma najmniej. Ta pogoń za słońcem albo za cieniem kierowała myślą starych architektów. Chodziło o kompromis, o równowagę, o przychylny mieszkańcom światłocień.

Całe Tibilisi jest miastem światłocieni.

Miastem pastelowych nastrojów.

Nakaszidze jest ulicą malarzy, którym potrzebne jest światło, a Czachruchadze jest ulicą szewców, którym potrzebny jest cień. Na chodnikach Nakaszidze stoją rzędem sztalugi, a na chodnikach Czachruchadze – szewskie stołki. Nakaszidze pachnie terpentyną, a Czachruchadze – spoconą skórą. Kiedy chcę zobaczyć, jak na płótnach malarzy słońce skrapla się w ciężką zawiesinę, pętam się po ulicy Nakaszidze, ale kiedy pali mnie odcisk, kuleję w stronę ulicy Czachruchadze, żeby sękaty Wachtang rozepchał mi lewy but.

Takie mam pożytki z tych ulic. Leżą one niedaleko placu Lenina, w dzielnicy, która nie wiem, jak się nazywa. A może nie nazywa się wcale. W każdym razie stąd już niedaleko do Seid-abada, dzielnicy wymarłego rodzaju: dawnych kupców i dawnych rzemieślników. Jest ona równie urocza jak moja Dzielnica Dwóch Ulic, ale położona bardziej dramatycznie – nad urwistym, pionowo spadającym brzegiem skalnym. Jest to brzeg rzekł Kurę, nad którą leży Tbilisi. Z Seid-abada jest widok na część miasta. Naprzeciw wznosi się góra Mtabori – miejsce gorących źródeł. Bo Tbilisi, choć stolica, jest zarazem Ciechocinkiem i Kudową, jest uzdrowiskiem. Uliczki Mtabori prowadzą do starych, gorących łaźni, w których można wziąć kąpiel i oczyszczający masaż. W dole zaczyna się śródmieście, secesyjne, mieszczańskie, już wiekowe. Pełno zieleni. Szare dachy, a jeszcze wyżej wieże gruzińskich kościołów, w stylu może najbliższym formacji wczesnoromańskiej.

Tbilisi jest stare, ale prawdziwych staroci zachowało się niewiele. Miasto istnieje 1500 lat, jednakże w tym czasie było 40 razy równane z ziemią przez Arabów, Turków i Persów. Dlatego Tbilisi, które się ogląda, sięga – poza kilkoma zabytkami – najdalej w początek XIX wieku. W 1803 roku w mieście żyło 15 tysięcy ludzi. Dzisiaj Tbilisi liczy ponad 800 tysięcy mieszkańców. Obie wojny światowe ominęły miasto. W czasie ostatniej wojny na Tbilisi spadły trzy bomby. Ani jeden dom nie ucierpiał.

Sto lat temu secesję w architekturze przynieśli tu Rosjanie, Francuzi i Niemcy. Tbilisi było jednym z dużych centrów handlowych Europy i nazywało się Tyflis. Był to również ważny ośrodek kultury. Na początku naszego stulecia największy apetyt na Gruzję mieli Niemcy, a potem Anglicy. Berlin i Londyn konkurowały o ten kraj finansując gruzińskie partie kontrrewolucyjne.

Gruzja była jedynym krajem świata, w którym władzę zdobyli mienszewicy. Kiedy w Rosji zwyciężyła Rewolucja Październikowa, w Gruzji powstał mienszewicki rząd Noi Zordanii, który proklamował utworzenie Demokratycznej Republiki Gruzji jako niezależnego państwa. Ten rząd utrzymał się przez 4 lata, a w styczniu 1921 roku został nawet uznany przez Ligę Narodów. W 1920 roku przyjeżdżał tu Kautsky dawać Zordanii swoje rady. W Tbilisi stały angielskie wojska i Noi Żordanija otrzymał od Anglików dużo pieniędzy. Poprzez Żordaniję szła cała brytyjska pomoc dla Denikina. W armii Denikina walczyli książęta gruzińscy.

O Żordanii mówią, że był zdolnym politykiem. Lenin nazwał Żordaniję „zręcznym dyplomatą”. Życie uratowali mu Francuzi. W marcu 1921 roku, kiedy w Gruzji nastała Władza Radziecka, Żordanija uciekł na statku francuskim do Marsylii, a po wojnie umarł w Paryżu. Armią, która obaliła władzę Żordanii, dowodził Polak – Konstanty Lewandowski.

Wieczorem ogląda się Tbilisi z góry Mtatsminda. Na tę górę, wspaniale zalesioną, wjeżdża się kolejką linową prosto ze śródmieścia. To jest tak, jakby z Marszałkowskiej wjeżdżało się na Gubałówkę. Efekt nie z tej ziemi. W dole widać rzekę świateł płynącą w głębokim wąwozie – to Tbilisi. Fale tej rzeki połyskują, migocą jak woda jeziora w księżycowym blasku. Miasto leży w wąskiej dolinie zamkniętej od północy i południa pasami zielonych gór. Ta dolina zatacza łuki i półkola, więc Tbilisi zatacza również łuki i półkola. Wije się między górami biorąc swój początek w miejscu, którego nie widać, i ginąc gdzieś w odległych załomach skalnych ledwo widocznych na horyzoncie. W ten sposób Tbilisi ciągnie się ze wschodu na zachód 30 kilometrów.

Kto się uprze, może spędzić na Mtatsmindzie całą noc, w parku bajecznym jak ogrody Semiramidy. O świcie góry są już w słońcu, a miasto jeszcze spoczywa w mroku. Potem potoki światła spadają na ulice i towarzysz spiker zaczyna przez radio gimnastykę poranną.

Wachtang Inaszwili pokazał ml miejsce swojej pracy: wielka hala zapełniona pod sufit beczkami. Beczki leżą na stojakach, ogromne, ciężkie, uśpione.

W beczkach dojrzewa koniak.

Tbiliska wytwórnia produkuje rocznie 9 milionów butelek koniaku. Pierwszą partię koniaku dał zakład w 1954 roku, zdobywając od tego czasu na różnych konkursach międzynarodowych 29 złotych i srebrnych medali. Te medale przyznaje światowe jury, które zbiera się co kilka lat, próbuje koniaki i nadaje najlepsze odznaczenia.

