Dziura w samolocie

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter
Autor: Jarosław Mikołajewski
źródło: Gazeta Wyborcza (Wysokie Obcasy) nr: 17/265
data publikacji: 2004-04-24
——————————————————————–

Jarosław Mikołajewski: Powiedział mi Pan wczoraj, że leci do Caracas… Jakoś łatwo się to Panu powiedziało…

A dlaczego miałbym o tym mówić z oporami?

Bo Caracas jest daleko, a ja boję się latać. Pan nie?

Nie. Ale wiem, że są ludzie, którzy się boją, i to panicznie. Na przykład Gabriel Garcia Márquez – lata tylko wtedy, kiedy musi. Albo były prezydent Liberii Tubman – on w ogóle nie latał, tylko pływał statkami lub jeździł koleją. Pamiętam, że kiedy w 1963 roku miała się odbyć pierwsza konferencja szefów państw afrykańskich, wyjechał dwa miesiące wcześniej, żeby dotrzeć na czas do Addis Abeby – musiał przecież opłynąć pół Afryki… A ja po prostu to lubię.

Od zawsze?

Kiedy byłem chłopcem, marzyłem, żeby zostać pilotem. Z tych marzeń nic potem nie wyszło poza tym, że znalazłem się na kursie szybowcowym, którego zresztą nie ukończyłem. Robiłem też modele samolotowe. A głównym moim zajęciem, przynajmniej w latach 50., było wycinanie zdjęć samolotów. Uzbierałem zresztą ogromną kolekcję.

Ale nigdy nie zasiadł Pan za sterem samolotu rejsowego?

Po to, żeby sterować, to nie.

A po co?

Żeby zebrać pewną część materiału do „Imperium”, było to w ostatnich latach pierestrojki… Koniecznie chciałem się przedostać z Erewanu do Górnego Karabachu i nie było innego sposobu jak ten, by się przebrać za pilota… Tak, może zabrzmi to dziwnie, ale najwyższym honorem, jaki mnie spotkał w karierze wielbiciela samolotów, była możliwość noszenia munduru kapitana Aerofłotu.

Czy to nie było ryzykowne?

Było, i to bardzo. Gdyby mnie zdemaskowano, zostałbym oskarżony o próbę porwania. Jednak zaryzykowałem i poleciałem z dwoma pilotami ormiańskimi – było to bardzo emocjonujące. Można więc powiedzieć, że wtedy trochę się bałem, ale nie był to strach przed katastrofą.

Z czego płynie Pańska ufność, że nic złego się nie stanie?

Z teoretycznej znajomości techniki, a także z pewnej – ograniczonej rzecz jasna – wiedzy o organizacji lotu i systemie międzynarodowego ruchu powietrznego. Wszystkie te elementy sprawiają, że samolot jest najbezpieczniejszym środkiem komunikacji. Proszę wziąć pod uwagę, że ma on największą liczbę zabezpieczeń. Każdy samolot jest monitorowany przez wieże kontrolne, każdy samolot ma swój kanał, który jest tak obliczony, żeby nie mógł się krzyżować z innymi…

Czuje się Pan bezpieczniej w samolocie niż w pociągu?

Bez porównania. Myślę, że strach przed lataniem wywołują wyłącznie pewne bariery psychiczne. Człowiekowi trudno się oderwać od ziemi – jest w tym coś z mitu Ikara. Z poczucia, że słońce stopi wosk naszych skrzydeł i w końcu spadniemy. Ponadto wszystkie wypadki lotnicze ogłaszane są w środkach przekazu. Tysiąc razy więcej osób ginie w wypadkach drogowych, ale my słyszymy tylko o katastrofach lotniczych. Bo są one dla mediów niezwykle atrakcyjne – zazwyczaj giną w nich wszyscy, po wypadku szuka się części samolotu, odkrywa się tajemnicę czarnej skrzynki… Jest jeszcze inny powód, o którym aż strach wspominać – jest nim ten krótki czas, jaki w przypadku katastrofy płynie od chwili, kiedy samolot zaczyna spadać, do nieuchronnej śmierci. Czas, kiedy człowiek zamknięty w kadłubie samolotu ma świadomość, że już właściwie jest trupem, ale ta śmierć dopiero go czeka. I że nic nie może na to poradzić. O tej sytuacji siłą rzeczy jakoś myślimy, jakoś ją sobie wyobrażamy i ona rzeczywiście musi być potworna. Ale technicznie nic stać się po prostu nie może, wszystko jest wyliczone z największą precyzją.

Wyliczone – owszem, ale na przewidywalne warunki pogodowe. Czy nigdy nie zdarzyła się Panu turbulencja niewyobrażalnych rozmiarów?