Nie każdy wie, jak powstaje koniak. Zęby zrobić koniak, potrzeba aż czterech rzeczy: wina. słońca, dębiny i czasu. A poza tym, jak w każdej sztuce, trzeba mieć smak. Reszta wygląda następująco:

Jesienią, po winobraniu, robi się winogronowy spirytus. Ten spirytus wlewa się do beczek. Beczki muszą być dębowe. Cały sekret koniaku ukryty jest w słojach dębowego drzewa. Dąb rośnie i gromadzi w sobie słońce. Słońce osiada w słojach dębiny, jak bursztyn osiada na dnie mórz. Jest to długi proces, który trwa dziesiątki lat. Z młodego dębczaka nie byłoby dobrego koniaku. Dąb rośnie, jego pień zaczyna się srebrzyć. Dąb pęcznieje, jego drzewo nabiera mocy, barwy i zapachu. Nie każdy dąb da dobry koniak. Najlepszy koniak dają samotne dęby, które rosły w zacisznym miejscu, na suchym gruncie. Takie dęby są wygrzane w słońcu. W takim dębie jest tyle słońca, co miodu w plastrze. Grunt podmokły jest kwaśny i wtedy dąb ma w sobie za dużo goryczki. W koniaku to ssie od razu wyczuje. Dąb, który za młodu był ranny odłamkiem, też nie da dobrego koniaku. W ranionym pniu soki źle krążą i dębina nie ma już tego smaku.

Potem bednarze robią beczki. Taki bednarz też musi wiedzieć, co robi. Jak źle przykroi drewno, dębina nie da aromatu. Odda kolor, aromatu nie popuści. Dąb to jest leniwe drzewo, a przy koniaku dąb musi pracować. Taki bednarz powinien mieć czucie jak lutnik. Dobra beczka może wytrzymać sto lat. A są beczki, co mają dwieście lat i więcej. Nie każda beczka się uda. Są beczki bez smaku, a znowu inne dają koniak jak złoto. Po kilku latach już się wie, które beczki są jakie.

Do beczek wlewa się winogronowy spirytus. Pięćset, tysiąc litrów, to zależy. Beczkę kładzie się na stojak i tak się ją zostawia. Nic więcej nie trzeba robić, trzeba czekać. Na wszystko przyjdzie czas. Ten spirytus wchodzi teraz w dębinę i wtedy drzewo oddaje wszystko, co ma. Oddaje słońce, oddaje zapach, oddaje kolor. Drzewo wydusza z siebie soki, pracuje.

Dlatego musi mieć spokój.

Potrzebny jest przewiew, bo drzewo oddycha. Drzewo lubi mieć sucho. Wilgoć zepsuje kolor, da kolor ciężki, bez światła. Wino lubi wilgoć, a koniak tego nie zniesie. Koniak jest bardziej kapryśny. Pierwszy koniak dostaje się po trzech latach. Trzy lata, trzy gwiazdki. Gwiazdkowe koniaki są najmłodsze, niskiego gatunku. Najlepsze koniaki są firmowe, bez gwiazdek. To są koniaki, które dojrzewały dziesięć, dwadzieścia, do stu lat. Ale naprawdę wiek koniaku jest jeszcze dłuższy. Trzeba dodać wiek dębu, z którego była beczka. Teraz pracuje się na dębach, które wzeszły, jak była Francuska Rewolucja.

Czy koniak jest młody, czy stary, to się poznaje po smaku. Młody koniak jest ostry, szybki, jakby impulsywny. Smak będzie cierpki, chropowaty. A znowu stary wchodzi łagodnie, miękko. Dopiero potem zaczyna promieniować. W starym koniaku jest dużo ciepła, dużo słońca. On pójdzie do głowy spokojnie, bez pośpiechu. A swoje i tak zrobi.

5.

Kto trafił do Gruzji, musi spłacić daninę tutejszym obyczajom. Kto tu trafi, będzie wprowadzony w rytuał biesiady, która dla Gruzina jest smakiem życia. Gruzin ucztuje przy każdej okazji. Jego pociąg do biesiady nie wynika z próżniactwa czy beztroski. Mało widziałem narodów równie pracowitych jak oni. Mało chłopów tak dbających o swoje pola, o każdy krzew winnicy. Ale Gruzin, który buduje fabryki, studiuje na politechnice i prowadzi odrzutowiec, pozostał jednocześnie dziedzicem swojej tradycji. Zachowuje on szacunek dla przeszłości, dla przodków, dla jasnych stron dnia wczorajszego.

Gruzin lubi, żeby jego dzień pracy i trosk został zamknięty pogodnym akcentem. Żeby jakiś uroczysty moment nadał temu dniu wartość przeżycia i utrwalił go w pamięci. Żaden dzień nie powtórzy się dwa razy i dlatego każdy z osobna trzeba czcić jak święto, jak wydarzenie. I Gruzin oddaje się temu obrzędowi całym sobą. Oczyszcza się, odnajduje swoją pełnię.

Biesiada nie ma nic wspólnego z wyżera, z ochlajem, z bibą. Tu się nie przychodzi, żeby mieć przerwę w życiorysie, żeby się ugotować. Gruzin gardzi pijaństwem, nie znosi picia na ilość. Stół jest tylko pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym, ale właśnie pretekstem.

Okazją, żeby uczcić życie.

To, co się dzieje za stołem, Gruzin śledzi z uwagą. To są dla niego ważne sprawy. Jest tu obecny myślami – on uczestniczy. Każdy, kto siedzi za stołem, ma swoją rolę, jest na równi z innymi kapłanem ceremonii. Tę rolę trzeba odegrać najlepiej, ponieważ każda wpadka jest kompromitacją. „Wschodni chrześcijanie – pisze Steven Runciman – przypisywali większe znaczenie prawowitemu kultowi niż prawowitej wierze. Byli gorąco przywiązani do swojej liturgii…” I w Gruzji zachowały się jakieś elementy tego światopoglądu. Zachowały się nie w stosunku do wiary, której Gruzini nigdy nie byli fanatycznymi wyznawcami, ale w strefie obyczaju, w kulcie obyczajowej formy.

Niemal zaraz po wylądowaniu w Tbilisi zostałem zawiedziony za stół i pouczony, jak się przy nim zachować. Bo Gruzini wiedzą, że kultura stołu, obrządek stołu, w Europie zarzucone i zapomniane, że biesiada została odarta ze swoich treści, a toast zredukowany do monosylab (no to cyk!) albo do grafomanii (chluśniem, bo uśniem!). Bardzo to są niesmaczne dla Gruzina zwyczaje.

Stół jest ogniskiem przyjaźni. Człowiek może istnieć tylko wśród przyjaciół. Największą karą dla Gruzina jest skazać go na samotność. Odcięty od innych, czuje się zagrożony, traci grunt pod nogami. Dopiero w gronie przyjaciół jest znowu sobą. Staje się na powrót elementem całości, gałęzią wyrastającą z pnia. Przyjaźń jest warunkiem życia i dlatego trzeba ją umacniać. Przyjaźń umacnia demonstracja. Stół jest okazją demonstrowania przyjaźni.

Tak to jest rozumiane.

Za stołem wolno rozmawiać, ale z zachowaniem reguły obrządku. Reguła nie dopuszcza do żadnego chaosu, żadnego wiecowania, żadnego: panowie, dajcie mi wreszcie, do cholery, coś powiedzieć. Zagłoba to by nie wytrzymał w Gruzji jednego dnia. Można mówić, jak się dostanie głos. Ale i wtedy jest to mówienie specjalne: mówienie w formie toastu.

Czym jest gruziński toast?

Jest właśnie rodzajem rozmowy, jest etykietą i zarazem formą improwizacji panegirycznej. Każdy, kto jest za stołem, dostanie głos i skwapliwie z niego skorzysta: wygłosi toast. Najpierw pójdą toasty obowiązkowe: za Gruzję, za przodków, za rodzinę, za partię przewodniczkę, za Szotę Rustawelego, za Poranek Naszej Ojczyzny. A potem będzie seria toastów wzajemnych – jeden wznosi toast za drugiego. Toast mówi się kilka minut, można mówić pół godziny. Przy stole zapada cisza. Wszyscy słuchają z najwyższą uwagą. Jeżeli mówiącemu toast idzie dobrze, wszyscy kiwają głowami z uznaniem, jeżeli zaczyna mącić, odzywa się pomruk niezadowolenia. Toast to ważne expose, które się będzie potem długo dyskutować, roztrząsać, powtarzać. Są toasty, które przeszły do historii jak jakieś eposy czy kroniki. Są mistrzowie toastów, których się specjalnie zaprasza, bo pięknie improwizują.

Toast musi być poetycki, bo życiu trzeba dodawać piękna. Dobrze jest powiedzieć o błękicie nieba, o zapachu róż, o srebrnych wodach strumienia. Dobrze jest przyrównać wielkość człowieka do wielkości góry Kazbek, a jego wolę i upór do jodły wczepionej korzeniami w szczeliny skalne. Dobrze jest wyrazić nadzieję, że jutro będzie słonecznie i że plan wykonany z nadwyżką. Najważniejsze jednak, żeby toast był afirmujący, maksymalnie pozytywny. W tym jest zawarty cały sens obyczaju. Kto dostaje głos, wygłasza toast na cześć kogoś z obecnych. Nieważne, kim jest ten uczczony, jaka jest jego profesja, jakie jego talenty. Wystarczy, że siedzi przy stole, to znaczy, że został dopuszczony, a skoro tak, jest wspaniały, jest wielki, musi być wielki! I oto mając za swojego sąsiada przy stole cichego urzędnika poczty w Zugdidi, dowiaduję się nagle z toastu, że to człowiek niezwykły, tytan pracy, dobry anioł, który roznosi po domach radość, dusza miasteczka, druh niezastąpiony i najlepszy, autor jakiegoś pomysłu, który zmienił pocztowe oblicze świata, przykładna głowa rodziny, wielbiony przez dzieci papa itd., itd.

Tak toczą się toasty, nastrój staje się wspaniały, bo każdemu dobrze, każdy po głowie pogłaskany. Jeden drugiemu może patrzeć w oczy. Jeden drugiego może mieć za brata. Ale te peany tylko dla niewprawnego ucha brzmią identycznie wysoko i pochwalnie. Kto ma rutynę, wie, że jest inaczej. W tych pochwałach jest gradacja, są setki niuansów, tysiące odcieni. Jednych chwalą bardzo, ale innych jeszcze bardziej! Ktoś dostanie pochlebstwo zwyczajne, a ktoś drugi pochlebstwo wspaniałe! A czas też się liczy. O jednym będą mówić pięć minut, a drugiemu dadzą dziesięć.

Dadzą cały kwadrans!

W takiej atmosferze samo jedzenie i picie spada do roli drugorzędnej, schodzi na margines. To wszystko jest wyparte przez toast. Wszystko pochłania toast. Biesiadnicy zajęci są toastem, sensem jego sformułowań, temperaturą wygłaszanych słów. W tych warunkach toast, choć zawsze pochwalny, ale jednak różnicowany, jednak stopniowany, staje się formą opinii publicznej, wyrazem poglądów otoczenia, rodzajem prywatnego Gallupa. Toastem dwuznacznym można z kogoś pokpić, toast zbyt letni jest rozumiany jako krytyka. W tym obrzędzie toastów wyraża się kultura Gruzji. Gruzin nie będzie robił drak pod sufit, awantur i pyskówek. Jeżeli chce powiedzieć, co o tobie myśli, da ci toast. Zawsze przyjazny toast. Tyle że lepszy albo gorszy. I to powinno wystarczyć.

Toasty są męską sprawą, stół nie jest dla kobiet. W Gruzji istnieje kult kobiet, ale wyrażany w inny, nie biesiadny sposób. Istniał tu piękny zwyczaj w latach wojen bratobójczych: kiedy na pole walki wkraczała kobieta, Gruzini przerywali bitwę.

Turkmenia – republika na pustyni.

Reportaż z tomu „Kirgiz schodzi z konia”

Na Bulwarze Nafciarzy Gulnara Guseinowa leczy ludzi zapachem kwiatów. Kto ma sklerozę, wącha laurowe liście. Kto ma nadciśnienie – wącha geranie. Na astmę najlepszy jest rozmaryn. Ludzie przychodzą do Gulnary z kartką od profesora Gasanowa. Na kartce profesor przepisuje nazwę kwiatu, a także czas wąchania. Wącha się na siedząco, najczęściej przez dziesięć minut. Gulnara dogląda, żeby każdy wąchał to, co należy, żeby, powiedzmy, jakiś sklerotyk nie zabrał się do wąchania rozmarynu. Kwiaty stoją rzędami w szklanym domku, który nazywa się gabinetem fitoterapii i przypomina cieplarnię. Gulnara mówi mi, żebym usiadł i też coś powąchał. Czy czuję zapach? Nie czuję nic. Otóż to – bo kwiat nie pachnie sam z siebie. Trzeba poruszyć łodygą, wtedy kwiat czuje, że ktoś się nim zainteresował I zaczyna wysiewać swój zapach. Kwiaty nie pachną dla siebie, tylko zawsze dla kogoś. Na każde poruszenie kwiat zareaguje zapachem – jest naiwny i lekkomyślny, każdemu chce się podobać. – Towarzysze, poruszajcie kwiatami! – napomina Gulnara siedzących w gabinecie staruszków, którzy zaczynają trząść gałązkami, jakby otrzepywali je z mrówek.

Pytam Gulnary, która jest studentką medycyny, czy wierzy, że kwiat może wyleczyć człowieka. Wyleczyć nie psychicznie, bo taka możliwość jest dowiedziona, ale wyleczyć fizycznie, na przykład nadać sprężystość wapniejącej komórce. Gulnara uśmiecha się. Mówi tylko, że do niej przyjeżdżają leczyć się ludzie z całego świata. Podkreśla: nawet z Ameryki.

Metoda profesora Gasanowa – to właśnie leczenie zapachem kwiatów – stała się już głośna.