Pewnie, i to nieraz. Dochodzi do nich zwłaszcza w chwili, kiedy samolot wpada w burzę tropikalną. Maszyna skacze, dookoła biją pioruny – wtedy, oczywiście, przyjemnie nie jest. Lecz i tu działa jakiś mechanizm psychologiczny, bo przecież samoloty są przygotowane na wstrząsy o wiele gorsze niż te, jakie zdarzają się nawet w tak skrajnych warunkach.

Do katastrof jednak dochodzi…

Owszem, ale wynika to głównie z błędu pilota.

Bardziej ufa Pan samolotom niż pilotom?

O nie! Piloci to niezwykła grupa ludzi. Znakomici specjaliści, a przy tym ludzie o żelaznym zdrowiu, obdarzeni również jakąś piękną godnością czy dumą zawodową. Bo chyba trzeba bardzo kochać tę pracę, żeby ją wykonywać. Przecież ona bez przerwy wystawia na nowe próby – na nieustanne zmiany czasu, klimatu, warunków latania. Każdy lot musi się wiązać z ogromnym przeżyciem. Na przykład z tak angażującym doświadczeniem jak element zwycięstwa – w chwili, kiedy samolot dotyka ziemi. Piloci to ludzie piekielnie inteligentni, świadomi, że wykonują zadania na samej granicy ryzyka…

Skąd więc się biorą te błędy?

Stąd, że ich szkolenie jest bardzo drogie, a życie zawodowe bardzo krótkie, więc do chwili, kiedy tylko można korzystać z ich umiejętności, często eksploatuje się ich do granic wytrzymałości. Po prostu – są oni bardzo przeciążeni.

Czy czuł Pan kiedyś, w jakiejś ekstremalnej sytuacji, że Pańskie życie jest tylko w rękach pilota?

Często. W 1962 roku na przykład byłem w Kigali, stolicy Ruandy, która jest dziś średniej wielkości miastem, a wtedy była małą miejscowością. Moja baza znajdowała się w Tanzanii, a żeby do niej dotrzeć, musiałem najpierw jakoś dolecieć do stolicy Burundi. Nie miałem jak się stamtąd wydostać, aż wreszcie miejscowy pilot, Belg, powiedział, że może mnie zabrać. „Ale muszę cię o czymś uprzedzić – dodał po chwili. – Mam padaczkę. Co prawda biorę lekarstwa, które zmniejszają ryzyko, ale ataku wykluczyć się nie da”.

I co?

I poleciałem. W czteroosobowej cessnie było nas dwóch, przez cały czas siedziałem obok niego i nie patrzyłem na ten cudowny krajobraz, na góry, tylko na jego twarz. Ale, jak widać, jakoś szczęśliwie dolecieliśmy i byłem mu bardzo wdzięczny… Innym razem, w Angoli, leciałem samolotem, gdzie nie funkcjonowały urządzenia nawigacyjne, ale dzień był dość pogodny, więc piloci wzięli na siebie ryzyko startu i lądowania… W Sudanie leciałem kiedyś z Chartumu na południe, niedaleko granicy z Kongiem, zupełnie dziurawym samolotem. Dziury były tak wielkie, że zakładaliśmy się, czy w ogóle dolecimy do miejsca przeznaczenia. W dodatku lot odbywał się w nocy, więc było potwornie zimno – dmuchało przez te dziury jak przez sito…

Ale piloci nie są ludźmi nieodpowiedzialnymi. Jeżeli podejmują ryzyko, to tylko w porozumieniu z pasażerem takim jak ja i wyłącznie wtedy, kiedy mają wewnętrzne przekonanie, że wszystko się uda. Wiele razy zdarzało się, że długo czekałem na lot, bo nie chcieli podjąć decyzji o starcie. Działo się tak na ogół na lotniskach położonych w górach, w dni, kiedy widoczność była bardzo ograniczona. Kiedyś na lot do Taszkientu czekałem w Kabulu trzy tygodnie. Miałem lecieć dwumotorowym DC-3, amerykańskim samolotem z demobilu, z czasów II wojny światowej. Pułap chmur był tak niski, że nikt nie chciał podjąć ryzyka lotu ani nad, ani pomiędzy górami…

Co Pan robi podczas lotu tak długiego jak ten, który teraz Pana czeka, do Caracas?

Nie umiem spać w samolocie, więc pracuję. Powtarzam sobie język kraju, do którego lecę, czytam o nim, intensywnie się przygotowuję. I za każdym razem stwierdzam rzecz dla mnie bardzo dziwną. Na ogół w skrajnych sytuacjach lub na ograniczonej przestrzeni, na przykład w pociągu, ludzie otwierają się przed sobą, rozmawiają, potem wymieniają adresy, numery telefonów… A w samolocie tak się nie dzieje. Pasażerowie siedzą obok siebie, przez cały czas prawie dotykają się ramionami czy kolanami, a nie nawiązują żadnego porozumienia. Potem wysiadają, biorą swoje bagaże i znikają sobie z oczu. Jakby nie spędzili ze sobą kilku godzin dziesięć kilometrów nad ziemią.

Jarosław Mikołajewski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*