Myślę, że Gulnarę, podobnie jak mnie, urzeka w tej metodzie jej rys estetyczny, a także jej pogoda i dobrotliwa mądrość. Bo co ma zrobić profesor ze starcem, który nosi siedem krzyżyków i zapomina swojej daty urodzenia? Oczywiście, profesor mógłby go wsadzić do stłoczonej sali szpitalnej, w odór chloroformu i jodyny. Ale po co? Czy nie jest piękniejszy zmierzch pachnący kwiatami niż zmierzch, który czuć chloroformem? Więc kiedy do profesora przychodzi ktoś taki, kto musi zajrzeć w dowód osobisty, żeby podać datę swojego urodzenia, i narzeka, że mu coś głowę zamula, profesor słucha go uważnie, a potem pisze mu na kartce: „Rp.: Laurowe liście. Dziesięć minut dziennie. Przez trzy tygodnie”. I patrzcie, mówi Gulnara, tłumy walą do profesora. Na wizytę czeka się miesiącami.

Siedzimy z Gulnara na Bulwarze Hafciarzy, nad brzegiem morza. Od tego miejsca Baku wznosi się łagodnie kamiennymi tarasami. Miasto leży w zatoce, ma kształt amfiteatru i przez to całe jest widoczne. Gulnara pyta, czy lubię Baku. Odpowiadam, że tak, że bardzo. Wszystkie style paradują tu obok siebie w wielkiej rewii mód i epok architektury. Czego tu nie ma! I pseudogotyk, i pseudobarok, i styl postmauretański, i szkoła Corbusiera, i konstruktywizm lat dwudziestych, i monumenty okresu patetycznego, i ładne, nowoczesne konstrukcje. Unikalna to ekspozycja. Bo wszystko ma się na miejscu, wystawione obok siebie, jak w witrynie londyńskiej firmy Mr Coxa Kupno – Sprzedaż Nieruchomości, która może zaoferować każdemu dokładnie to, co chce. I cała ta wystawa nie razi, tak jak w Desie nie razi, że chiński czajnik leży obok szabli powstańca styczniowego.

Zresztą jest kilka Baku.

Najstarsze Baku jest najmniejsze. Jest nie tylko maleńkie, ale tak ciasno upchane, tak ściśnięte, tak zagracone, że kiedy tu wchodzę, mimowolnie robię głęboki wdech, żeby sprawdzić, czy będę miał czym oddychać. Jeżeli stanąć tu na środku ulicy i rozłożyć ramiona, to można jedną ręką pogłaskać dziecko śpiące w kołysce w mieszkaniu na lewo, a drugą ręką poczęstować się gruszką leżącą na stole w mieszkaniu naprzeciwko. Chodzi się tu gęsiego, bo jak idzie para, to już stwarza tłok. W dodatku ta bakijska Starówka nie ma żadnego planu, a może ma plam, ale tak surrealistyczny, że go normalna głowa nie pojmie. Nigdy nie wiadomo, jak stąd wyjść. Byłem tu z Walerym, który urodził się i wychował w Baku, próbowaliśmy różnych wariantów, i tak, i tak, nic nam nie wychodziło. Byliśmy u kresu sił, kiedy wyratowały nas dzieciaki.

Jakiś Timur i jego drużyna.

Ta część Baku nazywa się Iczeri-Szereh, to znaczy Miasto Wewnętrzne. Wiele legend osnuwa tę dzielnicę i opiewa ją wiele ballad podwórzowych. Dla mieszkańców dużego Baku Iczeri-Szereh było miejscem na wskroś egzotycznym, gdzie ludzie mówili swoim językiem i żyli jakby pod wspólnym dachem, bez tajemnic. Dzisiaj Iczeri-Szereh stopniowo burzą, będzie tu nowa dzielnica.

Wokół Miasta Wewnętrznego rozciąga się Baku właściwe, duże i trochę snobistyczne. Bo to duże Baku jest miastem zrobionym na zamówienie, dla prywaciarzy, dla dorobkiewiczów, dla królów bakijskiej nafty. Baku zawsze robiło karierę na nafcie. Już w X wieku wspominają Baku autorzy arabscy właśnie jako miejsce, skąd przywozi się naftę. Dziwy opowiadają na ten temat. „Adżaib ad-Dunia”, traktat perski z XIII wieku, mówi, że „przez całą noc Baku płonie jak ogień. Na ziemi stawiają kocioł i gotują w nim wodę”. O tym gotowaniu pisze również w 1666 roku turecki podróżnik Ewii Czelebi:

„W Baku są różne miejsca bezpłodne. Jeśli człowiek albo koń postawi tam nogę i trochę postoi, to jego noga zacznie się palić. W tych miejscach przewodnicy karawan rozgrzebują ziemię, wstawiają w nią kociołki i strawa natychmiast się gotuje. Przedziwna jest mądrość Boga!”

Karawany rozwoziły bakijska naftę po całej Azji. Marco Polo pisze, że było to przede wszystkim bezcenne lekarstwo na skórne choroby wielbłądów. Tak więc, w jakimś sensie, transport średniowiecznej Azji zależał od bakijskiej nafty. Z powodu palącej się ziemi Baku było również Mekką hinduskich czcicieli ognia, którzy ściągali tu z Indii, żeby grzać się w pobliżu swoich płonących bogów. Zachowała się ich świątynia, Ateszga, z czterema wygasłymi kominami.

Sto lat temu staje w Baku pierwsza wieża wiertnicza. Zaczyna się zawrotna kariera miasta. Przyjechał tu jeden Polak – opowiadają mi – człowiek elegancki, z polotem. Wynajął dorożkę i kazał się wozić. W pewnej chwili zdjął cylinder i rzucił go na ziemię. Pokazał zdumionemu dorożkarzowi miejsce, gdzie upadł cylinder. Tu będziemy wiercić, powiada. Bogatym był później człowiekiem. Ponad dwieście zagranicznych firm eksploatuje naftę bakijską. „W 1873 roku – pisze Harvey O’Connor – nastąpił w Baku pierwszy wytrysk samoczynnego szybu. W następnym dziesięcioleciu Baku urosło do poziomu najbogatszego miasta na świecie, a ormiańscy i tatarscy milionerzy naftowi zaczęli rywalizować z milionerami z Teksasu. Miasto to stało się największym ośrodkiem rafineryjnym świata. Rosja zajęła pozycję wielkiego eksportera ropy, który miał na kilka lat usunąć w cień Stany Zjednoczone. Bracia Nobel, którzy zupełnie przypadkowo zjawili się w Baku w 1875 roku, zbudowali tu w rok później swoją pierwszą rafinerię, a w 1878 roku utworzyli spółkę Nobel Brothers Naphtha Company, która w 1883 roku kontrolowała już 51 procent produkcji ropy. Zbudowali oni pierwszy rurociąg na polach naftowych w rejonie Baku, sprowadzili wiertaczy z Pensylwanii i zastosowali zdobycze nauki do organizacji tego chaotycznie rozwijającego się przemysłu. W ciągu kilku lat bracia Nobel dorobili się floty wielkich morskich tankowców parowych i mniejszych tankowców rzecznych do przewozu ropy na Wołdze. Działo się to w czasie, kiedy ciągle jeszcze żaglowce przewoziły naftę z Ameryki w beczkach i bańkach. Noblowie mieli być wyjątkiem od zasady, która głosiła, że kto chociaż rok żył wśród magnatów naftowych w Baku, ten nie mógł się już stać ponownie człowiekiem cywilizowanym. Baku stało się jednym z najszpetniejszych, najruchliwszych i najbardziej niespokojnych zakątków świata. Tatarzy, Ormianie, Persowie i Żydzi tworzyli wraz z Rosjanami etniczną mozaikę, która od czasu do czasu wybuchała gwałtownymi masakrami. Sporo terenów roponośnych darowanych zostało przez cara różnym dworskim faworytom. Rozpętała de spekulacja, fortuny rosły z dnia na dzień. Świat nigdy dotąd nie oglądał czegoś podobnego, nawet w zachodniej Pensylwanii. Ponieważ nie było sposobu ujęcia strumieni tryskającej ropy, szyby otaczano groblami tworząc jeziora. Jednakże często całe rzeki ropy płynęły z szybów wprost do morza.”

Do Noblów dołączają się Rotszyldowie:

„W 1885 roku przedsiębiorcy kolejowi (którzy zbudowali koleje na Kaukazie, pozwalające transportować ropę bakijską przez Morze Czarne do Europy) otrzymali pożyczkę od barona Alfonsa Rotszylda z Paryża, z tym, że Rotszyldowie mieli przejmować całą nadwyżkę eksportową Rosji. Wkrótce już Rotszyldowie mieli poważne udziały w wydobyciu ropy i jej rafinacji w Baku, ale nie udała im się próba przejęcia własności braci Nobel. Paryski dom bankowy zajął drugie miejsce w przemyśle naftowym Baku, a Noblowie utrzymali swoją pierwszą pozycję: produkowali oni więcej ropy niż Standard Oil Co. w Ameryce, a dorównywali niemal firmie Rockefellera, jeśli idzie o rafinację i zbyt”.

W 1900 roku Baku daje ponad połowę (52 procent) światowej produkcji ropy.

Wszystko wskazuje na to, że Baku było wtedy miastem koszmarnym. „Tak musi wyglądać piekło” – napisał o Baku Górki. „Nie chciałbym tu mieszkać za milion rubli!” – zawołał Czechow. W tym potwornie gorącym mieście wodę rozwozi się w beczkach lub kupuje się u handlarzy, którzy noszą ją w skórzanych workach. Zaledwie kilka ulic ma kanalizację. Przez śródmieście przechodzą karawany wielbłądów, popędzane gwizdem lokomotyw, bo linie kolejowe przecinają centralne ulice. Nad miastem unosi się wieczny grzyb sadzy i dymu. Wicher pędzi tumany pyłu, bo nie ma chodników, nie ma drzew, a w Baku przez dziewięć miesięcy w roku dmie silny wiatr. Miasto otaczają dzielnice rozpaczliwych slumsów. Dzień roboczy trwa od świtu do nocy, a firmy przyjmują do pracy chłopców od lat ośmiu. Gromady tych chłopców, całe krucjaty dziecięce, wędrują przez pustynie Azji, z Iranu, z Turcji, z Armenii, z Dagestanu, wędrują do Baku, do pana Nobla. Potem pan Nobel ustanowi za te pieniądze światową nagrodę.

Obok tych slumsów rosły jednak i dzielnice mieszczańskiego dostatku, bogate kamienice, gmachy i pałace, budowane w różnych pseudostylach albo w konwencji secesyjnej. Każdy chciał mieć tu dom okazalszy od swego sąsiada, bardziej ekskluzywny i wystylizowany. Jeszcze dziś chętnie się podziwia tę paradę kamieniczników. Ale teraz Baku jest miastem zieleni, jasnych ulic i bulwarów, co zresztą bardziej wyeksponowało dawne własności Noblów, Rotszyldów i Tagije-wów. Solidny, właściwie pompatyczny charakter starego śródmieścia sprawia, że stolica Azerbejdżanu nie jest podobna ani do Tbilisi, ani do Erewanu, w ogóle do żadnego miasta w tej części świata. W azjatyckim kontekście Baku jest egzotyczne właśnie przez swoją mieszczańską europejskość. Przede wszystkim Baku musiało kontrastować z samym Azerbejdżanem. Azerbejdżan był muzułmański, na wpół koczowniczy, perski czy turecki i nagle w takim krajobrazie kawałek jakiegoś Chicago czy Hamburga!

Baku jest przemysłową bazą Azerbejdżanu, typowo kolonialną enklawą, jak Katanga w Kongu, jak zagłębie Kuwejtu. Poza granicami miasta zaczyna się świat patriarchalny, od wieków znieruchomiały, pusty, niedostępny. Dużo zrobiono po rewolucji, żeby tę dysproporcję, ten przepastny kontrast zniwelować. Powstały nowe miasta, nowe ośrodki przemysłu. Ale Baku jest nadal kolosem Azerbejdżanu. Miasto daje ponad 80 procent produkcji przemysłowej całej Republiki. Mieszka w nim 28 procent ludności Azerbejdżanu i ponad połowa ludności miejskiej kraju. W tej chwili Baku ma tyle ludności co Warszawa – około 1,2 miliona, ale Azerbejdżan ma siedem razy mniej ludności niż Polska. I Baku ciągle się rozbudowuje. Powstają nowe, wielkie osiedla, ludność ze wsi ściąga do stolicy.

Byłem w Baku w rosyjskim teatrze na sztuce „Ty zawsze ze mną” azerbejdżańskiego dramaturga Iliasa Efendiewa. Pracownica zakładu produkcyjnego kocha się w swoim dyrektorze. Dziewczyna jest młoda, egzaltowana, deklamuje wiersze. Dyrektor przeżywa dramat, ponieważ jest dużo starszy, jest właściwie stary, ma dorosłego syna, bodaj inżyniera. Dyrektor proponuje dziewczynie, że wyda ją za swojego syna, ale ona nie chce, chce za dyrektora. Dialog tych dwojga obraca się ciągle wokół kwestii przeżytków. Dziewczyna zarzuca mu, że ma przeżytki, bo zwraca uwagę na wiek, dyrektor broni się, jest zdenerwowany, pali papierosa za papierosem. W drugim akcie pojawia się zły duch – koleżanka dziewczyny, bikiniara i kosmopolitka. Koleżanka (zresztą klawa dziewucha!) nosi elastyczne spodnie, tańczy twista i namawia dziewczynę, żeby chodziła do kawiarni. Dziewczyna słucha tego z oburzeniem, w końcu zrywa znajomość. Dalej czeka na dyrektora. W trzecim akcie następuje rozstrzygnięcie. Dyrektor decyduje się wyjechać, obejmuje nowy zakład. Przedtem jednak wzywa do siebie aktyw robotniczy i prosi zebranych, żeby przydzielili dziewczynie trudne zadania, które pomaga jej wszystko zapomnieć.

Po teatrze kolega z Baku zaprosił mnie do restauracji. Stoi ona na brzegu morza, a ponieważ nie ma ścian i dmie wicher, stwarza to wrażenie, jakby się było w czasie sztormu na pokładzie okrętu. Kiedy przyszliśmy, było pełno, ale ludzie są tu gościnni i jak kolega powiedział, że ma Polaka, zaraz znalazło się miejsce. Siedział z nami jakiś Azerbejdżanin już podpity. – A ty skąd? – zapytał mnie. – Ja z Polski – powiedziałem. – Z Polski – powtórzył, pokiwał głową i zamilkł. – A ty? – zwrócił się po chwili do kolegi. – Ja z Baku – powiedział kolega – ja bakijec. – Na to Azerbejdżanin zagadał coś po azerbejdżańsku. – Nie znam azerbejdżańskiego – powiedział kolega, który jest Rosjaninem. Azerbejdżanin zamilkł znowu, próbował trafić widelcem w pomidora, milczał. – Bakijec – odezwał się w końcu – jaki ty bakijec. – Wstał i pożeglował między stolikami.

Wracam późno do hotelu. Ogromny tłum zapełnia bulwary. W pogodny wieczór można tu spotkać połowę Baku. Ludzie lekko ubrani, bo ciepło, spacerują, zajadają lody. Z jednej strony bulwaru podnosi się ściana świateł – to Baku. A z drugiej strony jest morze, ciemne, ale teraz, o północy – spokojne. Jeszcze chodzą trolejbusy. Kelnerzy zamykają ostatnie herbaciarnie.

Turkmenia – republika na pustyni.

Reportaż z tomu „Kirgiz schodzi z konia”

Aszchabad, spokojne miasto. Czasem ulicą przejedzie wołga. Czasem osiołek postuka kopytami o asfalt. Na ruskim rynku sprzedają gorącą herbatę. Jeden czajnik – 20 kopiejek. Ale czy można tak mierzyć wartość herbaty? Tutaj herbata to życie. Stary Turkmen bierze czajnik, nalewa dwie miseczki – jedną sobie, drugą podsuwa małemu blondasowi. „Nu – mówi do chłopca. – Oj, diadia – odpowiada mały – zawsze powtarzam, że nie mówi się nu, tylko na”. Diadia śmieje się, może do tej samej myśli, która i mnie przychodzi: że nie można go już niczego nauczyć. Taki Turkmen, który dożył siwej brody. wie wszystko. Jego głowa jest pełna mądrości, jego oczy czytały księgę życia. Kiedy dostał pierwszego wielbłąda, poznał smak bogactwa. Kiedy zdechło mu stado owiec, poznał nieszczęścia nędzy. Widział wyschłe studnie, a więc wie. co to rozpacz, i widział studnie z wodą, a więc wie, co to radość. On wie, że słońce przynosi życie, ale wie również, że słońce przynosi śmierć, z czego me zdaje sobie sprawy żaden Europejczyk.

Wie, co to jest pragnienie i co to jest nasycenie.

Wie, że jak jest upał. trzeba się ciepło ubrać, w chałat i baranią czapę, a nie rozbierać się do skóry, jak to robią biali. Człowiek ubrany myśli, a rozebrany – nie. Człowiek nagi może popełnić każde głupstwo. Ci, którzy tworzyli wielkie dzieła, byli zawsze ubrani. W Sumerze i Mezopotamii, w Samarkandzie i w Bagdadzie mimo piekła upałów ludzie chodzili ubrani. Powstały tam wielkie cywilizacje, których nie sprzedawcy lekarstw, które można tu kupić na straganie, upaństwowieni bukiniści i fryzjerzy. Dużo fryzjerów, ale tylko męskich. Turkmenki plotą warkocze, do tego fryzjer niepotrzebny. Jest sprzedawca ołówków i zeszytów, tak fantastycznie mokry, zroszony, ociekający, jakby bez przerwy stał pod prysznicem, „Uzbek! – woła do sprzedawcy herbaty – daj czaju!” I pompuje w siebie gorący napój, miska po misce.

„Grażdanie! – woła za chwilę – podnoście kulturę! Kupujcie zeszyty! Kupujcie zeszyty!”

Cały rynek pokryty jest asfaltem, ulice też pokryte asfaltem. Ulicami jeżdżą trolejbusy rozgrzane jak marteny. Obie strony ulic są wysadzone drzewami, jest dużo trawników i kwiatów, widać tu wielką troskę o zieleń, miasto jest zadbane, jest czyste i umyte. Drzewa dają cień, ale spełniają też inną funkcję – psychologiczną. Obecność zieleni łagodzi męczące uczucie klaustrofobii, lęku zamkniętej przestrzeni, którego doznaje mieszkaniec oazy. Człowiek osiadły boi się pustyni, pustynia przejmuje go grozą. Tymczasem wystarczy dojść do granicy miasta, często wystarczy dojść do końca swojego podwórka: dookoła pustynia. Pustynia wdziera się do miasta, zasypuje place i ulice. Byłem w Nuakszott, leży na Saharze, gdzie regularnie usuwa się naniesione na asfalt zwały piachu, tak jak u nas usuwa się zimą śnieg z ulic. Widziałem w oazie Atar chłopów, których wysiłek polega na ciągłym odkopywaniu palm daktylowych zasypywanych po wierzchołek przez pustynię. Pustynia atakuje domy, dlatego nie mają okien albo okna są raz na zawsze zamknięte. W tym klimacie! A jednak w ten sposób człowiek chroni się przed pyłem, który niszczy mieszkanie, zapasy, dobytek.

Drzewa stwarzają łagodzące wrażenie, że oaza nie jest wysepką wiecznie atakowaną przez żywioł pustyni, ale fragmentem wielkiej ziemi przychylnej ludziom i roślinom,

Aszchabad jest miastem podwójnie młodym. Zaczął powstawać dopiero w 1881 roku, kiedy wojska rosyjskie, po złamaniu oporu Turkmenów, zbudowały tu fort wojenny. Fort zaczął obrastać w uliczki, powstało miasteczko. W 1948 roku, w czasie trzęsienia ziemi, jednego z najcięższych w historii współczesnej, w ciągu 15 sekund miasto zniknęło z powierzchni ziemi. Był jeden cmentarz, wspomina Misza, a po trzęsieniu: szesnaście. Z całego miasta pozostał nie ruszony pomnik Lenina.

Aszchabad, który ogląda się dzisiaj, jest miastem powstałym po klęsce, właściwie od podstaw. Amator antyków nie ma tu nic do zwiedzania.

Stolica Turkmenii liczy blisko ćwierć miliona mieszkańców. Leży na równinie, rozrzucona płasko i szeroko, bo taki typ zabudowy zwiększa odporność w wypadku trzęsienia ziemi. W 1962 roku do granic Aszchabadu dotarł Kanał Karakumski, w pobliżu miasta utworzono sztuczny zalew. Wielka woda w samym sercu pustyni jest widowiskiem imponującym. Byłem tu w niedzielę, kiedy nad zalew ściągała tłumy stołeczne. Woda ciepła, plaże doskonałe. Dużo mężczyzn nosi tatuaże, moda tu dosyć powszechna. Widziałem człowieka, który miał wytatuowany na piersi portret Lenina i Stalina.

Z wędrówek po Aszchabadzie:

– byłem w tkalni dywanów turkmeńskich, prawie tak sławnych jak perskie, choć w Europie są one znane pod nazwą bucharskich, jako że Turkmeni sprzedawali je dawniej na rynkach Buchary. Dominują różne odcienie głębokich, prawie mrocznych czerwieni przeplatanych czarnym albo białym ściegiem. Dywany tkają Turkmenki w dużej hali, w której panuje zupełna cisza. Praca ręczna wymagająca niezwykłej biegłości. Norma państwowa na jedną tkaczkę: utkać w ciągu miesiąca l m2 dywanu. Oznacza to, że w ciągu miesiąca tkaczka musi zapleść 340 000 węzłów. Wydaje się to nieprawdopodobne, tymczasem okazuje się, że jest to norma-minimum, w tkalni pokazywali mi taki dywan, gdzie na l m2 zaplecionych jest l 148 000 węzłów. Nie wiem, jak to zostało obliczone, ale taką cyfrę podał mi dyrektor. W tej tkalni deputowana do Rady Najwyższej ZSRR, Bajrach Hodżediła, i deputowana do Rady Najwyższej Turkmeńskiej SRR, Otaga Babajewa, na czele 15 kobiet tkają dywan na cześć 50-lecia Rewolucji Październikowej. Niewiasty podjęły się utkać dywan wielkości 40 m2 w ciągu pół roku. Będzie on liczył 16 milionów węzłów. Cała Turkmenia tka w ciągu roku 47 000 m2 dywanów. Ponad połowa z tego tkana jest chałupniczo, po domach. Prawie wszystkie dywany idą na eksport, a że są poszukiwane i drogie, dochód dają fantastyczny;

– zastępca głównego architekta Aszchabadu, Wiktor Kutumow, pokazał mi projekty rozbudowy miasta. Sam Kutumow jest jednym z najciekawszych ludzi, jakich tu spotkałem. Ma 28 lat, skończył politechnikę w Leningradzie, był na stypendium we Włoszech. Młody entuzjasta, bardzo inteligentny, doskonale zorientowany w najnowszych kierunkach architektury. Mówi mi, że architektura musi być przede wszystkim funkcjonalna, że budynek jest kompozycją szkła i betonu, że formy architektury określa klimat, a nie wymyślona i sztuczna pseudonarodowość. Pokazuje mi makiety i plany projektów już znajdujących się w realizacji. Są to dzieła najwyższej próby, doskonałe, nowoczesne. Mówię mu, że jak tak dalej pójdzie, za kilka lat ludzie będą przyjeżdżać do Aszchabadu uczyć się, jak budować nowoczesne miasto. Uśmiecha się, ale czuję, że to jest jego ambicją. Jest zafascynowany Nervim i chce budować swój Aszchabad, jak Niemeyer budował Brasilię;

– u ministra rolnictwa Turkmenii, Sachada Muradowa. Rozmowa w jego gabinecie, skromnym, nawet surowym. Przy rozmowie obecny jest wiceminister, Rosjanin. Muradow, w rozpiętej koszuli, młody, pogodny, zarzuca mnie cyframi. Wszystkie moje rozmowy z tutejszymi działaczami państwowymi sprowadzają się w gruncie do jednego wzorca – ile było, ile jest, ile będzie. Pytam ministra o wielbłądy. Chodzi o to, że wielbłądy dawniej likwidowano jako przeżytek. Tymczasem jest wiadome, że w różnych sytuacjach pustynnych wielbłąd jest stworzeniem niezastąpionym. Minister mówi mi, że ostatnio zwyciężył w tej sprawie pogląd bardziej realistyczny i obecnie w Republice rozwija się hodowlę wielbłądów na dużą skalę. Rozmowa trwała pół godziny, z czego pewną część zajęła wymiana różnych zwrotów grzecznościowych;

– chciałem, bardzo chciałem zwiedzić Instytut Pustyń. Jest to placówka unikalna, jedyna w świecie. Instytut zajmuje się możliwością zagospodarowania pustyń, co ma dziś ogromne znaczenie dla gospodarki światowej. Powiedziałem o tej chęci Aszyrowi, który zajmował się mną w Aszchabadzie. Z Aszyrem nigdy nie umiałem znaleźć języka. Wydaje mi się, że uważał, iż wszystko, co mnie otacza, jest tajne, toteż kiedy mu powiedziałem, że chciałbym spotkać się z kimś z Instytutu Pustyń, od razu odpowiedział, że to jest niemożliwe. Ale ja się uparłem. Na to Aszyr mówi, że potrzebna jest zgoda prezydenta Turkmeńskiej Akademii Nauk. Dobrze, mówię, pójdziemy na audiencję do prezydenta. Profesor Biham Azimow, wybitny językoznawca turkmeński, na którego podręcznikach uczy się od pokoleń młodzież Republiki, przyjął nas chętnie. Jest to człowiek pełen uroku i skromności. Powiedziałem mu, że chciałbym zobaczyć Instytut Pustyń, a mianowicie, jak wykorzystać energię słońca do odsalania wody. Gdyby tę jedną sprawę dało się rozwiązać, byłaby to rewolucja na miarę wielkiej rewolucji przemysłowej. Problem jest taki: w gruntach wszystkich pustyń świata znajdują się wielkie złoża wody. Ale ta woda jest słona, nieprzydatna dla ludzi, zwierząt i roślin. Zęby ją wykorzystać, trzeba najpierw wytrącić z niej sól, a do tego konieczna jest energia. Olbrzymie zapasy tej energii zawierają promienie słoneczne, l km2 pustyni otrzymuje rocznie 1,4 1012 kilokalorii energii słońca, co jest równoważne energii cieplnej uzyskanej ze spalenia 200 tys. ton węgla. Wystarczy przemnożyć tę cyfrę przez dziesiątki milionów kilometrów kwadratowych, jakie zajmują na świecie pustynie, żeby uświadomić sobie, jak zawrotne kryją się tu możliwości. Poza tym świat, który na skutek rozwoju przemysłu i rolnictwa zaczyna odczuwać brak wody słodkiej, ma w morzach, w oceanach i pod -powierzchnią pustyń nieograniczone zapasy wody słonej, niezdatnej jednak do użytku. Wodę słodką można otrzymać z wody słonej różnymi metodami – elektrodializy, zamrażania, wymiany jonowej, destylacji itd., ale wymaga to kolosalnych ilości energii. A więc gdyby udało się napędzić energią słońca urządzenia oczyszczające wodę słoną, można by skierować rozwój świata

Prezydent zapewnił, że odwiedzenie Instytutu nie jest żadnym problemem, i zadzwonił do dyrektora. Dyrektor, powiedział prezydent, czeka na mnie. Ale o tej samej godzinie miałem spotkanie z ministrem, którego nie mogłem odwołać. Dyrektor nie mógł mnie przyjąć później, bo odlatywał do Moskwy. Powiedziałem prezydentowi, że nie muszę rozmawiać z dyrektorem, że Instytut ma wielu innych naukowców. Ale tutaj panuje zwyczaj rozmawiania z samym dyrektorem.

Więc na tym się wszystko skończyło.

Raszyd pokazał mi na mapie, którędy płynął Uzboj. Uzboj brał wody z Amu-darii, przecinał pustynię Kara-kum i wpadał do Morza Kaspijskiego. Była to piękna rzeka, powiedział Raszyd, długa jak Sekwana. Ta rzeka umarła, powiedział, a jej śmierć stała się początkiem wojny. Dodał, że historię Uzboju badał archeolog Jusupow. Jego zdaniem, rzeka pojawiła się na pustyni nagle i stosunkowo niedawno, może pięć tysięcy lat temu. Razem z wodą ściągnęły na pustynię ryby i ptaki. Potem przyszli ludzie. Ci ludzie należeli do plemion Ali-ili, Chyzr i Tiwedżi. Turkmeni dzielili się wtedy na 110 plemion, a może nawet i więcej. Ludzie Ali-ili, Chyzr i Tiwedżi podzielili Uzboj na trzy odcinki, każdemu plemieniu przypadła jedna trzecia długości rzeki. Brzegi Uzboju zamieniły się w kwitnącą i ludną oazę. Powstały osady i faktorie, ogrody i plantacje. W samym wnętrzu pustyni zrobiło się rojno i gwarnie. Oto co może sprawić woda. Woda jest początkiem wszystkiego. Jest pierwszym pokarmem. Jest krwią ziemi. Ludzie wyobrażali wodę rysując trzy faliste kreski. Ponad kreskami rysowali rybę. Ryba była symbolem szczęścia.

Trzy kreski plus ryba oznaczało – życie.

Po rzece pływały kupieckie łodzie. Tędy szedł towar z Indii do Anatolii, z Chorezmu do Persji. Uzboj był znany na całym świecie. W tych krajach, gdzie byli piśmienni ludzie, zachowały się na ten temat różne wzmianki. Mamy wzmianki u Greków i Persów, a także wzmianki u Arabów. Na brzegach Uzboju stały gościnne karawanseraje, gdzie wioślarze mogli odpocząć, dostać nocleg i strawę. W Dow-Kała, Orta-Kuju i Talajchanie były bazary, każdy mógł tam kupić towar wysokiej, eksportowej jakości.

Ludzie Uzboju oddawali cześć świętym kamieniom.

Jest to typowe dla mieszkańców pustyń, którzy oddają cześć wszystkiemu, co mają pod ręką – kamieniom, wąwozom, studniom i drzewom. Tam, gdzie stał święty kamień, nie wolno było walczyć. Kamień ratował przed śmiercią. Tkwiła w nim siła stężona, zamknięta w formie wiecznej, danej raz na zawsze. Całowanie kamienia dawało ludziom niemal zmysłową rozkosz. Raszyd mówi mi, żebym zwrócił uwagę na ten fragment tekstu „Podróży”, gdzie Abu Abd Allah Mohammed ibn Abd Allah ibn Mohammed ibn Ibrahim al-Lawati at-Tandżi, znany jako Ibn Batuta, a w krajach Wschodu pod imieniem Szams ad-Dina, pisze, że „usta odczuwają niezmierną słodycz przy całowaniu kamienia, tak iż chciałoby się go całować bez końca”. Dla ludzi Uzboju kamień był istotą boską.

Myśl człowieka obracała się wtedy wokół takiej sprawy jak podział wody. Możemy to stwierdzić stosując metodę dedukcji. Jeszcze po Rewolucji, dopóki nie było reformy, podział wody był dla Turkmena wydarzeniem tak samo ważnym jak wybuch wojny albo zawarcie pokoju. Od tego zależało właściwie wszystko. Woda dostawała się na pola kanałami, które nazywają się aryki. Podział wody dokonywał się przy głównym aryku. Jeżeli była dobra wiosna, podział wody był świętem. Ale dobre wiosny bywają tu rzadko. W ciągu całego roku może spaść tylko tyle wody, ile w Europie przynosi jeden deszcz. A może być i tak, że cały roczny opad wyleje się z nieba w ciągu dwóch dni, a potem jest tylko susza. Podział wody zamieniał się wtedy w wojnę. Po obu stronach aryków ciągną się cmentarze, na dnie kanałów leżą ludzkie kości.

Bogacze mieli duże aryki, a biedni – małe. Biedny starał się cichcem uchylić zastawkę, żeby przypuścić do swojego aryku więcej wody. Bogacz tępił podobne praktyki. Tak wyglądała walka klasowa. Woda była przedmiotem spekulacji, była towarem na czarnym rynku. Istniała giełda wodna, hossa wodna, krach wodny. Ludzie zdobywali na wodzie fortuny albo tracili cały majątek. Powstały wtedy różne obyczaje, które zniosła dopiero Rewolucja. Kobieta nie miała prawa do przydziału wody. Wodę dostawali tylko żonaci mężczyźni. Ojciec, któremu urodził się chłopiec, żenił niemowlaka z dorosłą dziewczyną. Niemowlak, jako żonaty, dostawał nadział wody, była to droga bogacenia się tych ludzi, którym rodziło się dużo chłopców. Dopiero w 1925 roku I Zjazd Rad Turkmenii uchwalił rewolucyjny dekret, który zabrania żenić niemowlaki i przyznaje kobiecie prawo do wody.

Każdy starał się żyć jak najbliżej Uzboju. Rzeka niosła wodę, niosła życie. Wzdłuż brzegów prowadziły szlaki karawan. W nurtach Uzboju armia Dżyngischana pławiła konie. Tutaj docierali kupcy Samarkandy i Jomuci – handlarze niewolników.

Agonia rzeki, powiedział Raszyd, zaczęła się czterysta lat temu. Rzeka, która nagle pojawiła się na pustyni, zaczęła teraz szybko znikać. Uzboj stworzył cywilizację w samym wnętrzu pustyni, żywił trzy plemiona, łączył Zachód ze Wschodem, na brzegach Uzboju stały dziesiątki miast i osiedli, które odkopał Jusupow. Teraz rzekę pochłaniały piaski.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*